Śladami mojego Taty. Tato zdobywa zawód…

 

 

 

Po ukończeniu Szkoły Technicznej w Wilnie Tato przymusowo spędził dwa lata w wojsku, w Suwałkach. I o tym okresie niewiele wiem, gdyż Jego opowieści o późniejszym pobycie w obozie koncentracyjnym przykryły wszystkie inne. Pozostała jedynie ta fotografia. Oglądam ją z przyjemnością , bo podoba mi się ten młody wojskowy.

Nic dziwnego, że Mama się w nim zakochała…

 

I na tym chciałam zakończyć wpisy w tej części blogu, gdyż moi Rodzice rozpoczęli  nowe wspólne życie.. …Dalsze Ich dzieje będą zawarte w  rozdziale pt.  Losy moich Rodziców.

 

 

Śladami mojego Taty. Edukacja mojego Taty.

 

Zdjęcie z rodzinnego albumu, podpisane przez Tatę. Tato jest po lewej stronie na górze, zwrócony prawym profilem do obiektywu.

 

Mój Tato od wczesnego dzieciństwa ukochał koleje żelazne. Już o tym pisałam.

Pewnie dlatego wybrał odpowiadający mu kierunek kształcenia. W efekcie ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie na kierunku Dróg i Mostów. Na zdjęciu jest grupa absolwentów, a podana data to rok 1930. Brakuje mi informacji, czy wówczas dopiero ukończył tę szkołę, czy było to spotkanie po latach. Może na dalszą edukację w Wilnie zdecydował się po kilku latach od ukończenia szkoły w Rakowie, może rodzice nie mogli podjąć decyzji- wszak był ich ukochanym chucherkiem . Bo nie sądzę, żeby miał problemy w szkole, bo był zbyt pilny, zdolny i ambitny. Ale w końcu nigdy nic nie wiadomo….Już i tak się nie dowiemy….

     Po wojnie zdecydował się pójść na studia zaoczne. Był w tym duży udział mojej Mamy, która pomysł gorąco popierała. Pamiętam Jego wyjazdy do Poznania. Ponieważ miał duże problemy gastryczne, jeszcze poobozowe, nie mógł się stołować w miejscach zbiorowego żywienia, bo dolegliwości bólowe i inne się nasilały. Dlatego Mama przygotowywała mu na te kilka dni delikatną cielęcinkę i peklowała w słoikach, które dla mnie były cudne.

Słoiki owe, jeszcze poniemieckie, miały  wytłaczane napisy na pokrywce, gładką aksamitną w dotyku gumkę i zapięcie na ciekawy zameczek. Podziwiałam kunszt…może obiektywnie niezbyt wyszukany, ale wówczas dla mnie czarujący.

Z tymi słoikami Tato udawał się na dworzec i znikał…..wracał dumny, obwieszczał Mamie, że idzie do przodu.

Aż któregoś dnia przywiózł dyplom inżyniera i wszyscy się cieszyliśmy. Oznaczało to koniec udręki , wspierania , nieobecności Taty w domu oraz możliwość jego awansu w pracy.

Bo On spokojnie wspinał się ścieżką  zawodową w swoim gorzowskim ukochanym Oddziale Drogowym PKP, aż doszedł  do najwyższego w Gorzowie stanowiska Naczelnika tego Oddziału

Śladami mojego Taty. Tato z trzyletnią córeczką- pupilką a ona znudzona i nadąsana.

 

Rok 1950. Spotkanie z obozowym kolegą Taty, panem Moszczyńskim.

 

Od wczesnych dziecięcych lat powtarzałam, że mamusia ma mojego brata- Zenona, a ja jestem tatusia.

Coś w tym było. Czy, jak uważają niektórzy,  przyciąganie płci odmiennej  mimo bliskiego pokrewieństwa czy najzwyklejsze  ciepło mojego ojca, które otrzymał w swoim rodzinnym domu i wyczuwałam je na odległość. Nie wiem.

Na pewno na kolanach taty czułam się bezpiecznie… albo gdy chodziłam z nim za rękę na jakieś spacery… a gdy byłam już nastolatką ujmowałam go pod pachę i szliśmy do gorzowskiego czerwonego kościółka.  Aż nawet któregoś dnia doniesiono mojej Mamie, że jej mąż ma jakąś  młodocianą znajomą.;-(

Działo się to we wczenych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wówczas już Mama miała poważne problemy ze stawami i na dalekie wyprawy z nami się nie wybierała.

A moja młodzieńczość wybuchła tak nagle, że ludziska nie identyfikowali szarego „kaczorka” z pannicą w rozkwicie.

I stąd te śmieszne podejrzenia o których napisałam powyżej.

Takie to były czasy….gesty, przytulenia Rodziców odeszły w przeszłość.

„To se nie wrati”- jak mówią Czesi.

Śladami mojego Taty. Zamiłowania linqwistyczne Taty.

Tato lubił się uczyć.

Pokazywał mi zeszyt przywieziony z obozu koncentracyjnego, gdzie współwięźniowie nauczali go angielskiego . Oglądałam starannie wypełnione Jego pięknym drobnym, kaligraficznym pismem strony . Jakiego to wymagało samozaparcia, by w warunkach ciężkiej pracy i głodowym życiu, mieć jeszcze takie potrzeby. Może to właśnie dało mu siłę przetrwania. 

Tak więc w obozie poznał język niemiecki  i angielski w stopniu umożliwiającym swobodne porozumiewanie się i korespondowanie.  Francuski przerabiał w szkole i ten język obok oczywiście rosyjskiego, który wchłonął z racji dzieciństwa spędzonego na kresach, miał opanowany doskonale.

W naszym warszawskim domu- a właściwie dwóch sąsiadujących mieszkaniach w bloku stale przewijali się młodzi ludzie z różnych stron świata. Motorem tych wizyt była zwykle Ewa, która uwielbiała kontakty z ludźmi , sama wyjeżdżała do pracy na tzw. Zachód i potem pojawiali się jej nowi znajomi. Bywało, że spali na matach w naszym przedpokoju, który na szczęście był duży, w odróżnieniu od pokojów. W największym, 19 m 2 mieszkaliśmy my, tam tez była jadalnia, bawialnia oraz moje miejsce pracy( nauka , czytanie literatury fachowej i pisania doktoratu) w godzinach nocnych, gdy już pokój wszyscy opuszczali. W kolejnym 11 m2 początkowo mieszkali Rodzice a gdy otrzymali mieszkanie na tym samym piętrze był to pokój Pauliny i  Justyny . I w najmniejszym, bo  8 m2 rezydowała Ewka i Marcin. Potem Marcin zamieszkał w maleńkim pokoiku u Rodziców.

Gdy przybywali do nas młodzi ze świata- z Francji, Anglii, Niemiec i  Polacy pracujący na misjach w Afryce np. Andrzej z Kamerunu, Tato był w swoim żywiole. On swobodnie konwersował z nim, oprowadzał  i potem korespondował.  

Gdy już był stareńki, ale stale dziarski, przesiadywał w swojej ciupkiej kuchni i tam rozkładał podręczniki kontynuując edukację lingwistyczną. Zapisywał słówka, montował listy etc.

Jednym słowem mógł imponować….

Śladami mojego Taty. Charakter mego Taty.

 

W pierwszym rzędzie od lewej Jania, córka brata ojca- Witolda, mój Tato i obok jego matkaBabcia Staśka. Nad Babcią żona Witolda.

 

Tato

Wacław był czwartym dzieckiem Stanisławy z domu Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza. Niebawem urodził się jeszcze jeden chłopiec- Antoś. Różnica wieku pomiędzy rodzeństwem nie była duża. I pewnie dlatego Tato nie demonstrował zachowań egoistycznych, nie lubił dominować.

Ale pod pozorami łagodności, uległości i miękkości  ukrywał duże ambicje .

Posiadał cechę , którą mozna najkrócej określić- siła spokoju.

Zresztą pewnie dzięki tym cechom charakteru nie miał wrogów, bo sprawiał wrażenie osoby łatwo poddającej się.

A tak naprawdę , to dziergał własny  życiorys wg swojego scenariusza- spokojnie i konsekwentnie.

Śladami mojego Taty. Starość moich pradziadków- Bolesława i Michaliny Rodziewiczów.

 

Jadzia Lisowa z domu Majewska i Halinka Barczyszyn- córki siostry mojego Taty- Broni w latach 80 ubiegłego wieku odwiedziły grób pradziadka Bolka Rodziewicza w Rakowie. Na zdjęciu Jadzia i nagrobek w trakcie remontu, który zorganizowały. Nie wiemy kiedy zmarła Michalina i gdzie została pochowana. Powinniśmy się wybrać do Rakowa i spróbować odnaleźć ślady. Może kiedyś nasze dzieci to uczynią….

 

 

Jeszcze jeden powrót do dziejów Michaliny i Bolka, moich pradziadków. Oto ostatnia rodzinna opowieść :

Mimo tak wielkiej rodzinnej , starannie ukrywanej tragedii, jaką było wyklęcie

jedynego syna Edwarda,  Michalina i Bolek starzeli się pogodnie.

Wg opowieści rodzinnej,  która  przechodziła z pokolenia na pokolenie goście odwiedzający ich Rakowski domu, zwykle mogli zauważyć taką scenkę:

Na powitanie gościa nikt nie  wybiegał na ganek. Bo dzieciaki opuściły już dom rodzinny a ich rodzice?. Rodzice byli bardzo zajęci…sobą….

Ponieważ drzwi do domu nigdy nie były zamykane, więc przybysz słysząc głosy wchodził śmiało do salonu.

A tam najspokojniej w świecie siedzieli sobie Michalina i Bolek i nawet nie zauważali , że przybył gość.

 Moja przyszła praBabcia Michalina siedziała sobie w swoim dużym fotelu, a Pradziadek Bolek na stołeczku u jej stóp .

Michalina była  drobna ale smukła o ładnej twarzy wesołej staruszki i  miała  zupełnie siwe włosy upięte na karku w niewielki koczek.  Bolek  wpatrywał się w nią , potrząsając  zadziwiająco jak na jego wiek, bujną czupryną.

Przybysz stanął w drzwiach i sobie myślał- jak oni się ładnie zestarzeli…

A oni tymczasem nie zwracając uwagi na to co się dzieje dookoła, stale  żywo rozmawiali , każde z nich  coś opowiadało i po chwili obydwoje głośno rechotali .

Widziano też jak mój przyszły  Pradziadek głaszcze i przytula kolana Prababci .

Zbudowali sobie swój własny ciekawy , ciepły i uśmiechnięty świat.

Na pewno nie było łatwo, ale pierwsze zauroczenie trwało przez całe życie.

To niezwykłe …

 

Śladami mojego Taty. Tajemniczy ogród mojego Taty zamknięty w czterech ścianach

Mój Tato, pod koniec swojego życia już nie wychodził z domu, bo bał się windy. Mieszkaliśmy na 8 piętrze i kiedyś znalazł się sam w windzie, która utknęła pomiędzy piętrami. Gdy wreszcie ktoś to odkrył i sprowadził pomoc, minęło kilka godzin. Nie zapomnę, w jakim był wtedy stanie- blady ze zsiniałymi wargami.

Pewnie w tym czasie przerobił w myślach czasy zamknięcia i udręki swojego sześcioletniego pobytu w obozie koncentracyjnym.

Od tego czasu postanowił nie wychodzić na zewnątrz.

Stworzył sobie swój świat, piękny, zamknięty w czterech ścianach świat.  Na meblach i parapetach gromadził różne rośliny, które niespodziewanie zakwitały. Gdy przychodziliśmy do mieszkania Rodziców, od razu zapraszał do zwiedzania jego ogrodu. Najpierw prowadził nas do okna, skąd w dole rozpościerał się  widok na wielką zieleń  koron lip , posadzonych dość gęsto w alejkach . Szerokim gestem pokazywał tę przestrzeń i oznajmiał, że oto na dole jest jego ukochany Kampinos.  Puszczę tą odwiedzaliśmy często, bo była położona zaledwie 9 km od naszego bloku. Zapamiętał to co kochał i uruchomił wyobraźnię….potem oglądaliśmy kolejno wszystkie Jego kwiaty i podziwialiśmy zamknięty w czterech ścianach tajemniczy ogród mojego Taty.

 

Śladami mojego Taty. Dwa ogródkowe urocze ” błędy” mojego Taty.

Pierwszy piękny” błąd” mojego Taty:-)

 

 

 

Także tam, w Gulczewie , popełnił  jeden a właściwie nawet dwa błędy, bo tak oceniła Jego dzieło sąsiadka. Była bardzo zdziwiona i oburzona tym, że tak może postępować i i to dorosły świadomy człowiek.

Otóż Tato odwiedzając piękny park, który został po Sadach Żoliborskich, specjalnie zebrał dla nas  nasiona dmuchawca. Przywiózł je do Gulczewa i dostojnie, uroczyście wysiał je na świeżo założonym trawniku. Gdy wiosną zakwitło pole mleczy, cieszył się jak dziecko, że jest tak pięknie. Indagowany przez sąsiadkę, dlaczego nie tępi tych chwastów, oznajmiał, że nie może ich usunąć, bo celowo je wysiał.

Podobnie było z malwami o tzw. pustych kwiatach. Były cudne, były ogromne, oczywiście puste, o jedwabistych nieomal przezroczystych pastelowych delikatnie  żyłkowanych płatkach . W tym samym czasie sąsiadka wysiała malwy , które zakwitły jaskrawo wielkimi pomponami . W jej pojęciu była to odmiana szlachetna , tzw malwa pełna.

Wkrótce nasza sąsiadka, skądinąd miła , ze zdumieniem i niesmakiem na twarzy stwierdziła, że jej malwy się degenerują bo stają się puste. Po dłuższym namyśle , doszła do wniosku, że winę ponoszą nasze, puste malwy, które zapylają po sąsiedzku jej jedynie najwspanialsze . Radziła, byśmy usunęli te obrzydlistwa z naszego terenu i wysiali takie jakie ona posiada, a właściwie posiadała przed tym zdrożnym aktem degeneracji.

Tato już tego nie skomentował, ale dalej chuchał na swoje puste, najpiękniejsze.

Zresztą o dziwo , nadal mamy malwy w naszym ukochanym Gulczewie , właśnie takie, jakie posiał mój Tato. Odradzają się już od ponad 30 lat.

Gdy na nie patrzę, wspominam mojego Tatę, jego łagodność i radość z piękna wszelakiego i najprostszego….

 

 

 

Drugi ” błąd” mojego Taty(*-*)

 

 

Śladami mojego Taty. Genetyczne aspekty ukochania przyrody.

Tytuł jest pompatyczny i miał być dołączony uśmiech- ale tam się nie zapisał(*-*).

I nadal o moim Tacie opowiadać mi się chce.

Nie wiadomo po kim Tato odziedziczył umiarkowanie w jedzeniu i piciu, natomiast bardzo  wiadomo po kim odziedziczył ukochanie przyrody.

Jego Matka- Staśka kochała kwiaty, ogród i jej ogród był pełen roślin, które zda się rosły jedne na drugich w istnym gąszczu. Jednak gąszcz ten układał się w najpiękniejszą na świecie harmonię barw i zapachów.

Tato także uwielbiał rośliny a ponadto kochał chmury. Ale to temat na osobną opowieść. W Gorzowie mieliśmy działkę pracowniczą na zabudowanych teraz terenach cudnych wzgórz morenowych. Rosły tam wielkie, rozłożyste , jeszcze (*-*)poniemieckie śliwy węgierki , które rodziły najpyszniejsze pod słońcem owoce. Grządki były równiuteńkie, kształtne, a na nich obok niewielkiej altanki ułożył  pole tulipanów o wszystkich możliwych barwach, na innych szczypiorek , koperek, pomidory . Tyle zapamiętałam. O tych śliwkach napisałam mały art. do MM- Gorzów , który pewnie tutaj niebawem wrzucę. 

W Warszawie kwiaty jedynie fotografował, bo ogrodu tam nie mieliśmy, ale już w Gulczewie nad Bugiem dbał o stan naszych grządek , krzewów i drzewek owocowych. Gdy rano wstawałam, Tato już od wczesnego świtu, był na swoim ogrodowym posterunku.Z właściwą sobie pedanterią montował równiutkie paliki przy pomidorach , skrupulatnie wyskubuwał chwasty i w ogóle przez pół dnia Go nie było widać w domu.

Niestety moje działania w ogrodzie przypominały przejście huraganu. Rzucałam się pomiędzy grządki wykorzystując jakieś wolne chwile pomiędzy pracą, nieobecnością dyżurową ,praniem, karmieniem. W efekcie w tamtych latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku mieliśmy dość duże uprawy warzyw i to nawet dorodnych…

aha, zapomniałam dodać, że jeździłam z wózkiem i małąPauliną na okoliczne błonia. W koszu pod wózkiem ustawiałam wiadro z łopatką.

Pewnie nik się nie domyśli po co to było.

Otóż poza pięknem owych łąk nadbużańskich wypatrywałam kup krowich. Gnałam w to miejsce i zbierałam . Dzieciątko zupełnie nie reagowało na smakowity zapach unoszący się spod wózka, najspokojniej spało lub szczebiotało, a ja dumna wracałam na działkę by zdobyczne kupy umieścić w metalowej beczce, gdzie po dodaniu wody po pewnym czasie zamieniały się w pienistą cudną gnojówkę. Podlewane nią pomidory rosły jak na przysłowiowych drożdżach.

O gdzie te czasy piękne  młode i świeże:-)

 

Śladami mojego Taty. Niezwykły gen opanowania w jedzeniu i piciu….

Tato był delikatnego zdrowia, ale to były pozory, gdyż przetrwał lata dzieciństwa, gdy  chorowano bez pomocy i umierano często. Dwaj jego bracia zmarli w okresie wczesnego dzieciństwa. Tato też często chorował, ale nadspodziewanie szybko wracał do zdrowia.

Nie lubił tłustych dań, tak popularnych w stronach kresowych. Nawet z szynki starannie odpreparowywał tłuste elementy .

Wydaje się ,że to było tak niedawno, nieomal wczoraj, gdy Rodzice jeszcze żyli , a przecież od śmierci Mamy  28 sierpnia tego roku minie 12 lat a Tato odszedł w grudniu 2002 roku. Obydwoje osiągnęli tzw. piękny wiek, gdyż zmarli mając  ponad 90 lat.

I widzę Tatę, jak siedzi  przy stole w kuchni ostatniego mieszkania Rodziców  w warszawskim żoliborskim bloku ( ul Broniewskiego 22 m 121) .  

Szczupły, z całkiem sporą resztką falistych starannie uczesanych włosów  wyprostowany jak struna, mimochodem demonstruje swój  piękny profil  i z namaszczeniem konsumuje. Robi to bardzo wolno,  dostojnie, i starannie przeżuwa każdy kęs, tworząc  właściwie misterium konsumpcji.

Nigdy nie  jadł łapczywie, byle jak i nie zjadał byle czego .  

Zawsze mówił, że wstaje od stołu z uczuciem niepełnego nasycenia i z łatwością mógłby zjeść jeszcze jedną porcję .

To było niezwykłe u człowieka urodzonego na wileńszczyźnie. Tam jadano wielkie , ociekające tłuszczem posiłki, np. jego brat potrafił skonsumować bez zmrużenia oka  jajecznicę z 50 jaj.  

Ciekawe od kogo mój Tato dostał w spadku takie cechy, kto mu wpisał taki gen opanowania  w jedzeniu i piciu.  Tego się nie dowiemy.  Ale we wspomnieniach rodzinnych tak zapamiętano  mojego Dziadka- Tomasza Łukaszewicza.

Niestety nie odziedziczyłam tych wartości. Jem byle co i byle jak , a często w nadmiarze.