Moje góry pamiętają, choć nieme (6)

Poprzednie rozdziały Opowieści mojej Mamy  otwierają się dzięki podanym linkom, które można otwierać kolejno pod poniższym:

Może to i dobrze, że człek nie zawsze wie co go czeka, wówczas żyje bez lęku i stale ma nadzieję…

Opowieści mojej Mamy. Marianna w obcym domu. 

Rzecz dzieje się w Godziszce, 1906 r.

Po ślubie Michał zabiera swoją nową żonę – Mariannę do  Godziszki, do swojej wielkiej, przysadzistej posadowionej przy drodze od kościoła (w tym czasie była tylko kapliczka) w Godziszce do Łodygowic chałupy ze sczerniałych bali modrzewiowych gdzie nieufnie patrzą  na nią niechętne dziecięce oczy. Tu na marginesie – wówczas nie było jeszcze obecnego kościoła – powstał dopiero w 1923 r. ale za to była trwająca do tej pory kaplica z ponoć XVII wiecznym obrazem…

Pewnie długo czują urazę że matka opuściła ten dom,  nie rozumieją, że już nigdy nie wróci. Choć zapewne widziały już zmarłych umieszczanych na katafalku w centrum największego pokoju w odkrytej trumnie, czasem mieli podwiązane jakąś chustką brody – ponoć by nie otwierały się usta ? mówiono wtedy –  to taki widok wujków   i towarzyszący mdły zapach przejmujący, przerażający poznany przeze mnie w dzieciństwie, i tak bardzo zapamiętany…  Ale  myślenia,  zastanawiania się nad nieodwracalnością tego co się stało chyba u dzieci nie było….

Te biedne półsierotki, moje przyrodnie ciotki  (które potem bardzo kochałam i podziwiałam za zwiewną góralską urodę uśmiech i dobro)  na pewno wtedy, w tym dawnym czasie, który się dział na początku XX w., widząc wchodzącą do ich izby młodą kobietę o smutnych oczach jak matki boskie pisane na ikonach,  a może rozbawionego i dumnego ojca wiedzą i czują jedno – ta obca młoda kobieta   nigdy nie będzie dla nich mamą ze swoim tylko jedynym na świecie zapachem i dotykiem dłoni…..

 Marianna bardzo się stara, by dać tym osieroconym dzieciom ciepło. Opiekuje się mężem. Codziennie pierze mu białe płócienne koszule i starannie je prasuje. Bo chłop beskidzkiej ziemi , gdy idzie w pole musi mieć świeżą białą koszulę.

Marianna  wychowana w posłuszeństwie wobec męża, bardzo się stara, rozkłada na trawie właśnie wypraną  pościel, by deszcz i wiatr ją jeszcze bardziej wybielił.  Tak jest zawsze, codziennie, mocno zapamiętane i wyobrażone z opowieści mojej mamy, pierwszej córki tego drugiego małżeństwa dziadka – Michała….

Na pewno cała wieś ją obserwuje ocenia i komentuje, bo tak tam  mają. Zresztą może wszędzie tak mają, gdy społeczność nieliczna i coś ciekawego się dzieje. Dlatego niektórzy uciekają do dużych miast, gdzie anonimowość ….

Sama się przekonałam, jak dalece ta  ciekawość mieszkańców wsi  ale też wielka siła tych ludzi, która przetrwała  wszystkie dziejowe kataklizmy  dziejowe hartowana przez surowość gór  jest pierwotna…

Opowieści mojej Mamy. Najstarsza córka pierwszej żony dziadka Michała.

    Pierwszym wrogiem Marianny jest najstarsza córka umarłej matki, Teresa. W tym czasie zdążyła już wyrosnąć i jest prawie rówieśnicą macochy. Dawno  przejęła władzę w domu, zanim dojrzała do bycia panią domu jej macocha- Marianna. Teresa jest piękna, o jasnych oczach okolonych gęstymi czarnymi rzęsami, jest piękna ale despotyczna.

 Zresztą po bardzo wielu latach, gdy odwiedzaliśmy ją w czasie pobytu w Godziszce, dom sąsiadujący ze starą rodzinną chałupą (opisaną wcześniej) był pachnący czystością,  deski podłogowe, jak zresztą u wszystkich ciotek , zawsze wymyte do białości ryżową szczotką maczaną w wodzie z mydlinami. Na podłogach leżały ładne długie chodniki  wyplatane z pasków tkanin, i żadne dziecko nie mogło postawić kroku poza ów chodnik. By nie zabrudzić podłogi. Wystarczyło zobaczyć złowrogi wyraz oczu ciotki. Ja jej się po prostu bałam. A cóż dopiero młoda jej macocha, Marianna.

 Opowieści mojej Mamy. Zawiść Teresy nie ma granic

 Pedantyczna Teresa dostrzega wszelkie, nawet najdrobniejsze, wady macochy, właściwie jej równolatki. Jest zazdrosna o serce ojca.

Gdy ten wraca z pola i zmęczony próbuje odpocząć, Teresa wyprawia rodzeństwo do łóżka. Przepędza z izby macochę – Mariannę, a gdy ta potulnie odchodzi, sączy do ucha ojca wszystkie wydarzenia całego dnia. Codziennie opowiada mu historie o niezaradności macochy.

Ojciec jej wierzy, może został w nim dawny sentyment do pierwszej zmarłej żony, który przelał na swoje córki z tego małżeństwa.  Albo jest tak sugestywna w swoich opowieściach, że w Michale narasta agresja do nowej żony.

A ona płacze w sąsiedniej izbie. I nikt tego nie widzi i nie słyszy. Może widzi to moja mama, bo  jako pierwsze dziecko pięknie już rośnie choć następne  poruszają się w maminym brzuchu.   A może dopiero po bardzo wielu latach, gdy Mama przyjeżdża na wakacje z Wileńszczyzny jej mama się otwiera i żali jak było. Słyszałam to wielokrotnie, bo Mama lubiła opowiadać i nic to, że często powtarzała te same opowieści  – były mocne zwięzłe, niedługie, zawsze z puentą – nigdy nie usypiające…..

Marianna, młodziutka nowa żona Michała po przepędzeniu przez przybraną córkę Teresę idzie do kuchni lub zwierzątek a może usypia  „dzieciska”  (tak mawiała moja ukochana ciotka Kaśka – gdy ktoś jej chciał pokazać swoje dziecko – mawiała- „a co mnie dzieciska nie nowość”), A może „dziecisek” nikt nie usypia jak teraz często – bo same się kotłują aż posną zmęczone…..

Marianna potem   zamyka się w izbie sypialnej, gdzie piramidy poduszek jedna na drugiej a jedna od drugiej mniejsza w wykrochmalonych na sztywno śnieżnobiałych sterta (mam do dziś w oczach tamte łoża u ciotek góralek), pod obrazem świętej Rodziny, dygocze pod pierzyną bo już wie.

Wie, że niebawem nadejdzie  bardzo przystojny, wielki, mocarny, silny, pachnący wiatrem od gór i sianem, ale zły i gwałtowny, zbulwersowany opowieścią najstarszej córki której  przedtem wysłuchuje cierpliwie, i jak co noc będzie ją zniewalał bez czułości – bo może górale tak mają. A może to tylko moja wyobraźnia.

O tak, Marianna dobrze już poznała smak gorzkiej miłości swojego męża.

Kto wpadł na pomysł, by to conocne  zniewalanie , gniewne, milczące  dalekie i obce nazywać miłością. Dlaczego zły los się nią tak okrutnie zabawił. A ona czuje tylko ból.

Wszechogarniający ból ciała i serca i duszy.

A może jest inaczej, może jest czułość, nie wiem….choć sądząc z zachowania mojej Mamy zewnętrznych oznak czułości nie doświadczałam a miałam porównanie z moją teściową. A może dlatego, że Mama czułości nie okazywała bo już jako 10 letnia dziewczynka zamieszkała kątem u okrutnej Niemki, w Białej (obecnie dwa ówczesne miasta Bielsko i Biała były odrębne) by tam się dalej uczyć i moje sugestie dotyczące Jej rodziny są nieprawdziwe. Może jednak tam była czułość….


Moje góry pamiętają, choć nieme (5)

Michał wraca do Godziszki, do swojej chałupy pełnej dzieciarni.  Ma trochę czasu na samotne rozmyślania. Musi przebyć ok. 20 km, droga jest trudna. Pokonuje  wysokie wzniesienia, ostre zakręty a najgorzej jest, gdy czasami bryczka niebezpiecznie przechyla się na jeden bok. Nie mieści się ona na wąskiej drodze i koła z jednej strony unoszą się  wysoko na strome bardzo wysoko uniesione pobocze. Tutaj często się zdarzają takie wąskie, głębokie drogi, gdyż zwykle na ich dnie płyną niewielkie strumyki, które w czasie ulewnych dni niebezpiecznie przybierają, pogłębiając koryto drogi. Teraz to już  są asfaltowe, wijące się jednak szosy pomiędzy wsiami….ale wracam do tamtego czasu….

Gdy konie z trudem utrzymują równowagę bryczki, Michał rozmyśla, wyobrażając sobie dalsze życie. Może jest zadowolony, że wreszcie podjął decyzję i jego życie będzie łatwiejsze. Może ma wątpliwości…. 

Ale po swojemu, po chłopsku , po góralsku przecina takie myśli, teraz patrzy w niebo, czy pogoda dopisze, czy będzie mógł wyjść w pole. Sianokosy już blisko.

Pewnie wtedy właśnie zbliżały się  pierwsze sianokosy, bo pierwsze dziecko z tego nowego małżeństwa – moja Matka urodziła się w kwietniu roku 1907.

W rojnej chałupie dzieciska garną się do niego.

Tylko dlaczego najstarsza córka jego i zmarłej żony, Teresa, siedzi w kącie i  ma takie złe oczy…..

Opowieści mojej Mamy. Dziadek Marianny opowiadał…

Marianna, moja przyszła babcia, mieszkała od urodzenia w dużej wsi Radziechowy. Tutaj znała wszystkich, miała koleżanki i dość niechętnie pomagała matce w domu i na polu.

W zimowe wieczory cała rodzina przesiadywała w jednej izbie. Matka cerowała odzienie i dziergała na drutach ciepłe swetry .

Marianna szyła sobie nowe spódnice, ale gdy dziadek zaczynał opowiadać, jej robótka  spadała na kolana a dziewczyna nieruchomiała zasłuchana. Uwielbiała te opowieści. Wprawdzie dziadek się powtarzał, ale stale lubiła jego wspomnienia.

Wiedziała, że ich wieś jest bardzo stara, najstarsza na ziemi żywieckiej . Już  wtedy miała około 500 lat. Najważniejsze wydarzenie, które miało tutaj miejsce, to było gromadne podążenie dorosłych chłopów- górali na pomoc Jasnej Górze  gdy Szwedzi zalewali kraj i zagrożona była Matka Boska. I udało się, dziadek opowiadał ze szczegółami jak wyglądała obrona klasztoru. Pewnie opowieść przekazał mu jego pradziad, który szedł w pierwszej linii grupy górali żywieckich. Niedługo  potem  Szwedzi w odwecie wymordowali prawie wszystkich mieszkańców.  

Jednak rodzina Marianny ocalała, gdyż mieszkali na skraju wsi, pomiędzy licznymi tutaj wąwozami , pod wielkim lasem i zdążyli ratować się ucieczką w góry. Cudem przeżyli- jak uważali na pewno za sprawą Matuchny Przenajświętszej (tak wzdychała moja Mama gdy cierpiała gdy było Jej ciężko). Gdy po wielu dniach schodzili z gór, okazało się, że tak samo postąpiło jeszcze kilka rodzin. Wrócili do swojej wsi i rozpoczęli ją odbudowywać liżąc rany otrzymane od Szwedów i lecząc choroby, których się nabawili siedząc w ukryciu  zimnych i  mokrych lasów swoich gór.

Dziadek był dumny z tego, że górale tak odpowiedzialnie stanęli murem za swoją ojczyzną i za Matką Boską Częstochowską.

Marianna w ten sposób uczyła się patriotyzmu i wiedziała że jest Polką. Mimo tego, że ojczyzna w jej czasach była zniewolona.

Moja babcia- Marianna urodziła się około 1890 roku, gdyż  jej pierwsze dziecko przyszło na świat gdy miała 17 lat. A był to 14 kwiecień 1907 roku.  Tym dzieckiem była moja Mama- Stefania ….

Pewnie ja już nigdy nie dotrę ale może któreś z moich dzieci lub wnucząt odnajdzie w  księgach parafialnych w Radziechowach ślady chrztu Marianny i jej ślubu  z Michałem Jakubcem. Może tak, a może nie . I pozostanie tylko ta opowieść….

Weselisko Michała Jakubca i Marianny odbyło się w jej rodzinnej wsi- Radziechowy. Dziewczyna wypłakała już oczy za swoim ukochanym i biernie poddawała się obrzędom ślubnym z obcym, starszym od niej choć młodym i jurnym ale już ciężko doświadczonym wdowcem.

Jeszcze do niej nie docierało, że będzie musiała dźwigać bagaż obowiązków żony, gospodyni domowej i ciężko pracować na polu i w obejściu.

Nie zdawała sobie sprawy, jak trudne będą jej relacje z dziećmi męża, z których najstarsza córka- Tereska była  nieomal jej równolatką.

Może to i dobrze, że człek nie zawsze wie co go czeka, wówczas żyje bez lęku i stale ma nadzieję…

zdjęcie własne. Grzbiet Skalitego – magicznej góry graniczącej Szczyrk i Godziszkę…

Moje góry pamiętają, choć nieme (4)

Na zdjęciu (własnym) Skalite – góra w Beskidzie Śląskim, często odwiedzana…

Dni Marianny mijają jak paciorki różańca, który codziennie odmawia, gdy nadchodzi wieczór . . Aż wreszcie, pewnie to było w niedzielę, zapanowało nagłe  ożywienie we wsi Radziechowy.  Ludziska wylegli przed domy i wypatrywali, bo właśnie z daleka nadjeżdżała piękna bryczka  zaprzężona w  rącze konie. Zatrzymuje się przed domem Marianny. Wysiada rosły, barczysty mężczyzna. Jest przystojny dojrzały i co widać po świetnie utrzymanych i ozdobionych koniach, bogaty  .

Marianna chce uciekać, ale rodzice ją zatrzymują. Posłuszna więc ich rozkazom powoli wraca do chałupy i siada w najciemniejszym kącie izby. Siedzi cichutko, przyczajona i przypomina ptaka, który do tej pory szybował nad górami. I został  zniewolony , zamknięty w klatce i  tylko czuje jak szybko bije wystraszone serce…

Rodzice wychodzą przed dom, witają się ulegle i zapraszają do domu. Do izby wchodzi Michał.   Od wejścia patrzy na  dziewczynę, domyśla się, że to ona jest mu przeznaczona.  Ogląda ją starannie. Bo przyjechał w określonym celu.  

 Marianna  biernie się poddaje ocenie. Chciałaby wyć z bólu. Ale nie wolno, więc siedzi wyprostowana i  z całej siły  zaciska dłonie złożone na kolorowej spódnicy. Bo przecież ją wystroili świątecznie. W śnieżną bluzkę , wyszywany serdak, spódnicę rozłożystą w barwne wzory kwiatowe. Matka oddała jej swoje prawdziwe korale, które pulsują czerwienią w ciemnej izbie.

Marianna myśli, że jest na targowisku, gdzie sprzedają konie . I jest poddawana ocenie, czy się nadaje….

Stopniowo łagodnieją  gniewne i bardzo brązowe oczy Michała. Widocznie pozytywnie ocenił  urodę  dziewczyny oraz  jej przydatność w jego chałupie i gospodarstwie.

Jest tak jak uznali sąsiedzi,  dziewczyna może być jego żoną.

Zdecydowany, prosi ojca o rękę jego córki,  przedstawia jakieś propozycje majątkowe.

To  transakcja.

Wszyscy wiedzą , że ma pięcioro   małych dzieci. Ale  czy rodzice Marianny o tym myślą? Prawdopodobnie to dla nich nie ma znaczenia.  Tutaj panują brutalne życiowe prawa. Ważne, że dla ich córki jest to poważna partia. Ma szansę wyjść za mąż i zostać panią na gospodarstwi…

Rodzice podejmują decyzję, nie zwracają uwagi na Mariannę , której właśnie pęka serce, a może kamienieje. Nikt nie zwraca uwagi na jej nieśmiały protest. A może ona w ogóle nie protestuje, biernie się poddaje woli rodziców. Nie podejmuje walki, bo już jest przegrana. Musi być uległą dobrą córką. Takie  to czasy…

A może jednak któreś z rodziców, matka  czy  ojciec, mają wątpliwości. I jest  im żal, że oddają taką młodą i to oddają właściwie na ciężką pracę, nieomal katorgę i stracenie.

Jest to prawdopodobne,  przecież wtedy , nawet w tych surowych górach chyba  ludzie mają serca.

Czy można sobie wyobrazić co czuje Marianna, gdy finalizuje się  umowa  poślubienia wdowca z pięciorgiem małych dzieci.

Może szczęśliwie jeszcze sobie nie zdaje sprawy,  z tego co ją czeka.

Jeszcze ostatnie spotkanie z ukochanym. Rozstanie i ostatnie łzy.

A potem już nie płacze,  tylko przychodzi do niej wielki smutek i jest stałym mieszkańcem jej oczu.   Ten smutek jest wszechogarniający   i tak trwały, że po bardzo wielu latach jeszcze go znajduję  w spojrzeniu mojej Mamy i jej rodzeństwa.

Na dnie  pięknych oczu dzieci Marianny i Michała zawsze się czaił smutek…jak dobrze  pamiętam….no może poza władczymi oczami wujka Szczepana….

W ciągu kilku godzin pobytu Michała Jakubca we wsi Radziechowy,  rodzice Marianny zgodzili się oddać mu swoją młodziutką córkę oraz omówiono szczegóły wesela a co najważniejsze zasady finansowe. Przecież to małżeństwo było właściwie kontraktem. Co czuła Marianna, nikogo nie interesowało. To, że bogaty wdowiec był dużo starszy i miał pięć  córek nie było ważne. Liczyło się to, że stanowił  dobrą partię dla dziewczyny.

A ona pięknie wystrojona była mu pokazywana jak lalka na odpuście.

Michał wraca do Godziszki, do swojej chałupy pełnej dzieciarni.  Ma trochę czasu na samotne rozmyślania. Musi przebyć ok. 20 km, droga jest trudna. Pokonuje  wysokie wzniesienia, ostre zakręty a najgorzej jest, gdy czasami bryczka niebezpiecznie przechyla się na jeden bok. Nie mieści się ona na wąskiej drodze i koła z jednej strony unoszą się  wysoko na strome bardzo wysoko uniesione pobocze. Tutaj często się zdarzają takie wąskie, głębokie drogi, gdyż zwykle na ich dnie płyną niewielkie strumyki, które w czasie ulewnych dni niebezpiecznie przybierają, pogłębiając koryto drogi. Teraz to już  są asfaltowe, wijące się jednak szosy pomiędzy wsiami….ale wracam do tamtego czasu….

Gdy konie z trudem utrzymują równowagę bryczki, Michał rozmyśla, wyobrażając sobie dalsze życie. Może jest zadowolony, że wreszcie podjął decyzję i jego życie będzie łatwiejsze. Może ma wątpliwości…. 

Moje góry pamiętają, choć nieme…(3)

Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną, potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę. Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać ,  życie płynie dalej, córeczkom małym przydałaby się matczyna opieka, w domu gospodyni a i w łożu ktoś miękki i ciepły. Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy, w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę, już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

Godziszka , nasza ul. Południowa gdzie chałupka od 2005 r. Patrzę na góry- oto jak na zdjęciu, zbocze Skrzycznego z Palenicą gdzie ponoć w dawnych czasach zapalano ogniska komunikując np. że wojska przeszły bo dużo się tu działo a obok wyrasta jak druga pierś Niesłychany Groń, za nim  przełęcz Siodło i Skalite. Za górami jest Szczyrk. Skalite to magiczna góra, wydaje z siebie mnóstwo strumyków a wodociąg godziszczański od ponad 50 lat czerpie z niej wodę. Od strony Szczyrku na jej zboczu jest skocznia narciarska. Patrzę na Skalite jak kiedyś mój Dziad, moja Mama i rozmyślam gdzie jest tamten czas. Może gdzieś zawieszony w odległej galaktyce lub przestrzeni międzygwiezdnej gdzie  nasz czas ma inny wymiar…. Może wróci jak echo dawnych dni, kiedyś, może we śnie potomków a może zostanie tylko tu, opisany….

Opublikowane w 23 stycznia 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Marianna.

 Wieść o planowanym przybyciu z sąsiedniej miejscowości bogatego wdowca  w wiadomym celu roznosi się szybko po wsi. Dziewczyna się dowiaduje na końcu, nie dowierza, jest przerażona.

Przybiega do matki, klęka u jej kolan, i pyta . Matka potwierdza wiadomość. Być może bez czułości, bo tam, na tej gliniasto kamienistej ziemi, wśród gór- czułość już dawno umarła, a może się w ogóle nie urodziła. Jest tylko walka o przetrwanie

Wszyscy wiedzą , że  dziewczyna  jest zakochana w urodziwym młodym chłopcu  z dalekiej chałupy, wstydliwie ukrywającej swoją nędzę pomiędzy górami. To właśnie bieda jest przeszkodą nie do przebycia. Jej  rodzice nigdy się nie zgodzą  na  to małżeństwo.

Nieszczęśliwa  miłość. Te oschłe słowa nie oddają dramatu, który rozgrywa się w duszy Marianny.

Wyobrażam sobie, jak dziewczyna wymyka się ukradkiem z domu. Biegną do siebie przez pola i  górskie bardzo pachnące łąki. I tylko góry są niemym świadkiem jak biją ich serca , dłonie dotykają dłoni, oczy płoną i usta szukają ust. Kochają się gwałtownie i rozpaczliwie. A może tylko wtuleni w siebie nieruchomo patrzą na swoje okrutne góry …

Dni Marianny mijają jak paciorki różańca, który codziennie odmawia, gdy nadchodzi wieczór . .

Aż wreszcie, pewnie to było w niedzielę , zapanowało nagłe  ożywienie we wsi Radziechowy.  Ludziska wylegli przed domy i wypatrywali, bo właśnie z daleka nadjeżdżała piękna bryczka  zaprzężona w  rącze konie. Zatrzymuje się przed domem Marianny. Wysiada rosły, barczysty mężczyzna. Jest przystojny dojrzały i co widać po świetnie utrzymanych i ozdobionych koniach, bogaty  .

Marianna chce uciekać, ale rodzice ją zatrzymują. Posłuszna więc ich rozkazom powoli wraca do chałupy i siada w najciemniejszym kącie izby. Siedzi cichutko, przyczajona i przypomina ptaka, który do tej pory szybował nad górami. I został  zniewolony , zamknięty w klatce i  tylko czuje jak szybko bije wystraszone serce…

Rodzice wychodzą przed dom, witają się ulegle i zapraszają do domu. Do izby wchodzi Michał.   Od wejścia patrzy na  dziewczynę, domyśla się, że to ona jest mu przeznaczona.  Ogląda ją starannie. Bo przyjechał w określonym celu.  

 Marianna  biernie się poddaje ocenie. Chciałaby wyć z bólu. Ale nie wolno, więc siedzi wyprostowana i  z całej siły  zaciska dłonie złożone na kolorowej spódnicy. Bo przecież ją wystroili świątecznie. W śnieżną bluzkę , wyszywany serdak, spódnicę rozłożystą w barwne wzory kwiatowe. Matka oddała jej swoje prawdziwe korale, które pulsują czerwienią w ciemnej izbie.

Marianna myśli, że jest na targowisku, gdzie sprzedają konie . I jest poddawana ocenie, czy się nadaje…. Cdn.

Moje góry pamiętają, choć nieme….(2)


W izbie  pełno krwistych płócien. Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku, czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić, bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci, które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….o

Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz. W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  Są jak iskry, rozmigotane ciemne oczy jednej z ciotek- Hankuski ale niebieskie też rozjarzone nieustannie Kaśki z Łodygowic i mroczne z jakimś zły błyskiem Teresy Pykuli….Agnieszki nie poznałam, bo wyszła za Niemca, wyklęta przez ród, mieszkała w Bielsku i chyba nigdy nie odwiedzała domu rodzinnego – zresztą nie wiem….ale serce miała dobre bo Mama ją lubiła, odwiedzała gdy męża nie było w domu, zawsze dostawała trochę ciepła a pewnie stale głodna jakiś kęs chleba – bo od 10 roku życia zamieszkała kątem u Niemki, by kontynuować naukę. ….

          Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę, pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa. To ona czuje się właścicielką dobytku – jedyną…

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną, potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę. Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać ,  życie płynie dalej, córeczkom małym przydałaby się matczyna opieka, w domu gospodyni a i w łożu ktoś miękki i ciepły. Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy, w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę, już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

cdn.

Moje góry pamiętają, choć nieme…

Opowieści mojej Mamy. Pierwsza żona mojego Dziadka.

Minęło 9 lat od tego blogowego wpisu, Mama nie żyje od 11. Urodziła się w kwietniu. Więc jest to dla mnie Jej miesiąc…..Wracam do tej opowieści, stale żywej, dopóki stoją nasze góry, które wszystko pamiętają, choć nieme ….

Babia Góra o świcie… zdjęcie własne

czwartek, 19 stycznia 2012 6:40

Stoję  na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.

Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego i gdzieś w dali Tatry czasem widoczne z drogi na Siodło gdy powietrze kryształopodobne a szczyty lodem pokryte i słońce w nich zagra, za mną rozpościera się Beskid Śląski.

W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie  wzdłuż pasma gór z Bielska Białej do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg  i wzdłuż strumyków .

Właśnie zalśniło oko Jeziora Żywieckiego- to sztucznie spiętrzony zbiornik na Sole.

Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego.

To Godziszka.

W tej wsi urodziła się moja Mama.

W miejscu, gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca  wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy. Są to domy moich kuzynów, dzieci Szczepana jednego z dwóch żyjących dłużej braci mojej Mamy.

Mimo , że miałam wtedy może pięć lat, zapamiętałam ten stary dom rodzinny Mamy- jeszcze tam był .

Chałupa ta, posadowiona przy drodze  jeszcze długo żwirowej do Łodygowic,  za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewnianych chyba modrzewiowych . Miała  dwuspadowy dach o dużym (czy małym?- nie wiem jak się ocenia) kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich, tutaj budowano domy dwuspadowe oczywiście ale o  bardziej płaskich dachach. Przez niewielkie okienka wpływało maleńkie dzienne światło. Wejście do domu było  niskie, i należało  wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…a dalej była  sień i pomieszczenia po obu stronach i nagle  już nic nie było widać, bo drzwi się zamykały ze skrzypieniem i  ciemność królowała…..ale już zdążyłam wejść do dużej izby po lewej stronie i zawsze stawałam w zachwycie bo pod niskim sufitem, dookolnie zawieszono obrazy święte, skosem, oparte o  sufit i ścianę….migotliwe barwy, dotyk tajemnicy …..trwale w oczach zapisane, choć było to  przed prawie 70 laty….

I teraz , gdy  rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą  dawne historie ożywione kiedyś  opowieściami mojej Mamy .

      Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny  .

Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę. Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi  jakąś kobietę. Wbiegają do domu z nadzieją, przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie  pełno krwistych płócien. Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku, czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Zmartwychwstanie Pańskie…..

Sięgam po wpisy sprzed lat…..Nic się nie zmieniło, poza pandemią i izolacją…..już nie ma spotkań tak licznych, ale życie płynie do przodu. Mama Chłopców o których piszę dalej czasem dzwoni, piękną kartkę przysłała. Właśnie Ojciec chłopców po operacji glejaka, chemii i radioterapii. Chłopcy pogodni choć dializy etc……To Rodzina, gdzie mieszkają Anioły. Tylko dlaczego nie należą do grupy Stróżów ? Tego nigdy się nie dowiemy. Pani Agnieszka z pokorą mówi, że taki los dostała, a może – dodaje z zadumą – może Stwórca miał jakiś cel, zadanie dla niej – i kończy – jestem szczęśliwa, bo mamy w domu Miłość i ludzie nas kochają….

Pomyślmy o Nich…..proszę, szczególnie gdy nam jest źle. Pomyślmy o matkach świętych za życia …… może nasze zjednoczone myśli zdziałają cuda ? ???

Opublikowane w 1 kwietnia 2018 przez Zofia Konopielko

WIELKANOC – noc CUDU ….

Liczba odsłon 215

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….

Żaglowiec marzenie romantyka…..

Autor zdjęcia Jerzy T. Marcinkowski. Na zdjęciu uwidocznione są brodawki tego człowieka – marzyciela. Płat skóry zdjęto z jego klatki piersiowej i zatopiono w słoju wypełnionym formaliną. Zda się, że teraz ten człowiek chce coś nam opowiedzieć. Może był marynarzem a może tylko wielkim marzycielem….

Oglądając jeden z eksponatów Muzeum Medycyny Sądowej w Poznaniu nie można przestać myśleć nie tylko o tym pięknym obrazie czy uczuciach dawno nieżyjącego człowieka, z którego klatki piersiowej zdjęto płat skóry z tatuażem ale też stało się  to przyczynkiem poszerzania wiedzy o tym przepięknym żaglowcu. I oto rezultaty tych poszukiwań w internecie.

„Największe żaglowce świata to:

  1. „La France II” (Francja) – 5 masztowy bark o wyporności 5806 ton
    2) „R.C. Rickmers” (Niemcy) – 5 masztowy bark o wyporności 5248 ton
    3) „Thomas W. Lawson” (USA) – 7 masztowy szkuner o wyporności 5218 ton
    4) „Preussen” (Niemcy) – 5 masztowy statek (full rig) o wyporności 5081 ton (opisany poniżej)
    Niestety, wszystkie dziś już nie istnieją”.

Od lipca 2000 r. pływa pod banderą Luksemburga „Royal Clipper” – luksusowy pięciożaglowy statek  wycieczkowy. Początkowo nosił nazwę „Gwarek” bo jego kadłub zbudowano  w latach 80-tych XX w. w Stoczni Gdańskiej ale z powodu braku funduszy został sprzedany na Zachód i luksusowo wykończony w Rotterdamie. Powstał na wzór opisanego poniżej żaglowca  „Preussen” uwiecznionego nie tylko na wielu pocztówkach, ale też zachowanym w Muzeum Zakładu i Katedry Medycyny Sądowej w Poznaniu płacie skóry z tatuażem (powyżej zdjęcie). [

A oto dzieje zapisanego na skórze dawno zmarłego człowieka (sekcja około 1930 r.) obrazu – tatuażu.

Widoczny na tym rozległym tatuażu przepiękny pięciomasztowy żaglowiec o sześciu rejach na każdym maszcie nazwany Preußen (Preussen czyli Prusy)  a przez marynarzy Królową Królowych Mórz, został zbudowany w 1902 r.  Płynąc pod pełnymi żaglami mógł  ich postawić 43 a wtedy ich całkowita powierzchnia wynosiła aż  5560 m kw.  Statek zaprojektowany przez  dr. inż. , Georga Wilhelma Claussena, miał długość 147 m  i mógł żeglować przy największych sztormach.  W takiej sytuacji pogodowej podwójne koło sterowe o średnicy 2 m musiało obsługiwać aż 8 sterników.

Był żaglowcem handlowym, służył do przewozu saletry z Chile (wg niektórych informacji były to ogromne ilości ptasich odchodów – tzw. guano). Ustanawiał on rekordy prędkości – do 37 km/godz.  

Obsługiwany był przez 45-osobową załogę, wyposażony w dwie maszyny parowe napędzające pompy, maszynę wspomagającą ster, windę ładunkową i wciągarki.  Był największym statkiem bez pomocniczej siłowni.

W 1903 r. okrążył świat witany przez tłumy mieszkańców Nowego Jorku. Był dowodzony tylko przez dwóch kapitanów: Boye Richarda Petersena (11 rejsów) i Jochima Nissena (2 rejsy i ostatni, zakończony katastrofą).

Śmierć żaglowca nastąpiła w 1910 r. w trakcie 14 rejsu. 6. Listopada tego roku, mając na pokładzie m.in. pianina z Chile  zderzył się z małym brytyjskim parowcem „Brighton” 8 mil od Newhaven.  Kapitan parowca, nie doceniając znacznej szybkości żaglowca , próbował przemknąć przed nim. Doszło do zderzenia, uszkodzony został m. in. bukszpryt i pierwszy maszt, co sprawiło, że utracił możliwość żeglowania. Winowajca zderzenia – „Brighton” wrócił po pomoc do Newhaven i  wkrótce pospiesznie ruszył w tym celu  holownik „Alert”. Jednak ponura listopadowa aura utrudniła holowanie do portu Dover, rozpaczliwie próbowano więc zakotwiczyć Królową Królowych Mórz. Jednak w tej dramatycznej akcji doszło do zerwania łańcuchów kotwicznych, statek został zepchnięty na skały w Zatoce Crab  i wkrótce zniknął z horyzontu spoczywając w tym miejscu na głębokości 6 m do dziś…..

Załoga i część ładunku uratowano, kapitan statku „Brighton” został uznany winnym katastrofy i utracił prawo wykonywania zawodu.

Po tym jednym z najpiękniejszych z marzeń pozostały opisy, m.in. pod zamieszczonymi linkami, zdjęcia i ten jeden jedyny płat skóry z tatuażem który nam to wszystko opowiada…..

[1] http://www.zaglowce.ow.pl/ciekawostki/najwieksze.html

[dostęp 25.02.2021]

[2] http://www.bruzelius.info/Nautica/Ships/Fivemast_ships/Preussen(1902).html [dostęp 25.02.2021]

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Preu%C3%9Fen [dostęp 25.02.2021]

[4] https://statkislowiannadbaltyckich.wordpress.com/2018/09/28/pieciomasztowiec/ [dostęp 25.02.2021]

Świat się kręci – jesteśmy tacy sami……..

https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Konopnicka#/media/Plik:Maria_Konopnicka_fotoportret.jpg  z 27 stycznia 1897

Maria Konopnicka (1842- 1910), ta nobliwa na zdjęciu z 1897 r. dama, napisała słowa piosenki, która istnieje w internecie w postaci co najmniej 11 śpiewanych filmików na współczesnym medium jakim jest you tube. Rześką muzykę skomponował Zygmunt Noskowski (1846-1909).

Z jaką chęcią dzieciaki ją śpiewają, wiem,  bo mam takie wnuki. Pozornie tekst niemiły, bo Zima zła w nim, ale jest odbierany jako radosne wezwanie do boju na śnieżki, buduje w nich aktywność i siłę.

Tu pora na moją, być może nadinterpretację. Ale gdy przyjrzeć się czasom, kiedy piosenka powstała można i tak myśleć. Otóż wówczas od lat Polska była w niewoli zaborców. Istniała jedynie w sercach, w których wrzała idea wyzwolenia.  Przed powstaniem wiersza – piosenki, bo w latach 1901- 1902 słynne Dzieci Wrzesińskie, również opisane przez poetkę, podjęły bój o polskość. Dokładnie w roku, gdy powstał wiersz i piosenka, na terenie Królestwa Polskiego wybuchła rewolucja 1905 r.  Może poetka pisząc wiersz chciała wzmocnić nie tylko dzieci ale też dorosłych. I śpiewając o złej Zimie, której nie należy się lękać, ale śnieżkami w nią celować wszyscy poczuli energię i potrzebę podjęcia walki ze Złem. Może przedstawiona tu walka nie jest walką z Zimą, tylko jest ona symbolem tego co Złe.  Być może taka była myśl Poetki, być może nie.

Ale warto i dziś tak myśleć, nie dołować się tym co nas otacza, tylko z ufnością  i słowami Poetessy  iść do przodu.

Bo Wiosna czeka.

Zawsze po Zimie przychodzi  Wiosna !!!!!

A oto ten wiersz, w którym – być może w mojej nadinterpretacji tylko – każde słowo staje się symbolem :

 „               Hu! Hu! Ha!

                Nasza zima zła!

      Szczypie w nosy, szczypie w uszy

      Mroźnym śniegiem w oczy prószy,

            Wichrem w polu gna!

                 Nasza zima zła!

                 Hu! Hu ! Ha!

                Nasza zima zła!

        Płachta na niej długa, biała,

         W ręku gałąź oszroniała,

               A na plecach drwa…

                  Nasza zima zła!

                   Hu! Hu! Ha!

                 Nasza zima zła!

              A my jej się nie boimy,

           Dalej śnieżkiem w plecy zimy,

                        Niech pamiątkę ma!

                             Nasza zima zła!”

Maria Konopnicka, Zła zima 1905r. Wiersz i nuty zawarte w Śpiewniku dla dzieci, Wydawnictwo M. Arcta, Warszawa, 1910 r.

Ognik szkarłatny lekiem na złe samopoczucie, duchową szarość i samotność.

Czaruje w ogródku, wychyla się spod śniegu z nieodmiennym uśmiechem.

Energetyczny i radosny.

Ognik szkarłatny mój ogródkowy. Nazwano go Pyracantha, ale nie lubi tego imienia- powtarza- jestem ognikiem, płonącym dla twoich oczu, serca i nastroju.

Wypatruje nas ze swojego zimowego kącika i zaprasza. Przyciąga oko, cieszy gdy szarość w duszy.

Przybył z Kaukazu, ale lubi południowo wschodnią Europę czy Azję Mniejszą a także mój ogródek J

Listki utrzymuje zimą, by stanowiły tło dla owoców czerwonych lub pomarańczowych pięknych choć trochę trujących, które się wylęgają z niepozornych białych kwiatków już w sierpniu. Wiosną zasypia, listki gubi, ale już pod nimi  już budzą się nowe i niebawem rozpoczynają czarowanie.

No i jeszcze kolce. Posiada kolce, dlaczego? niezrozumiałe.

Ale kto zrozumie w pełni, tak zupełnie do końca jednoznacznie i niezaprzeczalnie Matkę Przyrodę. To Ona programuje rośliny, zwierzęta, człowieka takoż, tak że wszystko w tych ciałach ma swój cel i zaklina w jedno nasionko powtarzające wzór genetyczny.  

Nasze zadziwienie i zachwyt nieustanny to ponoć wieczna MŁODOŚĆ .

I tego się trzymajmy Kochani…..a gdy ciężko na sercu, odrzućmy lęki docierające z dookolnego świata i swoje własne smuty.

Pobiegnijmy na spotkanie z ognikiem.

Da siłę !!!!!!

Ognik naprawdę leczy duszę …..