A może Radość przybędzie do nas z Aksamitką ……


Na pewno  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich zgodnie z ich pradawnymi wierzeniami przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Jakże wiele zabrało nam chrześcijaństwo- ludowe obrzędy, święte drzewa, naiwność i radość życia. A cóż w zamian? Pompatyczne ceremonie gdzie ponurzy księża w szatach żywcem z egipskich odwzorowanych, zakazy, nakazy a gdzieś daleko samotny dobry miłujący wszystkich Jezus…..

Dzisiaj towarzyszą mi słowa ks. Jana Twardowskiego (1915-2006), bo przynoszą OPTYMIZM :

„Odeszłaś cicho, bez słów pożegnania.

Tak jakbyś nie chciała, swym odejściem smucić…

tak jakbyś wierzyła w godzinę rozstania,

że masz niebawem z dobrą wieścią wrócić”

Te wieloznaczne słowa  ks. Jana, to nie tylko OTUCHA w te ostatnie dni podniosłe, radosne choć niepokojące które dzieją się  na naszych ulicach ale też NADZIEJA  i dziecięca wiara, że można stamtąd wrócić  z „dobrą wieścią”….

Może w tych prostych zrozumiałych słowach ks. Jan nawiązuje do dawnych wierzeń,  które są Mu bliższe niż codzienny ponury patos kościoła…. Nie wiem, ale przypominam to co było kiedyś w naszej tradycji i trwa w innych kulturach a wywodzi się z prekolumbijskich m.in. Azteckich wierzeń ….

Może jednak  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich aksamitek, gdzie się narodziły i miały działanie magiczne  przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Ale najpierw będzie o tym jak było kiedyś u nas….

 Pogańskie święto zmarłych to Dziady od prasłowiańskiego słowa oznaczającego „ojca  ojca, ojca matki”, człowieka zajmującego honorową pozycję w rodzinie, przodka lub po prostu starca. Jednak drugim znaczeniem było „duch”, „demon”, „bożek domowy”, „cienie w kątach izby”, „zaduszki” ale też „duch opiekuńczy domu”  choć także  „czart” czy „nieczysta siła”

Dziady to też zbiór przedchrześcijańskich obrzędów a czasie który dochodzi do „ obcowania żywych z umarłymi” gdyż w tym dniu dusze przodków wracają do siedzib gdzie żyły na ziemi….

Święto obchodzono dwa razy do roku- Dziady wiosenne  w zależności od faz księżyca ok 1 i 2 maja i jesienne w noc 31 października/1 listopada. Był to czas nieomal fizycznego spotkania z duchami przodków by niejako przypomnieć im o tym, że są potrzebni jak kiedyś dla opieki nad rodziną a także  by dobrze się czuli w tym drugim nieznanym nam świecie.

To Święto fetowano w domach, na wzgórzach pod świętymi drzewami, w miejscach uznawanych za święte a nawet kaplicach często budowanych na dawnych miejscach kultu pogańskiego lub bezpośrednio na grobach konsumując specjalne dania zawierające miód, kaszę, jajka i popijając solidnie wódką wierząc, że z nimi ucztują  duchy przodków.  

Charakterystyczne było, że każdy z domowników dzielił się z  Duchami  posiłkiem – zrzucając lub wylewając nieco ze swojego kieliszka na lub pod stół albo na grób.

W niektórych kręgach kulturowych zapewniano także swoim duchom  kąpiel i rozgrzanie się przygotowując saunę.

Niekiedy rozpalano  ognisko które miało wskazać DUSZOM  miejsce  pobytu  żywych członków rodziny i oświetlać  im drogę  by trafiły do swoich i ogrzały się przy wspólnym ognisku.  Ponoć nasza tradycja zapalania zniczy na grobach wywodzi się właśnie z tego pradawnego zwyczaju.

Ogniska rozpalano także czasem na rozstajach dróg- i to one maiły zablokować  dostęp z zaświatów różnych złych demonów, które w tym dniu szczególnie chcą być z ludźmi.  

Interesujące było traktowanie wędrujących żebraków. W wyobrażeniach ludowych byli postrzegani jako „łącznicy z tamtym światem” i też nazywano ich Dziadami. Zapraszano do domów, ofiarowywano jedzenie- zwykle specjalnie przygotowywane lub kiedyś ulubione przez przodków  ale też jakieś kwoty pieniężne. W ten sposób proszono żebraków o modlitwy za dusze zmarłych ale też pośrednio poprzez tych ludzi „dzielono się ze zmarłymi jadłem”.

Po posiłku nie zrywano się nagle od stołu by nie wystraszyć DUCHÓW, nie sprzątano ze stołu bo może DUCHY jeszcze chciały się pożywiać, nie  wylewano wody po umyciu talerzy i garnków za okno gdyż można by było oblać przebywające tam DUSZE, nie palono w piecu, gdyż właśnie tamtędy dostawały się do domu.

W tym czasie nie wykonywano też żadnych prac by nie zakłócać spotkania, nie można było szyć by nie przyszyć DUSZY  która musi wrócić do swojego świata….


Zwyczaj przetrwał  w rejonach wschodniej Polski, na Białorusi, Ukrainie i części Rosji, gdzie nadal panuje zwyczaj przynoszenia na groby symbolicznego jedzenia  w podwójnych  glinianych dzbanach.

Z nadejściem chrześcijaństwa  rozpoczęto walkę z pogańskimi  obrzędami, ale jednocześnie niektóre były przyjmowane, m.in. w celu „przykrycia” ich pierwotnego znaczenia. Pogańskie święta zastąpiono  chrześcijańskimi  i w ten sposób mamy święto zmarłych czy zaduszki, a na cmentarzach odprawiane są msze, cmentarnymi alejkami kroczą procesje i święcone są groby.

MEKSYK

Meksykanie jak wszyscy ludzie boją się śmierci, ale próbują ją „oswoić” a dzień kiedy w wierzeniach DUCHY przodków przybywają do swoich rodzin, jest dniem szczególnie radosnym.

Dokładnie w czasie naszych Świąt od ponad 3000 lat, jeszcze z czasów epoki prekolumbijskiej   kultury Azteków czy Majów, wywodzi się radosne święto zabawy czczące pozagrobowe życie zmarłych i więzy rodzinne.

W 2003 roku obchody Dnia Zmarłych  w tym kraju zostały proklamowane Arcydziełem Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości, a w 2008 roku wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO..

Tradycja dawnych ludów Meksyku rozpowszechniła się tam, gdzie docierali tj. do Ameryki Centralnej ale też do wielu miejscowości w USA i zadziwiające, że nawet do Pragi i Nowej Zelandii przyjmując często charakter artystyczno- rozrywkowy. Stanowią tam alternatywę dla miejscowych smutnych chrześcijańskich obyczajów tego święta jak i mocno skomercjalizowanego Halloween wywodzącego się z tradycji celtyckiej.

Gdy w XVI w.  do Meksyku przybyli  konkwistadorzy z Hiszpanii, tradycyjny festiwal przenieśli na okres obecnego święta zmarłych , połączono tradycyjne obrzędy  z chrześcijańskimi. Podczas gdy Halloween jest dniem czarownic, to meksykańska tradycja to czas hucznych zabaw i biesiad całych rodzin żyjących i zmarłych.  W skład posiłków wchodzą m.in. chleb zmarłych – specjalne różnokształtne  słodkie ciasto z jajkiem w środku, zrobione z cukru doprawione czekoladą-  „ludzkie czaszki”, figurki zajączków z lukrem oraz  tequilla….

Groby są dekorowane kwiatami, z obowiązkową meksykańską aksamitką hodowaną jeszcze przez Azteków zwanego w Meksyku Kwiatem Zmarłych. Aksamitce przypisuje się szczególną rolę- ma moc wzywania i prowadzenia dusz zmarłych do ołtarzy ku ich czci. 

Gdy nie można z jakiś powodów odwiedzać  grobów zmarłych, wznosi się w domu ołtarzyk z ofiarami takimi jak wymienione, ale też butelki z alkoholem, cygara, a dla dzieci zabawki. Dary umieszcza się przy portretach zmarłych a obok zapala woskowe świeczki.

Ogólnie panuje radosny a nawet wesoły nastrój, gdyż wszyscy czują, że ich zmarli przyprowadzeni przez pąki  aksamitek są obok i wspólnie ucztując także się cieszą….

„Mowa” tatuaży


Pierwsze zadziwienie, bo wnuczka zafundowała sobie przed laty taki tatuaż…..przedtem poprosiła o zdjęcie akwareli mojego Taty Wacława Łukaszewicza z 1932 r. – nie wiedziałam dlaczego….okazało się że fragment tego obrazu, choć z konturami jak w starych tatuażach został umieszczony trwale na ciele naszej Weroniki. Zaskoczenie, ale też czułość że pamięć Pradziadka, że poczucie korzeni …..

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy Jurek, nasz kolega z roku (1965-1971) ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Medyczny)- profesor Jerzy T. Marcinkowski, którego  miałam zaszczyt gościć w tym blogu w rozdziale Z pamiętnika… wielokrotnie  relacjonował naszej grupie messengerowej, że właśnie był na Termach Maltańskich i najbardziej przyciągało jego wzrok….myśleliśmy, że piękne młode dziewczyny –  a On pisał, że wytatuowane ciała…..

Pomysł zasiany w mojej głowie zaczął kiełkować i prawie już przybrał kształt książki (ponad 120 stron). . Pisaliśmy ją  z Jurkiem namiętnie, zbierając informacje z licznych artykułów naukowych ale też portali prowadzonych przez zafascynowanych zjawiskiem tatuowania ciała, w których też zamieszczano opowieści osób, którym tatuaż pomaga…..

Pozycja już jest prawie gotowa do oddania do Wydawnictwa. Został też wybrany  tytuł zaakceptowany  przez wiele młodych i nie tylko młodych osób, którym wysłałam kilka propozycji ….

GDY CIAŁO STAJE SIĘ TYLKO TŁEM….

Nasza  „przygoda” z tatuażami i innymi formami modyfikacji ciała rozpoczęła się od zadziwienia nad współczesną wszechobecnością wytatuowanych ciał.  Piszemy o tym we Wprowadzeniu do książki. Gdy zmierzamy do końca naszej opowieści, zadziwienie nasze ale też zrozumienie zjawiska narasta.

W miarę zgłębiania problemu, my- najstarsi autorzy tej opowieści-  ludzie urodzeni kilka lat po II wojnie światowej, od ponad pół wieku doktorzy chorób wszelakich,  dowiadujemy się, że tatuaże  ale też inne zabiegi modyfikujące ciało  to nie tylko moda, czy poprawianie urody a także WOLNOŚĆ podejmowania własnych decyzji dotyczących ingerencji w DANE NAM BEZ NASZEJ WOLI I ZGODY  PRZEZ NATURĘ I GENY CIAŁO. 

Z tego też powodu (ale też z wielu innych) tatuaże, piercing, medycyna estetyczna –  potrafią przynosić Szczęście. Nie takie związane ze znalezieniem złotej monety czy „czarnozłotokolorową” magią. Ale z odzyskaniem czy potwierdzeniem swojego Ja, z otrzymaniem wiary w możliwość dobrego życia gdy dotyka depresja czy ból duszy staje się tak nieznośny, że wybieramy akty samouszkodzenia by bólem fizycznym zabić tamten ból…

Czasami jednak przesadzamy z zabiegami zmiany wyglądu naszego ciała bo stale jesteśmy z niego niezadowoleni, widzimy siebie w „krzywym zwierciadle” i uśmiadomienie tego stanu ducha gdy  dotyka nas czy naszych przyjaciół jest wektorem (jak przedstawiany na wielu tatuażach) by rozpocząć profesjonalną terapię….ten poważny problem zwany dysmorfofobią muszą dostrzegać w osobach które się do nich zgłaszają ci, którzy poprawiają wygląd ciała człowieka- piszą o tym chirurdzy plastyczni którzy niejednokrotnie nie tylko są zniechęceni nieustannym niezadowoleniem pacjentów ale także przestrzegają, że są podawani przez nich z tego powodu do sądu….

dlatego w tej książce znajduje się  opis wszystkich wymienionych problemów – ku przestrodze ale też radości z tego, że można przynosić ludziom szczęście lub szczęścia poszukiwać na drodze modyfikacji ciała.

Dbajmy jednak nie tylko o swoje ciało ale też i duszę, zachowując  dziecięcą radość, ciekawość świata, tolerancję i lubienie ludzi, bo tylko to jest prawdziwym warunkiem Szczęścia……T

WPROWADZENIE

Pierwszy autor przedstawianej pracy pamięta, jak jego ojciec – profesor medycyny sądowej Tadeusz Marcinkowski (1917-2011) [1]  – w latach 50-tych, 60-tych, 70-tych, 80-tych i 90-tych XX wieku pokazywał liczne zdjęcia tatuaży, które były fotografowane podczas sekcji zwłok. Część z nich znajduje się do dzisiaj w Muzeum Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Niektóre tatuaże z tamtego okresu wyróżniały się szczególnie – na przykład dość pokaźnych rozmiarów diabeł w okolicy pośladów mężczyzny (więźnia) wrzucający długą łopatą węgiel do odbytu. Toż to już z samego tego tatuażu wynikało wręcz rozpoznanie kliniczne z obszaru ewidentnych zaburzeń osobowości.

Zdarzały się też – ale wówczas bardzo rzadko – tatuaże u kobiet, niekiedy z zaskakującą treścią. Na przykład kobieta w okolicy spojenia łonowego miała wytatuowane: „Tylko dla Józka”. Można sądzić, że to tenże zazdrosny Józek jej to wytatuował a może chciała w ten sposób wyrazić formę oddania bo był patologicznie zazdrosny? Może właśnie dostał wyrok i szedł na wiele lat do więzienia – więc chciała mu te chwile osłodzić zapewnieniem o wierności? Co się kryło za takimi tatuażami, jakie historie tych ludzi ?

Tak, na pewno tatuaże to czyjeś dzieje i emocje uwiecznione na własnej skórze. Czasem znane tylko jemu …  

Druga autorka pracy (tzn. ja- gospodyni tego bloga 🙂 )- lekarka, która pracowała w latach 70-tych XX wieku w przychodni rejonowej pewnej „szemranej” dzielnicy Warszawy – opowiada, że dość powszechnie można było zobaczyć wytatuowaną na piersi młodego mężczyzny głowę kobiety, często pokrytą bliznami. Bez żenady opowiadali – że gdy mieli jakiś problem – nożem nacinali w tym miejscu skórę – mówiąc że to „ich Baśka” i że „cięli Baśkę po oczach” odreagowując jakąś traumę. Ból duszy koiło zadanie sobie bólu fizycznego a uspokojenie potęgował widok własnej krwi. To też mogłoby świadczyć o typowych zachowaniach ludzi z autoagresją, dobrze znanych wielu osobom szczególnie młodym, które linijnie nacinają skórę przedramion, ud lub okaleczają się w inny sposób… 

Obserwowaliśmy też w tamtych czasach więźniów lub byłych więźniów z tatuażami w formie epoletów z dystynkcjami oficerskimi. Jak ktoś miał dystynkcję „pułkownika” oznaczało to niechybnie, iż miał już za sobą wieloletnią odsiadkę w więzieniu. U więźniów często się też spotykało wytatuowane kropki w okolicy kąta zewnętrznego oczodołu. A u złodziei widywało się kropki na dłoni u nasady różnych palców. Ponoć to też oznaczało „specjalizację” tegoż złodzieja. Oczywiście wielu typowych więziennych tatuaży nie widzieliśmy, a jak wiadomo była i jest ich moc. 

Autorzy opracowania w początkowym czasie swojego życia zawodowego obserwowali więc tatuaże u właściwie nielicznych osób- zwykle byli to marynarze, przestępcy (np. kieszonkowcy), więźniowie czy osoby podejrzane o zaburzenia emocjonalne. Mieliśmy też jeszcze w pamięci opowieści świadków czy zapiski o tatuażach nazistów, czy śladach ich zwyrodnienia.

Widywaliśmy też wytatuowane numery na przedramieniu u byłych więźniów niektórych obozów koncentracyjnych, których jeszcze wielu żyło w czasach które pamiętamy, co zawsze budziło bolesne skojarzenia z ich niewyobrażalną wieloletnią traumą i często wyjątkowo okrutnymi doświadczeniami medycznymi. Dla nazistów więzień był tylko numerem – żywym czy martwym.

              Trwałe rysunki na skórze ludzkiej nie budziłyby tak wielkiego naszego zainteresowania gdyby nie wszechobecność tatuaży na ciałach współczesnych młodych. Prawdopodobnie pozostawałyby w kręgu fascynacji archeologów, historyków a także miłośników historii. Autorzy pamiętający czas, gdy posiadanie tatuaży było dość jednoznaczne – są tym zjawiskiem co najmniej zadziwieni, szczególnie że obrazy na ciałach są często tak rozległe że tworzą nową powłokę człowieka, właściwie zastępując skórę. Ciekawi nas nie tylko motywacja, ale też- czy nie są wyrazem jakiś problemów z własną psychiką.

Jaką więc rolę spełniają współczesne tatuaże? Zapytaliśmy o to młodych wytatuowanych- kilkanaście osób odpowiedziało, że marzyło o tym od dawna, lubią swoje obrazy na ciele i są szczęśliwi. Wielu chce się zdecydować na kolejne tatuaże a starych wcale nie chce usuwać.  Pytaliśmy też tatuażystów o swoje odczucia- właściwie nikt nie odpowiedział, zajęty pracą zapewne poza ogólnym stwierdzeniem, że to ich praca….

Jednak zastanawia nas nazwa licznej grupy (ponad 20 tysięcy osób) na Facebooku, gdzie anonimowo są wrzucane zdjęcia tatuaży. Do admina nie dotarliśmy, ale zatrzymujemy się nad tytułem: „ Tatuaże nie robią z nas kryminalistów”. Wyobrażamy sobie, że ludzie ci musieli jednak doznać w swoim środowisku jakiejś formy zarzutów a nawet piętnowania i ten tytuł jest ich odpowiedzią a może tak wyraźnie ma zachęcać innych, by się nie bali opinii swoich dziadków czy nawet rodziców, sąsiadów i realizowali ukryte marzenie posiadania tatuażu. ….[2].

Jesteśmy też ciekawi czy ten fenomen rozległego tatuowania ciała przeniesie się na następne pokolenia, gdyż jak na razie dominują tzw. millenialsi….a jeśli ich dzieci czy wnuki nie zechcą być podobni do rodziców bo to jest w naturze młodych- co ciekawego wymyślą by podkreślać swoją odrębność ?

             Przeglądając literaturę na temat motywacji tatuowania ciała można zauważyć, że w naszych rozważaniach nie jesteśmy odosobnieni. W czasie przed ale częściej po „wybuchu” obecnej mody tatuażami interesowali się już psychologowie, czy socjolodzy, kosmetolodzy ale też toksykolodzy, zakaźnicy, medycy sądowi wywodząc z badań na psychiką ludzi wytatuowanych i sposobów interpretacji tych trwałych obrazów różnorodne wnioski, o czym wspomnimy później. Śledząc te dane zadajemy sobie pytanie czy obecnie to jest tylko moda? Niniejsze opracowanie może choć częściowo odpowie na to pytanie.

Niezależnie od epoki, zaawansowania technicznego, położenia geograficznego, czy typu społeczeństwa, ludzie dbali o swój wizerunek zewnętrzny, który był komunikatem o ich statusie społecznym, osobowości, stanie zdrowia. Widząc współcześnie bardzo duże i stale rosnące rozpowszechnienie tatuaży na Świecie należy postrzegać je już jako ważną część naszej globalnej kultury i historii. Ludzie poddawali się i nadal poddają różnym zabiegom, mającym na celu poprawienie swojego wyglądu. Czasami osiąga to rozmiary dla nas karykaturalne (np. powiększanie ust aż do ich zdeformowania) czego nie zauważają ich właścicielki bo powielają oglądane na portalach społecznościowych, obecnie zwykle na Instagramie osoby wyglądające podobnie. Problem podamy w odpowiednim rozdziale, by czasem więcej zrozumieć a może pomóc osobie z zaburzeniem dysmorfofobii…

 Zwłaszcza teraz, żyjąc w społeczeństwie wymagającym perfekcji ciała, wkłada się wiele wysiłku, aby zwiększyć swoją atrakcyjność. Tak więc tatuowanie także jest działaniem mającym na celu poprawienie swojego wyglądu, choć w bardziej subiektywnym wymiarze[3].

 Angielskie słowo „tattoo” (tatuaż) pochodzi od terminu „ta tau” – w rdzennym języku Thaiti – zostało ono zapisane przez XVIII-wiecznych podróżników i oznacza „naznaczyć coś”[4].

Tatuowanie wiązało się i nadal wiąże się z możliwością powikłań zdrowotnych, co osoba zdecydowana na taką ozdobę własnego ciała powinna wziąć pod uwagę – co jak wynika z badań nie zawsze jest uświadamiane.

 Współcześnie wprowadzanie pigmentów pod skórę odbywa się przy pomocy specjalnej elektrycznej maszynki z automatyczną igłą lub igłami. Z dużą szybkością wbija ona pod skórę małe kropelki barwnika.

Jest to metoda dość bolesna, ale – jak wiadomo – istnieje indywidualna wrażliwość na ból, a może tak wielka jest potrzeba człowieka, by posiadać trwały obraz na ciele, że jest w stanie znieść najgorsze cierpienie. Jest to dość zadziwiające, bo jak wiadomo kobiety są bardziej odporne na ból, a rozległe tatuaże, nieraz pokrywające całe ciało tak często obserwujemy u mężczyzn. Temat chyba jest wart badań psychologicznych, bo być może współcześni mężczyźni w ten sposób chcą podkreślić swoją męskość. Szczególnie w dzisiejszym Świecie, gdy odbiera się im odwieczne role dominowania – zresztą wielokrotnie sami się temu poddają….


[1][Tadeusz Marcinkowski, https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Marcinkowski]

[2] [https://www.facebook.com/TatuazeNieRobiaZNasKryminalistow/]

[3][Nowak R. Psychologiczne aspekty tatuowania się. Roczniki Psychologiczne 2012; XV, 2: 87-104].

[4][Pickup O. Ta tau: where the word tattoo comes from, https://www.telegraph.co.uk/films/moana/tatau-where-tattoo-comes-from/ [dostęp: 28.04.2020].

Powroty, zaproszenia….

1

Pozdrowienia z Kotliny Żywieckiej.


 Babia Góra płonie o świcie. Zdjęcie własne.

Ten tekst znalazłam wśród  moich starych artykułów zamieszczonych w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka. Potem zamieszkał w tym blogu- 8 lat temu….to już 8 lat….dziś jest dla mnie dzień leniwy, refleksyjny , rozmarzony, dzień powrotów….

 Od urodzenia mieszkam w Gorzowie.

Są wczesne lata 50 ubiegłego stulecia. Nadchodzą wakacje.

I znowu czekam na wielkie spotkanie, coroczną cudną przygodę.

Oto wyjeżdżamy  w miejsce magiczne.

Tam urodziła się moja Mama…

Żegna nas gorzowski dworzec kolejowy. Nie boimy się przepełnionych pociągów, przesiadek na trasie,  wielkich bagaży. Miejsca nie zawsze wolne w przedziałach czekają. Często jest do dyspozycji miejsce stojące na korytarzu, w wielkim tłoku, zwykle w pobliżu WC. Śpię na jakimś tobole.  I budzę się o świcie, jak zwykle. Tato mówi, jesteśmy  przed Pszczyną. Zrywam się całkowicie wypoczęta i podniecona. Przecież z tego miejsca już widać góry. Moje góry. Tajemnicze, niezmienne od wieków, moje piękne…

Jeszcze jedna przesiadka w Bielsku. Pociąg do Żywca przekracza Bramę Wilkowską i zanurza się w Kotlinie Żywieckiej. Sunie sapiąc wyznaczając żelazne granice   pasma Magurki, które jest  długim łagodnym grzbietem Beskidu Małego.

Potem czeka wujek z parą pięknych koni i wsiadamy do najprawdziwszej  bryczki. Jedziemy  przez łagodne tereny, przez strumyki kamieniste. Wujek rozmawia z końmi. Wykonują jego słowne polecenia. Konie są jego wielką miłością.

 A panorama na całą Kotlinę leży otwarta jak wielka księga.

Jesteśmy u celu.

Jesteśmy we wsi pod Skrzycznem, gdzie rezyduje już inne pasmo górskie-  Beskid Śląski .

 Wracam w to miejsce często. Zawsze z tą samą radością ze spotkania.

Staję na progu chałupy położonej ok. 500 m n.p.m.

Nieomal u stóp rozciąga się wielka przestrzeń otoczona górami z lśniącą linią Jeziora Żywieckiego na linii horyzontu. Góry widziane z tej perspektywy wydają się niewielkie.

 Podziwiam jeszcze jedno, trzecie  ramię górskie obejmujące tę Kotlinę. Jest to Beskid Żywiecki z dostojną, niby prawdziwa baba w zapasce i tak samo chimeryczną Babią Górą. Właśnie we wschodzącym  słońcu  Babia bierze poranną kąpiel… I cała różowa w różowym peniuarze pozuje do zdjęcia…

 Rozmyślam o historii tego miejsca. Ileż ludów  wędrowało tędy z południa na północ.

Ok. 5000 lat temu z ziem nad Dunajem leżących przybyły grupy ludności neolitycznej. Zostały w tej ziemi liczne ich ślady. W III w. p. n. e dotarli tam Celtowie wnosząc umiejętności  obróbki żelaza. Potem kupcy rzymscy wędrowali nad Bałtyk tzw. szlakiem bursztynowym. I wreszcie w VII wieku pojawili się Słowianie. Powstały szlaki solne… Tereny te pamiętają Polskę Piastów, panowanie  niemieckie, własne Państwo Żywieckie, najazdy Szwedzkie, zabory. Pamiętają  licznych  królów polskich i cesarzy pamiętają… Dzieje były zawiłe, długie historie by opowiadać… pozostały liczne ślady dawnych czasów i wielkie tradycje walki o polskość.

 Patrzę na sąsiadujące dwie niewielkie  góry usadowione przed Skrzycznem. Jedna to Niesłychany Groń ( ależ nazwa !) a druga to Palenica. Palenica ma charakterystyczny stożkowaty kształt. Takich Palenic jest w górach sporo. Ponoć na większości z nich zapalano ognie w czasie przemarszu wojsk i w ten sposób przekazywano sobie informacje…

 Zawsze mnie wita i żegna niesamowity  ciekawski kot sąsiadów. Wygląda tak, jakby zakładał maskę wenecką. Czy widział ktoś podobnego kota?

Tutaj wszystko jest inne…

Powrót Starego Profesora- może przeprosimy za niesforność….


Wczoraj poczułam się Szczęśliwa. Może to mało do Pełni, ale każda taka chwila jak perełki tworzy cudny naszyjnik okalający twarz. Oczywiście to przenośnia, tylko wyobrażenie miękkiej kolii, której od dawna nie noszę, bo drapie szyję naznaczoną PESELEM  i wtórnie dziecięco wrażliwą 🙂

Mój wpis blogowy zniknął po przenoszeniu tekstów na obecne miejsce, gdyż WP likwidowała całą platformę blogową. A był szczególnie ważny bo było tam zdjęcie Profesora Antoniego Możdżera znalazło się w pudełku po butach u naszej niezapomnianej koleżanki z LO- Bożeny Kolasińskiej z d. Jodko a teraz zginęło w starym laptopie no i blogu. Bożena odeszła przed laty, może tęskniła za przyjaciółką Teresą Łakomą (zwaną przez nas Kostusią) która czekała w zaświatach by swoją radością, jakiej nikt z nas nie miał i serdecznym śmiechem rozchmurzać oblicza Wszystkich Świętych. Po 40 latach odwiedziłam moje miasto urodzenia- Gorzów Wlkp. Znajdując wcześniej te koleżanki na Naszej Klasie. Wtedy właśnie Bożena zaprosiła mnie do swojego uroczego mieszkania, piłyśmy przednią nalewką i w pewnym momencie wyszła do drugiego pokoju przynosząc wspomniane pudło……Ucieszona zrobiłam zdjęcie ze zdjęcia Profesora i napisał mi się ten właśnie tekst. Druga przyczyna mej radości wczorajszej, to fakt, że po tym wpisie  z 2011 r. odezwała się obecna moja Przyjaciółka Blogowa, z którą rozumiemy się bez słów- mieszkała w Gorzowie przez 3 lata, gdy Jej Tato- lekarz wojskowy tam był skierowany do pracy. Uczyła się w naszym LO, doskonale pamięta Profesora, i powtarzała, że ma stałe poczucie iż był niedoceniany i jest Jej do tej pory przykro z tego powodu. Kiedyś to Ona zauważyła, że wpis blogowy zniknął. Obie byłyśmy niepocieszone. I oto nagle przyszło mi do głowy, że może internet zapamiętał. I stało się, znalazłam- zresztą stało się to dzięki Redakcji Naszego Miasta, która za moją zgodą (czy na prośbę- bo pisano, czy chcemy coś uratować) przeniosła teksty z likwidowanej MM- Gorzów do nowego portalu . Stale żal naszej kochanej MMki, gdzie raczkowałam w pisaniu innym niż medyczne, uprawiane przez dziesięciolecia, szlifowali nas redaktorzy, ale głównie pewna koleżanka przybierająca różne nicki krytykując zawzięcie- na co zresztą nie zdając sobie sprawy że istnieje w wielu nickach – zapalczywie, bardzo poważnie odpowiadałam, często korzystając z tych uwag krytycznych. Chciałabym Jej za to podziękować – jeśli cudem się zdarzy, że tu zajrzy- domyśli się, że o niej mowa. 

To tyle tytułem opowieści o dziejach tego wpisu. Pozwoliłam sobie skopiować, bo wszak to pierwotnie pisanie z mojego serca i umysłu, blog to nie publikacja i żadne rygory redakcyjne nie obowiązują…ponoć…

Stary Profesor, nasze szczenięce lata i muzyka

Łuka,4 grudnia 2014


Właśnie gra Leszek Możdżer. A my wspominamy Jego Dziadka – Antoniego. Naszego Profesora zawarciańskiego liceum. Rozmyślamy o naszej niedojrzałej młodości .

Niezwykłe wieczorne spotkanie. Na stole zniszczone pudełko po butach. W nim zdjęcia. I nagle znajduję to, zamieszczone w tym artykule. Klasa, katedra i stary Profesor. Niepowtarzalny, oryginał, erudyta, niedoceniany przez nas. Ktoś nieprzypadkowo włącza muzykę. Gra Leszek Możdżer. Słuchamy. Oglądamy filmik, znajdujemy podobieństwo. To Wnuk naszego Profesora. Jesteśmy dumni.

Teraz z muzyką przychodzą do nas szkolne półwieczne obrazy. Właśnie lekcja łaciny. W drzwiach wysoki, szczupły, w podniszczonym garniturze Profesor Możdżer. Ale najważniejsza jest Jego fryzura. Włosy przylizane zwiastują lekcję ponurą, groźną i z rosnącym lasem tzw. pałek w dzienniku. Wtedy siedzimy cicho jak myszy pod miotłą.
Ale dzisiaj fryzura cudna jest! Fantastyczny totalny nieład na głowie. I wszystko wiadomo. Stajemy się dziką, rozbrykaną, nieujarzmioną i nieodpowiedzialną bandą. Mysz wypuszczona z teczki śmiga po klasie. Piski i rechoty. Co chwilę terkocze spod ławki zachrypnięty budzik. Zabawa jest szampańska. A lekcja trwa. Profesor spokojny, zajęty swoimi sprawami.
Zaczynamy się nudzić. Wtedy zgłasza się urodziwa i długonoga. Ciepłym, niewinnym głosem zadaje profesorowi nieśmiertelne pytanie: Jakie jest pochodzenie naszych imion? Profesor zrywa się zza katedry. Uradowany. Staje przy tablicy. Długo i bardzo cierpliwie pisze jakieś greckie litery. Zadajemy kolejne pytania. Liczba pytań sięga zenitu. Aż nagle rozlega się upragniony dzwonek….
Profesor słynie z wielu zabawnych powiedzeń. Koledzy z klasy przyjaciółki – Bajki – zakładają specjalny zeszyt i zapisują te wszystkie powiedzenia. Któregoś dnia zeszyt trafia w ręce Profesora. Cisza i przerażenie. Wszyscy czekają na ogłoszenie wyroku. Następnego dnia do klasy wchodzi Profesor. Podchodzi do zesztywniałego głównego winowajcy, wręcza mu ten zeszyt. Wyciąga rękę. A potem… głaszcze nieszczęsnego młodzieńca po głowie.
Sewa, matura 1959, jest mądra i piękna. Ulubiona uczennica nauczyciela, ale chętnie ulega atmosferze ogólnego rozbrykania. Ma poczucie winy. Gdy jest na drugim roku studiów, pisze list do Profesora. Przeprasza, próbuje się usprawiedliwić. Po kilkudziesięciu latach dowiaduje się, że Profesor przeczytał ten list w pokoju nauczycielskim. I wtedy wszyscy zobaczyli Jego łzy…

W pamiętniku zjazdowym zawarciańskiego LO zawarty jest życiorys Profesora Możdżera
” Urodzony 31.01.1912 roku w wiejskiej rodzinie na Wileńszczyźnie. Został magistrem teologii na Uniwersytecie Wileńskim. Pracował w szkole powszechnej w Wilnie. W okresie okupacji był rachmistrzem. W 1945 roku przyjechał do Gorzowa. Podjął pracę w Miejskim Gimnazjum i Liceum. W 1947 roku obronił pracę magisterską z historii na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1950 roku przeszedł do szkolnictwa zawodowego i w tym czasie studiował filologię klasyczną na Uniwersytecie w Poznaniu. Po pięciu latach przeniósł się do Liceum Ogólnokształcącego nr 19 przy ul Przemysłowej. Uczył łaciny, niemieckiego i logiki. Równolegle pracował w Liceum dla Pracujących i Liceum Korespondencyjnym. W 1972 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 3.03.1977 roku w Gorzowie…”.
Pochowany został w Gorzowie, przy ul. Żwirowej. Właśnie zbliża się kolejna rocznica.
Nie było okazji, żeby Go poznać lepiej. Nie wiemy, jakim był Człowiekiem, Ojcem i Dziadkiem. Ale na pewno zbudował piękną i dużą Rodzinę. A w tej Rodzinie muzyka… i na rodzinnym stole nasze przybrudzone klasówkowe zeszyty z oślimi uszami.
Gdyby było można wrócić do dawnych szkolnych czasów i zachować dzisiejszą mądrość….
A teraz słuchamy jak gra Wnuk Profesora, Leszek Możdżer i co opowiada młodym zgromadzonym na Woodstock.
Może znajdziemy tam słowa i poglądy, które rodziły się w Rodzinnym Gorzowskim Domu.
Otwieramy treść zamkniętą linkiem. Słuchamy. To zaproszenie na prawdziwą ucztę.

https://gorzowwielkopolski.naszemiasto.pl/stary-profesor-nasze-szczeniece-lata-i-muzyka/ar/c13-2658264

Gdzie jesteś Matko Boska z mojego dzieciństwa ?

Ostrobramska Matka Boża Miłosierdzia
Królowa Korony Polskiej – dawna i bliższa, bez przepychu który teraz musi dżwigać

Kochani

Miało być o czymś innym, całkiem odległym.

Ale dziś zajęłam się kopiowaniem tego co napisałam w blogu,  może wreszcie wydrukuję. Bo papier to papier a nie „chmura”

Znalazłam ten wpis i wrócił czas dzieciństwa ale i młodzieńczy, zachwytów wzruszeń miejscami świętymi o wadze historycznej jak Jasna Góra, Kalwaria Zebrzydowska czy Ostra Brama, z obrazami z Sienkiewicza czy z opowieściami  Mamy…..

Nie tak dawno to było , a  teraz stało się tak obce mentalnie. Mój Boże, co nam zrobiono. Odebrano dziecięce marzenia….

Przez zawirowania polityczne i rządy czarne wszystko stało się byle jakie, odległe, nierealne i właściwie nie tylko zapomniane ale i wrogie jakby.

Czy Ktoś w Was też tęskni za tamtymi czasy gdy było jasno, prosto i mieściło się w  sercu ?

A teraz ten wpis blogowy :

Opublikowane w 15 sierpnia 2012 przez Zofia Konopielko

Śladami mojego Taty. Matka Boska Ostrobramska…

 Wizerunek Madonny Miłosierdzia został namalowany na deskach dębowych techniką temperową . Obraz ma wymiary 200×160 cm. Został umieszczony na zewnętrznej ścianie wieleńskiej Ostrej Bramy  i jest oświetlany przez światło padające z położonego naprzeciw dużego okna  ze starówką w tle…..

Autor obrazu jest nieznany. Niektórzy autorstwo przypisują Łukaszowi, artyście krakowskiemu, który namalował podobny obraz w 1624 roku dla Kościoła Bożego Ciała w Krakowie. Wg legendy Matka Boska ma rysy Barbary Radziwiłłówny.

Wg prof. Marii Kałamajskiej- Saeed oba obrazy są wzorowane na innym, autorstwa flamandzkiego malarza Martina de Vosa, namalowanego ok. 1580 roku w dwóch wersjach graficznych, różniących się układem rąk. Pierwsza z wersji, przeniesiona potem do obrazu wileńskiego przedstawia Matkę Boską ze skrzyżowanymi na piersi dłońmi a na drugim-  jej dłonie są złożone w geście modlitewnym. Oba obrazy rytował Hieronim Wierix.

Obecnie postać Maryi zakrywa błyszcząca złotem sukienka. Widoczna jest tylko wyrazista twarz i skrzyżowane na piersiach dłonie.

Pod metalową sukienką Ostrobramska Pani ubrana jest w czerwoną tunikę z podwiniętymi rękawami. Szyja okryta jest szalem, a głowa białą chustą. Całą postać otula zielonkawo-błękitny płaszcz zarzucony na głowę i ramiona. Tło obrazu ma odcień brązu.

Obraz został wystawiony w XVII wieku  na Ostrej Bramie.

Szczególny kult wizerunku rozpoczął się  w 1655 roku, kiedy Moskale dokonali najazdu na Wilno….

W 1671 roku, przy bramie zbudowano drewnianą kapliczkę, która spłonęła w 1711 roku. Ocalał wówczas jedynie ten właśnie cudowny obraz. Podobno w ostatniej chwili wyniósł go młody zakonnik, narażając swoje życie. Ciężko poparzony wyzdrowiał, co wszyscy uznali za cud Matki Boskiej.

 Wówczas też Wizerunek Matki Miłosiernej został  zasłonięty srebrną, złoconą sukienką.

Po roku w tym samym miejscu wybudowano kaplicę murowaną. Umieszczono w niej ten sam obraz Madonny .

W 1794 roku przy Ostrej Bramie miało miejsce starcie oddziału wojsk rosyjskich szturmujących Wilno z obrońcami miasta, powstańcami Jasińskiego. Podczas tych działań, zarówno kaplica i jak i obraz uległy  uszkodzeniom, które naprawiono w tym samym roku.

W okresie zaborów a szczególnie w czasie powstania styczniowego w Ostrej Bramie miały miejsce patriotyczne manifestacje. Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej był elementem całego  ruchu niepodległościowego wymierzonego przeciwko władzom rosyjskim. Gdy doszło do  stłumieniu Powstania Styczniowego, obawiano się, że Rosjanie nie zaakceptują polskiego napisu pod obrazem. Brzmiał on tak  : „Matko Miłosierdzia pod Twoją obronę uciekamy się „  . I wówczas ktoś wpadł na pomysł by zmienić ten polski napis na  łaciński:

” MATER MISERICORDIAE , SUB TUUM PRAESIDIUM CONFUGIMUS”

Kult Maryi Ostrobramskiej został  trwale uwieczniony w literaturze pięknej. Adam Mickiewicz w inwokacji do swojego poematu „ Pan Tadeusz” zwraca się z prośbą do Matki Boskiej Ostrobramskiej o łaskę powrotu emigrantów do Polski.

W roku 1849 obraz otrzymał wotum, które stało się charakterystyczną ozdobą, akcentem zamykającym całość kompozycji. Jest to odwrócony sierp półksiężyca z wygrawerowanym napisem :

„ Dzięki Tobie Matko Boska za wysłuchanie próśb moich, a proszę Cię, Matko Miłosierdzia, zachowaj mnie nadal w łasce i opiece Swojej Przenajświętszej W.I.J. 1849 roku.”        

 Ponadto na głowie  Pani Ostrobramskiej założono dwie korony ze złoconego srebra. Jedna została założona w okresie baroku i oznacza koronę Królowej Niebios, a druga rokokowa jest koroną Królowej Polski.

Korony te zamieniono na złote w 1927 roku, kiedy to metropolita warszawski Aleksander Kakowski dokonał koronacji Madonny. W tej uroczystości uczestniczył Józef Piłsudski. Korony zostały ufundowane ze składek społecznych . Niestety oryginalne korony zaginęły w czasie II wojny światowej.

Wokół obrazu znajdują się liczne wota, m.in. tabliczka ofiarowana przez Piłsudskiego z tekstem : ” Dzięki Ci Matko za Wilno”

W 1993 roku odwiedził Wilno i był w Ostrej Bramie Jan Paweł II.

I tyle na temat Ostrej Bramy.

Przed wielu laty byliśmy w  Druskiennikach z zamiarem odwiedzenia Wilna. Odwiedziliśmy Matkę Boską. I tak jak kiedyś moi pradziadowie- Michalina i Bolek Rodziewiczowie , a po latach nasi  Rodzice,  w tłumie pielgrzymów wchodziliśmy po stromych schodach ze stopniami wyżłobionymi stopami wiernych.

Niektórzy wchodzili tam na kolanach.

I jak od wieków wszyscy nieśli  swoje ludzkie prośby.

Matka Boska była piękna, złotem lśniła i słońce igrało w witrażach.

Wpatrywaliśmy się w Jej oczy.

Patrzyła w dal – co widziała i co słyszała- nigdy się nie dowiemy.

Ale przynosiła NADZIEJĘ….


Nie wpadnijmy w „szpony zdrowego jedzenia” czyli nie dajmy się…. ortoreksji :)


dr Steven Bratman- ” niewolnik i ojciec ortoreksji”. Zdjęcie z internetu

Kochani, dziś będzie o współczesnym świecie – o nowych zjawiskach które już zostały nazwane.  Okazuje się, że aktualna moda na zdrowe jedzenie potrafi stać się rodzajem uzależnienia.

Żyjmy więc pełną piersią, czerpiąc z życia to co NAJPIĘKNIEJSZE, a to co nieszczególne omijajmy lub wyrzucajmy za burtę jak niepotrzebny balast…

…..uwalniajmy swoje dobre i poszukujące szczęśliwości myśli i wyfruwajmy WOLNI JAKO PTAKI, szybujmy w przestrzenie szerokie bo  w tym nie ma ograniczeń…..żadnych !!!

…..nie dajmy się zniewolić przez mody, kult ciała, młodości ale też nie fiksujmy na tle zdrowego jedzenia  !

A oto krótka opowieść o stosunkowo niedawno odkrytym i nazwanym zaburzeniu zwanym ortoreksją. Może się komuś przyda by wyhamował w pędzie do tzw. zdrowego życia, albo pomógł komuś innemu ….

Całkiem niedawno, bo dopiero w końcu lat 90 XX w.  amerykański lekarz Steven Bratman zaobserwował u siebie pewne niepokojące zjawisko.

Był alergicznym dzieckiem i rodzice wtłaczali mu do głowy wiedzę o szkodliwości niektórych potraw. Chłopiec ulegał tym wskazówkom a że cierpiał z powodu kataru siennego czy bardzo swędzących wysypek na skórze – bardzo się zaangażował we wpatrywanie w talerz, wynajdywanie tego co może zaszkodzić a z czasem zaczął unikać restauracji a nawet przyjęć u znajomych – by nie otrzymać czegoś do jedzenia, co jest dla niego szkodliwe.

Przestał widywać znajomych, gdyż jak wiadomo każde spotkanie przynosiło coś do przekąszenia…..

kiedyś założył własną farmę i jadał tylko to co sam wyhodował nie wspominająco tym,  że żywił się tylko produktami które sam przygotował kuchni….

Przez cale dni skupiał się na zdrowym jedzeniu a nawet nocą śniły się mu sny piękne o zdrowych daniach a po snach  w których ktoś ze znajomych podawał mu jakiś niezdrowy produkt, budził się zlany potem ze strachu….

Po pewnym czasie zaczął się przyglądać bacznie swoim pacjentom, i u niektórych zauważył podobne objawy. Porównując swoje i ich przymusowe zachowania które stają się głównym celem w życiu,  zajmują wszystkie myśli, tak przylepione do człowieka, że oderwanie nie jest możliwe, utrudniają spotkania z jedzonkiem i właściwie zupełnie uniemożliwiają normalne funkcjonowanie doszedł do wniosku, że jego i tych innych dopadła nieznana przedtem a może tylko niezauważona przypadłość. Kojarząc swoje uzależnienie od tego co na talerzu nazwał je ortoreksją, porównując z anoreksją. W naukowych czasopismach w 1997 r. opisał objawy a w 2000 r. wydał książkę „ W szponach zdrowej żywności”

Psychiatrzy od razu zawołali  „ o ! właśnie urodziła się siostra anoreksji”

Aktualne badania w różnych społeczeństwach potwierdzają występowanie ortoreksji aż u 27 % młodych ludzi …

Biedacy, którzy wpadli w szpony zdrowej żywności spędzają czas całymi dniami planując, kupując czy uprawiając własne produkty oraz przygotowując posiłki.

Odstępstwo od ustalonych zasad dietetycznych skutkuje pojawieniem się poczucia winy oraz lęku.

W skrajnych wypadkach ortoreksja prowadzi do zaburzeń funkcjonowania w społeczeństwie, niedożywienia a także zaburzeń odżywiania w typie anoreksji.

Zdarza się, że osoba cierpiąca na ortoreksję, pomimo swojej wielkiej troski o zdrowie  może mieć niedobory minerałów i witamin. Pojawiają się zawroty głowy, problemy z pamięcią i koncentracją, bóle brzucha, zmienne nastroje, skłonność do depresji a nawet myśli samobójcze. Ponadto może występować anemia, a u dziewczyn jak w przypadku anoreksji- zaburzenia miesiączkowania.

A oto Kochani kilka pytań które mogą być kierunkowskazem

Test na ortoreksję 

  1.  czy uważasz siebie za perfekcjonistę mającego wszystko zawsze pod kontrolą?
  2. Czy masz wrażenie, że od momentu wprowadzenia zdrowej diety jakość twojego życia wzrosła?
  3. Czy żal ci ludzi, którzy cały czas jedzą niezdrowo?
  4. Czy masz wyrzuty sumienia, kiedy sama sięgniesz po coś kalorycznego?
  5. Czy z powodu diety unikasz spotkań z rodziną bądź znajomymi?
  6. Czy nie wychodzisz na imprezę z powodu typowego dla niej menu?
  7. Czy odczuwasz przyjemność, kiedy zjesz śniadanie, obiad oraz kolację samotnie?
  8. Czy odnosisz wrażenie, że na jedzenie musi przeznaczać więcej czasu, niż byś chciała?
  9. Czy masz trudności ze zjedzeniem czegoś, co przygotował ktoś inny i odbyło się to poza jej kontrolą?

Jeżeli odpowiedź na większość z tych zagadnień jest twierdząca, należy zwrócić się o pomoc do lekarza specjalisty.

Inne pytania, które znajdziemy w poszerzonym teście na ortoreksję to:

  • uporczywe  rozmyślanie o tym, co jutro zjemy,
  • – gromadzenie książek o dietach oraz różnych kalorycznych tabeli,
  • – rzetelne, przesadzone, codzienne przeliczanie wszystkich przyjętych kalorii, a także
  • –  regularne odwiedzanie sklepów z ekologiczną żywnością i robienie w nich
  • dużych zakupów …

.I pozostaje mi powtórzyć to od czego zaczęłam tę opowieść 🙂

….żyjmy więc pełną piersią, czerpiąc z życia to co NAJPIĘKNIEJSZE, a to co nieszczególne omijajmy lub wyrzucajmy za burtę jak niepotrzebny balast…

…..uwalniajmy swoje dobre i poszukujące szczęśliwości myśli i wyfruwajmy WOLNI JAKO PTAKI, szybujmy w przestrzenie szerokie bo  w tym nie ma ograniczeń…..żadnych !!!

…..nie dajmy się zniewolić przez mody, kult ciała, młodości ale też nie fiksujmy na tle zdrowego jedzenia  !

Bo każda przesada jest niezdrowa

Miłego czasu Wszystkim……

Przy tej okazji – dziękuję koledze ze studiów prof. Jerzemu T. Marcinkowskiemu za odsłanianie przede mną tajników HIGIENY, która tak pięknie się rozbudowała od naszych studenckich czasów, za pomysł napisania podręcznika, który już został bardzo dobrze oceniony przez trzech recenzentów i mamy nadzieję, że się ukaże za kilka miesięcy ….nosi tytuł Ponadczasowa misja higieny i epidemiologii… jednym z podrozdziałów jest temat krótko przedstawiony we wpisie. Korzystaliśmy z wielu pozycji piśmiennictwa naukowego- m. in.

Shah S. Orthorexia nervosa Healthy Eating or eating disorder. 2012, Masters Theses. Paper 991.

Łucka I, Janikowska-Hołoweńko D, Domarecki P i wsp. Ortoreksja – oddzielna jednostka chorobowa, spektrum zaburzeń odżywiania czy wariantzaburzeń obsesyjno-kompulsywnych? Psychiatr. Pol. ONLINE FIRST Nr 97: 1–12

„Zaślubiny” z koleją ….

„Zaślubiny” z koleją

Kochani, wyciągnijmy nogi z tego błota które nas oblepia, mlaska z zachwytem, że zalało serca, zamuliło umysły i wciąga w swoją brudną głębię coraz bardziej ukontentowane.

Brzydkie bolesne słowa śmigają w przestrzeni, zachowania lekceważące, odwracanie się plecami gdzieś na półpiętrze  naszej świątyni praw wszelakich, zło wyhodowane na jakże bujnej i szlachetnej piersi zielonego mojego Żoliborza.

Gdzie dobro Kuronia zatopione, skąd  Powstańcy Warszawscy, kanały oglądane dziś, Hłasko choć chłopak z dobrego domu, ale zaglądający nad Wisłę, gdzie chałupki Marymontu byle jakie i ludzie niekoniecznie szlachetni, ale ze swoimi prawami pięści,

Hłasko oglądający znad Wisły migocące w słońcu szklane domy pierwszej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

W tych oto domach Rodzice naszego kolegi Jurka Marcinkowskiego  o czym pisał w tym blogu, cieszyli się sobą  świeżo po ślubie i zaręczynach polegających na wymianie podręczników do medycyny.

Wreszcie tu Popiełuszko i Jego siła i prawość  udzielana innym.

Szatan widać tam gdzie Dobro, atakuje najbardziej, wylęga się ze złego jaja, a może z własnego nieszczęścia i demoluje rzeczywistość pokoleń….

Ale dość rozważań, niech nasza Romantyczność przypnie skrzydła, nie dajmy się, bądźmy Niezależni, Wolni a NIC NAS NIE DOTKNIE, pofruniemy  tam gdzie zechcemy    zostawiając zły świat.

Oto jedna z opowieści dla mnie „wyzwalających”. Bo o kolei, podróżach i pięknie nieograniczonej wolności.    Zabieram Was ze sobą moi Drodzy….

Mój Tato, urodzony w 1908 r.,  w bardzo  wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych, mostach i wiaduktach.

Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W Jego rodzinnym miasteczku – Rakowie (obecnie Białoruskim),  nie było kolei – należało dojechać furmanką chyba ponad 20 km, by znaleźć się na dworcu.

I oto  któregoś dnia moi Dziadkowie  – Stanisława z d. Rodziewicz i Tomasz Łukaszewiczowie  postanowili  wybrać się do Wilna by odwiedzić ciotkę Dzierżyńską której mąż był kolejarzem.  Zabrali ze sobą małego chłopczyka, dlaczego właśnie Jego, nie wiem. Może starsze siostry i bracia nie byli zainteresowani, może mieli już swoje życie. A może to LOS podpowiedział, że TEN CHŁOPIEC CZEKA NAJBARDZIEJ, że warto właśnie jego, bo LOS zaplanował mu  życie z koleją. Nie wiem.

Ale ta podróż stała się wydarzeniem które przyniosło  Tacie tę Pierwszą i Jedyną taką Miłość.  

Tę wyprawę  zapamiętał na całe życie i często wracał wspomnieniami, których wysłuchiwałam przesiadując na podłodze u Jego stóp i czułam jak fala tej Miłości mnie unosi i zalewa rozkoszą serce.

Od tej pory mieliśmy tę Miłość wspólną i obdarowuję nią moje Dzieci a może i Wnuki a także chciałabym Prawnuczkę, choć jeszcze mała jest.  

Jeśli mam marzenia, to nie jakieś dalekie podróże, a tylko „ wsiąść do pociągu byle jakiego” i ujrzeć jak pejzaż za oknem ucieka odsłaniając stale nowe widoki w rytm kół….

Gdy udaje mi się wyruszać w podróż koleją, choć już coraz rzadziej, a jeszcze te rygory pandemii COVID-19 zamykają mi świat, unoszę ze sobą opowieść Taty.

I mam w oczach obraz małego chłopca o bladoniebieskozielonych  oczach pełnych zachwytu, który wygląda przez otwarte okno  aż nagle podmuch powietrza porywa mu czapeczkę z głowy z której był tak dumny…..to jakby  Jego zaślubiny z koleją – dla mnie symboliczne.

Tata  opowiadał też barwnie i obrazowo  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu. Była to tłusta, spocona, zasapana  Bestia z kołami wyższymi od małego chłopca, które poruszały się przy udziale poprzecznych żelaznych „łap”.  Zwykle przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, a drugi  od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten drugi czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach.

Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno.  I jak już napisałam, w tym właśnie momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę. Mógł tylko oglądać jak frunie w dal, gdzieś, gdzie wzrok już nie sięga…  

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt  „zaślubin”  Taty z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej Miłością Pierwszą – taką z Trwającym ZACHWYTEM  do ostatnich swoich dni.

Pewnie ta Miłość była tak silna,  że wbudowała się w nasz rodzinny genotyp i jest  przekazywana  następnym pokoleniom  jako nieustanna FASCYNACJA ….

Czuję ten Gen w sobie, czuję jak się niespokojnie wierci i namawia – ruszaj w Podróż, ruszaj w Nieznane, w siną dal, oglądaj jak uciekają tory i perony przebiegają za oknem, siadaj na dworcowych ławkach, oglądaj ludzi, wdychaj ich zapachy, bo to Życie, jego pełnia….

A przecież lat mam niemało a i pociągi wyglądają teraz już inaczej.  Ale zawsze są te tory, zawsze zadziwiającą równoległe, perony na których ktoś czeka lub nie i dworce JAK PRZYSTANKI W ŻYCIU  – nie zawsze odnowione, czasem obskurne z pamięcią dawnego czasu,  lecz zawsze związane z OCZEKIWANIEM czegoś co nadejdzie i z NADZIEJĄ, że będzie piękne…

Zdjęcie mojego Taty, które zamieściłam na Fb jako Klara Klon ( mój nick)

„Manna z nieba” i tamaryszek


Pozwalam sobie skopiować mój wpis z 12 maja 2018 r. – bo metoda to Facebookowa którą lubię a poza tym….właśnie zakwitł i czaruje …..

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę…

WSZYSTKO W ŻYCIU ZALEŻY OD … MOTYLA

Wszystko zależy od … motyla

Ta opowieść nie jest tylko moim wyobrażeniem, czy jakąś bajeczką. To jest prawda, zauważona przez poważne naukowe głowy.  Aż dziw, że nie opisali tego zjawiska Starożytni. Może mieli umysły  zajęte czymś innym, a może widzieli – tylko wydawało im się to takie zwykłe.

A tymczasem to zjawisko jest niezwykłe i wszystkich nas dotknęło. Ale o tym będzie potem….więc ab ovo.  

W 1898 roku Jacques Salomon Hadamard (18651963) – bardzo poważny matematyk francuski, zajmujący się teorią liczb, mechaniką teoretyczną, geometrią, teorią poznania, teorią całkowitych funkcji analitycznych, równaniami różniczkowymi i równaniami fizyki matematycznej – znany z teorii liczb pierwszych … uff, dość wymieniania tych sucho i nijako dla mnie brzmiących terminów – zaczął obserwować poruszające się gładkie kule (bile) po powierzchni równie gładkiej i  cokolwiek by to znaczyło – i tak nie rozumiem 🙂 – powierzchni o ujemnej krzywiźnie. Otóż wbrew przewidywaniom naukowca  trasy tych kul –  okazały się niestabilne tak – że kule zaczęły się oddalać od siebie.

 Podaję ten opis z Wikipedii niewiele rozumiejąc, ponad to, że  ów słynny matematyk  był tym zadziwiony a także zadziwiali się inni o tęgich matematycznych i fizycznych głowach, nie bardzo rozumiejąc zjawisko. Było to powodem ich licznych teorii i niejakiego zamętu.

Wiedzę uporządkował  – nazywając ją teorią chaosu – niejaki  Edward Norton Lorenz (1917-2008) – amerykański matematyk zajmujący się od 1960 r. komputerowym prognozowaniem pogody. Stworzył on w tym celu układ 12 równań wyrażających relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru, itd. Sądził – jak większość ówczesnych naukowców – że prawie dokładne dane wejściowe dają prawie dokładne wyliczenia prognozy,

To przekonanie okazało się jednak całkiem błędne – wynik diametralnie odbiegał od przewidywanych na podstawie symulacji. Matematyk ów, zauważył bowiem, że wyniki są zaskakująco czułe na minimalną zmianę warunków początkowych – i był pierwszym meteorologiem, który odkrył, że nie sposób przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni naprzód, bo równania opisujące stan atmosfery są chaotyczne. W 1963 r. opublikował wyniki swoich prac.

Ów Lorenz obrazowo mawiał, że „nawet machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie.” 

Od tej pory butterfly effect został rozpowszechniany i rozumiany też w aspekcie zdarzeń życiowych, pozornie zwykłych – które potrafią zmienić całe życie  ….niektórzy mawiają, że gdy nagle jeden tylko motyl zatrzepoce skrzydłami potrafi zywołać nawet  burzę  piaskową w odległym miejscu na ziemi.

To Cud jednego motyla, tylko jednego i jego zachowania….

Tej nieprzewidywalności wszystkiego doświadczamy na co dzień także w czasie panującej pandemii COVID-19. Stąd różne prognozy a co za tym idzie zda się chaotyczne, często zmieniające się poglądy i zalecenia. Żyjemy Kochani w świecie który jest nieprzewidywalny, niepoliczalny matematycznie – nawet gdy modele są idealne  …. wszystko zależy od tego, że gdzieś tam zatrzepotał motyl…..

         Tak tak, moi Drodzy. Wszystko mamy poukładane, zaplanowane, oczekiwane – dzień po dniu płynie nasze życie – zda się swoim utartym korytem, jesteśmy pewni, że nasz czas jak pociąg przyssany do swoich torów nie zboczy z drogi, radujemy się że plan doskonały a sukces na wyciągnięcie ręki, czasem pogrążamy się w smucie bo widzimy czarną przyszłość, kochamy i jesteśmy kochani, oczekujemy lepszego, spodziewamy się gorszego. Wszystko na nic.

Nie myślmy w kategoriach że coś jest pewne. Żyjmy chwilami zatrzymując te dobre, zapominając złe. Bo gdzieś tam daleko zerwie się do lotu motyl, zatrzepocze skrzydełkami .

Bo gdy motyl zatrzepocze skrzydłami….

Nie muszka bo ma maleńkie skrzydełka i prawie niewidoczne w locie, nie bzyczący komar, bo przypomina raczej śmigłowiec –  tylko motyl – piękny, delikatny i zwiewny. To on przyczyną, że dalekie plany, poczucie stabilności życia i jego przewidywalności – nagle  rozpada jak domek z kart, czy budowla z klocków  z której usunięto jakiś element.  I płaczemy i miotamy się bezsilnie. Na nic. Już nic nie można. Stało się. Nieodwracalne…..Gdy zatrzepoce skrzydełkami motyl – nasze życie które płynęło jakiś uporządkowanym torem, mijaliśmy kolejne stacje a w domu ktoś czekał, planował, obiad dymił na stole a w wazonie kwiaty – nagle osłupiałe się zatrzymało. I  zwiędły w wazonie czekające powitania  kwiaty, obiad zamienił się w szaroburą breję, matka tkwiąca z uporem  w oknie nie wypatrzyła syna czy córki, narzeczony czy narzeczona nie doczekała. Zmieniło się wszystko. Niektórym zawalił się bezpieczny świat. Bo były szpitale, bo były narkotyki na dworcach czy ulicach kupowane, wykradane czy zarabiane przez chude cherlawe ciało które kiedyś dostało po raz pierwszy dawkę narkotyku…. Nasz chłopak nagle poszedł za inną i runęło nasze myślenie o wspólnej drodze życiowej, rozwoju naukowym ale nagle się okazało – też za sprawą trzepotu motyla – że spotkaliśmy nowego człowieka z którym wiedliśmy ciekawe, pełne życie, nawet czasem kolorowe. Zakładaliśmy rodziny, rodziliśmy dzieci, dzieci rodziły dzieci i tak . I było pięknie, inaczej niż sobie wyobrażaliśmy kiedyś, inaczej – ale pięknie.

Może się nie zastanawialiśmy nad tym do tej pory. A może tak.  Ale czy chcemy czy nie, czy pragniemy czy nie,  motyl gdzieś tam daleko na nas czeka. I w chwili gdy mu się po prostu zechce nagle polecieć w błękit – zatrzepocze skrzydełkami….

I wtedy nastąpi rozprzestrzeniający się w świecie efekt, dotrze do nas i wszystko nam się zmieni.

I stanie się cud odnowy ….

Cud soczystego pełnego życia….  

Tylko czekajmy cierpliwie….

 

Marku, bez Ciebie już nic nie będzie takie samo…


Właśnie kwitnie jabłoń. Ten kwiat tak piękny, delikatny, przejrzysty ale pełen sił witalnych wyobraża Waszą Miłość- Sylwio i Marku….niech w nas zostanie pamięć o Niej zobrazowana tym właśnie kwiatem. Daję Wam go do stóp….

Gdy odszedłeś tak nagle, bez pożegnania Marku Grupo, już nic nie będzie takie samo. Już nie będzie bladych świtów, otwieranych z drżeniem oczekiwania smartfonów, zdjęć na Fb i pięknych Waszych opowieści o Najpiękniejszej Miłości w Życiu, która zdarza się tylko raz.

             Dlaczego nam to zrobiłeś Marku? Dlaczego nas zostawiłeś?

Kochającą pogrążoną w bezdennej rozpaczy Żonę. Nawet nie wiemy jak Ją pocieszyć, bo  słowa, przytulenia ani wspólne łzy nadaremne. Zostawiłeś nas, przyjaciół którzy Cię znali tylko z FB i codziennie czerpali siłę i radość płynącą od Was. 

             Dlaczego nas zostawiłeś tak nagle, nie byliśmy przecież przygotowani. Może   wybrałeś to nagłe odejście bo nie chciałeś nikomu sprawiać kłopotu w nieznanej przyszłości ?  Może już myślałeś o tym wcześniej, potajemnie, nikomu nie mówiąc, a tym bardziej swojej Ukochanej- bo się bałeś, że przyjdzie czas gdy bezradność i potrzeba opieki przekroczy siły najbliższych. Nie chciałeś umierać jako starzec niepotrzebny nikomu. Więc wybrałeś odejście w zdrowiu i w pełni Miłości swojej i Sylwii ?      

Zostawiałeś nam  pamięć i Wasze radosne zdjęcia  pod powiekami- a to Marek szyjący na maszynie maseczki w czasie pandemii, piekący ciasteczka, czekający z kawą na Żonę, Marek wtulony w Sylwię, wyprowadzający Wasze pieski i wylegujący się z kotem na piersi. Ten czas piękny zamknęliście w kadrach Waszych opowiadań, zdjęć i dobrych rozmów.  I za to Wam dziękujemy. Na pewno będą nikłym wprawdzie pocieszeniem po stracie, ale nie raz dadzą nam, oglądającym- radość i uśmiech.

               A może zapragnąłeś tak jak Wielki Aktor umrzeć  na scenie życia  w pełni sił twórczych i tak zaprogramowałeś swoje przejście na drugą stronę by było mocne, wyraziste a przez to Wstrząsające i Nigdy Niezapomniane.  Nie, to do Ciebie nie podobne. Ty zawsze szarmancki, otwierający drzwi samochodu gdy wsiadała Sylwia,  głęboko ludzki, empatyczny i czuły. Nie, Ty nie chciałeś być Wielkim Aktorem  kończącym życie na swojej ukochanej scenie….to do Ciebie jakoś nie pasuje, choć niewiele znałam poza facebookową opowieścią…..

              Może Wasze zwierzątka, którym kiedyś daliście prawdziwy czuły dom gdy odchodziły na Drugi Brzeg – bo przez lata było u Was ich tyle,  tak bardzo tęskniły za Tobą Marku, że zakłócając Stwórcy błogi  niebiański nastrój wreszcie wymusiły na nim wezwanie do nieba. A teraz powitały radosne jak dawniej, radosne w dwójnasób, bo odzyskały Ciebie i obiecały czekać z Tobą na nas wszystkich.Tak, to Stwórca myśląc w swoim   samolubnym umyśle, bo mu płaczące kotki przeszkadzały , uznał  że na Ziemi zostanie Sylwia ale otoczona przyjaciółmi nie odczuje straty- zabrał  Ciebie byś te kotki uspokoił wreszcie.   

                Jakże Bóg się pomylił. Przecież on nie zna  ludzkiej Miłości, wagi ludzkiego  życia, bo przecież patrzył obojętnie na holocaust i nie zareagował. Nielitościwy choć wszechmocny Bóg. Jakże okrutny dla ludzi.

             Czy Bóg w ogóle istnieje? Choć widzimy go jako najdoskonalszego Programistę w odradzającej się przyrodzie, w doskonałości budowy każdego stworzonka w sile nasionka z którego powstaje życie…..

         Czy ten Programista dobrego i złego istnieje, Ty już wiesz, Marku, bo dotykasz PRAWDY….

Szczęśliwy za życia bo Nieogarniona Miłość Twojej Żony opromieniała lata gdy spieszyłeś do Niej z biciem serca, oczekiwany i upragniony. Czegóż chcieć więcej od życia, które niektórzy spędzają w samotności.

        A może Najwyższy zazdrościł Wam tej pięknej Miłości bo był sam. Odwiecznie sam……. Okrutny, nie znający  co to Miłość i Miłosierdzie, starotestamentowy Bóg….samotny we wszechświecie….. takim się wydaje w chwilach kiedy robi nam krzywdę…..takim go widzieli ludzie żyjący przed ponad 2000 tysiącami lat.  Może jednak mieli rację ????

Marku, Ty poznałeś już PRAWDĘ , można nam opowiesz jeśli nie teraz to przy najbliższym spotkaniu.

Do zobaczenia Marku…….

U nas od wczoraj już nic nie będzie takie samo….. pozostają wspomnienia, zdjęcia, Wasze słowa i NADZIEJA NA SPOTKANIE  …..

Będzie PIĘKNIE !!!!