Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 20 ). Mariolka „ szybko śpi „ :)

Zdj własne – specjalnie dla Mariolki – bo morze jest jej  wielką miłością …

Od kilku dni z wielkim zdenerwowaniem i ogromną intensywnością szukam  –  jak na razie bez efektu –  ciekawych opowieści Mariolki o pierwszych latach pracy, które chyba „ diabeł ogonem nakrył”. Ale za to  odkryłam ten mail, który spokojnie drzemał na poczcie . Okazuje się, że nie nadążam – ale cóż o cierpieniach „ twórców” czy raczej „ odtwórców „ napisano wiele  :).

Tym razem rzecz będzie o „szybkim śnie”  Marioli – zaskoczyło mnie to świetne Jej sformułowanie , o którym tak pisze :

 

Maria J. Nowakowska. Zdjęcie jest Jej własnością i już kiedyś je tu pokazywałam. Fajne dla mnie – co w tym uśmiechu i oczach się kryje ? – powoli Ją poznajemy – co jest wielką frajdą , jak kiedyś się nazywało dużą radochę czy coś podobnego 🙂

witam Cię
jak zobaczysz o której piszę to uwierzysz że szybko śpię
miałam to od zawsze –  czym denerwowałam rodziców którzy spali jak normalni  ludzie ale w życiu skorzystałam na tym :
dyżury nie były nigdy dla mnie uciążliwe, śmiały się pielęgniarki że nie zdążyły zadzwonić a już byłam bo słyszałam
słyszałam też płacz dzieci ale często to czego nie powinnam też
🙂
mam nawet dowód  na to dyżurowe niespanie –
–  zrobiłam  na dyżurach dwa albumy
— jeden rodzinny niby drzewo – od moich  dziadków ale wkleiłam małe opisy z datą urodzenia, zgonu i miejscem pochówku – wnukowie będą mieli przypominajkę –  tym bardziej że są to miejsca od morza do Tatr
—  a drugi który obecnie krąży po szpitalu – szpitalny : powklejałam chronologicznie zdjęcia począwszy od czasów z pielęgniarkami – siostrami zakonnymi
a że w szpitalu pracowaliśmy ale też były wspólne spotkania wigilijne, wielkanocne w dyrekcji a w  „klubie” zabawy sylwestrowe  poza tym spotkania , zjazdy konferencje – to zdjęć nazbierało się na gruby album
oczywiście  wszystkie opisane a że wiele osób już nie żyje – to młodzi mają co oglądać
często  się śmiałam  że te albumy są dowodem że czuwałam na dyżurach
🙂

czyli znowu potwierdza się reguła że nie ma tego co by na dobre nie wyszło !
W życiu też mi niespanie  pomogło bo dzieci – lekcje, mąż  ( który bardzo długo chorował i odszedł przed wielu laty – przyp. Z. K. ) – zabiegi, ćwiczenia, dom jak każda kobieta a potem nocami książki i nauka
czyli w górze wiedzą co człowiekowi dać  🙂

w rodzinie średnia snu  jest stała krajowa – brat mógłby zarabiać spaniem  🙂
– dwanaście godzin snu to dla niego mało …

… szukałam zdjęć bo wiem że miałam dziadka przed sklepem obok swojej fabryki likierów  i drugie z  wnętrzem sklepi, inne z babcią w aucie  i nie mam w szufladzie z albumami a nie chcę po nocy kręcić się by młodych nie budzić….

i tak zakończył się ten list – pewnie Jej myśl gdzieś dalej pobiegła, albo w końcu Mariolka zasnęła snem sprawiedliwego – więc już Jej nie budziłam odpowiedzią 🙂 – bo pewnie każdy mail sygnalizuje swoje przybycie  do smartfona jakimś mniej lub bardziej paskudnym – zwłaszcza w ciszy nocnej –  dźwiękiem …

Więc teraz piszę : Jesteś Wspaniałą Dziewczyną – z Wielkim Poczuciem Humoru – to samo mogłabyś opowiedzieć w zwykły, a nawet nudny sposób – a tu tyle moich uśmiechniętych buziek musiałam wrzucić – co na pewno mi wybaczasz 🙂

aż żal, że nie pracowałyśmy razem …

ale i tak jest cudnie, że Ciebie spotkałam i na pewno Koledzy myślą tak samo …

  • Mariolka wśród panów 🙂 zdjęcie z Jej albumu , już kiedyś tu wrzucone – ale tyle dynamiki w tej Dziewczynce – już wtedy !!!

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 20 ). Wspomnienie o Krzysztofie Urbańskim.

Pożegnanie doktora Krzysztofa Urbańskiego (1947-2014)

 Dnia 20 kwietnia 2014 r. zmarł po długiej i ciężkiej chorobie dr med. Krzysztof Urbański – specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog, wieloletni pracownik Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. Józefa Strusia w Poznaniu przy ulicy Szkolnej 8/12, a ostatnio przy ulicy Szwajcarskiej 3, który wyróżniał się pośród praktykujących w tym zawodzie najważniejszą i najbardziej pożądaną umiejętnością, z głębi serca płynącą, jaka jest całościowe (używając modnego dzisiaj słowa: holistyczne) postrzeganie swych pacjentów, czyli nie tylko zajmował się chorobami swych pacjentów, ale także dostrzegał ich sferę społeczną – i to co najważniejsze – psyche, duchową. To było nader widoczne w bezpośrednich Jego kontaktach ze swymi pacjentami, czyli, co tak się szumnie i naukowo określa, budował właściwe, nader pożądane relacje pacjent-lekarz. Tym właśnie się wyróżniał w środowisku lekarskim – a widoczne to było w tych jakże bardzo ludzkich odruchach Jego pacjentów. Oni po prostu bardzo lubili doktora Krzysztofa, który miał wszelkie cechy dobrego lekarza. A dobry lekarz to ten, do którego pacjent jak przyjdzie po pomoc, po poradę, to już z tej wizyty wychodzi zdrowszy.

Doktor Urbański, urodzony 29.09.1947 r. w Poznaniu, był absolwentem „Marcinka”, czyli I Liceum Ogólnokształcącego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu – z 1965 roku, kiedy to jeszcze do tego liceum chodzili wyłącznie chłopcy. Koedukację wprowadzono w tym liceum dopiero później. Uczył się bardzo dobrze i po zdaniu matury podjął studia na Wydziale Lekarskim ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu, obecnie Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego. Ukończył ją w 1971 roku z wyróżnieniem – a więc przed blisko 43 laty – i ten tak długi okres czasu, to Jego nader staranna i z pełnym poświęceniem wykonywana praca lekarza.

Bezpośrednio po studiach rozpoczął staż lekarski w Szpitalu Miejskim im. Józefa Strusia w Poznaniu, gdzie wkrótce – dostrzegając Jego umiejętności i zaangażowanie w pracę zawodową – zaproponowano Mu etat. Pracował pod kierownictwem prof. Leszka Przybyła (ordynatora II Oddziału Wewnętrznych) – prowadząc m.in. zajęcia i wykłady z podstawowej opieki zdrowotnej dla studentów Akademii Medycznej w Poznaniu.

Warto wspomnieć o Jego hobby – kupował mnóstwo książek i czasopism.

Ci, co Go widzieli w ostatnich miesiącach Jego pracy zawodowej, widzieli lekarza uśmiechniętego, pogodnego, nader życzliwego – i w olbrzymiej zapewne większości Jego pacjenci nie mieli pojęcia, że ich lekarz toczony jest śmiertelną chorobą. To była heroiczna postawa zawodowa – oddawanie się sprawom swoich pacjentów z całym sercem i zaangażowaniem aż do samego końca, bez oglądania się na siebie i swoją chorobę. Umarł nieprzeciętny lekarz, wielkiego serca i charakteru, kochający życie i ludzi, osieracając mnóstwo swych pacjentów i środowisko lekarskie – pozostawiając w naszych sercach pustkę i żal. Można o Nim powiedzieć, że stosował się do zasady podanej przez Władysława Biegańskiego, lekarza i filozofa: „Jest to złota zasada w życiu: wymagać mało od świata, a dużo od siebie.”

Doktor Krzysztof Urbański, który w otoczeniu wielu przyjaciół i pacjentów został pochowany w dniu 25 kwietnia 2014 r. na zabytkowej poznańskiej nekropolii – Cmentarzu Parafii Bożego Ciała przy ulicy Bluszczowej 14 w Poznaniu – pozostanie na zawsze we wdzięcznej naszej pamięci. Żegnamy Cię, Wspaniały Doktorze Krzysztofie, Mistrzu, Nauczycielu wielu pokoleń lekarzy, Przyjacielu i Serdeczny Kolego!

W imieniu Koleżanek i Kolegów z roku – Jerzy T. Marcinkowski

 

Ocalić od zapomnienia ….

Jurek przysłał mi ten tekst, by pochylić się  nad pamięcią o zmarłym przed 4 laty – Kolegą  – Krzysiem Urbańskim .

Odszedł za wcześnie, nie dożył naszych 70 lat – tyle jeszcze mógł zdziałać, ile istnień ludzkich uratować. Ale jak mówi przyjaciółka , której mąż niedawno zmarł śmiercią nagłą – widocznie był potrzebny Panu Bogu…

Może tak , może nie. Nigdy się nie dowiemy. Tzn. nie dowiemy się będąc na tym świecie…

Tymczasem tu, na tym ” padole łez” ocalmy od zapomnienia tych, których już między nami nie ma. I Jurek tak pięknie to robi – dba o pamięć   pisząc i zamieszczając  wspomnienia – ma to niewątpliwie w genach , choćby po swoim Ojcu….

Może Ktoś pamięta Krzysia Urbańskiego – ma w oczach jakikolwiek obrazek, w pamięci wydarzenie czy jakieś zachowane zdjęcie – bardzo proszę – zamieszczę … to nasza ziemska rola, jedna z wielu …

Ja pamiętam tak niewiele – gdy pomyślę Krzyś Urbański wyświetla mi się tylko obraz 18 latka jakim wtedy był , na tym naszym pierwszym roku Akademii Medycznej w Poznaniu –  niewysokiego blondyna o chłopięcej buzi – Jasnego Chłopaka, którego spotykałam na korytarzach Anatomicum. Chyba nigdy nie miałam okazji pogadać. Mam  tylko w oczach Jego sylwetkę i twarz. To mało, bardzo mało ….

Tekst Jerzego T. Marcinkowskiego  był zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej .

Zdjęcia przyrody własne .

PS.

Dzisiaj pozwalam sobie skopiować dwa bardzo ciekawe i ważne komentarze – które wczoraj znalazły się po tym tekstem  …

Może Ktoś do nich nie dotrze , bo czytać tekst można, ale chcąc wpisać komentarz lub przeczytać już tam zawarte – należy kliknąć na tytuł i dopiero wtedy otwiera się pod wpisem jakby szufladka komentarzowa …

Komentarz Mariolki :

 

  • Pamiętam Krzysia doskonale. Mieszkał na ul. Marcelińskiej – ja kilka domów dalej (narożnik Marcelinskiej i Grochowskiej ) więc często jeździliśmy razem na wykłady z tego samego przystanku autobusowego.

    Wesoły, pogodny – zawsze miał coś dobrego do powiedzenia.

    A wiedza wielka – wydawało się że znał książki na pamięć.

    Uczynność to jego ważna cecha. Po wielu latach spotkałam Go w szpitalu na ul. Strusia zupełnie przypadkowo. Poznał. Pomógł załatwić wszystko.

  • W gazecie „Głos Wielkopolski” opublikowano dnia 23.04.2014 następujący nekrolog:
    „Z głębokim żalem żegnamy
    Dr. n. med. Krzysztofa Urbańskiego
    wieloletniego pracownika
    Rejonowej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu,
    lekarza oddanego pacjentom i cenionego przez współpracowników.
    Wyrazy głębokiego współczucia
    Rodzinie oraz Bliskim
    składają
    Dyrektor i pracownicy”.
    Otóż Krzysiu Urbański przez wiele lat jeździł w karetce Pogotowia Ratunkowego, którą to pracę bardzo lubił, a jak pojawiał się na miejscu zdarzenia to emanował od Niego wielki spokój, skupienie i zdecydowanie w podejmowanych szybko działaniach. Dlatego Go powszechnie szanowano a w chwili składania trumny z Jego ciałem do grobu nad tymże grobem utrzymywał się w powietrzu śmigłowiec Pogotowia Ratunkowego oraz „wyły” karetki Pogotowia Ratunkowego – bo wielkiego lekarza chowano!

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 19 ). Praktyki studenckie, trochę o zamiłowaniach, zwyczajach , jasnej cerze i o … laptopie .

Powtarzam się, ale to zdjęcie Marii J. Nowakowskiej –  uwielbiam – ta minka i te glany 🙂

A oto przyfrunęły przed kilkunastoma dniami  kolejne liściki od Mariolki  ( i czekają zniecierpliwione na swoją kolej – bo są jeszcze zapiski Kolegów naszych, które też tu wrzucam  ).  Nasza Znakomita Koleżanka- pediatra, ordynator, społecznik, kochająca poezję i aforyzmy  przyświecające Jej w życiu –  która jest dla nas Wielkim Odkryciem  – z czego jesteśmy ogromnie szczęśliwi że zdążyliśmy bo wszak  inni odkryli już Ją dawno – tak pisze :  ( powtarzam się – że nie ingeruję w tekst, jedynie dodaję od siebie uśmiechnięte buźki )

czytam twoje pamiętniki  ( do moich zawartych w rozdziale Na medycznej ścieżce- Mariolka chyba nie dotarła ) czyli pamiętniki JTM ( Jerzy T. Marcinkowski – przyp. Z.K. )
pisze on o praktykach studenckich i przypomniałam sobie moją i Teresy :
– załatwiłyśmy sobie w szpitalu w Gdyni ( mieszkanie było u mojej cioci ) …
pierwszą noc posadzili nas przy konającej staruszce – przeżycie okropne
dotrwałyśmy do rana
myślę że nas testowali bo następne dni były miłe – nawet pozwalali nam wcześniej wychodzić …
… no to wyszłyśmy i skierowałyśmy się prosto do Wydziału Oświaty oferując nasze usługi jako medyczki na  wycieczki  dzieci ze szkół i kolonii statkami  Gdynia – Hel – Gdynia
kłopotów wielkich nie było a czas spędzony  miło …
– praktyki  w sanepidzie 
( obowiązujące po 4 roku studiów na Akademii Medycznej – przyp. Z. K. )  załatwiłyśmy w Sopocie
tam nie puszczali nas same – za poważne działania mieli  🙂

ale zabierali na inspekcje lokali na plaży – po kontroli wracali do biura pisać raporty a my zostawałyśmy na plaży
wyniosłyśmy trochę z tej praktyki : w głowie  wiadomości o sanepidzie  a na plecach pęcherze od słońca 
🙂 ( zwłaszcza ja – blondynka wrażliwa na słoneczko)

            No to napisałam coś co mi się przypomniało
otwierają mi się szare komórki jak je do czegoś  zmobilizuję – dziękuję, bo to Twoja zasługa !

I tego samego dnia przypłynął do mnie kolejny liścik  od Mariolki :

witam

ja od rana gotuję obiad bo jak przyjadą młodzi to pewnie będą głodni jak wilczki

mieli być do jutra ale mapy pokazują obfite deszcze w tamtych okolicach więc czekam na nich

tym bardziej że oni lubią wcześniej wracać w czym się wspólnie zgadzają

to odwrotnie niż my – zdarzało się że z  drogi bezpośrednio szłam na oddział –  tam prysznic a  w szafie zawsze było coś do przebranie  więc po 5 minutach byłam gotowa

tak też wróciłam z wesela kuzyna w Poznaniu prosto do pracy …. 🙂

 każdy ma swoje przyzwyczajenia …

– mówią o ulewach w kraju a u nas tylko troszeczkę pokropiło . Widzę że muszę dać laptop do przeglądu albo wołać o zmianę na nowy  – bo gubi literki  i wiele muszę poprawiać a nie wszystko zauważę

miłej niedzieli życzę

 Fajnie podążać, Mariolko, za Twoimi płynącymi, różnobarwnymi myślami – lubię tak, moje dygresje czasem rozrastają się w istną hydrę. Dowiedzieliśmy się więc, że miałaś czy masz ciocię w Gdyni, że kochasz morze i dzieci, że masz jasną cerę wrażliwą na słońce. A czy masz piegi ? , bo ja zawsze, gdy pierwsze promienie – Mama mówiła, że po rosyjsku nazywają się tak ładnie – wiesnuszki .  Poza tym gotujesz obiadki Swoim i że Oni wracają zwykle wcześniej , inaczej niż Wy kiedyś – nad ranem 🙂 i że po podróży jesteś gotowa w 5 minut do pracy – skąd to znam – może nawet zostajesz na dyżurze ? – nie zapomnę dyżuru w pogotowiu – po nocy sylwestrowej na który zgłosiłam się prosto z balu ( dobrze, że dawali fartuch i można było startować do pacjentów nie w kreacji balowej 🙂  a ci  proponowali herbatę widząc panią doktor w stanie prawie takim jak oni ( no, nie alkoholowym – jeno wycieńczonym :).  No i wiemy, że Twój laptop gubi literki 🙂 .

Uwielbiam Twój minimalizm , nasza Mariolko Kochana !!!

Oczywiście Mariolkę wszyscy rozpoznają – ale dla niewtajemniczonych – to ta Jasna Dziewczyna na zdjęciu po lewej i  czwarta od dołu w tej ” piramidzie” koleżanek . Fotografie z albumu Marii J. Nowakowskiej.

a to zdjęcie moje, dedykowane Mariolce ….

 

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 6 ). Meandry życia rodzinnego.

 

 Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu z leszkowego pamiętnika .  Na razie nasz Kolega  milczy – może ma jakieś problemy a może tylko bardzo zajęty pracą czy rodzinnymi spotkaniami. Nie będziemy Go pytać, bo i tak nie pomożemy.  Ale z odległości która dzieli Polskę i Anglię i ostatnio jakby mentalnej, mówimy Tobie – trzymaj się , myślimy pozytywnie całą siłą naszego myślenia !

A teraz pora na tę „blogową kartkę” , która czeka od kilku dni , a zawarte w niej słowa Leszka tak wiele o Nim mówią i są niejako wykładem na temat ( może już dla nas nieprzydatnym – ale dla zaglądających tu Młodych – na pewno tak) – są pięknym Jego wykładem na temat jakże trudny „ jak można żyć” .

Temat znam z autopsji – trzy rodziny Brata – ile łez po drodze widziałam, ile mojej smuty – wiem jak ciężka jest to praca, by nadeszła akceptacja – BEZ CIEPŁA dawanego WSZYSTKIM KIEDYŚ bliskim – a przede wszystkim dzieciom – bez życiowej mądrości –  efekt , który uzyskałeś –  niemożliwy …

Podaję cały zaplanowany przed 10 dniami wpis pamiętnikowy , z moim listem do Leszka …

 Leszku kochany !  Pod ostatnim wpisie pamiętnikowym, gdzie był piękny i czuły list od Córki – Anuli oraz Twojego opisu , co potwierdza obecny tam  Jurek –  pogrzebu Twojej Cioci – Profesor Milanowskiej, kiedy to  szedłeś w kondukcie trzymając obie swoje byłe żony pod rękę  a potem w wielkim spokoju i komitywie wszyscy sobie rozmawialiście – Jurek będący świadkiem wydarzenia – był zadziwiony – jak tak można sobie ułożyć trudne przecież relacje rodzinne –  napisałeś długi komentarz z prośbą bym całości nie zamieszczała.  Wobec tego, komentarza  nie zaakceptowałam  ( dostaję mailem do moderacji) , ale wybrałam fragmenty i zgodnie z Twoją kiedyś wyrażoną zgodą pozwalam sobie podać  …..

 Oto one :

Zosiu, masz dar pisania, ciekawie , wartko , fajnie się czyta. ( oczywiście to tylko  kurtuazyjny zwrot  ale miły – taki „ głask „- za który dziękuję, bo  jak mawia moja córka, psycholog – człowiekowi potrzebne są „ glaski „ 🙂  )

 

Jak było pomiędzy nami ? Po pierwszym rozwodzie układaliśmy się spokojnie, na chłodno, ale z pełnym porozumieniem , myśląc od tym, co może być najlepsze w tej sytuacji dla dobra obu córek. Regularnie , co dwa tygodnie spędzałem weekendy z obiema, młodsza była ze mną przez pierwsze dwa lata, dopóki nie chciała wrócić do Mamy. Zawsze sprawdzałem im lekcje. Od początku widziały rozwój mojego drugiego związku. Wspólne wakacje ze wszystkimi dziećmi z ich młodszym nowym bratem , pod namiotem , nauka pływania od wieku 1,5 roku życia, kibicowanie zdobywania karty pływackiej w 5 – tym roku życia przez ich najmłodszego brata. Podziwiałem moją drugą żonę za pozbycie się naturalnej zazdrości i niechęci, choć Jej Mama początkowo nie była zadowolona. Jednak później stała się wspaniałą Babcią dla moich dwóch córek z pierwszego małżeństwa. Przed drugim rozwodem, zaproponowała mi mieszkanie u Niej, gdzie teraz jest mój polski adres.

Wydaje mi się , że przyczyną takich układów było pozbycie się nienawiści , choć początki bywały trudne. Tolerancja dla drugiej strony.

Umożliwienie wyrobienia sobie u każdego z członków rodziny własnego zdania wobec innych , unikanie ocen , zwłaszcza negatywnych. Pozytywne pozostawiając sobie samemu.

Najważniejsze –  to chyba nie przenoszenie własnych niechęci na dzieci, ochrona ich przed konfliktami dorosłych, podążanie za potrzebami dzieci a nie za swoimi. Dzieci zawsze kochają jednakowo oboje rodziców a jeśli znajdzie się na ich drodze tolerancyjny partner drugiej strony , to same wybierają według własnego systemu ocen. Bolesna jest rywalizacja o dzieci między rodzicami. Tylko dzieciom szkodzi. I tak kiedyś same ocenią i wybiorą lub pogodzą się z faktami.

Wielki na mnie wpływ wywarł przeczytany w liceum „ Traktat o życiu godziwym „ Tadeusza Kotarbińskiego i jego definicja „ opiekuna spolegliwego „- na którym można polegać. Polecam …

Jedyne  zdjęcie Leszka z młodości, z Córkami , które sam podał  na Facebooku . Już kiedyś tu zamieściłam …

Wszystkie zdjęcia przyrody w całym moim blogu są własne.

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 18 ). W jakimś stopniu „ poukładana” tajemnica Mariolki ?

 

 

 

 

To zdjęcie Mariolki zaczerpnięte z internetu już było, ale powtarzam, bo fajne Jej zamyślenie ….Maria J. Nowakowska na posiedzeniu Rady Gminy…

Kiedy moje pytania nabrzmiewały po poprzednim wpisie pamiętnikowym Mariolki, a próby Jej namówienia, by otworzyła jakąś klapkę w mózgu – bo jak twierdzi – po udarze ma niektóre pozamykane – trwały i trwały, Jurek wrzucił  taki komentarz:

Znalazłem w Internecie: 2001, „Złote myśli ludzi wielkiego serca, umysłu, talentu”. Wydawca: Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”.
„…Bibliofilska pozycja zawierająca aforyzmy i cytaty z literatury polskiej. Współautorami są ludzie świata nauki, kultury i sztuki, przedsiębiorcy i społecznicy kształtujący polską rzeczywistość przełomu tysiącleci. Ilustrowana reprodukcjami obrazów mistrzów malarstwa polskiego i młodych adeptów sztuki malarskiej.”
Mariolko proszę prześlij nam Twoje myśli z tej Księgi!

No i się doczekałam, czy doczekaliśmy – bo nie wiem w jakim stopniu inni Koledzy byli aż tak bardzo zainteresowani. Dla mnie wyjaśnienie tej sprawy – to jakby pokazanie pełnej – jeszcze jednej twarzy naszej Koleżanki – nie tylko zwykłego lekarza, pediatry, czy nawet Ordynatora – ale społecznika  i Człowieka głęboko rozważającego nawet nie swoje myśli. 

  –  aż przed kilkoma dniami przyfrunął  od Niej mailik  takiej treści  :

to jest strona z książki o której była mowa

aż mi głupio że się to rozniosło bo  nie zasłużyłam na to w żadnej mierze no ale …stało się 

myśli nie moje lecz „ściągnięte ”  ( no tak, wg tego co znalazł w necie i wpisał w komentarzu Jurek – jest to pozycja bibliofilska – zawierająca ulubione aforyzmy i cytaty z literatury  wybrane przez ludzi, którzy się jakoś zaznaczyli w życiu i w działalności na rzecz  podopiecznych fundacji Zdążyć z pomocą )

kto mnie podał do redakcji nie mam pojęcia – podejrzewam że krwiodawcy bo kilka numerów mi zrobili m.in podali mnie na wybory radnego – zrobili plakaty i przeszłam …

Pewności jednak nie mam bo mimo że pytałam w redakcji zasłaniali się tajemnicą i nie wyjawili. Przewodniczącym tej edycji i głównym wręczającym książkę  w Zamku warszawskim był Religa !                                           Ale co ja opowiadam takie historyjki – Wy mieliście mnóstwo podobnych a nawet ważniejszych wydarzeń i nic nie mówicie …. ( e, Mariolko, nie bądź taka skromna i nie bij nam pokłonów – bo chyba niewielu z nas zostało dostrzeżonych – wykonywaliśmy swoją mrówczą pracę i może zostaliśmy tylko w pamięci kilku dawnych pacjentów – oczywiście mówię o sobie )

nie mniej przyznaję, że ta książka  jak i otrzymanie medali ( brązowy i srebrny) sprawiło mi satysfakcję że dostrzeżono taka małą mieścinę ( !!! )

kochani dopięliście swego a ja Wam dziękuję i to bardzo

                                  Mariola

 

Mariolko !

Podziękuj Pani Aldonie  – chyba Synowej za sfotografowanie oczekiwanej przeze mnie strony  ….

to bardzo ważne, że  współpracownicy Cię zgłosili – i wobec na pewno mnogości podobnych zgłoszeń z całego kraju – dostrzeżono  tam Ciebie, wybrano i  znalazłaś się w tej Złotej Księdze – to duma nie tylko Twoja i Twoich Bliskich – ale także  Twojego Miasta, Szpitala i Oddziału i my jesteśmy z Ciebie dumni  !!! Fajnie, skromnie  piszesz – dostrzeżono taką małą mieścinę 🙂

Jakie to ważne, że Twoi Ludzie widzieli  iż  żyjesz w zgodzie z myślami przewodnimi, które wybrałaś !!!! (  pisałaś, może jeszcze kiedyś tu przytoczę ten Twój list – że w dyżurkach pielęgniarskich i lekarskich –  zawieszałaś na ścianach mądre, budujące czy wspierające czyjeś tam wiersze – pewnie i te wybrane aforyzmy )

To ma większą wartość niż wymyślone i wygłaszane słowa – nawet najpiękniejsze i najmądrzejsze bez realizacji ich w życiu !!!!!

całuję Cię najmocniej

a na marginesie – pisz dalej swoje wspominki – może – co czułaś gdy pojechałaś po raz pierwszy po udarze na Zjazd Koleżeński – swoje uczucia, zachowania innych – czy coś bolało ????

PS.

  1. Nie masz pojęcia jak mnie kusi ( co mało realne, choćby z uwagi na dzielącą nas odległość – ale może ktoś z mieszkańców Twojego Kępna lub Rodziny to zrobi za mnie ? – by spotkać się z Pielęgniarkami czy Lekarzami z którymi pracowałaś –  (niezwykłe i nieczęsto spotykane jest to, co kiedyś napisałaś, że Twój Następca do tej pory niczego nie zmienił w gabinecie, który urządziłaś )– czy pacjentami i w ogóle mieszkańcami Kępna – pogadać „pa duszam” jak mawiają Rosjanie  – na pewno można by napisać ciekawą Twoją biografię . Przez całe życie zawodowe w jednym niewielkim mieście, dla którego porzuciłaś rodzinny Poznań, w jednym szpitalu – zaangażowanie w życie miasta – do tego zwykłe Rodzinne życie – problemy z chorobą Męża, o którego walczyłaś przez lata – wychowując dwoje dzieci – i pracując zawodowo – to naprawdę wartość .  Jesteś historią tego miasta !!!

2. Ale ad podstawowy temat tej pamiętnikowej kartki – wybrane przez Ciebie różne cytaty czy aforyzmy ( znajdują się na sfotografowanej stronie ze Złotej Księgi , podanej poniżej ) – są  jednoznaczne i też mi przyświecają, ale ten wybrany przez Ciebie z  Mickiewicza mnie zadziwił :

„Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego

Zaczęła się najskromniej od słowa dlaczego ?”

… i znowu otworzyłaś moje  myślenie  i nastał dla mnie  wczorajszy dzień pełen rozważań – analiz swojego życia ….

Oczywiście w nauce zadawanie pytania DLACZEGO ma wielki sens , bo pozwala zrozumieć i otwiera możliwości badawcze , ale w życiu ?  …. Niestety za często zadaję ludziom to pytanie – starając się dojść do prawdy – przeanalizować – może wyciągnąć wnioski na przyszłość tylko … a wychodzi jedynie „ rozdrapywanie ran „ – czasu się nie odwróci , sprawy przegrane pozostaną przegranymi –  trzeba myśleć pozytywnie „ mogło być gorzej „ i żyć dalej , cieszyć  się każdym darowanym dniem 🙂 Bo jest pięknie, gdy nastaje świt …

Myszkując w internecie , co wczoraj czyniłam za Twoją sprawą, szukając odpowiedzi ludzi mądrych na ten temat –  znalazłam cytat z  Johna Maxwell Coetzee ( ur. 1940 – ) południowoafrykańskiego i  australijskiego  pisarza noblisty – uważanego w anglojęzycznym świecie za jednego z najważniejszych żyjących pisarzy – autora prozy psychologicznej – cechującego się analityczną błyskotliwością i wymownymi dialogami  ( podaję za Wikipedią )

Otóż powiedział on

Nie pytaj dlaczego, to ci nie nakłamią

Pogadajmy Mariolko …..

bmd

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 19 ). List od Szymona Kaczmarka, syna Tadeusza.

Tadeusz Kaczmarek. Zdjęcie otrzymałam od Jurka.

A teraz bardzo piękny, mądry, wzruszający, pełen czułości i wielkiego szacunku do Ojca ale i do Jurka – adresata – list od syna Tadeusza Kaczmarka , Szymona …  na pewno  nasz nieżyjący Kolega jest dumny z takiego Syna …

Szanowny Panie Profesorze

Przesyłam Panu Profesorowi życiorys mojego kochanego ojca i kilka moich refleksjio nim. Na wstępie pozwolę sobie na prozaiczne stwierdzenie – proszę wybaczyć za śmiałość mojego zdania – ale jestem w pełni przekonany, że przesyłam te informacje chyba jedynemu jego prawdziwemu przyjacielowi, pomijając najbliższą rodzinę. Ojciec za takiego Pana Profesora uważał, darzył Pana olbrzymią sympatią, poważaniem i szacunkiem. Dużo mi o Panu Profesorze i o waszej koleżeńskiej współpracy opowiadał, zawsze z wielkim humorem i atencją.

Pozwolę sobie jeszcze nadmienić, że osobiście nie mogę się z samymi, niedawno zaistniałymi faktami pogodzić, i że jest mi chwilami bardzo trudno zaakceptować zaistniały stan rzeczy i bieg na jego skutek dalszych życiowych wydarzeń, ale wzorując się na przykładzie sposobu funkcjonowania w życiu i traktowania czy też radzenia sobie w tzw. trudnych życiowych sytuacjach mojego ojca wiem, że muszę przetrwać i z determinacją żyć dalej i wałczyć ze wszystkimi zawirowaniami życiowymi, jakie ironiczny los może zawsze człowiekowi zaoferować.

Mój ojciec – był przede wszystkim, jest i pozostanie na zawsze jednym z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię jakiejś jednej nadrzędnej dla siebie idei – w jego przypadku było to służenie zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie, zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy – powiem patetycznie, dla mnie był szlachetny, – jako ojciec wspaniały i kochający, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach zarówno klinicznych jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Życiowe losy mojego ojca Pan Profesor zapewne dobrze zna z jego opowiadań, tak mi się przynajmniej wydaje, dlatego też tylko pozwolę sobie przypomnieć jeszcze o jego osobistych pasjach i zainteresowaniach. Największą życiową pasją ojca była jak sądzę chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy, przerwał na progu dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek spadnięcia ze schodów w drodze do szpitala na odział chirurgiczny. Po tym zdarzeniu ojciec musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny.

Ojciec był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada – ojciec znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 r. książkę pt.: Joseph Conrad – Refleksje o Morzu i Statkach, Życiu i Ludziach – w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji. Zawarte w książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada które ojciec osobiście przeczytał.

Ojciec całe życie był dla wszystkich bardzo wyrozumiały – zawsze postępował w imię zasad godności i przyzwoitości ludzkiej – pojęciom które w dzisiejszym brutalnym świecie wydają się archaiczne. W swojej chorobie traktujący siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania na nią w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z nią. Ojciec jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek jego choroby. Leżąc
w szpitalu po pierwszej operacji jaką przeszedł, powiedział: „wyrok zapadł – tylko egzekucja została oddalona”. Ojciec ofiarnie i z wielką determinacją walczył z okrutna chorobą kilka lat – na początku 2009 roku trafił do szpitala w Pile, potem rozpoczął się długotrwały i trudny proces leczenia, stanowiący jego heroiczne zmagania z nieuleczalnym i śmiertelnym schorzeniem nowotworowym.

Ojciec nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się, także w tym najtrudniejszym dla niego okresie życia – w listopadzie zeszłego roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim Oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 r. po raz ostatni, znowu trafił do szpitala w którym zakończył swe zmagania
z życiem. Jak na ironię przewrotnego losu, mój ojciec był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum. (…)

Podsumowując tak ujęty życiorys mogę jeszcze dodać, że ojciec w całym swoim zawikłanym życiu, zawsze kierował się jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie – „Primum non nocere”.

Dołączam parę zdjęć ojca wykonanych w czerwcu i wrześniu 2012 r. – w tym czasie ojciec jeszcze był w tzw. kondycji….

Pozdrawiam Pana Profesora bardzo serdecznie –

Z poważaniem

Szymon Kaczmarek

Popiersie Hipokratesa  z Collegium Anatomicum. Zdjęcie wykonał i przysłał Jerzy T. Marcinkowski.

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 18 ). Wspomnienie o Tadeuszu Kaczmarku.

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek w plenerze – czy relaks to, czy rozmyślanie o wielu problemach, którym się zajmował i o kolejnej książce do potężnego księgozbioru ….?

Tadeusz Kaczmarek był naszym Kolegą na tym samym roku  studiów , które odbywaliśmy w latach  1965 – 1971 na Akademii Medycznej w Poznaniu. Niestety, studiowaliśmy razem za krótko ( bo ja tylko przez 3 lata) , nie mieliśmy okazji się poznać , ba, nawet zapamiętać.   Jego Niezwykłą Osobowość poznałam dopiero wtedy , gdy Jurek przysłał mi ten artykuł, napisany po śmierci Tadeusza. Został już zamieszczony w 2012 roku w czasopiśmie Hygeia ( dane poniżej ) , ale chyba tylko w wersji papierowej .  Przeszukałam też  internetowe  archiwum biuletynów Wielkopolskiej Izby Lekarskiej  nie znajdując w żadnym z numerów  2012 roku zapisków dotyczących Pamięci naszego Kolegi. Jeśli ktoś posiada jakieś dane na temat innych miejsc publikacji – bardzo proszę o kontakt – uzupełnię informacje.  

A tak Jerzy T. Marcinkowski wspomina swojego bliskiego Kolegę i doktoranta – jest to opowieść osobista, ciepła z  dużą dozą szacunku i podziwu dla niestety już śp. Tadeusza …

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek .

Dr n. med. Tadeusz Kaczmarek (1947-2012) we wspomnieniach

Upalny dzień czerwca 2002 roku, duszno i gorąco pomimo szeroko otwartych okien w Dziekanacie Wydziału Lekarskiego I Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu przy ul. Fredry 10. Trwa egzamin w przewodzie doktorskim „Zatrudnienie osób niepełnosprawnych w świetle obowiązujących przepisów i orzeczeń lekarskich oraz opinii wybranych grup społecznych”. Egzaminowany z wielkim zapałem odpowiada na pytania Komisji doktorskiej… i w pewnym momencie jedna z pań, profesor, wstaje, nalewa wodę do szklanki i podaje doktorantowi ze słowami „Proszę się napić, bo przecież zaschło Panu w gardle”. Po kolejnym pytaniu druga pani profesor czyni podobnie, ponownie podając egzaminowanemu szklankę wody. Potem Komisja stwierdza, że już naprawdę dosyć usłyszała, prosząc aby teraz doktorant zaczekał na korytarzu na werdykt, ale ten ociąga się z wyjściem, bo chce jeszcze tyle powiedzieć! Wreszcie drzwi za doktorantem się zamykają, a Dziekan mówi „No i co?” A członkowie Komisji: „Niesamowity był! Celująco…!” Taki właśnie był dr n. med. Tadeusz Kaczmarek, a mnie wtedy rozpierała duma, bo to mój kolega z roku, doktorant, przyjaciel…

Tadeusz ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Poznaniu w 1971 roku. Jego największą życiową pasją była chirurgia, której dalszą karierę we wczesnych latach pracy zawodowej przerwał dramatyczny wypadek – złamanie kręgosłupa na skutek upadku ze schodów w drodze do Oddziału Chirurgicznego Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, w którym wówczas pracował. Po tym zdarzeniu musiał radykalnie zmienić obrany kurs w zakresie pracy lekarza w inne dziedziny medycyny. Stał się twórcą i kierownikiem Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Kadr Medycznych w Pile (1975-1983). Był lekarzem okrętowym (1982), zastępcą dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Pile, pracując tamże (1984-1985) na Oddziale Nefrologii,  organizatorem i kierownikiem nowej Przychodni Międzyzakładowej przy Z.S.O. „Polam” (1985-1990), dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej w Pile (1991-1997), twórcą i prezesem Spółki Lekarskiej „Labor-Med” w Pile (1992-2009), Głównym Lekarzem Orzecznikiem Oddziału ZUS w Pile (1997-2001),  przewodniczącym Komisji Lekarskich Oddziału ZUS w Pile (2005-2009),  od 2001 kierownikiem Działu Organizacji, Nadzoru i Szkolenia Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy w Poznaniu, gdzie pracował niemalże do końca życia pomimo ciężkiej, nieuleczalnej choroby.

Pozostawił po sobie około 30 publikacji, głównie w „Orzecznictwie Lekarskim”, „Przeglądzie Epidemiologicznym”, „Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii” oraz „Problemach Higieny i Epidemiologii”.

Inne obszary jego działalności, to: przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia przy Szpitalu Miejskim, potem Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Pile (1973-1980), przewodniczący Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Towarzystwa Lekarskiego (1984-1990), delegat na I Zjazd Polonii Medycznej w Częstochowie w 1990 roku, członek Ogólnopolskiego Komitetu Organizacyjnego Izb Lekarskich, pełnomocnik ds. organizacji izby lekarskiej na terenie województwa pilskiego (1989-1990), sekretarz Okręgowej Bydgosko-Pilskiej Izby Lekarskiej (1990-1995), członek Polskiego Towarzystwa Higienicznego.

Przede wszystkim pozostanie na zawsze w naszej pamięci jako jeden z tych, którzy całe swoje życie poświęcili w imię służenia zawsze i wszędzie tzw. słusznej, ważnej, uczciwej i przyzwoitej jakiejś sprawie – zarówno w sferze życia prywatnego jak i stricte zawodowego. Jako człowiek był nadzwyczaj skromny, uczciwy i prawy, jako lekarz zawsze sumienny, zdyscyplinowany i w pełni poświęcający się każdej wykonywanej pracy w różnych dziedzinach i dyscyplinach – zarówno klinicznych, jak i administracyjnych, w których funkcjonował.

Był typowym intelektualistą – bibliofilem, kochał książki, które zbierał całe życie i nigdy się z nimi nie rozstawał. Szczególnie zafascynowany był w prozie morskiej, a zwłaszcza w twórczości Josepha Conrada. „Lorda Jima” Josepha Conrada znał praktycznie na pamięć. Opublikował w 2004 roku książkę pt. „Joseph Conrad – refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach”, w której ujął całokształt poglądów i myśli Josepha Conrada o wszystkich aspektach ludzkiej egzystencji[1]. Zawarte w tej książce 450 cytatów, zarówno bardzo znanych jak i dotychczas nieczęsto zauważanych, pochodzi ze wszystkich dzieł Conrada, które dokładnie poznał.

W swojej chorobie traktował siebie samego w sposób niezauważalny w sensie niezwracania niczyjej uwagi na swoje dolegliwości i cierpienia, wręcz przeciwnie zachowując się przez cały czas od momentu zachorowania w sposób nadzwyczaj gorliwy i żywotny, wiedząc i zdając sobie sprawę z rzeczywistości jaką niosła ona za sobą, do samego końca aktywnie żyjąc i walcząc z chorobą. Jako lekarz doskonale sobie zdawał sprawę z kolei dalszych losów, jakie życie mu zafundowało na skutek choroby. Nigdy się nie poddawał w życiu i nie poddał się także w tym najtrudniejszym dla niego okresie. W listopadzie 2012 roku jeszcze chodził do pracy i przyjmował pacjentów w pilskim oddziale Wielkopolskiego Centrum Medycyny Pracy. Pod koniec listopada 2012 roku po raz ostatni trafił do szpitala, w którym zakończył swe zmagania… a był inicjatorem i współtwórcą pierwszego wybudowanego w Pile hospicjum.

Załączone zdjęcia ukazują tego wspaniałego lekarza, kierującego się zawsze zasadą  „Primum non nocere”, w czerwcu i wrześniu 2012 roku, kiedy to, pomimo ciężkiej choroby, był nadal intensywnie zaangażowany w pracę zawodową.

Jerzy T. Marcinkowski; Szymon Kaczmarek.

[1] Joseph Conrad: Refleksje o morzu i statkach, życiu i ludziach. Wyboru dokonał Tadeusz Kaczmarek. Bonami, Poznań 2004.

 

Wg   https://polona.pl/item/dr-n-med-tadeusz-kaczmarek-1947-2012-we-wspomnieniach,Mzk0MDI2Mzk/0/#info:metadata – artykuł ten ukazał się w wersji papierowej w czasopiśmie Hygeia. T.47.nr 4 ( 2012) s. 390  1509 – 1945

 

Zamieszczone tu zdjęcia Tadeusza Kaczmarka dostałam od Jerzego T. Marcinkowskiego.

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 17 ) . Tajemniczy mail i znak zapytania.

 

Był taki dzień, jeszcze sierpniowy, tajemniczy dzień z Mariolką zakończony niewyjaśnioną zagadką … przypłynęły wówczas od Niej trzy maile w których snuła swoją myśl poczętą we śnie …. .

 

#  oj łobuzy moje kochane  ( było to do mnie i do Jurka ) – nie spałam dzisiaj przez was ? dzięki wam? wcale …

dlaczego –  napiszę jutro po powrocie do domu bo muszę coś sprawdzić – coś miłego dla mnie 

pozdrawiam

 

# Oczywiście zaglądałam do twojego bloga a że otwiera się tylko drugi odcinek z Leszka a pierwszego nie mogłam odnaleźć to zabrałam się za sprzątnie i tak mi zeszło J

 

# …. a śniło mi się  że była ciemna noc  ale tak ogromnie ciemna że morze było jednością z niebem – na brzegu stałam z Tobą i Jurkiem patrząc  w dal a tam pojawiło się maleńkie światełko

zbliżyło się do nas wolniusieńko  a gdy było blisko  okazało się ze płynie na książce „Złote  myśli ludzi serca ”  2001 r….

 

…. po powrocie do domu zaczęłam  szukać tej książki bo wiedziałam że też taką miałam ( w takiej byłam ujęta ) – przewróciłam wszystkie półki  by sobie odświeżyć tamten wpis i …nie mam!

tak sobie myślę  że COŚ kazało mi przypomnieć sobie stare dzieje a za przewodników  miałam Ciebie i Jurka jak to ostatnio w moim życiu  jest …

 

… napisałam z trudem bo jak zauważyłaś komputer mi źle pisze,  więc muszę za niego ostro się wziąć i naprawić

czyli znowu do roboty!! 🙂

 

# Zosiu   – to tę książkę  widziałam w nocy gdy stałam z Tobą i  Jurkiem nad brzegiem ciemnej wody ….

…. do dzisiaj zastanawiam się  jak się tam dostałam ( do książki nie nad wodę 🙂

– byłam zdziwiona gdy dostałam zaproszenie na Zamek w Warszawie po odbiór  –  było nas tam dużo z różnych profesji – próbowałam dowiedzieć się ale nie powiedzieli ….

…. kilka miesięcy poprzedzających wręczenie otrzymałam pismo z fundacji ” Zdążyć z pomocą” bym przysłała moje „myśli”, znowu za jakiś czas chcieli zdjęcie  (w tej fundacji  – działał też Religa który był obecny na wręczaniu ) i w końcu otrzymałam zaproszenie na wręczenie książki ale kto dał im moje namiary – skąd  się o mnie dowiedzieli to zagadka do dziś  ….

 

Zapytałam, jakie Jej  Złote Myśli są w tej  księdze –  by nam je podała – ale odpisała enigmatycznie – że zbierała różne 🙂

Pozostawiamy więc Mariolkę zadumaną nad zagadką ….

Bo nagle , już niedawno podsumowując nasze opowieści o omdleniach , pod wpisem z pamiętnika Mariolki Jurek wrzucił komentarz :

„Okazuje się, że wielu z nas, studentów medycyny, miało problemy z przyzwyczajaniem się do widoku krwi, pola operacyjnego… robiły się nam „miękkie nogi” a nawet mdleliśmy. Ale najważniejsze, że poszliśmy na medycynę aby pomagać drugiemu człowiekowi w chorobie, powrocie do zdrowia. I to wyraźnie widać z pamiętników Mariolki, także mocno zaangażowanej społecznie na terenie Kępna. Lekarz-społecznik – to jest to.”

Brawo Jurek – oto znalazłeś klucz do zagadki  nad którą głowi się Mariola – pozwalam sobie rozwinąć tę myśl – byłaś wspaniałym pediatrą, ordynatorem oddziału dziecięcego w Kępnie ale poza tym musiałaś działać aktywnie społecznie  na rzecz chorych – tak wielce – że ludzie Cię postrzegali jako Siłaczkę – i w dodatku ( podejrzewam ) lubiłaś mówić pięknie – może sama napisałaś te  Złote myśli – może ktoś spisał Twoje Złote Myśli i podał ww. Fundacji ?

Niestety ta Złota księga już nie jest dostępna  w internecie ( sprawdzałam )….

Może Mariolko uchylisz rąbka tajemnicy , jak to było ?????

Może chociaż przepiszesz  swoje Złote myśli z Księgi i nam wyślesz  ?

Czekamy !!!!

Ostatnie dwa zdjęcia otrzymałam od Marii J. Nowakowskiej.  Księgi ani Mariolki opisywać nie muszę 🙂

Pierwsze zdjęcie – własne

 

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 5 ). Mediacje i opowieści z humorem .

Kochani, do poczytania w weekend list od Leszka !!!! Dla mnie wyśmienita to lektura 🙂

 Któregoś dnia dostałam list od Leszka – niewinną próbę mediacji ” opakowaną ” w barwną, pełną humoru opowieść ze swojego życia . I oczywiście zaśmiewałam się w głos, choć może w tamtych czasach temat był poważny – ale teraz  – jak kiedyś pisałam – przefiltrowany przez Pesel i w dodatku fantastyczną narrację Leszka – ma koloryt, zapach a nawet przedni smak .

To co pisze Leszek – zwyczajowo  pogrubiam czcionką – zachowując Jego autentyczną wypowiedź , bo” smakuje” niczym ” owoc  z Jego drzewa, zerwany Jego ręką i nam podany” –  i nie mogę się powstrzymać, by nie dodać Uśmiechu tam gdzie mnie Leszku szczerze rozbawiłeś. Masz fantastyczne poczucie humoru i dystans do siebie ( tylko nie mów, że jestem nudna i że się powtarzam 🙂

Leszek Milanowski – zdjęcie z internetu – specjalnie pojawia się w blogu po raz drugi , byśmy mogli popatrzeć Mu w oczy …. tam jest Wszystko zapisane –  powaga  stale aktywnego zawodowo  chirurga plastyka onkologa – który kobietom  ( niestety angielskim ) z rakiem piersi przywraca kobiecość  – Wspaniały Ojciec i Dziadek – po prostu – nasz Leszek ….

od którego dostaję taki list , którego autentyczna treść podana jest pogrubioną czcionką ( jeszcze raz przypominam ) a także moje są  ” pochyłe” uzupełnienia ( wybacz Leszku ) , uśmiechy i tytuł rozdziału ( mogę zmienić, jeśli się  nie podoba )  :

Spieszę Was obie pogodzić. ( to ad uwagi  Ireny, która z wielką stanowczością i  dokładnością jak u najprawdziwszego historyka , przekonywała nas, że nie byliśmy z Leszkiem w grupie na anatomii, choć obydwoje tak twierdziliśmy 🙂. Zresztą czy to ważne, ja nawet nie pamiętam nr własnej grupy – dla mnie ważne są klimaty i to co razem przeżyliśmy  )

Byłem i w 15-tej i 1-szej grupie.

Wiąże się z tym historia, która dopiero 2 lata temu się wyjaśniła w Baranowie. Po prostu mam zaleganie afektu (może Jacek Wciórka by pomógł)  🙂  .  ( Jacek jest naszym kolegą ze studiów, znanym psychiatrą przyp. Z.K)

Zaczynałem w grupie 15-tej razem z Zosią i Irenką. Może pamiętacie jak się spóźniłem pierwszego dnia i Woźniak chciał mnie wyrzucić? Opowiem kiedyś….( oczywiście pamiętam jak stanąłeś w drzwiach z płonącą  buzią – może tylko zgrzany i  spocony z powodu  biegu na uczelnią ?- podczas gdy wszyscy siedzieliśmy jak trusie przy naszym stole – ale co było dalej – nie wiem– już kiedyś  pisałam, że ten właśnie Twój  obrazek mam w oczach – bo siedziałam naprzeciwko   drzwi wejściowych do naszej Sali  w Anatomicum w pamiętnym 1965 roku )

 Po 2 tygodniach przyszedł  do nas Andrzej Roszak, którego późniejszy Kierownik Katedry Anatomii, Profesor Woźniak również chciał uwalić. Zresztą udało mu się z Basią Pawelą.  Stanąłem w Jego obronie, przez 2 tygodnie zakuwaliśmy wstecz i na bieżąco i już nie mógł. Andrzej Kiersz  był naszym asystentem. Potem z Nim pracowałem na Przybyszewskiego.

( może sam napiszesz  Leszku – jak broniłeś Andrzeja – opowiadałeś mi przez telefon –  wyśmienita opowieść – proszę Cię, napisz )

Na zajęciach z histologii kiedyś pochyliłem się nad mikroskopem jednej z naszych Koleżanek ( zamilczę nazwisko), która się o coś spytała. Naprawdę. Nie miałem jeszcze wtedy (prawiczek) żadnych sprośnych myśli. Chciałem Jej pomóc i coś wyjaśnić! 

I nagle – bęc-  bez żadnego słowa i wiadomego mi powodu dostałem siarczysty policzek na odlew. Jeszcze mnie  ( i jak dotychczas) nikt w twarz nie uderzył i do tej pory  mnie to piecze.

Nie zabolała gęba  – ile całe moje jestestwo .

Zrobiłem się czerwony, zatkało mnie. Przecież nie oddam kobiecie! To ja bilem w pysk za kłamstwa, oszczerstwa, ale żeby mnie? za co? Przecież mi przez głowę nie przeszła najmniejsza niezdrowa myśl! 

Ale ukarałem Ją najsrożej jak można.  🙂

Po pierwsze primo  – zamilkłem.

Po drugie primo  – postanowiłem się do Niej już nigdy w życiu nie odezwać. Powietrze.

Po trzecie primo  – wstydziłem się wobec całej  15/16 grupy i przeniosłem się do 1/2 grupy z Andrzejem Hyżym (był pierwszy na liście przyjętych na studia ze 120 punktami! )

Po czwarte primo  – nie mogłem znieść że ktoś mnie tak znieważył a ja nie mogłem odpowiednio zareagować. Za nic! Za szczere dobre chęci! Żebym choć na milimetr w czymś uchybił!  Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to Kobieta.! Trauma i strach przed kobietami zostały do końca życia . 🙂

                 I wyobraźcie  sobie że w tym twardym postanowieniu wytrzymałem do Baranowa. PONAD PÓŁ WIEKU!  Zobaczyłem mojego odwiecznego wroga na balu 2 lata temu. No cóż, stoję nad grobem, to czas się z „babskiem” pogodzić. Poprosiłem do tańca i nie odmówiła. Oczywiście z mety padło moje pytanie: – za coś mnie na histologii nad mikroskopem w twarz uderzyła? – Bo chciałeś mnie pocałować!  O ja głupi ! Gdybym wiedział że za to –  to bym od razu się na Nią rzucił i wymusił prawdziwy pocałunek . Żeby miała prawo mnie za to prać po gębie!. Uśmialiśmy się.

A mimo mojej rzuconej na Nią klątwy zaszła bardzo daleko zostając dyrektorem jednego ze Szpitali w Poznaniu. Jej mąż, anestezjolog pracował  z  siostrą mojej Mamy w innym Szpitalu, bardzo Go lubiłem za rajdy i Ciocia miała o Nim wysokie mniemanie. Trochę mi Go było żal że dostał taką jędzę, ale chyba do dziś się na Niej nie poznał.

                      Teraz po latach myślę, że to nie ja ale Ola miała pocałunek na myśli i tylko moje dziewictwo nie pozwoliło mi trzeźwo rozpoznać głębokiego podświadomego marzenia tej wspaniałej i kochanej dziewczyny. 

Gdyby nie ten policzek, to kto wie… może by nosiła moje nazwisko.

W sumie dobrze się stało że Jej nie skrzywdziłem swoim małżeństwem z Nią i trafił się Jej wspaniały mąż. 🙂

      Mam nadzieję , że przy okazji następnego Zjazdu poproszę Ją, jeśli się zgodzi, o braterski pocałunek.  

Olu, wybacz mi moja głupotę i przerost „ego”. Serdeczne pozdrowienia dla Męża !

    Ale skutkiem publicznego spoliczkowania były moje przenosiny do grupy Andrzeja Hyżego, bo potem razem z Nim studiowaliśmy równolegle chemię na drugim roku w Collegium Chemicum i trochę później prawie 2 lata psychologii – bo Andrzej Hyży  i Kajtek Petrykowski też tam poszli. Poszedłem za Nimi. Nie chciałem być gorszy.  🙂

    Zresztą  psychologia się przydała.  Moją pracą na zaliczenie roku była dysertacja o osobowości. Wybrałem temat „Osobowość Niemowlęcia”.  Do dziś jestem przekonany, ze niemowlę  trzeba traktować jak dorosłego z szacunkiem, rozumieć i spełniać jego potrzeby. Teraz nad tym problemem  głowi się Pani Profesor  Monika Brzezińska w Poznaniu ( posłuchajcie Jej wykładów na SWPS ! ).

Ale ja bylem prekursorem tej dyscypliny ponad pół wieku temu !  Zresztą chyba dzięki temu jedna z moich Córek poszła i skończyła psychologię. Wejdźcie na stronę „Cayman Isles Crisis Centre”. 

           Ile dobrego się zdarzyło dzięki temu praśnięciu mnie w pysk przez Olę !!  🙂

  Olu ! jesteś Wielka! Będę Ci wdzięczny do końca moich dni i uwiecznię to zdarzenie dla potomnych – jak to przypadek i nieporozumienie zmieniają świat. A jak to zrozumiałem za co – to nie omieszkam zarobić na kolejne uderzenie w twarz. Teraz będę wiedział  za co !

PS .

Moje najukochańsze Irenko i Zosiu! ( już nie wiem –  która bardziej Kochana). Napisałem by prawda historyczna Was pogodziła. Niech PRAWDA WAS WYZWOLI!. I mam nadzieję, że dojdzie do wydania książki ( chodzi o pamiętniki kolegów naszego rocznika – przyp. Z. K. ) przez Irenę co nie przeszkadza Zosi snuć wspomnień na blogu. 

 

I jak tu Leszku Ciebie nie kochać ????  🙂  Dzięki, że jesteś, że podtrzymujesz na duchu tak zręcznie, jakby mimochodem a  równocześnie  opowiadasz o sobie z werwą i przednim humorem – jesteś Cudownym Gawędziarzem …..( tylko nie mów, że jestem nudna i się powtarzam ) 🙂

PS 🙂

1. Leszek wyraził zgodę na publikację swoich listów  do mnie wysłanych  ( lub wybranych fragmentów )

2. ad zdjęcia :  są własne – „same” tu” wpadły – jakoś skojarzyłam z tekstem – symbole ? –  kot Tygrys i chmura – anioł to czy czarownica na miotle ? 🙂

Z pamiętników Jerzego T. Marcinkowskiego ( 17 ). Collegium Anatomicum.

Dziś nie będzie patetycznie, ani tkliwie. Tylko zwyczajnie , najprościej ….

Jurek poproszony  kiedyś o wykonanie zdjęć naszego Collegium Anatomicum – szczególnie wnętrz – właśnie przysłał ich całą serię. Świetne kadry, ręka „ mistrza „ dokumentu….  Musiałam zmienić plany i piszę na gorąco –  trzymając w dłoni ( tzn. w laptopie)  te „ciepłe” jeszcze zdjęcia …. Bo to wszystko działo się dziś….

Najpierw było zaproszenie na uroczystość pożegnania kilku osób przechodzących na emeryturę w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu , gdzie Jurek pracuje jako biegły sądowy – początkowo  nie miał  ochoty tam przybyć, bo dużo innych obowiązków, ale tak ładnie prosili …

A więc stara biblioteka  Zakładu Medycyny Sądowej, ze zbiorami pamiętającymi Tatę Jurka, Prof. Tadeusza Marcinkowskiego , który jako jeden z nielicznych pracowników przesiadywał w niej  w każdej wolnej chwili od rana do wczesnej nocy. Interesowało Go tak wiele tematów – tak dużo czytał – stale czytał – gromadził te zbiory – pięknie wydane a teraz tak rzadko brane do ręki, bo inne czasy, inni ludzie , większy pęd życia i czasu brak nie tylko na czytanie ale i na refleksje …  

Tak więc Jurek  pewnie spożył coś co było na stole, pewnie z kimś pogadał a może zatopił się we wspominaniu swego  Ojca, nie wiem.

Ale potem – potem jednak dotarła do Niego –  moja prośba o zdjęcia – więc samotnie wędrował korytarzami – i fotografował, fotografował, fotografował  – nie wiem, czy z przejęciem i z własnymi wspomnieniami  czy tylko z myślą o nas, którzy daleko od Poznania ….

a może Jurek ,  wędrując pustymi korytarzami, przemierzając nasze tak dobrze zapamiętane piękne schody  Collegium Anatomicum , myślał o tylu pokoleniach medyków, które były przed nami i które po nas przyszły – wszystkie zostawiły ślady swoich stóp na posadzkach tego gmachu, na tych schodach tak jak my siadały z książkami czekając na zajęcia, które drżały z lęku przed asystentami z natury rzeczy chyba ostrymi czasem złośliwymi , które tak jak my bały tego momentu – który do tej pory miało tajemną, mroczną jednoznaczną nazwę – zwłoki ludzkie i sekcja. Które jak my przechodziły tu swój „ chrzest bojowy” – jak kiedyś marynarze – pierwszy widok stołu sekcyjnego z tym, który był kiedyś żyjącym człowiekiem.

I które jak my tu hartowały swój charakter, tak długo przełamując słabości aż w końcu już nie mdlały od zapachu formaliny , krwi i ludzkiej złośliwości … .

Tak, na pewno Jurek wykonując te zdjęcia dla nas, którzy daleko, myślał o przemianie pokoleń, o tych którzy  tak samo jak my w tym 1965 roku stali  na dziedzińcu Anatomicum ,  jak spłoszone stadko gdy był ich pierwszy studencki dzień……

Wszystkie zdjęcia wykonał dziś  Jerzy T. Marcinkowski – dla nas , dla wszystkich medyków którzy corocznie, od 1930 roku – pełni młodzieńczej energii, wiary w przyszłość, chęci niesienia pomocy ludziom i zupełnie nieświadomi życia –  tu, na tym dziedzińcu Collegium Anatomicum stawiali swoje pierwsze  kroki   na otwartym już wcześniej, bo w 1920 roku Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego , a od 1950 roku  – wyodrębnionej ze struktur Uniwersytetu –  naszej  Alma Mater – jak to brzmi dumnie –  Akademii Medycznej w Poznaniu  (  potem przemianowanej na Uniwersytet Medyczny ) ….

Budynek został zaprojektowany przez Edwarda Madurowicza i Rogera Sławskiego jako Pałac Sztuki i był prestiżowym obiektem  Powszechnej Wystawy Krajowej ( 1929) , a rok później, po jej  zakończeniu  przekazano go  Wydziałowi Lekarskiemu Uniwersytetu Poznańskiego. Znajdował się w nim  Zakład Anatomii i Medycyny Sądowej. Podczas  II wojny światowej w krematorium Zakładu Medycyny Sądowej , spłonęło  8000 ofiar zbrodni  nazistowskich, między innymi więźniów Fortu VII.

 

Dziękujemy Ci, Jurku za ten dzień pięknych zdjęć, za ” upolowanie”  obiektywem czasu, gdy wielka tam pustka – jakby specjalnie dla nas, dawnych studentów byśmy podążając za Tobą , mogli wypełnić te przestrzenie  swoimi wspomnieniami  i za wzruszenie, które nam dałeś  ….