Żaglowiec marzenie romantyka…..

Autor zdjęcia Jerzy T. Marcinkowski. Na zdjęciu uwidocznione są brodawki tego człowieka – marzyciela. Płat skóry zdjęto z jego klatki piersiowej i zatopiono w słoju wypełnionym formaliną. Zda się, że teraz ten człowiek chce coś nam opowiedzieć. Może był marynarzem a może tylko wielkim marzycielem….

Oglądając jeden z eksponatów Muzeum Medycyny Sądowej w Poznaniu nie można przestać myśleć nie tylko o tym pięknym obrazie czy uczuciach dawno nieżyjącego człowieka, z którego klatki piersiowej zdjęto płat skóry z tatuażem ale też stało się  to przyczynkiem poszerzania wiedzy o tym przepięknym żaglowcu. I oto rezultaty tych poszukiwań w internecie.

„Największe żaglowce świata to:

  1. „La France II” (Francja) – 5 masztowy bark o wyporności 5806 ton
    2) „R.C. Rickmers” (Niemcy) – 5 masztowy bark o wyporności 5248 ton
    3) „Thomas W. Lawson” (USA) – 7 masztowy szkuner o wyporności 5218 ton
    4) „Preussen” (Niemcy) – 5 masztowy statek (full rig) o wyporności 5081 ton (opisany poniżej)
    Niestety, wszystkie dziś już nie istnieją”.

Od lipca 2000 r. pływa pod banderą Luksemburga „Royal Clipper” – luksusowy pięciożaglowy statek  wycieczkowy. Początkowo nosił nazwę „Gwarek” bo jego kadłub zbudowano  w latach 80-tych XX w. w Stoczni Gdańskiej ale z powodu braku funduszy został sprzedany na Zachód i luksusowo wykończony w Rotterdamie. Powstał na wzór opisanego poniżej żaglowca  „Preussen” uwiecznionego nie tylko na wielu pocztówkach, ale też zachowanym w Muzeum Zakładu i Katedry Medycyny Sądowej w Poznaniu płacie skóry z tatuażem (powyżej zdjęcie). [

A oto dzieje zapisanego na skórze dawno zmarłego człowieka (sekcja około 1930 r.) obrazu – tatuażu.

Widoczny na tym rozległym tatuażu przepiękny pięciomasztowy żaglowiec o sześciu rejach na każdym maszcie nazwany Preußen (Preussen czyli Prusy)  a przez marynarzy Królową Królowych Mórz, został zbudowany w 1902 r.  Płynąc pod pełnymi żaglami mógł  ich postawić 43 a wtedy ich całkowita powierzchnia wynosiła aż  5560 m kw.  Statek zaprojektowany przez  dr. inż. , Georga Wilhelma Claussena, miał długość 147 m  i mógł żeglować przy największych sztormach.  W takiej sytuacji pogodowej podwójne koło sterowe o średnicy 2 m musiało obsługiwać aż 8 sterników.

Był żaglowcem handlowym, służył do przewozu saletry z Chile (wg niektórych informacji były to ogromne ilości ptasich odchodów – tzw. guano). Ustanawiał on rekordy prędkości – do 37 km/godz.  

Obsługiwany był przez 45-osobową załogę, wyposażony w dwie maszyny parowe napędzające pompy, maszynę wspomagającą ster, windę ładunkową i wciągarki.  Był największym statkiem bez pomocniczej siłowni.

W 1903 r. okrążył świat witany przez tłumy mieszkańców Nowego Jorku. Był dowodzony tylko przez dwóch kapitanów: Boye Richarda Petersena (11 rejsów) i Jochima Nissena (2 rejsy i ostatni, zakończony katastrofą).

Śmierć żaglowca nastąpiła w 1910 r. w trakcie 14 rejsu. 6. Listopada tego roku, mając na pokładzie m.in. pianina z Chile  zderzył się z małym brytyjskim parowcem „Brighton” 8 mil od Newhaven.  Kapitan parowca, nie doceniając znacznej szybkości żaglowca , próbował przemknąć przed nim. Doszło do zderzenia, uszkodzony został m. in. bukszpryt i pierwszy maszt, co sprawiło, że utracił możliwość żeglowania. Winowajca zderzenia – „Brighton” wrócił po pomoc do Newhaven i  wkrótce pospiesznie ruszył w tym celu  holownik „Alert”. Jednak ponura listopadowa aura utrudniła holowanie do portu Dover, rozpaczliwie próbowano więc zakotwiczyć Królową Królowych Mórz. Jednak w tej dramatycznej akcji doszło do zerwania łańcuchów kotwicznych, statek został zepchnięty na skały w Zatoce Crab  i wkrótce zniknął z horyzontu spoczywając w tym miejscu na głębokości 6 m do dziś…..

Załoga i część ładunku uratowano, kapitan statku „Brighton” został uznany winnym katastrofy i utracił prawo wykonywania zawodu.

Po tym jednym z najpiękniejszych z marzeń pozostały opisy, m.in. pod zamieszczonymi linkami, zdjęcia i ten jeden jedyny płat skóry z tatuażem który nam to wszystko opowiada…..

[1] http://www.zaglowce.ow.pl/ciekawostki/najwieksze.html

[dostęp 25.02.2021]

[2] http://www.bruzelius.info/Nautica/Ships/Fivemast_ships/Preussen(1902).html [dostęp 25.02.2021]

[3] https://pl.wikipedia.org/wiki/Preu%C3%9Fen [dostęp 25.02.2021]

[4] https://statkislowiannadbaltyckich.wordpress.com/2018/09/28/pieciomasztowiec/ [dostęp 25.02.2021]

Świat się kręci – jesteśmy tacy sami……..

https://pl.wikipedia.org/wiki/Maria_Konopnicka#/media/Plik:Maria_Konopnicka_fotoportret.jpg  z 27 stycznia 1897

Maria Konopnicka (1842- 1910), ta nobliwa na zdjęciu z 1897 r. dama, napisała słowa piosenki, która istnieje w internecie w postaci co najmniej 11 śpiewanych filmików na współczesnym medium jakim jest you tube. Rześką muzykę skomponował Zygmunt Noskowski (1846-1909).

Z jaką chęcią dzieciaki ją śpiewają, wiem,  bo mam takie wnuki. Pozornie tekst niemiły, bo Zima zła w nim, ale jest odbierany jako radosne wezwanie do boju na śnieżki, buduje w nich aktywność i siłę.

Tu pora na moją, być może nadinterpretację. Ale gdy przyjrzeć się czasom, kiedy piosenka powstała można i tak myśleć. Otóż wówczas od lat Polska była w niewoli zaborców. Istniała jedynie w sercach, w których wrzała idea wyzwolenia.  Przed powstaniem wiersza – piosenki, bo w latach 1901- 1902 słynne Dzieci Wrzesińskie, również opisane przez poetkę, podjęły bój o polskość. Dokładnie w roku, gdy powstał wiersz i piosenka, na terenie Królestwa Polskiego wybuchła rewolucja 1905 r.  Może poetka pisząc wiersz chciała wzmocnić nie tylko dzieci ale też dorosłych. I śpiewając o złej Zimie, której nie należy się lękać, ale śnieżkami w nią celować wszyscy poczuli energię i potrzebę podjęcia walki ze Złem. Może przedstawiona tu walka nie jest walką z Zimą, tylko jest ona symbolem tego co Złe.  Być może taka była myśl Poetki, być może nie.

Ale warto i dziś tak myśleć, nie dołować się tym co nas otacza, tylko z ufnością  i słowami Poetessy  iść do przodu.

Bo Wiosna czeka.

Zawsze po Zimie przychodzi  Wiosna !!!!!

A oto ten wiersz, w którym – być może w mojej nadinterpretacji tylko – każde słowo staje się symbolem :

 „               Hu! Hu! Ha!

                Nasza zima zła!

      Szczypie w nosy, szczypie w uszy

      Mroźnym śniegiem w oczy prószy,

            Wichrem w polu gna!

                 Nasza zima zła!

                 Hu! Hu ! Ha!

                Nasza zima zła!

        Płachta na niej długa, biała,

         W ręku gałąź oszroniała,

               A na plecach drwa…

                  Nasza zima zła!

                   Hu! Hu! Ha!

                 Nasza zima zła!

              A my jej się nie boimy,

           Dalej śnieżkiem w plecy zimy,

                        Niech pamiątkę ma!

                             Nasza zima zła!”

Maria Konopnicka, Zła zima 1905r. Wiersz i nuty zawarte w Śpiewniku dla dzieci, Wydawnictwo M. Arcta, Warszawa, 1910 r.

Ognik szkarłatny lekiem na złe samopoczucie, duchową szarość i samotność.

Czaruje w ogródku, wychyla się spod śniegu z nieodmiennym uśmiechem.

Energetyczny i radosny.

Ognik szkarłatny mój ogródkowy. Nazwano go Pyracantha, ale nie lubi tego imienia- powtarza- jestem ognikiem, płonącym dla twoich oczu, serca i nastroju.

Wypatruje nas ze swojego zimowego kącika i zaprasza. Przyciąga oko, cieszy gdy szarość w duszy.

Przybył z Kaukazu, ale lubi południowo wschodnią Europę czy Azję Mniejszą a także mój ogródek J

Listki utrzymuje zimą, by stanowiły tło dla owoców czerwonych lub pomarańczowych pięknych choć trochę trujących, które się wylęgają z niepozornych białych kwiatków już w sierpniu. Wiosną zasypia, listki gubi, ale już pod nimi  już budzą się nowe i niebawem rozpoczynają czarowanie.

No i jeszcze kolce. Posiada kolce, dlaczego? niezrozumiałe.

Ale kto zrozumie w pełni, tak zupełnie do końca jednoznacznie i niezaprzeczalnie Matkę Przyrodę. To Ona programuje rośliny, zwierzęta, człowieka takoż, tak że wszystko w tych ciałach ma swój cel i zaklina w jedno nasionko powtarzające wzór genetyczny.  

Nasze zadziwienie i zachwyt nieustanny to ponoć wieczna MŁODOŚĆ .

I tego się trzymajmy Kochani…..a gdy ciężko na sercu, odrzućmy lęki docierające z dookolnego świata i swoje własne smuty.

Pobiegnijmy na spotkanie z ognikiem.

Da siłę !!!!!!

Ognik naprawdę leczy duszę …..

Na Nowy 2021 r. Życzenia ……

Józef Chełmoński, Sójka , 1892, Olej na płótnie. 173 x 138 cm. Muzeum Narodowe w Warszawie.
http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Chelmonski/Chelmonski_6.htm

Sójka
Jan Brzechwa

Wybiera się sójka za morze,
Ale wybrać się nie może.

„Trudno jest się rozstać z krajem,
A ja właśnie się rozstaję”.

Poleciała więc na kresy
Pozałatwiać interesy.

Odwiedziła potem Szczecin,
Bo tam miała dwoje dzieci,
W Kielcach była dwa tygodnie,
Żeby wyspać się wygodnie,
Jedną noc spędziła w Gdyni
U znajomej gospodyni,
Wpadła także do Pułtuska,
Żeby w Narwi się popluskać,
A z Pułtuska do Torunia,
Gdzie mieszkała jej ciotunia.
Po ciotuni jeszcze sójka
Odwiedziła w Gnieźnie wujka,
Potem matkę, ojca, syna
I kuzyna z Krotoszyna.
Pożegnała się z rodziną,
A tymczasem rok upłynął.

Znów wybiera się za morze,
Ale wybrać się nie może.

Myśli sobie: „Nie zaszkodzi
Po zakupy wpaść do Łodzi”.
Kupowała w Łodzi jaja,
Targowała się do maja,
Poleciała do Pabianic,
Dała dziesięć groszy za nic,
A że już nie miała więcej,
Więc siedziała pięć miesięcy.

„Teraz – rzekła – czas za morze!”
Ale wybrać się nie może.

Posiedziała w Częstochowie,
W Jędrzejowie i w Miechowie,
Odwiedziła Katowice,
Cieszyn, Trzyniec, Wadowice,
Potem jeszcze z lotu ptaka
Obejrzała miasto Kraka:
Wawel, Kopiec, Sukiennice,
Piękne place i ulice.
„Jeszcze wpadnę do Rogowa,
Wtedy będę już gotowa”.
Przesiedziała tam do września,
Bo ją prosił o to chrześniak.
Odwiedziła w Gdańsku stryja,
A tu trzeci rok już mija.

Znów wybiera się za morze,
Ale wybrać się nie może.

„Trzeba lecieć do Warszawy,
Pozałatwiać wszystkie sprawy,
Paszport, wizy i dewizy,
Kupić kufry i walizy”.
Poleciała, lecz pod Grójcem
Znów się żal zrobiło sójce.
„Nic nie stracę, gdy w Warszawie
Dłużej dzień czy dwa zabawię”.
Zabawiła tydzień cały,
Miesiąc, kwartał, trzy kwartały,
Gdy już rok przebyła w mieście,
Pomyślała sobie wreszcie:
„Kto chce zwiedzać obce kraje,
Niechaj zwiedza. Ja – zostaję”.

1939 r.,  Jan Brzechwa, właściwie Jan Wiktor Lesman, ps. Szer-Szeń, Inspicjent Brzeszczot (ur. 15 sierpnia1898 w Żmerynce, zm. 2 lipca1966 w Warszawie) – polski adwokat i poeta pochodzenia żydowskiego, autor bajek i wierszy dla dzieci, satyrycznych tekstów dla dorosłych, a także tłumacz literatury rosyjskiej.

Kochani

W przedostatnim dniu 2020 r. życzę Wam by zrealizować choć kilka podróży sójki, po co nam zamorskie wojaże, Polska jest cudna, tylko wolność i skrzydła 🙂

Ptak to niezwykły, ponoć potrafi nauczyć się nawet miauczenia kota 🙂

Jest znanym strażnikiem lasu- głośnym skrzekiem ostrzega inne ptaki gdy ktoś obcy tam zawita….

Sadzi też lasy, nawet na you tube są filmiki z opowiadającym o tej pomocy leśniczym-  skrzętnie zbiera jesienią m.in. żołędzie, chowa pod językiem a nawet połyka, przenosi  też w dziobie i zakopuje, zwykle zapominając. Ponoć potrafi w tym celu przelatywać, zwykle z koleżanką- nawet 600 km. W ten sposób nagle w okolicy całkiem bezdębowej ( spenetrowałam) w naszym ogródku wyrasta właśnie 10 młodych dębów 🙂

Najfajniejsza jest budowa jej błękitnego piórka na skrzydełku. Często je gubi, kiedyś znalazłam, sfotografowałam ale zdjęcie przepadło w starym laptopie, dlatego dziś obraz Chełmońskiego skopiowałam.

Najdziwniejsze jest to, że piórko wcale nie jest niebieskie- jest całkiem przezroczyste, tylko tak zbudowane, że łamie światło dając nam wrażenie tej cudnej barwy.

I tu dygresja- Kochani, czarujmy naszą bezbarwną codzienność by stawała się kolorowa i radosna jak piórko sójki !!!

I to kolejne życzenia na Nowy 2021 Rok, który właśnie bieży …..

Życzenia Pięknego Bożego Narodzenia….

Ze wzruszeniem trzymam kopertę, a w niej taka kartka od Wspaniałej Kobiety, Matki dwojga Synów. Pomimo chorób i problemów zda się nie do udźwignięcia gdy się o tym pomyśli, zachowuje spokój i pogodzenie z losem, walcząc o każdą chwilę wspólnego rodzinnego życia….zachowuje pamięć o starej doktor, i z okazji wszystkich świąt, przysyła list, nieodmiennie….od prawie 20 lat… by Boża Dziecina dała Wszystkim Siłę – takie życzenia dla Was, i dla tych którzy najbardziej potrzebują…..

Kochani

Dziś tylko refleksyjnie, ponownie opowieść mojego Teścia, Jana, którą zawarł w Pamiętniku. Od 1944 r. po fikcyjnym procesie przeprowadzonym przez sowietów, za wydumane winy, z zastraszonymi świadkami  potwierdzającymi nieprawdę, Jan dostaje wyrok katorgi. To tendencyjne działanie ówczesnych władz, by wyeliminować z życia polską inteligencję. Na dalekiej Syberii tak spędza wieczór Wigilijny:

„….  Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki czarnego chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór – czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?

Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę.

Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami…..”

Życzenia i…..zadziwienie :)

Kochani

Dość długo nic nie „wrzucałam” do blogu, ale widzę, że codziennie ktoś poczytuje. Aktualnie jestem mocno zajęta  pisaniem rozdziału  o  duszy zwierząt, do monografii pt. Eksperymenty na zwierzętach- egoizm, koszt postępu czy przejaw okrucieństwa.

A oto dziś  temat sam wpadł mi do głowy. Toż to Imieniny naszej Najmłodszej – dr psychologii, Mamusi dwóch Wspaniałych Synów Wiktora l.12 i Patryka l. 8, Żony równie Wspaniałego Chłopaka….

I otwieram Wielką Księgę Imion z niejakim zaciekawieniem, cóż takiego piszą o imieniu Paulina?

To zupełnie nieprawdopodobne, jak wiele pasuje do naszej Córeczki- zadziwienie wielkie skąd też ludzie wiedzieli jakim będzie Człowiekiem ? Pewnie po prostu przez tysiąclecia pilnie obserwowali ludzi o danym imieniu. I nieustanne pytanie bez odpowiedzi- czy dając dziecku imię w jakiś sposób stawiamy pieczęć na jego charakterze? Kto wie, może kiedyś zostanie to odkryte- tyle wokół się dzieje, to co nieogarnięte rozumem jest wyjaśniane…..A może to tylko Wielka Tajemna Magia i taką pozostanie?……

Ukochana nasza Córeczko w Dniu Imienin składamy Ci Życzenia byś była zawsze SZCZĘŚLIWA….Twoi dumni z Ciebie rodzice….

 A teraz poczytajmy razem- cytuję wszystko to, co napisano w Wielkiej Księdze Imion :

Znaczenie imienia Paulina

Paulina to nerwowa choleryczka, bardzo pobudliwa. Brakuje jej konsekwencji w działaniu i łatwo traci zimną krew. Jest wyniosła, często sprawia wrażenie osoby w pretensjach. Winą za poniesione porażki obarcza innych, wobec siebie pozostaje wolna od podejrzeń, ponieważ zawyża własną wartość. Zazwyczaj jednak nie pozwala sobie na roztargnienie i popełnianie pomyłek. Często podkreśla wobec innym swoją wyższość i inteligencję. Wydaje się być dumną i pogardliwą, ale w rzeczywistości jest tylko niespokojna i niepewna przyszłości. Ma wyraźną skłonność do odnoszenia wszystkiego do siebie i jest subiektywna. Bardzo łatwo ją przez to zranić. Paulina ma dość trudny charakter, ale jest pełna życia.

Pochodzenie imienia Paulina

Imię Paulina jest żeńską formą łacińskiego imienia Paulus, inaczej osoby do Paulusa przynależnej.

Rodzina i miłość

Kobieta o tym imieniu to nieustanna gra pozorów. Raz bywa dumna i wyniosła, następnie niespokojna czy wręcz znerwicowana. Jest to typowa cicha woda. Nie jest łatwą z nią żyć, ponieważ ma skłonności do panowania nad otoczeniem. Od najmłodszych lat podporządkowuje sobie bliskich, tworząc z nich niemal niewolników swej woli. Często marzy o księciu z bajki, dlatego długo nie może znaleźć idealnego partnera. Jej mąż powinien być niezwykle wyrozumiały i czujny, aby na czas docenić działania Pauliny i chwalić jej inteligencję. Istnieją zasady, dzięki którym życie z nią nie jest aż tak trudne. Z natury jest to kobieta o silnie rozwiniętym instynkcie rodzinnym i opiekuńczym.

Życie towarzyskie

Paulina lubi otaczać się ludźmi – często łącząc życie towarzyskie z pracą. Jest energiczna i pełna radości życia, posiada jednak trudny charakter. Wielu zraża do siebie maską obojętności i pogardy – wyraźnie podkreśla swoją wyższość i inteligencję, innych uważając nieraz za kretynów. Jest egoistyczna, bardzo subiektywna i agresywna. Należy jednak pamiętać, iż to pozory. Posiada bowiem naturę refleksyjną i lubi zagłębiać się w swoich sprawach. Tak naprawdę to dobra z niej kumpela, ale bardzo łatwo ją zranić, ponieważ wszystko odnosi do siebie.

Praca i kariera zawodowa

Brakuje jej konsekwencji w działaniu, ale może osiągnąć wymarzony sukces. Aby go odnieść, powinna się przyłożyć do nauki, ponieważ predyspozycje umysłowe już posiada. Jest zdolna i inteligenta, ale mało wytrwała – zdarza jej się nie kończyć rozpoczętych spraw i często wycofywać się z miną obrażonej damy. Winą za odniesione porażki obarcza innych, wobec siebie jest wolna od podejrzeń, ponieważ zawyża swoją wartość. Mimo to jest dobrym pracownikiem. Do celu zmierza małymi, ale przemyślanymi krokami. Zazwyczaj nie pozwala sobie na roztargnienie i popełnianie pomyłek.

Predyspozycje zawodowe

Paulina łatwo zrobi karierę naukowca. Oprócz tego może sprawdzić się jako badacz, nauczycielka lub bibliotekarka.

Patroni Pauliny

Św. Paulina – z pochodzenia Greczynka, mieszkanka Rzymu. Zakatowana przez Rzymian wraz z całą rodziną.

https://www.ksiegaimion.com/paulina

[dostęp 02.12.2020]

A może Radość przybędzie do nas z Aksamitką ……


Na pewno  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich zgodnie z ich pradawnymi wierzeniami przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Jakże wiele zabrało nam chrześcijaństwo- ludowe obrzędy, święte drzewa, naiwność i radość życia. A cóż w zamian? Pompatyczne ceremonie gdzie ponurzy księża w szatach żywcem z egipskich odwzorowanych, zakazy, nakazy a gdzieś daleko samotny dobry miłujący wszystkich Jezus…..

Dzisiaj towarzyszą mi słowa ks. Jana Twardowskiego (1915-2006), bo przynoszą OPTYMIZM :

„Odeszłaś cicho, bez słów pożegnania.

Tak jakbyś nie chciała, swym odejściem smucić…

tak jakbyś wierzyła w godzinę rozstania,

że masz niebawem z dobrą wieścią wrócić”

Te wieloznaczne słowa  ks. Jana, to nie tylko OTUCHA w te ostatnie dni podniosłe, radosne choć niepokojące które dzieją się  na naszych ulicach ale też NADZIEJA  i dziecięca wiara, że można stamtąd wrócić  z „dobrą wieścią”….

Może w tych prostych zrozumiałych słowach ks. Jan nawiązuje do dawnych wierzeń,  które są Mu bliższe niż codzienny ponury patos kościoła…. Nie wiem, ale przypominam to co było kiedyś w naszej tradycji i trwa w innych kulturach a wywodzi się z prekolumbijskich m.in. Azteckich wierzeń ….

Może jednak  ta aksamitka z mojego ogródka dumna potomkini Azteckich aksamitek, gdzie się narodziły i miały działanie magiczne  przyprowadzi Dusze naszych Zmarłych do domów i zasiądziemy do wspólnej uczty jak wierzono w dawnych kulturach i weselono z tego powodu…..

Ale najpierw będzie o tym jak było kiedyś u nas….

 Pogańskie święto zmarłych to Dziady od prasłowiańskiego słowa oznaczającego „ojca  ojca, ojca matki”, człowieka zajmującego honorową pozycję w rodzinie, przodka lub po prostu starca. Jednak drugim znaczeniem było „duch”, „demon”, „bożek domowy”, „cienie w kątach izby”, „zaduszki” ale też „duch opiekuńczy domu”  choć także  „czart” czy „nieczysta siła”

Dziady to też zbiór przedchrześcijańskich obrzędów a czasie który dochodzi do „ obcowania żywych z umarłymi” gdyż w tym dniu dusze przodków wracają do siedzib gdzie żyły na ziemi….

Święto obchodzono dwa razy do roku- Dziady wiosenne  w zależności od faz księżyca ok 1 i 2 maja i jesienne w noc 31 października/1 listopada. Był to czas nieomal fizycznego spotkania z duchami przodków by niejako przypomnieć im o tym, że są potrzebni jak kiedyś dla opieki nad rodziną a także  by dobrze się czuli w tym drugim nieznanym nam świecie.

To Święto fetowano w domach, na wzgórzach pod świętymi drzewami, w miejscach uznawanych za święte a nawet kaplicach często budowanych na dawnych miejscach kultu pogańskiego lub bezpośrednio na grobach konsumując specjalne dania zawierające miód, kaszę, jajka i popijając solidnie wódką wierząc, że z nimi ucztują  duchy przodków.  

Charakterystyczne było, że każdy z domowników dzielił się z  Duchami  posiłkiem – zrzucając lub wylewając nieco ze swojego kieliszka na lub pod stół albo na grób.

W niektórych kręgach kulturowych zapewniano także swoim duchom  kąpiel i rozgrzanie się przygotowując saunę.

Niekiedy rozpalano  ognisko które miało wskazać DUSZOM  miejsce  pobytu  żywych członków rodziny i oświetlać  im drogę  by trafiły do swoich i ogrzały się przy wspólnym ognisku.  Ponoć nasza tradycja zapalania zniczy na grobach wywodzi się właśnie z tego pradawnego zwyczaju.

Ogniska rozpalano także czasem na rozstajach dróg- i to one maiły zablokować  dostęp z zaświatów różnych złych demonów, które w tym dniu szczególnie chcą być z ludźmi.  

Interesujące było traktowanie wędrujących żebraków. W wyobrażeniach ludowych byli postrzegani jako „łącznicy z tamtym światem” i też nazywano ich Dziadami. Zapraszano do domów, ofiarowywano jedzenie- zwykle specjalnie przygotowywane lub kiedyś ulubione przez przodków  ale też jakieś kwoty pieniężne. W ten sposób proszono żebraków o modlitwy za dusze zmarłych ale też pośrednio poprzez tych ludzi „dzielono się ze zmarłymi jadłem”.

Po posiłku nie zrywano się nagle od stołu by nie wystraszyć DUCHÓW, nie sprzątano ze stołu bo może DUCHY jeszcze chciały się pożywiać, nie  wylewano wody po umyciu talerzy i garnków za okno gdyż można by było oblać przebywające tam DUSZE, nie palono w piecu, gdyż właśnie tamtędy dostawały się do domu.

W tym czasie nie wykonywano też żadnych prac by nie zakłócać spotkania, nie można było szyć by nie przyszyć DUSZY  która musi wrócić do swojego świata….


Zwyczaj przetrwał  w rejonach wschodniej Polski, na Białorusi, Ukrainie i części Rosji, gdzie nadal panuje zwyczaj przynoszenia na groby symbolicznego jedzenia  w podwójnych  glinianych dzbanach.

Z nadejściem chrześcijaństwa  rozpoczęto walkę z pogańskimi  obrzędami, ale jednocześnie niektóre były przyjmowane, m.in. w celu „przykrycia” ich pierwotnego znaczenia. Pogańskie święta zastąpiono  chrześcijańskimi  i w ten sposób mamy święto zmarłych czy zaduszki, a na cmentarzach odprawiane są msze, cmentarnymi alejkami kroczą procesje i święcone są groby.

MEKSYK

Meksykanie jak wszyscy ludzie boją się śmierci, ale próbują ją „oswoić” a dzień kiedy w wierzeniach DUCHY przodków przybywają do swoich rodzin, jest dniem szczególnie radosnym.

Dokładnie w czasie naszych Świąt od ponad 3000 lat, jeszcze z czasów epoki prekolumbijskiej   kultury Azteków czy Majów, wywodzi się radosne święto zabawy czczące pozagrobowe życie zmarłych i więzy rodzinne.

W 2003 roku obchody Dnia Zmarłych  w tym kraju zostały proklamowane Arcydziełem Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości, a w 2008 roku wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO..

Tradycja dawnych ludów Meksyku rozpowszechniła się tam, gdzie docierali tj. do Ameryki Centralnej ale też do wielu miejscowości w USA i zadziwiające, że nawet do Pragi i Nowej Zelandii przyjmując często charakter artystyczno- rozrywkowy. Stanowią tam alternatywę dla miejscowych smutnych chrześcijańskich obyczajów tego święta jak i mocno skomercjalizowanego Halloween wywodzącego się z tradycji celtyckiej.

Gdy w XVI w.  do Meksyku przybyli  konkwistadorzy z Hiszpanii, tradycyjny festiwal przenieśli na okres obecnego święta zmarłych , połączono tradycyjne obrzędy  z chrześcijańskimi. Podczas gdy Halloween jest dniem czarownic, to meksykańska tradycja to czas hucznych zabaw i biesiad całych rodzin żyjących i zmarłych.  W skład posiłków wchodzą m.in. chleb zmarłych – specjalne różnokształtne  słodkie ciasto z jajkiem w środku, zrobione z cukru doprawione czekoladą-  „ludzkie czaszki”, figurki zajączków z lukrem oraz  tequilla….

Groby są dekorowane kwiatami, z obowiązkową meksykańską aksamitką hodowaną jeszcze przez Azteków zwanego w Meksyku Kwiatem Zmarłych. Aksamitce przypisuje się szczególną rolę- ma moc wzywania i prowadzenia dusz zmarłych do ołtarzy ku ich czci. 

Gdy nie można z jakiś powodów odwiedzać  grobów zmarłych, wznosi się w domu ołtarzyk z ofiarami takimi jak wymienione, ale też butelki z alkoholem, cygara, a dla dzieci zabawki. Dary umieszcza się przy portretach zmarłych a obok zapala woskowe świeczki.

Ogólnie panuje radosny a nawet wesoły nastrój, gdyż wszyscy czują, że ich zmarli przyprowadzeni przez pąki  aksamitek są obok i wspólnie ucztując także się cieszą….

„Mowa” tatuaży


Pierwsze zadziwienie, bo wnuczka zafundowała sobie przed laty taki tatuaż…..przedtem poprosiła o zdjęcie akwareli mojego Taty Wacława Łukaszewicza z 1932 r. – nie wiedziałam dlaczego….okazało się że fragment tego obrazu, choć z konturami jak w starych tatuażach został umieszczony trwale na ciele naszej Weroniki. Zaskoczenie, ale też czułość że pamięć Pradziadka, że poczucie korzeni …..

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy Jurek, nasz kolega z roku (1965-1971) ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Medyczny)- profesor Jerzy T. Marcinkowski, którego  miałam zaszczyt gościć w tym blogu w rozdziale Z pamiętnika… wielokrotnie  relacjonował naszej grupie messengerowej, że właśnie był na Termach Maltańskich i najbardziej przyciągało jego wzrok….myśleliśmy, że piękne młode dziewczyny –  a On pisał, że wytatuowane ciała…..

Pomysł zasiany w mojej głowie zaczął kiełkować i prawie już przybrał kształt książki (ponad 120 stron). . Pisaliśmy ją  z Jurkiem namiętnie, zbierając informacje z licznych artykułów naukowych ale też portali prowadzonych przez zafascynowanych zjawiskiem tatuowania ciała, w których też zamieszczano opowieści osób, którym tatuaż pomaga…..

Pozycja już jest prawie gotowa do oddania do Wydawnictwa. Został też wybrany  tytuł zaakceptowany  przez wiele młodych i nie tylko młodych osób, którym wysłałam kilka propozycji ….

GDY CIAŁO STAJE SIĘ TYLKO TŁEM….

Nasza  „przygoda” z tatuażami i innymi formami modyfikacji ciała rozpoczęła się od zadziwienia nad współczesną wszechobecnością wytatuowanych ciał.  Piszemy o tym we Wprowadzeniu do książki. Gdy zmierzamy do końca naszej opowieści, zadziwienie nasze ale też zrozumienie zjawiska narasta.

W miarę zgłębiania problemu, my- najstarsi autorzy tej opowieści-  ludzie urodzeni kilka lat po II wojnie światowej, od ponad pół wieku doktorzy chorób wszelakich,  dowiadujemy się, że tatuaże  ale też inne zabiegi modyfikujące ciało  to nie tylko moda, czy poprawianie urody a także WOLNOŚĆ podejmowania własnych decyzji dotyczących ingerencji w DANE NAM BEZ NASZEJ WOLI I ZGODY  PRZEZ NATURĘ I GENY CIAŁO. 

Z tego też powodu (ale też z wielu innych) tatuaże, piercing, medycyna estetyczna –  potrafią przynosić Szczęście. Nie takie związane ze znalezieniem złotej monety czy „czarnozłotokolorową” magią. Ale z odzyskaniem czy potwierdzeniem swojego Ja, z otrzymaniem wiary w możliwość dobrego życia gdy dotyka depresja czy ból duszy staje się tak nieznośny, że wybieramy akty samouszkodzenia by bólem fizycznym zabić tamten ból…

Czasami jednak przesadzamy z zabiegami zmiany wyglądu naszego ciała bo stale jesteśmy z niego niezadowoleni, widzimy siebie w „krzywym zwierciadle” i uśmiadomienie tego stanu ducha gdy  dotyka nas czy naszych przyjaciół jest wektorem (jak przedstawiany na wielu tatuażach) by rozpocząć profesjonalną terapię….ten poważny problem zwany dysmorfofobią muszą dostrzegać w osobach które się do nich zgłaszają ci, którzy poprawiają wygląd ciała człowieka- piszą o tym chirurdzy plastyczni którzy niejednokrotnie nie tylko są zniechęceni nieustannym niezadowoleniem pacjentów ale także przestrzegają, że są podawani przez nich z tego powodu do sądu….

dlatego w tej książce znajduje się  opis wszystkich wymienionych problemów – ku przestrodze ale też radości z tego, że można przynosić ludziom szczęście lub szczęścia poszukiwać na drodze modyfikacji ciała.

Dbajmy jednak nie tylko o swoje ciało ale też i duszę, zachowując  dziecięcą radość, ciekawość świata, tolerancję i lubienie ludzi, bo tylko to jest prawdziwym warunkiem Szczęścia……T

WPROWADZENIE

Pierwszy autor przedstawianej pracy pamięta, jak jego ojciec – profesor medycyny sądowej Tadeusz Marcinkowski (1917-2011) [1]  – w latach 50-tych, 60-tych, 70-tych, 80-tych i 90-tych XX wieku pokazywał liczne zdjęcia tatuaży, które były fotografowane podczas sekcji zwłok. Część z nich znajduje się do dzisiaj w Muzeum Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Niektóre tatuaże z tamtego okresu wyróżniały się szczególnie – na przykład dość pokaźnych rozmiarów diabeł w okolicy pośladów mężczyzny (więźnia) wrzucający długą łopatą węgiel do odbytu. Toż to już z samego tego tatuażu wynikało wręcz rozpoznanie kliniczne z obszaru ewidentnych zaburzeń osobowości.

Zdarzały się też – ale wówczas bardzo rzadko – tatuaże u kobiet, niekiedy z zaskakującą treścią. Na przykład kobieta w okolicy spojenia łonowego miała wytatuowane: „Tylko dla Józka”. Można sądzić, że to tenże zazdrosny Józek jej to wytatuował a może chciała w ten sposób wyrazić formę oddania bo był patologicznie zazdrosny? Może właśnie dostał wyrok i szedł na wiele lat do więzienia – więc chciała mu te chwile osłodzić zapewnieniem o wierności? Co się kryło za takimi tatuażami, jakie historie tych ludzi ?

Tak, na pewno tatuaże to czyjeś dzieje i emocje uwiecznione na własnej skórze. Czasem znane tylko jemu …  

Druga autorka pracy (tzn. ja- gospodyni tego bloga 🙂 )- lekarka, która pracowała w latach 70-tych XX wieku w przychodni rejonowej pewnej „szemranej” dzielnicy Warszawy – opowiada, że dość powszechnie można było zobaczyć wytatuowaną na piersi młodego mężczyzny głowę kobiety, często pokrytą bliznami. Bez żenady opowiadali – że gdy mieli jakiś problem – nożem nacinali w tym miejscu skórę – mówiąc że to „ich Baśka” i że „cięli Baśkę po oczach” odreagowując jakąś traumę. Ból duszy koiło zadanie sobie bólu fizycznego a uspokojenie potęgował widok własnej krwi. To też mogłoby świadczyć o typowych zachowaniach ludzi z autoagresją, dobrze znanych wielu osobom szczególnie młodym, które linijnie nacinają skórę przedramion, ud lub okaleczają się w inny sposób… 

Obserwowaliśmy też w tamtych czasach więźniów lub byłych więźniów z tatuażami w formie epoletów z dystynkcjami oficerskimi. Jak ktoś miał dystynkcję „pułkownika” oznaczało to niechybnie, iż miał już za sobą wieloletnią odsiadkę w więzieniu. U więźniów często się też spotykało wytatuowane kropki w okolicy kąta zewnętrznego oczodołu. A u złodziei widywało się kropki na dłoni u nasady różnych palców. Ponoć to też oznaczało „specjalizację” tegoż złodzieja. Oczywiście wielu typowych więziennych tatuaży nie widzieliśmy, a jak wiadomo była i jest ich moc. 

Autorzy opracowania w początkowym czasie swojego życia zawodowego obserwowali więc tatuaże u właściwie nielicznych osób- zwykle byli to marynarze, przestępcy (np. kieszonkowcy), więźniowie czy osoby podejrzane o zaburzenia emocjonalne. Mieliśmy też jeszcze w pamięci opowieści świadków czy zapiski o tatuażach nazistów, czy śladach ich zwyrodnienia.

Widywaliśmy też wytatuowane numery na przedramieniu u byłych więźniów niektórych obozów koncentracyjnych, których jeszcze wielu żyło w czasach które pamiętamy, co zawsze budziło bolesne skojarzenia z ich niewyobrażalną wieloletnią traumą i często wyjątkowo okrutnymi doświadczeniami medycznymi. Dla nazistów więzień był tylko numerem – żywym czy martwym.

              Trwałe rysunki na skórze ludzkiej nie budziłyby tak wielkiego naszego zainteresowania gdyby nie wszechobecność tatuaży na ciałach współczesnych młodych. Prawdopodobnie pozostawałyby w kręgu fascynacji archeologów, historyków a także miłośników historii. Autorzy pamiętający czas, gdy posiadanie tatuaży było dość jednoznaczne – są tym zjawiskiem co najmniej zadziwieni, szczególnie że obrazy na ciałach są często tak rozległe że tworzą nową powłokę człowieka, właściwie zastępując skórę. Ciekawi nas nie tylko motywacja, ale też- czy nie są wyrazem jakiś problemów z własną psychiką.

Jaką więc rolę spełniają współczesne tatuaże? Zapytaliśmy o to młodych wytatuowanych- kilkanaście osób odpowiedziało, że marzyło o tym od dawna, lubią swoje obrazy na ciele i są szczęśliwi. Wielu chce się zdecydować na kolejne tatuaże a starych wcale nie chce usuwać.  Pytaliśmy też tatuażystów o swoje odczucia- właściwie nikt nie odpowiedział, zajęty pracą zapewne poza ogólnym stwierdzeniem, że to ich praca….

Jednak zastanawia nas nazwa licznej grupy (ponad 20 tysięcy osób) na Facebooku, gdzie anonimowo są wrzucane zdjęcia tatuaży. Do admina nie dotarliśmy, ale zatrzymujemy się nad tytułem: „ Tatuaże nie robią z nas kryminalistów”. Wyobrażamy sobie, że ludzie ci musieli jednak doznać w swoim środowisku jakiejś formy zarzutów a nawet piętnowania i ten tytuł jest ich odpowiedzią a może tak wyraźnie ma zachęcać innych, by się nie bali opinii swoich dziadków czy nawet rodziców, sąsiadów i realizowali ukryte marzenie posiadania tatuażu. ….[2].

Jesteśmy też ciekawi czy ten fenomen rozległego tatuowania ciała przeniesie się na następne pokolenia, gdyż jak na razie dominują tzw. millenialsi….a jeśli ich dzieci czy wnuki nie zechcą być podobni do rodziców bo to jest w naturze młodych- co ciekawego wymyślą by podkreślać swoją odrębność ?

             Przeglądając literaturę na temat motywacji tatuowania ciała można zauważyć, że w naszych rozważaniach nie jesteśmy odosobnieni. W czasie przed ale częściej po „wybuchu” obecnej mody tatuażami interesowali się już psychologowie, czy socjolodzy, kosmetolodzy ale też toksykolodzy, zakaźnicy, medycy sądowi wywodząc z badań na psychiką ludzi wytatuowanych i sposobów interpretacji tych trwałych obrazów różnorodne wnioski, o czym wspomnimy później. Śledząc te dane zadajemy sobie pytanie czy obecnie to jest tylko moda? Niniejsze opracowanie może choć częściowo odpowie na to pytanie.

Niezależnie od epoki, zaawansowania technicznego, położenia geograficznego, czy typu społeczeństwa, ludzie dbali o swój wizerunek zewnętrzny, który był komunikatem o ich statusie społecznym, osobowości, stanie zdrowia. Widząc współcześnie bardzo duże i stale rosnące rozpowszechnienie tatuaży na Świecie należy postrzegać je już jako ważną część naszej globalnej kultury i historii. Ludzie poddawali się i nadal poddają różnym zabiegom, mającym na celu poprawienie swojego wyglądu. Czasami osiąga to rozmiary dla nas karykaturalne (np. powiększanie ust aż do ich zdeformowania) czego nie zauważają ich właścicielki bo powielają oglądane na portalach społecznościowych, obecnie zwykle na Instagramie osoby wyglądające podobnie. Problem podamy w odpowiednim rozdziale, by czasem więcej zrozumieć a może pomóc osobie z zaburzeniem dysmorfofobii…

 Zwłaszcza teraz, żyjąc w społeczeństwie wymagającym perfekcji ciała, wkłada się wiele wysiłku, aby zwiększyć swoją atrakcyjność. Tak więc tatuowanie także jest działaniem mającym na celu poprawienie swojego wyglądu, choć w bardziej subiektywnym wymiarze[3].

 Angielskie słowo „tattoo” (tatuaż) pochodzi od terminu „ta tau” – w rdzennym języku Thaiti – zostało ono zapisane przez XVIII-wiecznych podróżników i oznacza „naznaczyć coś”[4].

Tatuowanie wiązało się i nadal wiąże się z możliwością powikłań zdrowotnych, co osoba zdecydowana na taką ozdobę własnego ciała powinna wziąć pod uwagę – co jak wynika z badań nie zawsze jest uświadamiane.

 Współcześnie wprowadzanie pigmentów pod skórę odbywa się przy pomocy specjalnej elektrycznej maszynki z automatyczną igłą lub igłami. Z dużą szybkością wbija ona pod skórę małe kropelki barwnika.

Jest to metoda dość bolesna, ale – jak wiadomo – istnieje indywidualna wrażliwość na ból, a może tak wielka jest potrzeba człowieka, by posiadać trwały obraz na ciele, że jest w stanie znieść najgorsze cierpienie. Jest to dość zadziwiające, bo jak wiadomo kobiety są bardziej odporne na ból, a rozległe tatuaże, nieraz pokrywające całe ciało tak często obserwujemy u mężczyzn. Temat chyba jest wart badań psychologicznych, bo być może współcześni mężczyźni w ten sposób chcą podkreślić swoją męskość. Szczególnie w dzisiejszym Świecie, gdy odbiera się im odwieczne role dominowania – zresztą wielokrotnie sami się temu poddają….


[1][Tadeusz Marcinkowski, https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Marcinkowski]

[2] [https://www.facebook.com/TatuazeNieRobiaZNasKryminalistow/]

[3][Nowak R. Psychologiczne aspekty tatuowania się. Roczniki Psychologiczne 2012; XV, 2: 87-104].

[4][Pickup O. Ta tau: where the word tattoo comes from, https://www.telegraph.co.uk/films/moana/tatau-where-tattoo-comes-from/ [dostęp: 28.04.2020].

Powroty, zaproszenia….

1

Pozdrowienia z Kotliny Żywieckiej.


 Babia Góra płonie o świcie. Zdjęcie własne.

Ten tekst znalazłam wśród  moich starych artykułów zamieszczonych w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka. Potem zamieszkał w tym blogu- 8 lat temu….to już 8 lat….dziś jest dla mnie dzień leniwy, refleksyjny , rozmarzony, dzień powrotów….

 Od urodzenia mieszkam w Gorzowie.

Są wczesne lata 50 ubiegłego stulecia. Nadchodzą wakacje.

I znowu czekam na wielkie spotkanie, coroczną cudną przygodę.

Oto wyjeżdżamy  w miejsce magiczne.

Tam urodziła się moja Mama…

Żegna nas gorzowski dworzec kolejowy. Nie boimy się przepełnionych pociągów, przesiadek na trasie,  wielkich bagaży. Miejsca nie zawsze wolne w przedziałach czekają. Często jest do dyspozycji miejsce stojące na korytarzu, w wielkim tłoku, zwykle w pobliżu WC. Śpię na jakimś tobole.  I budzę się o świcie, jak zwykle. Tato mówi, jesteśmy  przed Pszczyną. Zrywam się całkowicie wypoczęta i podniecona. Przecież z tego miejsca już widać góry. Moje góry. Tajemnicze, niezmienne od wieków, moje piękne…

Jeszcze jedna przesiadka w Bielsku. Pociąg do Żywca przekracza Bramę Wilkowską i zanurza się w Kotlinie Żywieckiej. Sunie sapiąc wyznaczając żelazne granice   pasma Magurki, które jest  długim łagodnym grzbietem Beskidu Małego.

Potem czeka wujek z parą pięknych koni i wsiadamy do najprawdziwszej  bryczki. Jedziemy  przez łagodne tereny, przez strumyki kamieniste. Wujek rozmawia z końmi. Wykonują jego słowne polecenia. Konie są jego wielką miłością.

 A panorama na całą Kotlinę leży otwarta jak wielka księga.

Jesteśmy u celu.

Jesteśmy we wsi pod Skrzycznem, gdzie rezyduje już inne pasmo górskie-  Beskid Śląski .

 Wracam w to miejsce często. Zawsze z tą samą radością ze spotkania.

Staję na progu chałupy położonej ok. 500 m n.p.m.

Nieomal u stóp rozciąga się wielka przestrzeń otoczona górami z lśniącą linią Jeziora Żywieckiego na linii horyzontu. Góry widziane z tej perspektywy wydają się niewielkie.

 Podziwiam jeszcze jedno, trzecie  ramię górskie obejmujące tę Kotlinę. Jest to Beskid Żywiecki z dostojną, niby prawdziwa baba w zapasce i tak samo chimeryczną Babią Górą. Właśnie we wschodzącym  słońcu  Babia bierze poranną kąpiel… I cała różowa w różowym peniuarze pozuje do zdjęcia…

 Rozmyślam o historii tego miejsca. Ileż ludów  wędrowało tędy z południa na północ.

Ok. 5000 lat temu z ziem nad Dunajem leżących przybyły grupy ludności neolitycznej. Zostały w tej ziemi liczne ich ślady. W III w. p. n. e dotarli tam Celtowie wnosząc umiejętności  obróbki żelaza. Potem kupcy rzymscy wędrowali nad Bałtyk tzw. szlakiem bursztynowym. I wreszcie w VII wieku pojawili się Słowianie. Powstały szlaki solne… Tereny te pamiętają Polskę Piastów, panowanie  niemieckie, własne Państwo Żywieckie, najazdy Szwedzkie, zabory. Pamiętają  licznych  królów polskich i cesarzy pamiętają… Dzieje były zawiłe, długie historie by opowiadać… pozostały liczne ślady dawnych czasów i wielkie tradycje walki o polskość.

 Patrzę na sąsiadujące dwie niewielkie  góry usadowione przed Skrzycznem. Jedna to Niesłychany Groń ( ależ nazwa !) a druga to Palenica. Palenica ma charakterystyczny stożkowaty kształt. Takich Palenic jest w górach sporo. Ponoć na większości z nich zapalano ognie w czasie przemarszu wojsk i w ten sposób przekazywano sobie informacje…

 Zawsze mnie wita i żegna niesamowity  ciekawski kot sąsiadów. Wygląda tak, jakby zakładał maskę wenecką. Czy widział ktoś podobnego kota?

Tutaj wszystko jest inne…

Powrót Starego Profesora- może przeprosimy za niesforność….


Wczoraj poczułam się Szczęśliwa. Może to mało do Pełni, ale każda taka chwila jak perełki tworzy cudny naszyjnik okalający twarz. Oczywiście to przenośnia, tylko wyobrażenie miękkiej kolii, której od dawna nie noszę, bo drapie szyję naznaczoną PESELEM  i wtórnie dziecięco wrażliwą 🙂

Mój wpis blogowy zniknął po przenoszeniu tekstów na obecne miejsce, gdyż WP likwidowała całą platformę blogową. A był szczególnie ważny bo było tam zdjęcie Profesora Antoniego Możdżera znalazło się w pudełku po butach u naszej niezapomnianej koleżanki z LO- Bożeny Kolasińskiej z d. Jodko a teraz zginęło w starym laptopie no i blogu. Bożena odeszła przed laty, może tęskniła za przyjaciółką Teresą Łakomą (zwaną przez nas Kostusią) która czekała w zaświatach by swoją radością, jakiej nikt z nas nie miał i serdecznym śmiechem rozchmurzać oblicza Wszystkich Świętych. Po 40 latach odwiedziłam moje miasto urodzenia- Gorzów Wlkp. Znajdując wcześniej te koleżanki na Naszej Klasie. Wtedy właśnie Bożena zaprosiła mnie do swojego uroczego mieszkania, piłyśmy przednią nalewką i w pewnym momencie wyszła do drugiego pokoju przynosząc wspomniane pudło……Ucieszona zrobiłam zdjęcie ze zdjęcia Profesora i napisał mi się ten właśnie tekst. Druga przyczyna mej radości wczorajszej, to fakt, że po tym wpisie  z 2011 r. odezwała się obecna moja Przyjaciółka Blogowa, z którą rozumiemy się bez słów- mieszkała w Gorzowie przez 3 lata, gdy Jej Tato- lekarz wojskowy tam był skierowany do pracy. Uczyła się w naszym LO, doskonale pamięta Profesora, i powtarzała, że ma stałe poczucie iż był niedoceniany i jest Jej do tej pory przykro z tego powodu. Kiedyś to Ona zauważyła, że wpis blogowy zniknął. Obie byłyśmy niepocieszone. I oto nagle przyszło mi do głowy, że może internet zapamiętał. I stało się, znalazłam- zresztą stało się to dzięki Redakcji Naszego Miasta, która za moją zgodą (czy na prośbę- bo pisano, czy chcemy coś uratować) przeniosła teksty z likwidowanej MM- Gorzów do nowego portalu . Stale żal naszej kochanej MMki, gdzie raczkowałam w pisaniu innym niż medyczne, uprawiane przez dziesięciolecia, szlifowali nas redaktorzy, ale głównie pewna koleżanka przybierająca różne nicki krytykując zawzięcie- na co zresztą nie zdając sobie sprawy że istnieje w wielu nickach – zapalczywie, bardzo poważnie odpowiadałam, często korzystając z tych uwag krytycznych. Chciałabym Jej za to podziękować – jeśli cudem się zdarzy, że tu zajrzy- domyśli się, że o niej mowa. 

To tyle tytułem opowieści o dziejach tego wpisu. Pozwoliłam sobie skopiować, bo wszak to pierwotnie pisanie z mojego serca i umysłu, blog to nie publikacja i żadne rygory redakcyjne nie obowiązują…ponoć…

Stary Profesor, nasze szczenięce lata i muzyka

Łuka,4 grudnia 2014


Właśnie gra Leszek Możdżer. A my wspominamy Jego Dziadka – Antoniego. Naszego Profesora zawarciańskiego liceum. Rozmyślamy o naszej niedojrzałej młodości .

Niezwykłe wieczorne spotkanie. Na stole zniszczone pudełko po butach. W nim zdjęcia. I nagle znajduję to, zamieszczone w tym artykule. Klasa, katedra i stary Profesor. Niepowtarzalny, oryginał, erudyta, niedoceniany przez nas. Ktoś nieprzypadkowo włącza muzykę. Gra Leszek Możdżer. Słuchamy. Oglądamy filmik, znajdujemy podobieństwo. To Wnuk naszego Profesora. Jesteśmy dumni.

Teraz z muzyką przychodzą do nas szkolne półwieczne obrazy. Właśnie lekcja łaciny. W drzwiach wysoki, szczupły, w podniszczonym garniturze Profesor Możdżer. Ale najważniejsza jest Jego fryzura. Włosy przylizane zwiastują lekcję ponurą, groźną i z rosnącym lasem tzw. pałek w dzienniku. Wtedy siedzimy cicho jak myszy pod miotłą.
Ale dzisiaj fryzura cudna jest! Fantastyczny totalny nieład na głowie. I wszystko wiadomo. Stajemy się dziką, rozbrykaną, nieujarzmioną i nieodpowiedzialną bandą. Mysz wypuszczona z teczki śmiga po klasie. Piski i rechoty. Co chwilę terkocze spod ławki zachrypnięty budzik. Zabawa jest szampańska. A lekcja trwa. Profesor spokojny, zajęty swoimi sprawami.
Zaczynamy się nudzić. Wtedy zgłasza się urodziwa i długonoga. Ciepłym, niewinnym głosem zadaje profesorowi nieśmiertelne pytanie: Jakie jest pochodzenie naszych imion? Profesor zrywa się zza katedry. Uradowany. Staje przy tablicy. Długo i bardzo cierpliwie pisze jakieś greckie litery. Zadajemy kolejne pytania. Liczba pytań sięga zenitu. Aż nagle rozlega się upragniony dzwonek….
Profesor słynie z wielu zabawnych powiedzeń. Koledzy z klasy przyjaciółki – Bajki – zakładają specjalny zeszyt i zapisują te wszystkie powiedzenia. Któregoś dnia zeszyt trafia w ręce Profesora. Cisza i przerażenie. Wszyscy czekają na ogłoszenie wyroku. Następnego dnia do klasy wchodzi Profesor. Podchodzi do zesztywniałego głównego winowajcy, wręcza mu ten zeszyt. Wyciąga rękę. A potem… głaszcze nieszczęsnego młodzieńca po głowie.
Sewa, matura 1959, jest mądra i piękna. Ulubiona uczennica nauczyciela, ale chętnie ulega atmosferze ogólnego rozbrykania. Ma poczucie winy. Gdy jest na drugim roku studiów, pisze list do Profesora. Przeprasza, próbuje się usprawiedliwić. Po kilkudziesięciu latach dowiaduje się, że Profesor przeczytał ten list w pokoju nauczycielskim. I wtedy wszyscy zobaczyli Jego łzy…

W pamiętniku zjazdowym zawarciańskiego LO zawarty jest życiorys Profesora Możdżera
” Urodzony 31.01.1912 roku w wiejskiej rodzinie na Wileńszczyźnie. Został magistrem teologii na Uniwersytecie Wileńskim. Pracował w szkole powszechnej w Wilnie. W okresie okupacji był rachmistrzem. W 1945 roku przyjechał do Gorzowa. Podjął pracę w Miejskim Gimnazjum i Liceum. W 1947 roku obronił pracę magisterską z historii na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Poznańskiego. W 1950 roku przeszedł do szkolnictwa zawodowego i w tym czasie studiował filologię klasyczną na Uniwersytecie w Poznaniu. Po pięciu latach przeniósł się do Liceum Ogólnokształcącego nr 19 przy ul Przemysłowej. Uczył łaciny, niemieckiego i logiki. Równolegle pracował w Liceum dla Pracujących i Liceum Korespondencyjnym. W 1972 roku przeszedł na emeryturę. Zmarł 3.03.1977 roku w Gorzowie…”.
Pochowany został w Gorzowie, przy ul. Żwirowej. Właśnie zbliża się kolejna rocznica.
Nie było okazji, żeby Go poznać lepiej. Nie wiemy, jakim był Człowiekiem, Ojcem i Dziadkiem. Ale na pewno zbudował piękną i dużą Rodzinę. A w tej Rodzinie muzyka… i na rodzinnym stole nasze przybrudzone klasówkowe zeszyty z oślimi uszami.
Gdyby było można wrócić do dawnych szkolnych czasów i zachować dzisiejszą mądrość….
A teraz słuchamy jak gra Wnuk Profesora, Leszek Możdżer i co opowiada młodym zgromadzonym na Woodstock.
Może znajdziemy tam słowa i poglądy, które rodziły się w Rodzinnym Gorzowskim Domu.
Otwieramy treść zamkniętą linkiem. Słuchamy. To zaproszenie na prawdziwą ucztę.

https://gorzowwielkopolski.naszemiasto.pl/stary-profesor-nasze-szczeniece-lata-i-muzyka/ar/c13-2658264