Świat się uśmiecha

 

Napisałam ten tekst wczoraj wieczorem, ale ponieważ jeszcze dzień się nie skończył a uśmiech trwał nie chciałam zapeszać więc dotrwałam do dzisiejszego świtu. I oto jestem z moim pisaniem i Wami, kochani…..

 

SAM_3050.JPG

 

SAM_3054.JPG

Piątkowy wieczór przed michałowickim domkiem. Na pierwszym daglezje i furtka i śnieg oczywiście, także na obiektywie chyba….

 

 

Jeszcze wczoraj było szaro na mojej ulicy Szarej. Myśli kłębiły się w głowie niespokojnie,  wątpliwość pytajnikową przynosiły taką:  po co piszę ten blog i wielokrotnie otwieram drzwi do przeszłości gdzie śpi młodość mojego starego serca. W dodatku zapraszam tam  innych.

Przychodziło smutne myślenie, że komuś się to nie podoba, bo moja gorzowska przyjaciółka gonia milczy jak zaklęta a  stary przyjaciel tak napisał  pod ostatnim tekstem blogowym , że się  zadumałam. Skopiowałam ten komentarz , nie poprawiając literówki z szacunku dla siwej mądrej głowy :  „ Napisałem pamiętnik ale nikt nie czyta,. O uczuciach nie , bo jestem starej daty . Ale teraz wszyscy piszą o sobie, prawdę czy nie to inna spaprawa”.

    Jednym słowem gdy wczoraj mnie odwiedził pan Nastrój był zdecydowanie w złym humorze którym mnie poczęstował . A że nie przepadam za takim stanem i za długo to trwało a w dodatku wsysało jak dawne bagniste Podlasie ( niestety teraz osuszone – przykrość) , aż w końcu zdecydowałam , że trzeba „ wziąć byka za rogi” i rozpocząć samoobronę.

Na ratunek przybył pewien  Promyk, przechowywany przeze mnie w sekretnym miejscu komputera. I gdy sobie o nim przypomniałam, wydobyłam i wyobraźcie sobie, że się udało! Szybko wylazłam z dołka. To jednak dobra metoda znaleźć i otworzyć się na coś miłego.

Tym Promykiem był liścik od mojego wnuka.

A zaczęło się tak :

Przed kilkoma dniami mojej  czwórce  wnucząt ( tylko tej najstarszej, bo pozostała czwórka z racji przedszkolnopierwszoklasowego wieku nie została objęta „ badaniem” ) zadałam następujące  pytanie  w ich indywidualnych kontach fejsbukowych :  

„ Czy przeczytałaś ( -eś ) moje teksty w blogu zatytułowane  ” Opowieść Sylwestrowa” . Ciekawa jestem czy Wy, młodzi też tak mieliście? czy obecne czasy drapieżne, brutalne nie zabierają Wam uroku pierwszych fascynacji?”

Wszyscy karnie J odpowiedzieli, że przeczytali i dalej było tak : Trzy wnuczki w wieku nieco ponad 20 lat pytania napisały tylko :

Piękne, albo Bardzo fajny blog, albo Super się czyta i tyle. Bez odpowiedzi na drugą część pytania. Nie byłam rozczarowana , bo ich życie szaleńczo biegnie do przodu, praca studia, są w związkach, jednym słowem gdzie im do wspominania tego co było. Rozumiem, bo też tak miałam.

I tu pojawił się Promyk, który przepędził mojego gościa jakim był Zły Nastrój. To był  liścik od najstarszego wnuka, który z powagą swojej piętnastej wiosny życia rozwinął temat. Tak  odpowiedział na drugą część mojego pytania :

„ Babciu , na pewno sylwestry w tych czasach nie są takie same . Nie ma już  potańcówek na parkietach tylko raczej w domu imprezy . I na pewno nie ma takich uroków jakie były w twojej opowieści … i raczej na imprezach (przynajmniej w tym wieku ) zna się wszystkich i nie ma efektu „Wow ale super dziewczyna” . Więc trochę nie wiem jak mam porównać jak wy się bawiliście a jak my bo to też różnica wieku . Ty tam byłaś ( w tych Bierutowicach- mój przyp. )w wieku 17 lat a ja mam 15 a to w tym czasie 2 lata to dużo … I na pewno kiedy pójdę do liceum sylwester będzie inny niż teraz bo wtedy będzie efekt „Wow” ….” . 

To był balsam na moje serce, że ten chłopak jest Taki. Niby tylko zajęty fruwaniem z kitem nad Bałtykiem, meczami siatkarskimi ( I liga młodzików!) i pewnie nauką i prywatkami o których sam napisał ,  a tu odpowiedź budzącego się  Mężczyzny . Tak trzymać mój kochany M.! , mądrze i dojrzale. Ładny jesteś chłopak i miły , ale mam też nadzieję, że potrafisz rozmawiać ze swoim Zauroczeniem a nie zaniemówić w takiej sytuacji jak kiedyś Twoja siedemnastoletnia babcia. Wszak rozmowa jest człowiekowi potrzebna jak powietrze.

   Tak oto poczułam smak uroku bardziej intymnego kontaktu z wnukami i upewniłam się, że jednak warto było wrzucać te moje wspominki sercowe do tego blogu. Nawet nie zauważyłam , gdy  Zły Nastrój pospiesznie opuścił progi naszej chałupki..

    Gdy zasiadłam do pisania, nagle wszedł  niespodziewany i bardzo kochany  Gość z zaświatów. To był Jan. Jakże się ucieszyłam z tej wizyty. Jeszcze czuję jego oddech na ramieniu, gdy czyta ze mną ten tekst . Nasz niebanalny Jan ze swoim nieodłącznym szczerym szerokim uśmiechem, który  bardzo rzadko odwiedza starczą twarz. Moja Mama mówiła, że Jan szczerzy zęby. Ale Jemu i oczy się śmiały. O Janie dużo już napisałam  w posłowiu do jego blogowego  pamiętnika .  Jan, to mój teść, nauczyciel, sybirak, który pomimo wielkich trudów życia zawsze kochał młodzież i miał ze swoimi uczniami serdeczny  kontakt . Odwiedzali go w domu, już byli już dorośli , z rodzinami, chcieli pokazać swoje dzieci. Byłam tego świadkiem. Potwierdzali to,  co wiedziałam od zawsze.  Poza normalnymi lekcjami dużo  rozmawiał z młodymi (i chciał też z nami ale niestety nie byliśmy wtedy dojrzali do takich rozmów) o uczuciach, ba  nawet o seksie. Jakaż to była  otwarta i  nowoczesna  głowa jak na  pruderyjne 80 lata ubiegłego wieku!

    I tak powoli mijał wczorajszy dzień trochę szary a potem mniej szary na naszej michałowickiej ulicy  Szarej . Wszystko to,  co napisałam powyżej spowodowało, że szarość zniknęła i niespodziewanie  dziwnie pojaśniał też wieczór . Początkowo niepostrzeżenie , bo pomimo tego  , że lubię spoglądać przez okno nie zauważyłam co się dzieje. Trzy opasłe świeżowypożyczone z biblioteki książki nie wiedząc którą wybrać,  odłożyłam. Bo kątem oka zauważyłam , właściwie trudno było nie zauważyć, bo dźwięk  był ustawiony nieomal na maxa ( no cóż, bywa, że  słuch szwankuje, a tak ma teraz M.) że właśnie  rozpoczął się mecz transmitowany na Polsacie. Ekscytujący mecz piłki ręcznej Polska Serbia. Mecz trwał, a ja znowu odpłynęłam  w przeszłość. Piłka ręczna, toż był to mój szczypiorniak, nawet mam w dłoniach zapamiętanie tej stosunkowo niewielkiej piłki z jej delikatną bo skórzaną skórką . Co prawda wolałam koszykówkę,  tzw.  kosza ale patrząc na szczypiornistów od razu zapachniało mi  moim Gorzowem, Zawarciem, dużym boiskiem przylicealnym  w pięknym parku wiodącym do nietypowego wtedy w kształcie, bo okrągłego, Kościoła przy ul. Grobli. Kościół kościołem, ale najważniejszy był pobliski mu sklepik. Mieścił się w starej, oczywiście poniemieckiej chyba przetrwałej wojnę i powojenne sowieckie spalenie niewysokiej kamienicy. Wchodziło się po ciasnych schodkach. A w zaczarowanym zapachami wnętrzu  sprzedawano gorące drożdżówki. Och te drożdżówki o smaku zapamiętanym na zawsze,  kupowane po meczu i zjadane w pędzie by zdążyć na następną lekcję…

         Dopiero późnym  wieczorem zauważyłam, że obudziła się Pani Zima i stąd owa niespodziewana jasność wieczoru. Widać  lubi ona bezsenne  pracowite noce, bo pod jej kierunkiem  Chmurzaści  Podwładni  uwijali się gorliwie. I wkrótce nieśmiały pojedynczopłatkowy śnieg rozwinął się w prawdziwą zadymę.

Wyszłam tedy zwyczajowo przed dom. Błogosławiony ten podwarszawski domek który nam wyrósł na starość. Ponad 30 lat niewoli spędzonej na 8 piętrze żoliborskiego wysokiego bloku upoważnia mnie do  takiego sformułowania jak w poprzednim zdaniu. Tu mogę wychodzić przed domek, kiedy tylko zapragnę. Tylko jeden schodek, bo tak chciałam , dzieli mnie od ziemi i mam przed sobą mazowiecką równinę , melancholijną wprawdzie, ale przerywaną radośnie drzewami rosnącymi jak na przysłowiowych drożdżach. Takie mi przyszło porównanie, bo właśnie w domku kończy się program maszyny do pieczenia chleba i otacza nas zapach nieporównywalny z innymi na tej ziemi-  zapach  świeżo upieczonego chleba- szkoda, że nie mogę Was poczęstować.

      Późnowieczorny wczorajszy wiatr wspomagał jak mógł zadymę .

Stałam na ganku i patrzyłam na ten pierwszy wielki śnieg 2016 roku. Jeszcze czuję na twarzy wczorajsze jego drobne, ale gęsto pędzące z wiatrem , lepkie i zimne płatki.

Potem nagle ciemna cisza nastała  z lśnieniem bieli na przydomowych drzewach, bieli narastającej i coraz bardziej wszechogarniającej.

Pomimo porannych szarości Szarej i odwiedzin Złego Nastroju a także  późniejszych emocji meczowych razem z tym śniegiem przyszła spokojna noc.

              A rano , rano już cały Świat się uśmiechał…. 

 

SAM_3083.JPG

 

SAM_3077.JPG

 

SAM_3082.JPG

 

SAM_3085.JPG

 

SAM_3089.JPG

Mój michałowicki uśmiechnięty porannosobotni świat . Tak wygląda ul. Szara zaledwie 15 km od PKiN. I ganek i daglezje, które nam niespodziewanie wyrosły, bo przed 10 laty miały chyba 80 cm wzrostu.

 

 

Przerywnik.

Ten tekst napisałam trzy dni temu, ale dzisiaj dopiero wrzucam, bo jakoś wczoraj nie było okazji. Tamto wspomnienie miłe sercu ale jestem tu i teraz. I codzienność chociaż monotonna, też ładna przez swoją zwyczajność. Tak więc zapraszam w tę moją codzienność.  Potem wrócę do  tamtego tematu by go zamknąć, zapewniam…..

SAM_3011.JPG Trzej Królowie w 2016 roku przynieśli takie niebo, uwielbiam takie

 

Czytam dzisiejszą  Wyborczą, którą sobie przyniosłam z michałowickiego sklepiku . Każda tam wyprawa to los na loterii, albo dowieźli albo nie dowieźli. Dlatego muszę tam zapuszczać swoje kroki, co nie jest po drodze do centrum tego „city”, gdzie już w jednym kiosku na pewno dowieźli. Więc drepczę w tym ogromniastym minus szesnastostopniowym mrozie opatulona jak na Syberię, smrodu dymów wydobywających się z wielu kominów staram się nie wdychać, co przy fizjologii człowieka mającego płuca nie jest zadaniem łatwym, ale za to słońce świeci cudnie, świat pobielony mrozem też ładny. Jednym słowem żyć nie umierać. Nawet kosy dość licznie się pokazują, mieszka ich tu dużo jak widać, przysiadają na ogrodzeniach albo trawie pobielonej, łypią oczkiem błyszczącym w aksamitnej czerni piór, soczyście żółtym dzióbkiem kuszą i jak ja też wyraźnie cieszą się słońcem. Tylko oczka moje już nie takie bystrzutkie jak kiedyś, infekcją powleczone, ale widzą dookolny świat, I jest dobrze.

 Tak więc po tym ok. kilometra liczącym kółeczku docieram do wymienionego na wstępie sklepiku , wchodzę w kłębach pary do  dość mrocznego wnętrza z nikłym ciepełkiem , bo pan właściciel przesadnie nie ogrzewa i dobrze. Zerkam na półkę łowieckim okiem i widzę. Jest Wyborcza. Udało się. Dowieźli. Upolowana. Jeszcze jakieś drobne zakupy, bo wszak jutro święto Trzech Króli i wszyscy świętują, znowu, bez pamięci i radośnie. Przedszkolaki już przedszkolakują, ale uczniowie jeszcze na łasce lub niełasce rodziców w domu siedzą. Bo ferie Bożonarodzeniowe i Noworoczne  długie jaki diabli. Kto to wymyślił? Niejaki Kropiwnicki będący kiedyś prezydentem Łodzi poddał myśl, a politycy ochoczo temat kupili. I oto mamy nieustanne grudniowostyczniowe święta. Boże Narodzenie, Nowy Rok , kalendarz łaskawie dodał weekend i to jutrzejsze święto na dodatek nadchodzi. Może należy się cieszyć, że nowe władze mamy, bo jest szansa na kolejne dni wolne od pracy i nauki-  Miesięcznice Smoleńskie. To dopiero będzie raj!

     Jeszcze po przyszkolnym placu zabaw, który całkiem niedawno powstał na pustym chwastowym polu dzięki funduszom unijnym ( tak tak dzięki) wydreptuję drugie kółeczko potem dziergam trzecie do apteki i tak zostawiając za sobą iście koronkowy ślad wracam na ul. Szarą gdzie już majaczy w tle  nasz domek przysadzisty, chałupiasty, zgniłozielonodachowy, słodki i zgrabiałymi palcami otwieram furtkę .

    I oto jestem. Tutaj rozkosz, bo ciepło miło, słonecznie. Pachnie chleb, który wypiekam co ranka. Maszynę odpowiednią kupiłam niedawno. Średniodroga Tefala, ładna, nie szpeci kątka kuchennego bo czarno srebrzysta i w dodatku super. Jest. Wsypuje i wlewa się składniki a ona wykonuje pracę od A do Z.  Początkowo wydaje supermlaszczące dźwięki, gdy miesza ciasto. Delektuję się tym odgłosem, bo nie cierpiałam ugniatania ciasta. A teraz mam maszynę i świeżutki chlebek. Myślę wtedy o Tacie goni, który był pierwszym piekarzem po II wojnie światowej przyjechawszy z Inowrocławia do Gorzowa. Jeszcze brakuje mi ziaren czarnuszki, by zapach dzieciństwa poczuć. Ale muszę poszukać w Warszawie, na pewno gdzieś znajdę. Poza tym kanapa czeka okulary i gazeta. I czytanie rozpoczynam. I cóż widzę w dodatku do Wyborczej Nauka dla każdego. Coś fajnego tam znajduję i z przyjemnością sobie czytam….I tak pełznie mój dzień z szybkością wprost proporcjonalną do wieku. Zatrzymać taki czas….

 

SAM_3002.JPG

 

SAM_3003.JPGWczesnostyczniowy 2016 roku świat za naszym michałowickim oknem….

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia …

 

PC220210.JPG

 

 

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia. Mimo powtarzalności są stale przejmująco piękne, wzruszające, klimatyczne.

Po Adwentowym oczekiwaniu przychodzą zapachy dzieciństwa, barwy, obrazy. Szczególnie teraz są obok nas Ci, którzy odeszli do tego drugiego, lepszego świata. Nasi Najbliżsi , Przyjaciele, Dobrzy Znajomi i zwykli, mijani kiedyś na ulicy czy spotykani  w windzie żoliborskiego bloku Ludzie. Ich twarze rozmył czas, ale pozostają w pamięci….

Ale pora by oderwać się od tych rozmyślań i wspomnień.

Właśnie zelżał wiatr i chwilowo nie pada, więc wyruszam z aparatem fotograficznym do ogródka. Bo tam już czekają śpiące drzewka. Ubrane w kolorowe bombki śnią swoje wiosenne sny.

A może to przypadkowi przechodnie, samotni, obdarowani teraz kolorami cieszą się razem z nami.

I już nie są ponurakami jesienno – zimowymi, nie zazdroszczą tym  iglastym, stale odzianym w bujne zielone peleryny. Pozdrawiają promiennie swoje koleżanki gorzowskie i miasto z którego przybyły aż tu, na mazowieckie równiny.

I życzą im oraz innym , czasem opuszczonym i smutnym Zdrowych, Pogodnych i Radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego 2015 roku!

A my się dołączamy do tych życzeń.

Kochani, tymi pozornie zwykłymi i zda się nadużywanym słowami ale  aktualnymi od wieków,  zamykamy krąg ludzi jednoczących się w tym czasie wspólną Radością. Zapraszamy Wszystkich….

 

 

PC220211.JPG

 

 

PC230215.JPG

 

 

PC230218.JPG

 

 

PC230224.JPG

 

 

PC220210.JPG

 Zaproszenie do michałowickiego ogródka….

Sen ulicy Parkowej.

Zdjęcie0214.jpg

 

 

Jest w Michałowicach ulica Parkowa….

Kiedy się rodziła, jeszcze nieświadoma  była co ją czeka, ale czuła, że będzie jej dobrze w tym miejscu.

Osiedle było nieduże właśnie powstawały urocze uliczki z przylepionymi do nich domkami przy których właśnie wyrastały drzewa i krzewy.

Na chrzcie nadano jej piękne imię- Parkowa.

Gdy dorastała była dumna z tego, że nie nazywa się Raszyńska, Wesoła, Szara czy nawet Spacerowa. Parkowa brzmiało elegancko, melodyjnie ale i dostojnie .

I wówczas zaczęły się jej sny.

Śniła nocą i dniem na jawie, że towarzyszką jej będzie park.

Wielki park jak michałowickie zielone oko postrzegane z okien samolotów, które nawiedzają to miejsce często z racji pobliskiego Lotniska na Okęciu. To zielone oko powinno mieć źrenicę – czarną przepastną jeziorną toń z łabędziami albo ostatecznie kolorowymi kaczkami. A może to tylko byłaby błękitna wodna tęczówka z wyspą czarniawą i wierzbami płaczącymi na niej…

Ależ się rozpędziłam. To przecież mój sen na jawie, park z mojego dzieciństwa- gorzowski Park Wiosny Ludów ….

Jednak jestem  pewna, że to jest także sen ulicy Parkowej w Michałowicach .

Ale na razie ten park jest tylko wyobraźnią malowany, a w realu dookoła  pola i nieużytki.

Przytula się więc do nich taka kostropata, żwirowodziurowa ulica o dumnej nazwie. I tylko czasem słońce przejrzy się  w lustrze  jej  kałuż , kolory wrzuci, ogrzeje i przemknie dalej. A czasem zatrzyma się jakiś człowiek, bo ma czas, bo refleksje, bo aparat fotograficzny i piękne ma wspomnienia z młodości…

 

 

SAM_5852.JPG

 

 

P3.JPG

 

 

P.JPG

 

 

P2.JPG

 

Dwa w jednym.

 

 

0.JPG

I w tym wirtualnym mieście pojawiła się połowa mojego wiejskiego  domku …

 

1.JPG

I moje kwiaty widzę….

 

 

 

Niedawno wróciłam z centrum stolicy. Smętny tam widok domów oblepionych szmatami , szumnie i cudzoziemsko billboardami zwanych ( ale też opisywanych po „ Polsku” jako bilbordy ) , zanurzony w wielkim ruchu samochodów, hałasie, biegu tłumów.

Oj , to nie jest ta Warszawa sprzed ponad 40 lat. Wtedy jej centrum może też nie było zbyt ładne, ale przynajmniej oglądane  młodymi oczami. Teraz już nie te oczy i nie to miasto. Rozmawiam ze znajomymi, którzy może dlatego że też się zestarzali, postrzegają to teraźniejsze miasto tak jak ja.Może…

Jedno jest pewne, że w czasie tego półwiecza przybyło mnóstwo samochodów i ostatnio bardzo wiele osób  przyjeżdża tutaj do pracy. Znam ludzi, którzy codziennie dojeżdżają z Radomia czy Łodzi . No cóż, wielkie przemiany polityczno społeczne w naszym kraju zmiotły istniejące tam zakłady, a ludzie często lądowali na przysłowiowym bruku, zbyt często ….tak, dużo się tu ostatnio zmieniło ….tempo życia jest inne, nieznane nam kiedyś wyścigi szczurów się pojawiły,  pościg za modą, młodością, do pełnych półek w sklepach licznych marketów . Tak, ludzie gnają przed siebie, depcząc innych a duża część społeczeństwa coraz bardziej się zapada , często sięgając przysłowiowego dna.  Jak długo jeszcze będzie nakręcała się ta spirala ? nie wiem, pewnie w nieskończoność. No cóż, to cena przemian, po prostu” taki mamy klimat „….

     Tymczasem ja uciekam z centrum stolicy, uciekam  tam gdzie przysłowiowy pieprz rośnie, a właściwie na moją wieś , gdzie pieprz jedynie w miejscowym sklepiku kupić można.

Gdy więc zupełnie  przemielona, skotłowana  tumultem  miasta, zostaję wyrzucona z kolejki WKD na michałowickie bezdroża, widzę domki otulone ogródkami, przemierzam małe uliczki pod koronami starych drzew i oczy napawam zielenią i wielką ciszą i wielkim błękitem nad głową.

Tu pełen spokój , bilbordów nijakich nie widać, ludzi niewiele, równina mazowiecka jeno.

Aż zabrzęczała zadzwoniła w uszach ta  cisza, nieliczni przechodnie gdzieś pod ogrodzeniami przemknęli jakiś spóźniony samochód przejechał.

Oj, wsi spokojna, uśpiona , za tobą przecież już zdążyłam zatęsknić. Mam ciebie w genach, we krwi półwiejskiej przecie, półgóralskiej, półwileńskiej i Bóg sam wie jakiej jeszcze .  Ale urodzona w mieście jak na owe czasy dość dużym, bo w chyba 100 tysięcznym Gorzowie, hodowana w wielopiętrowych kamienicach a potem przez 40 lat hodująca własne dzieci  w bloczydle żoliborskim zostałam zarażona miejskim bakcylem.

I dlatego też  będąc na wsi tęsknię za miastem i odwrotnie. Jednym słowem stoję w dużym rozkroku , przestępując z nogi na nogę.

    I posiedziawszy na mojej wsi , zrobiwszy zdjęcia wszystkiego co kwitnie w ogródku, zająwszy się oglądaniem aparatu fotograficznego, nagle napotkałam w nim jakiś program , który okazał się całkiem zabawny.

W ramach zabawy skorzystałam z niego i teraz mam dwa w jednym : 

Jakieś duże miasto do którego zawsze tęsknię i obrazki wiejskie.

Miasto jest piękne i pięknie milczy na moje szczęście , tłumy gdzieś zniknęły.

I jest super…..

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 moje kwiaty wylądowały na bilbordach…

 

 

1.JPG

 

 

 

Walory mniszka pospolitego , leczniczym też zwanego…

 Patek.JPG

Najmłodszy wnuczek, Patryk ( 20 mies) na mniszkowym klombiku w ogródku dziadków…..

 

 

 

Mleczami je nazywamy, te kwiatki żółcią  sypiące na świeżą trawkę majową, ulubione nasze, rodzinne kwiatki.

A tak naprawdę oficjalnie jest to jest mniszek  pospolity lub lekarski( Taraxacum officinale) . Mlecz to inna roślina chociaż też z mlekiem wyciekającym z  łodygi  , brudzącym dłonie , co odkryłam jeszcze w dzieciństwie.

Mniszek należy do rodziny astrowatych ( Asteraceae) i jest ponoć wieloletni. Trudno zrozumieć dlaczego tak obficie sypie nasionami , może to silna obrona gatunku a może tylko hojność tak częsta w przyrodzie.

W Polsce jest pospolitą rośliną w całej Europie i Azji. Woli tereny nizinne, chociaż widujemy go również w okolicach podgórskich.

Poza urodą kwiatów i dmuchawców ciekawa jest jego wielokierunkowa rola zdrowotna.

Coś tam wiedziałam na ten temat, ale teraz przeczytałam w mądrościach z netu i jest to uporządkowane.  

Otóż odwar z korzeni lub nalewka pomaga w schorzeniach dróg żółciowych i kamicy żółciowej, w dolegliwościach wątrobowych. Zawiera też interferon, co pomaga zwalczać obniżenie odporności , obniża poziom cholesterolu , leczy cukrzycę w początkowym stanie, pomaga zwalczać otyłość, przydatny w leczeniu reumatyzmu, leczy choroby skóry. Wg niektórych badaczy poprawia sprawność seksualną kobiet i mężczyzn.

Wg ekspertów kulinarnych roślinę można spożywać w pysznych daniach.

I tak popularna jest zwłaszcza w krajach romańskich sałatka wiosenna z młodych surowych liści.

Natomiast po przyrządzeniu  wywaru z gotowanych kwiatów i po dodaniu dużej ilości cukru uzyskujemy syrop o barwie i konsystencji i smaku zbliżonym do miodu , który nazywany jest miodkiem majowym.

Z płatków kwiatowych mniszka po dodaniu cytryny i cukru i chyba dalszych typowych procedurach otrzymujemy  wino kwiatowe o charakterystycznym bukiecie  miodowo- ziołowym.

Tradycyjnym i popularnym orzeźwiającym napojem w Wielkiej Brytanii jest „ dandelion and burdock” ( tłum. mniszek i łopian). Uzyskiwany jest z korzenia mniszka , czasem z dodatkiem jego liści w połączeniu z korzeniem łopianu, cukrem, lub słodzikiem i innymi dodatkami.

Młode koszyczki kwiatowe mniszka były kiedyś używane jako namiastka kaparów.

A zwierzęta hodowlane wiedząc co dobre i zdrowe zajadają się świeżą rośliną mniszka…mniam, mniam…

Tak więc pozostaje przełamać nasze tradycyjne postrzeganie tej roślinki co jest etapem najtrudniejszym i wkroczyć z mniszkiem do kuchni.

Ale czy warto?Bo wtedy pochyleni nad surówkami, wywarami, naparami i innymi procesami przetwórczymi możemy zapomnieć o zachwycie nad wiośnianą urodą tej rośliny,  radości budzącego się krajobrazu i piosence, która stale jest blisko: ” …Latawce, dmuchawce, wiatr…daleko z betonu świat…”

 

 

klomb2.JPG

 

Gorzowski kasztanek na naszym mniszkowym klombie …

 

klomb4.JPG

 

 

Klomb.JPG

I oto mamy wiosnę, nie tylko kalendarzową….

 

 Krokusy.JPG

 

 

 

Stale czekaliśmy na niespodziewany marcowy  atak zimy, ale przyszła wiosna. Mam nadzieję, że o śniegach i mrozach możemy zapomnieć. Nawet mój osobisty kierowca zdecydował zmienić opony zimowe na letnie. To już widomy znak, że należy odrzucić wątpliwości i najnormalniej się cieszyć wiosną. Wiosenką….prasłowiańską Vesną wywodzącą się prawdopodobnie od” was” czyli świecić lub „wes” tzn.  wesoły….

     Na razie oszałamia nagłe ciepło, wilgotny zapach ziemi i wonie iglastych drzew i krzewów gęsto rosnących w moich Michałowicach.

Już od kilkunastu dni cieszą oko krokusy, maleńkie żonkile uśmiechają się do słońca, błękitnieje barwinkowy kwiatek a  jakieś maleńkie chwaścikowe kwieciaki bieleją i kotki wierzby iwy nagle zakwitły.

    A dzisiaj rano usłyszałam poza wrzaskiem bażantów szum wielki nad tą wierzbą.

Jej korona była otulona mnóstwem miodnych brzękadełek. Z radością zauważyłam, że to pszczoły  wstały ze snu zimowego . Pstrykałam zdjęcia, ale albo uciekały z planu, albo zoom był za słaby więc tych milutkich owadów prawie nie widać. Ale musicie mi uwierzyć na słowo…..

 

krokusy00.JPG

 

Ĺźonkile.JPG

 

WierzbaPsaczoła.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

WierzbaPszczoła1.JPG

 

ĹźonkileduĹźo.JPG

 

Barwinek.JPG

 

krokusyżółte.JPG

Michałowice odwiedził kos.

Kos_Turdus_merulaRB.jpg

 

Zdjęcie kosa zaczerpnęłam z wikipedii, bo moje, zamieszczone pod tekstem jest mało wyraźne…

 

 

 

 

Właśnie wyjrzałam za próg domku i zauważyłam na niskiej gałęzi pobliskiej sosny siedzącego sobie ptaka większego od moich sikorek, ale mniejszego od skrzekliwych choć malowniczych srok , dość  puchatego czarniawego z jaskrawo żółtym dziobem. Znieruchomiałam by nie spłoszyć i po chwili ptak zabawnie podskakując na dwóch nogach równocześnie podążył w kierunku miski z ziarnem , którą już raz sfotografowałam przy okazji bażantowej tematyki.

Byłam pewna, że jest to kos. Ostatnio nie widywałam go tu, choć może w masie innych ptaków jak wiszących na niebie skowronków, stad szpaków wygrzebujących robale z trawnika po prostu nie dostrzegałam.

Teraz, gdy trwa zima mam tylko swojego bażanta, który krąży po sąsiednich nieużytkach sygnalizując swoją obecność skrzekiem choć nie tak donośnym jak w czasie godów, gromadki sikorek , stadka srok- co budzi niepokój, bo ponoć jajka innych ptaków uwielbiają i w ten sposób wycinają całe populacje, gawrony gdzieś tam kroczą wspominając wschodnie kraje, skąd przybyły na zimę, które Żona profesora nazywa „ łukaszenki”i czasem jakieś rybitwy wysoko niebem przemkną.

Kos był dla mnie gościem niezwykłym.

Tym bardziej, że opisując czasy spędzone w Szpitalu im. Dzieci Warszawy podkładem muzycznym wspomnień jest śpiew kosa, który mieszkał w sąsiadującym wielkim drzewie i o świcie gdy zdarzało się, że byliśmy zmuszeni prowadzić akcję reanimacyjną  lub inne nadranne dyżurowe czynności dodawał nam otuchy, był nadzieją …..

Kos zwyczajny ( Turdus merula) jest ptakiem częściowo wędrownym z rodziny drozdów ( Turdidae).

Jak wikipedia donosi zamieszkuje prawie całą Europę, południowo wschodnią i środkową Azję , północno zachodnią Afrykę. Stąd został introdukowany ( jak mądrze piszą w necie) czyli po prostu przeniesiony do Australii , Nowej Zelandii i na okoliczne wyspy.

Przed zimą, w październiku i listopadzie , kosy zamieszkujące północ i wschód Europy wędrują w rejon śródziemnomorski  a także Azjatyckie przemieszczają się na południe. Wracają w marcu i kwietniu.

Kosy nie boją się miast, gdzie zamieszkują przez cały rok i uzyskały już miano ptaków miejskich . Czasami tylko opuszczają mury i gwar miejski by zimą napawać się wiejską ciszą, taką jaka w  moich Michałowicach.

Nas  na pewno odwiedził samiec, gdyż był taki jaki w oficjalnym opisie -jednolicie czarny z żółtym dziobem z ciemną końcówką. Starsze osobniki ponoć mają dziób pomarańczowy ( zwłaszcza wiosną). Podobno na tej  podstawie kosy rozpoznają osobników tego samego gatunku.

Ich ciemnobrązowe oczka są obwiedzione otoczką nagiej żółtej skóry.  Pani Kosowa ma upierzenie  oliwkowobrązowe z niewyraźnymi brązowymi plamkami na szarym spodzie i rozjaśnionym podgardlem, różowawą gardzielą, dziób brązowy. Państwo Kosowie mają nogi ciemnobrązowe. Ich dzieci są podobne do mamy ale bardziej brązowe i intensywniej nakrapiane na brzuszku. Początkowo mają ciemny  dziób który nabiera charakterystycznej dość jaskrawej barwy dopiero w drugim roku życia.

Młodzi panowie mają upierzenie matowe, podczas gdy w pełni dojrzałości pięknie lśniące.

Obie płcie kosa mają podobną wielkość ciała i wszystkie kosy posiadają dość  długi ogon co odróżnia je od nieco mniejszego szpaka.

Latają zwinnie chociaż dość wolno.

Wśród kosów miejskich zdarzają się ubarwione inaczej i są to pełni lub częściowi albinosi. Leśne kosy takiej maści nie miałyby szans przeżycia, ale w mieście gdzie jednak naturalnych zagrożeń jest mniej, przeżywają łatwiej.

   Jeśli zbliża się napastnik kos alarmuje krótkim ostrym „ czuk” , a spłoszony powtarza ten dźwięk aż do głośnego jazgotu. Wydawane dźwięki alarmowe są różne gdy napastnik znajduje się na ziemi a inne gdy w powietrzu.

Kos w okresie godowym, nawet w czasie późnej zimy śpiewa najpiękniej jak umie- czysto i głośno. Wówczas to możemy usłyszeć melodyjne fletowe gwizdy podzielone na wyraźne zróżnicowane zwrotki” tak tak”, „ duk duk” i „ diks diks „z wplecionymi szorstkimi elementami i gwiżdżącymi strofami.

Ptak ten potrafi włączyć do swojego śpiewu motywy świergotliwe a także naśladować dźwięki z zewnątrz, np. dzwonki telefonów komórkowych.

Pomimo tego, że przebywa głównie na ziemi intensywnie poszukując pożywienia wśród liści lub w ziemi, gdy zamierza śpiewać – sadowi się wysoko na drzewie, antenie telewizyjnej lub dachu dużego budynku. Można go usłyszeć już pod koniec lutego, czasem późnym wieczorem lub nawet nocą w oświetlonym miejscu np. przydrożną lampą uliczną ale najczęściej wyśpiewuje swoje wspaniałe pienia wczesnym rankiem.

Jest mało płochliwy, porusza się skacząc. Żywi się dżdżownicami, ale też szkodliwymi pędrakami a czasami pustoszy sady, bo bardzo lubi dojrzałe owoce, które potrafi tak wyjeść, że zostają tylko same skórki…

Początkowo mieszkał jedynie na terenach leśnych, w parkach czy ogrodach, ale od lat 30 XX wieku zaobserwowano, że przyzwyczaił się do człowieka i możemy go spotkać nawet w zakrzewionych centrach dużych miast. Jest to związane z łatwością zdobywania pożywienia w pobliżu siedzib ludzkich.

Im dalej na wschód, tym mniej kosów związanych z człowiekiem a więcej dzikich, leśnych.

Kos jest ptakiem monogamicznym, samce potrafią walczyć o swoje terytorium, niekiedy kalecząc rywala.
Pan kos jest leniwcem, gdyż do budowy gniazda zatrudnia swoją małżonkę. Ta bidula tka je z mchu, suchych liści, korzonków, drobnych gałązek, źdźbeł trawy a następnie umacnia mieszaniną próchnicy, gliny i żwiru.  W efekcie wnętrze przypomina czarkę, którą mości trawą ale także znalezionymi obok siedzib ludzkich resztkami folii, sznurka czy papieru. Gniazdo zwykle położone jest nisko w koronie niewielkiego drzewa, przy pniu, na pnączu, zwykle na wysokości 2- 3 m nad ziemią, ale zdarza się, że nawet 50 cm od podłoża. Potem niestrudzona mamusia przez 12-14 dni wysiaduje jajka. Jednak wreszcie tatusia rusza sumienie i co godzinę zmienia żonę by odpoczęła i zdobyła sobie pożywienie. Gdy już widzi swoje ciemnoszare dzieciątka, sam je karmi różnymi robaczkami.

Do początków XX wieku polowano na kosy w celach konsumpcyjnych, jednak na szczęście ten zwyczaj już zarzucono. Chociaż jeszcze pamiętam Maltę sprzed laty, gdzie masowo strzelano do małych ptaszków i to chyba w celach rozrywkowych i dopiero wejście tego kraju do UE spowodowało, że ten barbarzyński zwyczaj został objęty zakazem. W Polsce ptak ten jest pod ścisłą ochroną, chociaż globalnie nie jest zagrożony . Niestety  na kosy polują namiętnie koty, kuny i inne drapieżniki, zwłaszcza w okresie wysiadywania jaj, bo niskie położenie  gniazda stanowi dodatkową zachętę. Nie zapomnę jak w zeszłym roku cieszyłam się, że wśród konarów niewielkiej jabłonki nad moim Bugiem ujrzałam gniazdko a w nim mamusię ptasią wysiadującą jajka. Prawie się nas nie bała. Ale gdy przyjechaliśmy po kilkunastu dniach gniazdko było puste. Chcę wierzyć, że ptaszki same je opuściły, tak jest łatwiej….

Tak więc mój gościu miły uważaj na koty które często nas odwiedzają, ciesz nasze oko a gdy przyjdzie pora zaśpiewaj najpiękniej jak potrafisz….

 

 

Zdjęcie0143.jpg

 

 

 

 

 

 

Piękni sąsiedzi….

Nasza michałowicka wieś, chociaż odległa jedynie o 15 km od serca Warszawy i intensywnie teraz zabudowywana stale zaskakuje swoją pierwotną urodą. Oby jak najdłużej….

Do nas, szaraczków, gdzie my ubrani nieciekawie a na pewno nie barwnie i myszki szare i ptaszki mało kolorowe ale za to pięknie śpiewające, przybył bażant. Od kilku lat odwiedza nasz ogródek i spokojnie przemierza pałacie wyliniałego trawnika dumnie pokazując swoje cudne pierzaste ubranie. Wprawdzie nie ma tak okazałego grającego kolorami ogona jak bażant królewski widywany na filmach i w uniejowskim parku, ale  nam się zdaje, że przybył prosto z królewskiego stołu. Oj, matka natura odziała go najpiękniej jak umiała. A może myślała o nas, by urozmaicić codzienność naszym oczom i wprowadzać w zachwyt zapierający dech w piersiach. Ptak ów jak widać nie zdaje sobie sprawy z wrażenia jakie sprawia, nie lubi się fotografować , jest płochliwy i zawsze ucieka sprzed obiektywu. Ma bardzo silne nogi, na których potrafi gnać w wielkim pędzie by po chwili wzbić się ciężko w powietrze jednak tylko na wysokość płotu i zniknąć w trawach.

Tej jesieni udało mi się upolować go bezkrwawo zza szerokiego okna naszego domku.

 

 Bażant urodę ma niepospolitą ale głos skrzeczący, przenikliwy i ogólnie niemiły. Jak widać bozia obdarowuje po równo, jednym urodę innym głos piękny….

Gdy nadchodzi wiosna słyszymy jego bojowe krzyki a następnie łopotanie silnymi skrzydłami. To są gody. Zaleca się do swoich płowych mało urodziwych samiczek, zaznaczając swój teren i gromadząc wokół zachwycone wielbicielki. Zdobywa je nie tylko swoją postawą urodą ale też przynosi im podarunki w postaci pokarmu….

Bywa, że  przy mnogości ptactwa nie zwracamy uwagi na charakterystyczne bojowe skrzeki panów bażantów. Zresztą trudno je wypatrzyć w wysokich trawach. 

Teraz, gdy zima śnieg przyniosła i syberyjski wicher dmie żal mi tych pięknych ptaków. To duże ciało , bo waży ok. 1,5 kg musi przecież być odżywione, a kiedy nadejdzie wiosna gotowe do godów i wychowywania potomstwa.

I gdy już trudno o pożywienie , owoce, ziarna nadeszła pora na dokarmianie.

Ledwie dzisiaj zakupiłam mieszankę różnorodnych ziaren dla ptaków i wsypałam do miski, z nadzieją, że myszy tam się nie dostaną ( chociaż i głodnych myszek żal) a już po kilku godzinach zobaczyłam ślady bażancich stóp na śniegu gromadzące się wokół jedzonka. Wielka to jest dla mnie radość ….

 

 A teraz poczytuję o bażantach w necie. I chcę się podzielić fragmentami tej wiedzy….

 

Otóż bażant ( Phasianus colchicus)  jest azjatyckim ptakiem z rodziny kurowatych. Pierwotnie zamieszkiwał jedynie Kaukaz, Zakaukazie oraz pas od Iranu po Mandzurię, Chiny i północną część Półwyspu Indochińskiego.

Stamtąd został przywieziony przez zachwyconych nim ludzi w czasach Starożytnej Grecji i Rzymu, ponad 3 300 lat temu  do krajów Śródziemnomorskich, Włoch, Francji i Niemiec. Pomimo tego, że urządzano polowania na bażanty, równocześnie hodowano je i następnie wypuszczano na wolność. Ptaki te łatwo się adaptowały do życia na wolności . 

W Polsce bażanty pojawiły się dopiero w XVI wieku.  Widocznie u nas czuły się dobrze, bo zostały i oko cieszą . Lubią tereny nizinne, otwarte przestrzenie porośnięte krzewami, skraje pól, szuwary, niezbyt gęste lasy .

Rzadko widywane są na północy kraju.  

Ponieważ są dość wrażliwe na złe warunki klimatyczne, mogą ginąć w czasie silnych mrozów i śniegów. I dlatego nadal są nadal hodowane przez człowieka i wypuszczane na wolność.

    Bażanty należą do największych polnych ptaków grzebiących Europy ( po głuszcu) i stanowią najliczniejszą grupę tak dużych ptaków. Mają charakterystyczne potężne nogi, z ostrogami i trzema palcami i silnymi pazurami. Nie muszę opisywać jak wygląda samiec, bo wystarczy obejrzeć zdjęcie- jest tam widoczne wszystko i zielona głowa z dwoma małymi czubkami i czerwoną nagą skórą wokół oczu i biała obroża na szyi. Barwy całego ciała są po prostu cudne. Panie bażantowe są mniejsze i jak wśród ptactwa bywa, skromniej odziane w barwy.

Zwyczaje bażantów są zbliżone do kury domowej. Ptaki to towarzyskie, lubią przebywać w małych grupach.

Nocują na większych gałęziach drzew i w krzewach.

Jeśli przebywają w pobliżu domostw, spełniają pożyteczną rolę tępiąc szkodniki. Bo poza strawą roślinna, zjadają dużo owadów, much, stonkę ziemniaczaną, dżdżownice, jaja mrówek i ślimaki a czasami nawet żaby, jaszczurki, gryzonie, małe ryby a bywa, że i  padlinę.

Słyszymy je wiosną, gdy grupy się rozdzielają , koguty znaczą swe terytorium bardzo głośnym przenikliwym krzykiem po którym hałaśliwie kłapią skrzydłami. Swoim wybrankom starają się zaimponować nie tylko tą postawą ale też ofiarowują im prezenty z pokarmu.

Czasami koguty walczą pomiędzy sobą, ale raczej nie są za bardzo bojowe. Tylko wyjątkowo są monogamiczne, najczęściej mają  kilka partnerek .

 

I na tym dzisiaj kończę bażancią opowieść.

 

Zaraz pognam sprawdzić czy są świeże ślady stóp wokół miski i ziarna do niej dosypię i po nowe do niedalekiego sklepu się udam. Pisząc- niedalekiego zatrzymałam się nad tym wyrazem. Otóż sklep ten znajduje się ok. 1,5 km od nas. Tutaj, na wsi, miejskie pojęcie odległości nie ma zastosowania. Nie ma środków komunikacji ,  kolejka  WKD do Warszawy 3 km od nas, więc per pedes do sklepu się udam….dopóki nogi noszą….plecak na ramiona i w drogę po jedzonko dla moich pięknych sąsiadów…

 

 

BaĹźant7,12,2013.JPG

 

 

BaĹźant7.12.2013.JPG

 

 

Gość za oknem 6.12.2013.JPG

 

 

Ślady1.JPG

 

 

Ślady2.JPG

 

 

Ślady3.JPG

 

 

Ślady4.JPG

 

 

Miska.JPG

 

 

 

Mili sąsiedzi. ( 4 ).

 

 

kot sąsiad zamyślony.jpg

 

 

Jeszcze się zastanawiam…..

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 4 )

 

A teraz będzie zapowiadana wcześniej historyjka o mamie Zuzi i naszym pierwszym spotkaniu.

Otóż pewnego dnia jak zwykle wyjrzałam na pustą naszą ulicę a wtedy jeszcze żwirową drogę i zobaczyłam mamę Zuzi.

Jechała jak zwykle rowerem, ale dziwnie spokojnie, dystyngowanie i z wewnętrznym skupieniem a nawet wyraźnym napięciem.

Widząc mnie, zatrzymała się, przywitała i pokazała na rowerowy kosz.

Popatrzyłam- a tam siedziało sobie ciasno obok siebie chyba z 7 kotów. Też były przejęte wyprawą, chociaż podobno już przyzwyczajone do takich. Dowiedziałam się , że cała grupa zdążała do weterynarza na szczepienia ochronne. 

Po rozstaniu z tą majestatyczną grupą kroczyłam dalej moją nibyulicą i uśmiechałam się do siebie mając przed oczami poważne miny kotów, ich śmieszne uszka, wielkie lśniące oczy i dostojne wąsy i  przewodniczkę tej grupy, która jechała rowerem ostrożnie, by zwierzątka się nie wystraszyły lub nie doznały urazów na wyboistej drodze.

Właściwie nigdy nie było w naszym domu zwierząt, ani w gorzowskim ani w warszawskim. Nie było odpowiednich warunków, bo mieszkaliśmy zawsze w kamienicy, kiedyś nawet pragnęłam, ale skończyło się to szybko. I pewnie jeszcze kiedyś opowiem, gdy wrócę do moich gorzowskich czasów….

Tak więc teraz mając więcej czasu i odpowiednie warunki do obserwacji mogłam się przypatrywać tym niezwykłym tajemniczym zwierzętom. Zadziwiały mnie i zachwycały.      

 Od czasu naszego zamieszkania na tej wsi, koty Zuzi odwiedzały i odwiedzają nas codziennie.

Gdy spadł śnieg, rano widziałam równiutko i linijnie układające ślady ich łapek na wielkiej bieli. Zachwycałam się, że przybywają i spełniają swój tajemny rytuał.  To było bardzo miłe uczucie znajdować te tajemne szlaki na dziewiczym puchu śniegowym. Ślady wskazywały na to, że koty pierwsze swoje okrążenie wykonywały blisko domu a następne wzdłuż  ogrodzenia. Jaki był cel tego obchodu, nie wiem, ale na pewno spełniały go codziennie systematycznie i przed świtem.

Lubiłam obserwować, i przyznam, że  z wielkim zadziwieniem, bo widziałam to po raz pierwszy w życiu ( tak tak,  jednak tego się nie spodziewałam, że jeszcze napiszę- po raz pierwszy w życiu- przecie tak już długo żyję ) jak lekko i sprawnie wskakują na grzbiet siatki ogrodzeniowej i miękko układając łapki jedna przed drugą idą jak po linie, zachowując idealną równowagę . Początkowo wstrzymywałam oddech, bojąc się, że spadną, ale potem już się przekonałam, że  nic im nie grozi bo mają we krwi takie akrobatyczne prawie wyczyny.

    Czasami zastawałam kota rezydującego  na naszym trawniku. Potrafił tkwić w jednym miejscu chyba godzinami, w czujnym przysiadzie i wpatrywać się w to jedno miejsce tuż przed nosem. I gdy tak siedział nieruchomo, nawet czułam się już znudzona obserwowaniem , nagle się zrywał z miejsca , wykonywał jeden wielki sus i lądował z pyszczkiem przywartym do ziemi. Zdarzało się , że triumfalnie potem na mnie  patrzył a z pyszczka zwisała mu najprawdziwsza, jeszcze miotająca się mysz.  Któregoś dnia znalazłam na wycieraczce przed drzwiami wyjściowymi nieżywą mysz, osobliwy to dar któregoś z kotów….

    Kiedyś wieczorem siedzieliśmy przed TV, światło było nikłe i nagle spojrzałam na przeszkolone drzwi wiodące na taras. A za tymi drzwiami siedział nieruchomo kot nieomal hipnotyzując mnie spojrzeniem. Miał bardzo zainteresowaną minę, wyraźnie zaciekawiony zaglądał do wnętrza naszego pokoju, a może my byliśmy przedmiotem jego obserwacji, nie wiem. Ciekawe o czym wtedy myślał. Piszę o jednym kocie, ale odwiedzały nas różne.  Może losowały pomiędzy sobą, który dzisiaj wybiera się z wizytą, bo zwykle był tylko jeden. Sytuacja się powtarzała , teraz zaglądają do nas rzadziej, pewnie już dokonały prezentacji i nas też już poznały. Oczywiście spotykając Zuzię lub jej mamę, opowiadałam o tych wizytach, określałam wygląd kota i pytałam czy to kot z ich domu. Okazało się, że wszystkie były naszymi sąsiadami …

    Oczywiście gdy  latem były otwarte  drzwi potrafiły bezszelestnie wejść do wnętrza domu i usadowić się na kanapie lub buszować w okolicy lodówki.

    Nie zapomnę takiego wydarzenia, z pierwszego roku naszego tutaj zamieszkania,  gdy przygotowując karpie świąteczne, wyrzuciłam świeże głowy tych ryb do ogrodu, myśląc właśnie o tych kotach. Oczywiście głowy  zniknęły w szybkim tempie. Nie byłam pewna, czy postąpiłam właściwie, ale gdy  po kilku dniach spotkałam mamę Zuzi  zapytałam, czy dobrze zrobiłam . A wówczas ona się zaśmiała, oj dobrze, bardzo bardzo dobrze…a nie wiedziałam skąd moje koty przyniosły do domu świeże głowy rybie i nawet chciały się z nami dzielić…..

A teraz będą zdjęcia jednego z kotów….wprawdzie nie posiadam dokumentacji  wszystkich opisanych sytuacji, ale znalazłam w swoim komputerze efekty pewnego polowania….

 

 

Kot1,2.JPG

 

 

I wyruszam na polowanie…

 

 

Kot1,5.JPG

 

 

Jeszcze nasłuchuję , gdzie zachrobocze lub zapachnie mysz…

 

 

Kot1,4.JPG

 

 

Może gdzieś przy drodze znajdę…

 

 

Kot1,3.JPG

 

 

Chyba jednak wrócę na trawnik….

 

 

Kot3.JPG

 

 

Tak, warto było tutaj wrócić…to tutaj najbardziej pachnie moja osobista myszka…zaczaję się więc….

 

 

Kot2.JPG

 

 

Hurra…udało się!!!

 

 

Kot4.JPG

 

 

Teraz mogę sobie już spokojnie ale triumfalnie  pójść dalej…