„Mowa” tatuaży


Pierwsze zadziwienie, bo wnuczka zafundowała sobie przed laty taki tatuaż…..przedtem poprosiła o zdjęcie akwareli mojego Taty Wacława Łukaszewicza z 1932 r. – nie wiedziałam dlaczego….okazało się że fragment tego obrazu, choć z konturami jak w starych tatuażach został umieszczony trwale na ciele naszej Weroniki. Zaskoczenie, ale też czułość że pamięć Pradziadka, że poczucie korzeni …..

Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy Jurek, nasz kolega z roku (1965-1971) ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Medyczny)- profesor Jerzy T. Marcinkowski, którego  miałam zaszczyt gościć w tym blogu w rozdziale Z pamiętnika… wielokrotnie  relacjonował naszej grupie messengerowej, że właśnie był na Termach Maltańskich i najbardziej przyciągało jego wzrok….myśleliśmy, że piękne młode dziewczyny –  a On pisał, że wytatuowane ciała…..

Pomysł zasiany w mojej głowie zaczął kiełkować i prawie już przybrał kształt książki (ponad 120 stron). . Pisaliśmy ją  z Jurkiem namiętnie, zbierając informacje z licznych artykułów naukowych ale też portali prowadzonych przez zafascynowanych zjawiskiem tatuowania ciała, w których też zamieszczano opowieści osób, którym tatuaż pomaga…..

Pozycja już jest prawie gotowa do oddania do Wydawnictwa. Został też wybrany  tytuł zaakceptowany  przez wiele młodych i nie tylko młodych osób, którym wysłałam kilka propozycji ….

GDY CIAŁO STAJE SIĘ TYLKO TŁEM….

Nasza  „przygoda” z tatuażami i innymi formami modyfikacji ciała rozpoczęła się od zadziwienia nad współczesną wszechobecnością wytatuowanych ciał.  Piszemy o tym we Wprowadzeniu do książki. Gdy zmierzamy do końca naszej opowieści, zadziwienie nasze ale też zrozumienie zjawiska narasta.

W miarę zgłębiania problemu, my- najstarsi autorzy tej opowieści-  ludzie urodzeni kilka lat po II wojnie światowej, od ponad pół wieku doktorzy chorób wszelakich,  dowiadujemy się, że tatuaże  ale też inne zabiegi modyfikujące ciało  to nie tylko moda, czy poprawianie urody a także WOLNOŚĆ podejmowania własnych decyzji dotyczących ingerencji w DANE NAM BEZ NASZEJ WOLI I ZGODY  PRZEZ NATURĘ I GENY CIAŁO. 

Z tego też powodu (ale też z wielu innych) tatuaże, piercing, medycyna estetyczna –  potrafią przynosić Szczęście. Nie takie związane ze znalezieniem złotej monety czy „czarnozłotokolorową” magią. Ale z odzyskaniem czy potwierdzeniem swojego Ja, z otrzymaniem wiary w możliwość dobrego życia gdy dotyka depresja czy ból duszy staje się tak nieznośny, że wybieramy akty samouszkodzenia by bólem fizycznym zabić tamten ból…

Czasami jednak przesadzamy z zabiegami zmiany wyglądu naszego ciała bo stale jesteśmy z niego niezadowoleni, widzimy siebie w „krzywym zwierciadle” i uśmiadomienie tego stanu ducha gdy  dotyka nas czy naszych przyjaciół jest wektorem (jak przedstawiany na wielu tatuażach) by rozpocząć profesjonalną terapię….ten poważny problem zwany dysmorfofobią muszą dostrzegać w osobach które się do nich zgłaszają ci, którzy poprawiają wygląd ciała człowieka- piszą o tym chirurdzy plastyczni którzy niejednokrotnie nie tylko są zniechęceni nieustannym niezadowoleniem pacjentów ale także przestrzegają, że są podawani przez nich z tego powodu do sądu….

dlatego w tej książce znajduje się  opis wszystkich wymienionych problemów – ku przestrodze ale też radości z tego, że można przynosić ludziom szczęście lub szczęścia poszukiwać na drodze modyfikacji ciała.

Dbajmy jednak nie tylko o swoje ciało ale też i duszę, zachowując  dziecięcą radość, ciekawość świata, tolerancję i lubienie ludzi, bo tylko to jest prawdziwym warunkiem Szczęścia……T

WPROWADZENIE

Pierwszy autor przedstawianej pracy pamięta, jak jego ojciec – profesor medycyny sądowej Tadeusz Marcinkowski (1917-2011) [1]  – w latach 50-tych, 60-tych, 70-tych, 80-tych i 90-tych XX wieku pokazywał liczne zdjęcia tatuaży, które były fotografowane podczas sekcji zwłok. Część z nich znajduje się do dzisiaj w Muzeum Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Niektóre tatuaże z tamtego okresu wyróżniały się szczególnie – na przykład dość pokaźnych rozmiarów diabeł w okolicy pośladów mężczyzny (więźnia) wrzucający długą łopatą węgiel do odbytu. Toż to już z samego tego tatuażu wynikało wręcz rozpoznanie kliniczne z obszaru ewidentnych zaburzeń osobowości.

Zdarzały się też – ale wówczas bardzo rzadko – tatuaże u kobiet, niekiedy z zaskakującą treścią. Na przykład kobieta w okolicy spojenia łonowego miała wytatuowane: „Tylko dla Józka”. Można sądzić, że to tenże zazdrosny Józek jej to wytatuował a może chciała w ten sposób wyrazić formę oddania bo był patologicznie zazdrosny? Może właśnie dostał wyrok i szedł na wiele lat do więzienia – więc chciała mu te chwile osłodzić zapewnieniem o wierności? Co się kryło za takimi tatuażami, jakie historie tych ludzi ?

Tak, na pewno tatuaże to czyjeś dzieje i emocje uwiecznione na własnej skórze. Czasem znane tylko jemu …  

Druga autorka pracy (tzn. ja- gospodyni tego bloga 🙂 )- lekarka, która pracowała w latach 70-tych XX wieku w przychodni rejonowej pewnej „szemranej” dzielnicy Warszawy – opowiada, że dość powszechnie można było zobaczyć wytatuowaną na piersi młodego mężczyzny głowę kobiety, często pokrytą bliznami. Bez żenady opowiadali – że gdy mieli jakiś problem – nożem nacinali w tym miejscu skórę – mówiąc że to „ich Baśka” i że „cięli Baśkę po oczach” odreagowując jakąś traumę. Ból duszy koiło zadanie sobie bólu fizycznego a uspokojenie potęgował widok własnej krwi. To też mogłoby świadczyć o typowych zachowaniach ludzi z autoagresją, dobrze znanych wielu osobom szczególnie młodym, które linijnie nacinają skórę przedramion, ud lub okaleczają się w inny sposób… 

Obserwowaliśmy też w tamtych czasach więźniów lub byłych więźniów z tatuażami w formie epoletów z dystynkcjami oficerskimi. Jak ktoś miał dystynkcję „pułkownika” oznaczało to niechybnie, iż miał już za sobą wieloletnią odsiadkę w więzieniu. U więźniów często się też spotykało wytatuowane kropki w okolicy kąta zewnętrznego oczodołu. A u złodziei widywało się kropki na dłoni u nasady różnych palców. Ponoć to też oznaczało „specjalizację” tegoż złodzieja. Oczywiście wielu typowych więziennych tatuaży nie widzieliśmy, a jak wiadomo była i jest ich moc. 

Autorzy opracowania w początkowym czasie swojego życia zawodowego obserwowali więc tatuaże u właściwie nielicznych osób- zwykle byli to marynarze, przestępcy (np. kieszonkowcy), więźniowie czy osoby podejrzane o zaburzenia emocjonalne. Mieliśmy też jeszcze w pamięci opowieści świadków czy zapiski o tatuażach nazistów, czy śladach ich zwyrodnienia.

Widywaliśmy też wytatuowane numery na przedramieniu u byłych więźniów niektórych obozów koncentracyjnych, których jeszcze wielu żyło w czasach które pamiętamy, co zawsze budziło bolesne skojarzenia z ich niewyobrażalną wieloletnią traumą i często wyjątkowo okrutnymi doświadczeniami medycznymi. Dla nazistów więzień był tylko numerem – żywym czy martwym.

              Trwałe rysunki na skórze ludzkiej nie budziłyby tak wielkiego naszego zainteresowania gdyby nie wszechobecność tatuaży na ciałach współczesnych młodych. Prawdopodobnie pozostawałyby w kręgu fascynacji archeologów, historyków a także miłośników historii. Autorzy pamiętający czas, gdy posiadanie tatuaży było dość jednoznaczne – są tym zjawiskiem co najmniej zadziwieni, szczególnie że obrazy na ciałach są często tak rozległe że tworzą nową powłokę człowieka, właściwie zastępując skórę. Ciekawi nas nie tylko motywacja, ale też- czy nie są wyrazem jakiś problemów z własną psychiką.

Jaką więc rolę spełniają współczesne tatuaże? Zapytaliśmy o to młodych wytatuowanych- kilkanaście osób odpowiedziało, że marzyło o tym od dawna, lubią swoje obrazy na ciele i są szczęśliwi. Wielu chce się zdecydować na kolejne tatuaże a starych wcale nie chce usuwać.  Pytaliśmy też tatuażystów o swoje odczucia- właściwie nikt nie odpowiedział, zajęty pracą zapewne poza ogólnym stwierdzeniem, że to ich praca….

Jednak zastanawia nas nazwa licznej grupy (ponad 20 tysięcy osób) na Facebooku, gdzie anonimowo są wrzucane zdjęcia tatuaży. Do admina nie dotarliśmy, ale zatrzymujemy się nad tytułem: „ Tatuaże nie robią z nas kryminalistów”. Wyobrażamy sobie, że ludzie ci musieli jednak doznać w swoim środowisku jakiejś formy zarzutów a nawet piętnowania i ten tytuł jest ich odpowiedzią a może tak wyraźnie ma zachęcać innych, by się nie bali opinii swoich dziadków czy nawet rodziców, sąsiadów i realizowali ukryte marzenie posiadania tatuażu. ….[2].

Jesteśmy też ciekawi czy ten fenomen rozległego tatuowania ciała przeniesie się na następne pokolenia, gdyż jak na razie dominują tzw. millenialsi….a jeśli ich dzieci czy wnuki nie zechcą być podobni do rodziców bo to jest w naturze młodych- co ciekawego wymyślą by podkreślać swoją odrębność ?

             Przeglądając literaturę na temat motywacji tatuowania ciała można zauważyć, że w naszych rozważaniach nie jesteśmy odosobnieni. W czasie przed ale częściej po „wybuchu” obecnej mody tatuażami interesowali się już psychologowie, czy socjolodzy, kosmetolodzy ale też toksykolodzy, zakaźnicy, medycy sądowi wywodząc z badań na psychiką ludzi wytatuowanych i sposobów interpretacji tych trwałych obrazów różnorodne wnioski, o czym wspomnimy później. Śledząc te dane zadajemy sobie pytanie czy obecnie to jest tylko moda? Niniejsze opracowanie może choć częściowo odpowie na to pytanie.

Niezależnie od epoki, zaawansowania technicznego, położenia geograficznego, czy typu społeczeństwa, ludzie dbali o swój wizerunek zewnętrzny, który był komunikatem o ich statusie społecznym, osobowości, stanie zdrowia. Widząc współcześnie bardzo duże i stale rosnące rozpowszechnienie tatuaży na Świecie należy postrzegać je już jako ważną część naszej globalnej kultury i historii. Ludzie poddawali się i nadal poddają różnym zabiegom, mającym na celu poprawienie swojego wyglądu. Czasami osiąga to rozmiary dla nas karykaturalne (np. powiększanie ust aż do ich zdeformowania) czego nie zauważają ich właścicielki bo powielają oglądane na portalach społecznościowych, obecnie zwykle na Instagramie osoby wyglądające podobnie. Problem podamy w odpowiednim rozdziale, by czasem więcej zrozumieć a może pomóc osobie z zaburzeniem dysmorfofobii…

 Zwłaszcza teraz, żyjąc w społeczeństwie wymagającym perfekcji ciała, wkłada się wiele wysiłku, aby zwiększyć swoją atrakcyjność. Tak więc tatuowanie także jest działaniem mającym na celu poprawienie swojego wyglądu, choć w bardziej subiektywnym wymiarze[3].

 Angielskie słowo „tattoo” (tatuaż) pochodzi od terminu „ta tau” – w rdzennym języku Thaiti – zostało ono zapisane przez XVIII-wiecznych podróżników i oznacza „naznaczyć coś”[4].

Tatuowanie wiązało się i nadal wiąże się z możliwością powikłań zdrowotnych, co osoba zdecydowana na taką ozdobę własnego ciała powinna wziąć pod uwagę – co jak wynika z badań nie zawsze jest uświadamiane.

 Współcześnie wprowadzanie pigmentów pod skórę odbywa się przy pomocy specjalnej elektrycznej maszynki z automatyczną igłą lub igłami. Z dużą szybkością wbija ona pod skórę małe kropelki barwnika.

Jest to metoda dość bolesna, ale – jak wiadomo – istnieje indywidualna wrażliwość na ból, a może tak wielka jest potrzeba człowieka, by posiadać trwały obraz na ciele, że jest w stanie znieść najgorsze cierpienie. Jest to dość zadziwiające, bo jak wiadomo kobiety są bardziej odporne na ból, a rozległe tatuaże, nieraz pokrywające całe ciało tak często obserwujemy u mężczyzn. Temat chyba jest wart badań psychologicznych, bo być może współcześni mężczyźni w ten sposób chcą podkreślić swoją męskość. Szczególnie w dzisiejszym Świecie, gdy odbiera się im odwieczne role dominowania – zresztą wielokrotnie sami się temu poddają….


[1][Tadeusz Marcinkowski, https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Marcinkowski]

[2] [https://www.facebook.com/TatuazeNieRobiaZNasKryminalistow/]

[3][Nowak R. Psychologiczne aspekty tatuowania się. Roczniki Psychologiczne 2012; XV, 2: 87-104].

[4][Pickup O. Ta tau: where the word tattoo comes from, https://www.telegraph.co.uk/films/moana/tatau-where-tattoo-comes-from/ [dostęp: 28.04.2020].

Nie wpadnijmy w „szpony zdrowego jedzenia” czyli nie dajmy się…. ortoreksji :)


dr Steven Bratman- ” niewolnik i ojciec ortoreksji”. Zdjęcie z internetu

Kochani, dziś będzie o współczesnym świecie – o nowych zjawiskach które już zostały nazwane.  Okazuje się, że aktualna moda na zdrowe jedzenie potrafi stać się rodzajem uzależnienia.

Żyjmy więc pełną piersią, czerpiąc z życia to co NAJPIĘKNIEJSZE, a to co nieszczególne omijajmy lub wyrzucajmy za burtę jak niepotrzebny balast…

…..uwalniajmy swoje dobre i poszukujące szczęśliwości myśli i wyfruwajmy WOLNI JAKO PTAKI, szybujmy w przestrzenie szerokie bo  w tym nie ma ograniczeń…..żadnych !!!

…..nie dajmy się zniewolić przez mody, kult ciała, młodości ale też nie fiksujmy na tle zdrowego jedzenia  !

A oto krótka opowieść o stosunkowo niedawno odkrytym i nazwanym zaburzeniu zwanym ortoreksją. Może się komuś przyda by wyhamował w pędzie do tzw. zdrowego życia, albo pomógł komuś innemu ….

Całkiem niedawno, bo dopiero w końcu lat 90 XX w.  amerykański lekarz Steven Bratman zaobserwował u siebie pewne niepokojące zjawisko.

Był alergicznym dzieckiem i rodzice wtłaczali mu do głowy wiedzę o szkodliwości niektórych potraw. Chłopiec ulegał tym wskazówkom a że cierpiał z powodu kataru siennego czy bardzo swędzących wysypek na skórze – bardzo się zaangażował we wpatrywanie w talerz, wynajdywanie tego co może zaszkodzić a z czasem zaczął unikać restauracji a nawet przyjęć u znajomych – by nie otrzymać czegoś do jedzenia, co jest dla niego szkodliwe.

Przestał widywać znajomych, gdyż jak wiadomo każde spotkanie przynosiło coś do przekąszenia…..

kiedyś założył własną farmę i jadał tylko to co sam wyhodował nie wspominająco tym,  że żywił się tylko produktami które sam przygotował kuchni….

Przez cale dni skupiał się na zdrowym jedzeniu a nawet nocą śniły się mu sny piękne o zdrowych daniach a po snach  w których ktoś ze znajomych podawał mu jakiś niezdrowy produkt, budził się zlany potem ze strachu….

Po pewnym czasie zaczął się przyglądać bacznie swoim pacjentom, i u niektórych zauważył podobne objawy. Porównując swoje i ich przymusowe zachowania które stają się głównym celem w życiu,  zajmują wszystkie myśli, tak przylepione do człowieka, że oderwanie nie jest możliwe, utrudniają spotkania z jedzonkiem i właściwie zupełnie uniemożliwiają normalne funkcjonowanie doszedł do wniosku, że jego i tych innych dopadła nieznana przedtem a może tylko niezauważona przypadłość. Kojarząc swoje uzależnienie od tego co na talerzu nazwał je ortoreksją, porównując z anoreksją. W naukowych czasopismach w 1997 r. opisał objawy a w 2000 r. wydał książkę „ W szponach zdrowej żywności”

Psychiatrzy od razu zawołali  „ o ! właśnie urodziła się siostra anoreksji”

Aktualne badania w różnych społeczeństwach potwierdzają występowanie ortoreksji aż u 27 % młodych ludzi …

Biedacy, którzy wpadli w szpony zdrowej żywności spędzają czas całymi dniami planując, kupując czy uprawiając własne produkty oraz przygotowując posiłki.

Odstępstwo od ustalonych zasad dietetycznych skutkuje pojawieniem się poczucia winy oraz lęku.

W skrajnych wypadkach ortoreksja prowadzi do zaburzeń funkcjonowania w społeczeństwie, niedożywienia a także zaburzeń odżywiania w typie anoreksji.

Zdarza się, że osoba cierpiąca na ortoreksję, pomimo swojej wielkiej troski o zdrowie  może mieć niedobory minerałów i witamin. Pojawiają się zawroty głowy, problemy z pamięcią i koncentracją, bóle brzucha, zmienne nastroje, skłonność do depresji a nawet myśli samobójcze. Ponadto może występować anemia, a u dziewczyn jak w przypadku anoreksji- zaburzenia miesiączkowania.

A oto Kochani kilka pytań które mogą być kierunkowskazem

Test na ortoreksję 

  1.  czy uważasz siebie za perfekcjonistę mającego wszystko zawsze pod kontrolą?
  2. Czy masz wrażenie, że od momentu wprowadzenia zdrowej diety jakość twojego życia wzrosła?
  3. Czy żal ci ludzi, którzy cały czas jedzą niezdrowo?
  4. Czy masz wyrzuty sumienia, kiedy sama sięgniesz po coś kalorycznego?
  5. Czy z powodu diety unikasz spotkań z rodziną bądź znajomymi?
  6. Czy nie wychodzisz na imprezę z powodu typowego dla niej menu?
  7. Czy odczuwasz przyjemność, kiedy zjesz śniadanie, obiad oraz kolację samotnie?
  8. Czy odnosisz wrażenie, że na jedzenie musi przeznaczać więcej czasu, niż byś chciała?
  9. Czy masz trudności ze zjedzeniem czegoś, co przygotował ktoś inny i odbyło się to poza jej kontrolą?

Jeżeli odpowiedź na większość z tych zagadnień jest twierdząca, należy zwrócić się o pomoc do lekarza specjalisty.

Inne pytania, które znajdziemy w poszerzonym teście na ortoreksję to:

  • uporczywe  rozmyślanie o tym, co jutro zjemy,
  • – gromadzenie książek o dietach oraz różnych kalorycznych tabeli,
  • – rzetelne, przesadzone, codzienne przeliczanie wszystkich przyjętych kalorii, a także
  • –  regularne odwiedzanie sklepów z ekologiczną żywnością i robienie w nich
  • dużych zakupów …

.I pozostaje mi powtórzyć to od czego zaczęłam tę opowieść 🙂

….żyjmy więc pełną piersią, czerpiąc z życia to co NAJPIĘKNIEJSZE, a to co nieszczególne omijajmy lub wyrzucajmy za burtę jak niepotrzebny balast…

…..uwalniajmy swoje dobre i poszukujące szczęśliwości myśli i wyfruwajmy WOLNI JAKO PTAKI, szybujmy w przestrzenie szerokie bo  w tym nie ma ograniczeń…..żadnych !!!

…..nie dajmy się zniewolić przez mody, kult ciała, młodości ale też nie fiksujmy na tle zdrowego jedzenia  !

Bo każda przesada jest niezdrowa

Miłego czasu Wszystkim……

Przy tej okazji – dziękuję koledze ze studiów prof. Jerzemu T. Marcinkowskiemu za odsłanianie przede mną tajników HIGIENY, która tak pięknie się rozbudowała od naszych studenckich czasów, za pomysł napisania podręcznika, który już został bardzo dobrze oceniony przez trzech recenzentów i mamy nadzieję, że się ukaże za kilka miesięcy ….nosi tytuł Ponadczasowa misja higieny i epidemiologii… jednym z podrozdziałów jest temat krótko przedstawiony we wpisie. Korzystaliśmy z wielu pozycji piśmiennictwa naukowego- m. in.

Shah S. Orthorexia nervosa Healthy Eating or eating disorder. 2012, Masters Theses. Paper 991.

Łucka I, Janikowska-Hołoweńko D, Domarecki P i wsp. Ortoreksja – oddzielna jednostka chorobowa, spektrum zaburzeń odżywiania czy wariantzaburzeń obsesyjno-kompulsywnych? Psychiatr. Pol. ONLINE FIRST Nr 97: 1–12

WSZYSTKO W ŻYCIU ZALEŻY OD … MOTYLA

Wszystko zależy od … motyla

Ta opowieść nie jest tylko moim wyobrażeniem, czy jakąś bajeczką. To jest prawda, zauważona przez poważne naukowe głowy.  Aż dziw, że nie opisali tego zjawiska Starożytni. Może mieli umysły  zajęte czymś innym, a może widzieli – tylko wydawało im się to takie zwykłe.

A tymczasem to zjawisko jest niezwykłe i wszystkich nas dotknęło. Ale o tym będzie potem….więc ab ovo.  

W 1898 roku Jacques Salomon Hadamard (18651963) – bardzo poważny matematyk francuski, zajmujący się teorią liczb, mechaniką teoretyczną, geometrią, teorią poznania, teorią całkowitych funkcji analitycznych, równaniami różniczkowymi i równaniami fizyki matematycznej – znany z teorii liczb pierwszych … uff, dość wymieniania tych sucho i nijako dla mnie brzmiących terminów – zaczął obserwować poruszające się gładkie kule (bile) po powierzchni równie gładkiej i  cokolwiek by to znaczyło – i tak nie rozumiem 🙂 – powierzchni o ujemnej krzywiźnie. Otóż wbrew przewidywaniom naukowca  trasy tych kul –  okazały się niestabilne tak – że kule zaczęły się oddalać od siebie.

 Podaję ten opis z Wikipedii niewiele rozumiejąc, ponad to, że  ów słynny matematyk  był tym zadziwiony a także zadziwiali się inni o tęgich matematycznych i fizycznych głowach, nie bardzo rozumiejąc zjawisko. Było to powodem ich licznych teorii i niejakiego zamętu.

Wiedzę uporządkował  – nazywając ją teorią chaosu – niejaki  Edward Norton Lorenz (1917-2008) – amerykański matematyk zajmujący się od 1960 r. komputerowym prognozowaniem pogody. Stworzył on w tym celu układ 12 równań wyrażających relacje między temperaturą, ciśnieniem, prędkością wiatru, itd. Sądził – jak większość ówczesnych naukowców – że prawie dokładne dane wejściowe dają prawie dokładne wyliczenia prognozy,

To przekonanie okazało się jednak całkiem błędne – wynik diametralnie odbiegał od przewidywanych na podstawie symulacji. Matematyk ów, zauważył bowiem, że wyniki są zaskakująco czułe na minimalną zmianę warunków początkowych – i był pierwszym meteorologiem, który odkrył, że nie sposób przewidzieć pogody na dłużej niż kilka dni naprzód, bo równania opisujące stan atmosfery są chaotyczne. W 1963 r. opublikował wyniki swoich prac.

Ów Lorenz obrazowo mawiał, że „nawet machnięcie skrzydeł motyla w Brazylii może wywołać tornado w Teksasie.” 

Od tej pory butterfly effect został rozpowszechniany i rozumiany też w aspekcie zdarzeń życiowych, pozornie zwykłych – które potrafią zmienić całe życie  ….niektórzy mawiają, że gdy nagle jeden tylko motyl zatrzepoce skrzydłami potrafi zywołać nawet  burzę  piaskową w odległym miejscu na ziemi.

To Cud jednego motyla, tylko jednego i jego zachowania….

Tej nieprzewidywalności wszystkiego doświadczamy na co dzień także w czasie panującej pandemii COVID-19. Stąd różne prognozy a co za tym idzie zda się chaotyczne, często zmieniające się poglądy i zalecenia. Żyjemy Kochani w świecie który jest nieprzewidywalny, niepoliczalny matematycznie – nawet gdy modele są idealne  …. wszystko zależy od tego, że gdzieś tam zatrzepotał motyl…..

         Tak tak, moi Drodzy. Wszystko mamy poukładane, zaplanowane, oczekiwane – dzień po dniu płynie nasze życie – zda się swoim utartym korytem, jesteśmy pewni, że nasz czas jak pociąg przyssany do swoich torów nie zboczy z drogi, radujemy się że plan doskonały a sukces na wyciągnięcie ręki, czasem pogrążamy się w smucie bo widzimy czarną przyszłość, kochamy i jesteśmy kochani, oczekujemy lepszego, spodziewamy się gorszego. Wszystko na nic.

Nie myślmy w kategoriach że coś jest pewne. Żyjmy chwilami zatrzymując te dobre, zapominając złe. Bo gdzieś tam daleko zerwie się do lotu motyl, zatrzepocze skrzydełkami .

Bo gdy motyl zatrzepocze skrzydłami….

Nie muszka bo ma maleńkie skrzydełka i prawie niewidoczne w locie, nie bzyczący komar, bo przypomina raczej śmigłowiec –  tylko motyl – piękny, delikatny i zwiewny. To on przyczyną, że dalekie plany, poczucie stabilności życia i jego przewidywalności – nagle  rozpada jak domek z kart, czy budowla z klocków  z której usunięto jakiś element.  I płaczemy i miotamy się bezsilnie. Na nic. Już nic nie można. Stało się. Nieodwracalne…..Gdy zatrzepoce skrzydełkami motyl – nasze życie które płynęło jakiś uporządkowanym torem, mijaliśmy kolejne stacje a w domu ktoś czekał, planował, obiad dymił na stole a w wazonie kwiaty – nagle osłupiałe się zatrzymało. I  zwiędły w wazonie czekające powitania  kwiaty, obiad zamienił się w szaroburą breję, matka tkwiąca z uporem  w oknie nie wypatrzyła syna czy córki, narzeczony czy narzeczona nie doczekała. Zmieniło się wszystko. Niektórym zawalił się bezpieczny świat. Bo były szpitale, bo były narkotyki na dworcach czy ulicach kupowane, wykradane czy zarabiane przez chude cherlawe ciało które kiedyś dostało po raz pierwszy dawkę narkotyku…. Nasz chłopak nagle poszedł za inną i runęło nasze myślenie o wspólnej drodze życiowej, rozwoju naukowym ale nagle się okazało – też za sprawą trzepotu motyla – że spotkaliśmy nowego człowieka z którym wiedliśmy ciekawe, pełne życie, nawet czasem kolorowe. Zakładaliśmy rodziny, rodziliśmy dzieci, dzieci rodziły dzieci i tak . I było pięknie, inaczej niż sobie wyobrażaliśmy kiedyś, inaczej – ale pięknie.

Może się nie zastanawialiśmy nad tym do tej pory. A może tak.  Ale czy chcemy czy nie, czy pragniemy czy nie,  motyl gdzieś tam daleko na nas czeka. I w chwili gdy mu się po prostu zechce nagle polecieć w błękit – zatrzepocze skrzydełkami….

I wtedy nastąpi rozprzestrzeniający się w świecie efekt, dotrze do nas i wszystko nam się zmieni.

I stanie się cud odnowy ….

Cud soczystego pełnego życia….  

Tylko czekajmy cierpliwie….

 

Marku, bez Ciebie już nic nie będzie takie samo…


Właśnie kwitnie jabłoń. Ten kwiat tak piękny, delikatny, przejrzysty ale pełen sił witalnych wyobraża Waszą Miłość- Sylwio i Marku….niech w nas zostanie pamięć o Niej zobrazowana tym właśnie kwiatem. Daję Wam go do stóp….

Gdy odszedłeś tak nagle, bez pożegnania Marku Grupo, już nic nie będzie takie samo. Już nie będzie bladych świtów, otwieranych z drżeniem oczekiwania smartfonów, zdjęć na Fb i pięknych Waszych opowieści o Najpiękniejszej Miłości w Życiu, która zdarza się tylko raz.

             Dlaczego nam to zrobiłeś Marku? Dlaczego nas zostawiłeś?

Kochającą pogrążoną w bezdennej rozpaczy Żonę. Nawet nie wiemy jak Ją pocieszyć, bo  słowa, przytulenia ani wspólne łzy nadaremne. Zostawiłeś nas, przyjaciół którzy Cię znali tylko z FB i codziennie czerpali siłę i radość płynącą od Was. 

             Dlaczego nas zostawiłeś tak nagle, nie byliśmy przecież przygotowani. Może   wybrałeś to nagłe odejście bo nie chciałeś nikomu sprawiać kłopotu w nieznanej przyszłości ?  Może już myślałeś o tym wcześniej, potajemnie, nikomu nie mówiąc, a tym bardziej swojej Ukochanej- bo się bałeś, że przyjdzie czas gdy bezradność i potrzeba opieki przekroczy siły najbliższych. Nie chciałeś umierać jako starzec niepotrzebny nikomu. Więc wybrałeś odejście w zdrowiu i w pełni Miłości swojej i Sylwii ?      

Zostawiałeś nam  pamięć i Wasze radosne zdjęcia  pod powiekami- a to Marek szyjący na maszynie maseczki w czasie pandemii, piekący ciasteczka, czekający z kawą na Żonę, Marek wtulony w Sylwię, wyprowadzający Wasze pieski i wylegujący się z kotem na piersi. Ten czas piękny zamknęliście w kadrach Waszych opowiadań, zdjęć i dobrych rozmów.  I za to Wam dziękujemy. Na pewno będą nikłym wprawdzie pocieszeniem po stracie, ale nie raz dadzą nam, oglądającym- radość i uśmiech.

               A może zapragnąłeś tak jak Wielki Aktor umrzeć  na scenie życia  w pełni sił twórczych i tak zaprogramowałeś swoje przejście na drugą stronę by było mocne, wyraziste a przez to Wstrząsające i Nigdy Niezapomniane.  Nie, to do Ciebie nie podobne. Ty zawsze szarmancki, otwierający drzwi samochodu gdy wsiadała Sylwia,  głęboko ludzki, empatyczny i czuły. Nie, Ty nie chciałeś być Wielkim Aktorem  kończącym życie na swojej ukochanej scenie….to do Ciebie jakoś nie pasuje, choć niewiele znałam poza facebookową opowieścią…..

              Może Wasze zwierzątka, którym kiedyś daliście prawdziwy czuły dom gdy odchodziły na Drugi Brzeg – bo przez lata było u Was ich tyle,  tak bardzo tęskniły za Tobą Marku, że zakłócając Stwórcy błogi  niebiański nastrój wreszcie wymusiły na nim wezwanie do nieba. A teraz powitały radosne jak dawniej, radosne w dwójnasób, bo odzyskały Ciebie i obiecały czekać z Tobą na nas wszystkich.Tak, to Stwórca myśląc w swoim   samolubnym umyśle, bo mu płaczące kotki przeszkadzały , uznał  że na Ziemi zostanie Sylwia ale otoczona przyjaciółmi nie odczuje straty- zabrał  Ciebie byś te kotki uspokoił wreszcie.   

                Jakże Bóg się pomylił. Przecież on nie zna  ludzkiej Miłości, wagi ludzkiego  życia, bo przecież patrzył obojętnie na holocaust i nie zareagował. Nielitościwy choć wszechmocny Bóg. Jakże okrutny dla ludzi.

             Czy Bóg w ogóle istnieje? Choć widzimy go jako najdoskonalszego Programistę w odradzającej się przyrodzie, w doskonałości budowy każdego stworzonka w sile nasionka z którego powstaje życie…..

         Czy ten Programista dobrego i złego istnieje, Ty już wiesz, Marku, bo dotykasz PRAWDY….

Szczęśliwy za życia bo Nieogarniona Miłość Twojej Żony opromieniała lata gdy spieszyłeś do Niej z biciem serca, oczekiwany i upragniony. Czegóż chcieć więcej od życia, które niektórzy spędzają w samotności.

        A może Najwyższy zazdrościł Wam tej pięknej Miłości bo był sam. Odwiecznie sam……. Okrutny, nie znający  co to Miłość i Miłosierdzie, starotestamentowy Bóg….samotny we wszechświecie….. takim się wydaje w chwilach kiedy robi nam krzywdę…..takim go widzieli ludzie żyjący przed ponad 2000 tysiącami lat.  Może jednak mieli rację ????

Marku, Ty poznałeś już PRAWDĘ , można nam opowiesz jeśli nie teraz to przy najbliższym spotkaniu.

Do zobaczenia Marku…….

U nas od wczoraj już nic nie będzie takie samo….. pozostają wspomnienia, zdjęcia, Wasze słowa i NADZIEJA NA SPOTKANIE  …..

Będzie PIĘKNIE !!!!

„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 34 ). Wysyłają na Kołymę


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony – Heleny z d. Wojciul

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Ten nowy NKGB- owiec, był człowiekiem młodym i gołym, nie miał swojej pościeli i dlatego przyszedł do kaptiorka , żeby wypożyczyć pościel .

Dałem mu: koc, poszewkę, prześcieradło i materac.

Po wręczeniu poprosiłem , by powiedział mi swoje nazwisko, gdyż miałem zapisać te rzeczy do ewidencji.

Podał nazwisko, ale chyba ten mój sposób postępowania nie podobał się jemu, bo się zemścił nade mną.

Sprawdzając zakład remontu odzieży poza zoną znalazł dwie pary moich  !!! spodni, które oddałem krawcom, by mnie z nich uszyli marynareczkę.

W tej sprawie wezwał mnie do swego gabinetu i tam udowadniał mi, że ja przywłaszczyłem sobie te spodnie.

Ja usprawiedliwiałem się tym, że nie wypisywałem sobie nowych spodni przez dwa lata.

Że chciałem z tych spodni uszyć sobie marynareczkę, bo już mam prędko opuścić łagier, że mnie zostało jeszcze 7 miesięcy – być w łagrze

Nie pomogło moje szczere wyjaśnienie.

Dał 5 dni karceru, no i zdjął mnie z posady kaptrioszczyka .

Sam kradł, a drugich za takie postępowanie jak moje karał i to  n i e s ł u s z n i e.

Mało tego, że mnie usunął z przechowalni, ale wbrew przepisom w y s ł a ł   n a   e t a p   d o   K o ł y m y , bym tam zginął .

Każdego roku robiono nabór na wywóz do kopania złota na rzece Kołymie za Morzem Ochockim.

Brano tam tylko więźniów do lat 45, a mnie już było w tym czasie 46 lat.

Więc i tu zemścił się na mnie , wysyłając na śmierć.

Zastosował on  stare prawo tajgi:

prokurator- niedźwiedź , sędzia- tajga.

W  r o k u   1 9 5 3   w   m i e s i ą c u   l i p c u  zabrano z naszego obozu 250 więźniów .

Z tajgi położonej za T a j s z e t e m w  k i e r u n k u   B r a c k a przywieziono nas w czterech wagonach do I r k u c k a.

W Irkucku stoimy cały dzień.

Upał niesamowity, dochodzi do 40 stopni ciepła.

Z nar wszyscy poschodzili.

Tarzamy się po podłodze.

Jesteśmy wszyscy w stroju adamowym.

Oddychać nie ma czym.

Ślina zasycha w ustach.

A tu jeszcze i brak wody.

Jesteśmy półtrupami.

Mało brakuje, a wszyscy wyzioniemy ducha.

Nareszcie pociąg rusza i przez szczelinki w wagonie przedostają się strumyczki orzeźwiającego powietrza.

Pociąg mknie i my zaczynamy się po trochu ruszać.

Pełzniemy na swoje nary i pod nary.

Mój sąsiad, m o s k w i c z a n i n i ja zajmujemy miejsca pod ostatnimi narami.

Pytam go,  j a k  o n  ż y ł  p o d c z a s   p a n o w a n i a   w ł a d z y   r a d z i e c k i e j. Ciężko westchnął i powiedział, że to nie było życie, a istna męka.

 Pochodził on z rodziny bogatych mieszczan .

I  t o   b y ł o   j e g o   n i e s z c z ę ś c i e. 

Rodzinę jego zamordowali, bo byli kontrrewolucjonistami.

On skończył gimnazjum i zaczął pracować w drogowym ruchu samochodowym w Moskwie. Cały czas pracy był pod nadzorem NKGB, na cenzurowanym miejscu- syn kontrrewolucjonisty.

Mieszkał w ojcowskim domu zmniejszonym o trzy czwarte.  Ożenił się i miał dwóch synów. Mimo dobrych wyników w pracy nie czuł się zadowolony.

Wciąż bał się, że go aresztują.

Po dwudziestu latach , w 1951 roku dościgła go ta nieszczęsna chwila – aresztowali go.

Na jego pytanie , dlaczego tego nie uczynili wcześniej?, otrzymał odpowiedź:

„ Potomu szto ty był nam nużen, a tiepier my imiejem swoich mołodych rabotnikow.

A tiepier wy możecie porabotać na rabotach potiażeleje. Wy swoim mołodym robotnikom raskazywali o swojej choroszej  osieni. „

 .

Ten mój sąsiad dodał: „ Po statii 56 – połucził dziesiać liet.  – isprawitielnych trudowych liet i sosłan na wiecznuju zsyłku na Sibir, Kazachstan, Nowosybirsk itd.”.

Wrócić do Moskwy nie może nawet po skończeniu kary zesłania.

Jak przestrzegali przepisów , że na Kołymę można wywozić więźniów o dobrej kondycji i to mających nie więcej jak 45 lat.

I tego moskwiczanina zabrali gdy miał 50 lat- sądziła tajga, a prokuratorem był niedźwiedź.

Największe katusze przeżywał ten mój kolega- moskwiczanin- gdy jeszcze normalnie pracując, musiał wysyłać  w nocy samochody dla NKGB, które szalało przez całe noce, podbierając wrogów narodu.

Całymi nocami drżał w pościeli i gdy coś gdzieś stuknęło, zrywał się i już był pewny, że zjawili się – wilki drapieżne po zdobycz.

Opowiadał, że jak w Moskwie i Leningradzie i w całym kraju ludzie- obywatele dzieli się na trzy grupy : 1) ci, którzy siedzą,  2) którzy siedzieli   i 3) ci, którzy będą siedzieć.

       Na pytanie, jakie było wasze życie?- odpowiada : „ syf, kasza, tiurma, papasza- eta żyźń nasza”.

Mimo rygoru, jaki stosowali NKGB- iści wobec swoich grażdan – obywateli, zdarzały się takie oto kawały :

 Na pudełku od zapałek można było widzieć Kalinina- ministra rolnictwa, ze zdobycznym cielęciem pod pachą – wracającego z kołchozu.

Zrozumiała rzecz, że aresztowano  pół  fabryki zapałczanej.

 Jak oprawcy stalinizmu wykonywali jego polecenia , niech będzie ten oto komiczny wypadek.

Stalin palił fajkę i założył ją za ucho ( taki u niego był zwyczaj) i zapomniał.

Wezwał on do siebie swoich pachołków i polecił tym stróżom, żeby natychmiast odnaleziono jego lulkę- fajkę.

Nie minęło 15 minut i już zgłoszono 47 złodziei  !!!! . 

Na pytanie Stalina, co to są za obywatele, którzy oczekują na korytarzu- odpowiedź brzmiała: To są złodzieje, którzy ukradli waszą fajkę.

Sięgnął ręką za ucho  mówiąc: czort z wami, etaż ” trubka” za uchem ….

Cdn.

zdjęcie własne

Pogaduszki z wnukami …. i Opowieść Wigilijna Katorżnika Jana

 

Opublikowane w Grudzień 20, 2016 przez Zofia Konopielko Pogaduszki z ….

Dziś przeczytałam ten wpis i powtarzam by moi mogli poczytać po raz wtóry . A może zajrzy tu  jeszcze Ktoś spoza Rodziny ? 

Poza pogaduszkami  z wnukami na końcu wpisu znajduje się  krótkie ,  ale przyprawiające o dreszcz –  wspomnienie Świąt katorżnika – Jana Konopielko , mojego Teścia  ….

Wczoraj dostałam tajemniczego maila. Otworzyłam – a to list od gromadki najmłodszych wnuków. Piszą, że oni też chcą być w tym blogu ….Dzisiaj wszyscy się zeszli, choinkę ubrali , coś tam podgryźli, jak to zwykle, starsza czwórka gdzieś wybyła a maluchy  stanęły kołem wokół babcinego stołu.

Pytam,  kto napisał tego maila.

Ja, przyznała się od razu Maja, to mój pomysł.

I ja dorzucił Wiktor, razem redagowaliśmy.

A czy Wy rozumiecie, co to znaczy redagowanie?

Oczywiście babciu, zachichotali.

My byliśmy redaktorami i redagowaliśmy.

To każde dziecko rozumie.

Nawet ja, dodał poważnie jak swoje 4 lata Patryk. Ja się podpisałem, nie widziałaś, babciu?

A Mikołaj  kliknął wyślij, dodała Majcia.

Mikołaj podjął temat: nie jestem o nic zazdrosny, że oni tu będą – wcale a wcale, bo tylko ja będę zawsze nosił  swoje nazwisko , chociaż Majcia też ma je teraz, ale ona pewnie wyjdzie wkrótce za mąż i będzie się nazywała inaczej.

O co to nie, zaprotestowała Majcia, nigdy się nie wyrzeknę swojego pięknego nazwiska, najwyżej  męża tylko dopiszę. Tak zresztą zrobiła moja mama. I co, łyso ci, Mikołajku.

Chciałam przerwać, ale zacietrzewieni nie słuchali.

Ale jak będziesz miała dzieci, to będą się nazywały jak twój mąż, triumfował Miki. Tak jak jest u nas. Fakt, przyznała skruszona Majcia.

A moje dzieci  będą miały nazwisko moje, taty, dziadka Mirka i pradziadka Janka zakończył Mikuś .

I prapradziadka Wincentego dorzucił Wiktor.

Wiem, bo czytałem w Pamiętniku Jana Konopielko.

Ja wyślę babci swoje wypracowanie klasowe, to dopiero babcia się zdziwi. Nawet pani w szkole i rodzice byli zaskoczeni, że tak potrafię pisać, zmieniła temat  Majusia. W takim razie, Majciu będę niecierpliwie czekała. O tym jak piszesz pięknie to już nawet wróble ćwierkają w Michałowicach.

Ha ha przecież wróble nie potrafią mówić. Zaśmiał się Patryk.

Reszta wymownie milczała , gdy Wiktor powiedział –  on jeszcze mały, i wszystko przyjmuje dosłownie, . Patrysiu, z tymi wróblami, to tak się tylko mówi. Jeśli jest tak, że wszyscy o czymś wiedzą, to można powiedzieć, że nawet wiedzą o tym wróble i o tym ćwierkają . Aha, zrozumiałem, Patryk przyjął postawę myśliciela.

Tak więc będę czekała na maila, od Ciebie Majusiu  i Twoje teksty, pewnie wrzucę je do blogu, niech wszyscy czytają.

Zgoda. A teraz babciu, pozwól że  potańczę, bo uwielbiam tańczyć a długo stać w jednym miejscu nie lubię. Potańcz Maju, wiem, że jesteś w tym dobra. Miałaś zaledwie pół roczku, gdy usłyszałaś muzykę cygańską,  od razu w rytm tej melodii wymachiwałaś rączkami , płynnie, jakbyś tańczyła flamenco. Ok., babciu, potem pogadamy o flamenco, lecę po swoje nagrania.

Wiktorek spokojnie słuchał mojej rozmowy z Mają i wreszcie dorwał się do głosu. Jaki byłeś grzeczny Wiktorku, nie przeszkadzałeś, gdy Majusia gadała.

Bo kobietom trzeba ustępować, burknął.

I zaraz dodał, a ja wyślę Ci babciu mój kalendarz książkowy z całego 2015  roku. Codziennie w nim zapisywałem to, co się wydarzyło. Tak jak dziadek Mirek. Na pewno się ucieszycie, bo fajnie wyszło.

Z przyjemnością obejrzymy ten twój pamiętnik w kalendarzu powiedział Mikołaj. Ja też sobie obiecuję prowadzić taki w tym nowym roku.

Wszyscy będziemy kronikarzami, opiszemy naszą rodzinę.

Patryk zaraz się włączył, a ja już mam taki kalendarz i będę na razie w nim rysował scenki z całego dnia, to co najważniejsze, ale niedługo też będę zapisywał. Niech dziadek będzie ze mnie też dumny.

Dziadek Mirek już jest z was dumny, jak paw.

Oooooooo pawie widzieliśmy w Uniejowie, wszyscy wykrzyknęli.

Dziadek będzie pawiem, hahaha.

Chociaż dziadek do pawia nie jest podobny, oderwała się od swoich figur tanecznych Majusia i filuternie się zaśmiała.

Tak, pawie widzieliśmy wszyscy i już tęsknimy za Uniejowem, odparłam.

A teraz kochane najmłodsze wnuki chciałam was zaprosić . Zainteresowali się wielce, licząc widać na jakieś ciekawe wydarzenie zabawowe. Nie, to nie będzie zabawa.

 Teraz przeczytamy fragment pamiętnika waszego pradziadka Jana Konopielko.

Wiemy, mamy ten pamiętnik powiedzieli wszyscy zgodnym chórem.

Fajnie, że jest wydrukowany, ma ładną okładkę ze złotym napisem a w środku tyle naszych zdjęć.

Nawet ja tam jestem, powiedział Patryk, widziałem to zdjęcie, jestem taki mały, że umiem tylko pełzać po ziemi.

Tak wszystkie zdjęcia są super, babciu.

Lubimy ten pamiętnik, oglądamy sobie, jak już znudzą się nam zabawy, zwłaszcza wieczorem – to wtedy  rodzice nam czytają.

A teraz już będziemy czytali sami, chociaż to miło słuchać, jak czytają rodzice powiedział Mikołaj.

Otwieramy więc Pamiętnik Jana Konopielko i czytamy o tym, jak go niesłusznie oskarżono.

Rosjanie, to byli, prawda babciu, rzekł Wiktor.

Tak, Wiktorku to byli źli Rosjanie, bo są też dobrzy.

Ci źli nie lubili Polaków a szczególnie takich, którzy byli wykształceni i którzy dbali, żeby nasz kraj nie  umarł.

A pradziadek Janek był nauczycielem. I co, chciał walczyć o Polskę? Spytała Majusia.

Jeszcze więcej, on uczył dzieci naszego języka i opowiadał historię Polski. Taką prawdziwą historię powiedział Wiktor. Wiem coś na ten temat, słucham w telewizji mówią o tym, żeby uczyć innej historii niż ta prawdziwa.

Masz rację, Wiktorku, może tak być i wtedy babcia będzie wam opowiadała jak było naprawdę.

Tak jak kiedyś opowiadała mi moja mama, powiedziałam.  Babcia Stefa?- tak Mikołajku babcia Stefa.

Też była nauczycielem, poważnie potwierdził Patryk.

Tak więc dziadek Janek jako polski nauczyciel był uważany za wroga Rosjan i dlatego go aresztowano. Mama nam czytała jak był w więzieniu i jak potem jechał daleko do jeszcze gorszego więzienia.

Tak, do łagru  w dalekiej tajdze, Mikołajku.

I tam tęsknił za rodziną i za Polską.

I tam były święta bez najbliższych.

I nie został w dalekiej zimnej krainie , wdeptany w błoto jak mój wujek.

Oooo babciu, o tym twoim wujku nie wiemy. Kiedyś wam opowiem.

Pradziadek Janek ocalił życie i po 12 latach wrócił do Polski,  do swojej żony i do synów..

Jak myślicie?  Dlaczego tam nie umarł.

Bo był silny, odparł Mikołaj.

Zdrowy a nawet zahartowany dodała Majusia.

Bo kochał  rodzinę i chciał żyć dla swoich synów szepnął Wiktor.

Tak, tak synów, takich jak my, tata nas też bardzo kocha , uzupełnił Patryk.

To teraz cisza, kochani, czytamy:

 „….  Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór – czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?

Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę.

Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami…..”