Tatarki z mojego dzieciństwa.

417px-Tatar_woman_XVIII_century.jpg

 

 

 

 

 

Oglądam zamieszczony w Wikipedii wizerunek  XVIII wiecznej kobiety tatarskiej sporządzony przez nieznanego autora i usiłuję znaleźć charakterystyczne, poznane w dzieciństwie rysy twarzy . Zdejmuję więc z głowy tej Tatarki przyodzienie , dodaję jej uśmiech i wreszcie jest…jakiś cień, ślad i  wreszcie fala ciepłych dziecięcych gorzowskich wspomnień….

Jak już wielokrotnie pisałam, urodziłam się po  wojnie w mieście bliskim granicy z Niemcami. Przybyli tam moi rodzice po wojennej zawierusze . W poniemieckim mieście Gorzowie znaleźli swój nowy dom i próbowali żyć normalnie. I tak z czasem się stało. Pozostały tylko ich opowieści o straszliwych czasach, łzy matki nocą opłakującej utratę wojennego synka i pewnie jakaś radość z mojego przybycia na świat.

Łaziłam z mamą po Gorzowie. Bardzo lubiłam cotygodniowe wyprawy na rynek .

Barwny tłum, wesołe znajome już kumoszki witały. Unosiłyśmy słoje z gęstą śmietaną, białe sery trójkątne, wyjęte ze śnieżnego płótna i wonne osełki masła , nie mówiąc o żywej trzepoczącej się w siatkowej siatce kurze , która próbowała mnie dziobać albo drapać pazurem i patrzyła wielkim błyszczącym okiem. Na szczęście nie bardzo kojarzyłam jak ona kończy życie, bo rodzice oszczędzali mi tego widoku. Więc postrzegałam ją jako ciekawe choć wrogie w tej siatce zjawisko.

Były też dni , kiedy Mama mówiła, że dzisiaj będą Tatarki. Opowiadała mi przy okazji, że przybyły z dalekiego kraju i od tej pory jawiły mi się jako istoty z innego tajemnego świata. Tylko od nich Mama kupowała  warzywa, bo tak jakoś czarowały ziemię, że rodziła pięknie i dorodnie.  

Wypatrywałam więc, czy  zobaczę je pierwsza . I zwykle tak było, więc wołałam radośnie, że są. Maleńkie, kształtne  czarnowłose kobietki o okrągłych buziach.  Zawsze myślałam, że są jak ładne lalki. Podobały mi się , lubiłam tajemnicę pochodzenia, którą nosiły i takie je zapamiętałam. …

Miałam wówczas kilka lat i cały świat wydawał mi się trochę zaczarowany, bajkowy. Więc od razu sobie wyobrażałam, że te ładne małe kobietki – laleczki są czarodziejkami.

Mama witała je  serdecznie, może były matkami jej uczniów i stąd ta znajomość, a może tylko sympatia bazarowa, nie wiem. Wiem tylko jedno, że czarna rzodkiew kupowana u nich była pięknie dorodna, nigdy potem już nie widziałam takiej, a wypatrywałam na warszawskich bazarkach wspominając gorzowskie Tatarki.

Te gorzowskie  dorodne  czarne kule przynosiłyśmy do domu a tata tarkował na tarce z drobnymi oczkami i surówka była pyszna choć mocno piekąca w gardło. Uwielbiałam także kromeczki chleba posmarowane masłem i pokryte cienkim krągłym talarkiem chrupkiej wilgotnej czarnej rzodkwi….

Do dzisiaj czuję charakterystyczną woń świeżej czarnej rzodkwi, utrwalony  zapach  i smak z gorzowskiego dzieciństwa…

 

 

 

Żal mi tych, którzy teraz się cieszą na Krymie- może nie mam racji…

 

Nigdy nie byłam na Krymie, dlatego  nie zamieszczam własnych  opisów panujących tam klimatów a jedynie informacje  z tzw. drugiej ręki . 

  W zeszłym roku wybrała się tam na wczasy moja koleżanka. Opowiadała z ożywieniem o tym planowanym urlopie, jednak po powrocie entuzjazm był bliski zeru lub nawet poniżej zera. Nie jest to dziewczyna rozpieszczona przez życie, zna świat, potrafi odróżnić to co ładne i nie krytykuje bez powodu. Z tej strony dobrze ją poznałam. Pomimo tego, że mieszkamy w tym samym mieście, spotykałyśmy się czasem przypadkowo w zupełnie dziwnych miejscach. A to na lotnisku , kiedy to okazało się, że wybraliśmy ten sam pobyt z tym samym biurem turystycznym na Rodos. A to niespodziewane w tym samym czasie wczasy w Portugalii. Po przedwczesnej śmierci Jej męża, Bronka wybraliśmy się razem do Chorwacji. Nigdy nie narzekała na jakość hotelu, złą pogodę czy jakieś inne trudności, zwykle nieuchronne  na takich wyjazdach. Zawsze pogodna, namiętnie pływająca w morskich toniach częstująca winem wieczorową balkonową porą.

Ta długa opowieść o Joannie to nie tylko przypomnienie Jej dobrej energii ale też podparcie do opinii którą niedawno przywiozła z  wczasów na Krymie.

Była zniesmaczona panującym tu postkomunistycznym klimatem, mnogością instalacji wojskowych, portów zapchanych okrętami , brzydkimi hotelami cuchnącymi środkami dezynfekcyjnymi , podławym jedzeniem i przaśnymi warunkami, które proponują turystom. Orzekła, że nigdy tam się już nie wybierze.

W dzisiejszej sytuacji Krymu na pewno   wybierze się tam niewielu Polaków.

     I oto widzę jak przed kamerami telewizyjnymi kobiety cieszą się z zaanektowania półwyspu przez Rosję  i opowiadają , że wreszcie nie będą oglądały skąpych turystów z Ukrainy – w domyśle i z Polski- bo jak podają było nas tam 300 tys. rocznie . Gdy wykrzykują  triumfalnie  , że teraz będą tu przybywali tylko Rosjanie- bogaci turyści i sypną groszem, najzwyczajniej żal mi się ich robi .

Bo nie chciałabym krakać.

Ale widząc w wielu krajach zachodnich turystów rosyjskich , bogatych , ozłoconych , rozhulanych rezydujących w swoich przepysznych hotelach nie bardzo ich widzę w tej krainie i w ośrodkach pachnących na odległość komuną.

Chyba wiele czasu potrzeba by zdewastowany zmilitaryzowany kraj krymski ożył, rozpalił swoje pierwotne uroki i przyciągnął  tych nowobogackich….

 

 

Krym się udał Panu Bogu, ale….

 

wodospadykrymskie.jpg

 

Wodospady krymskie. Zdjęcie wykonał Oleg Bryzgalov. Autor zamieścił je w necie i udostępnia za zgodą. Ponieważ nie mam z nim kontaktu, proszę o zgodę- mam nadzieję , że zaakceptuje. Jeśli nie, oczywiście usunę ….

 

 

 

 

Pewnie Stwórca się cieszył, gdy rzeźbił naszą ziemię.

W przypływie fantazji postanowił urozmaicić właściwie równą  linię brzegu Morza Czarnego przylepiając w jego części północnej trójkątny skrawek lądu tworząc półwysep i nadał mu na imię  Krym. Obrysował  go 1000 kilometrową  granicą z morzem  i  połączył  tylko jedną  wąziutką  wstążeczką z lądem  . Kiedy  zauważył, że nazwano go Przesmykiem Perekopskim , zgodził się na tę nazwę, podobnie jak  na nazwę Cieśniny Kerczeńskiej ,  która od wschodu  dzieliła ląd z owym półwyspem.

Ale jeszcze przedtem starannie modelował te przeszło 27 tys. km kwadratowych  swojego ulubionego Krymu.  Piękne pasma górskie liczne rozrzucił , gęstymi lasami przyprószył , wypiętrzył dwa  szczyty  sięgające 1545 m . n .p. m., które nazwał   Roman Kosz i Czatyrdah a potem dodał na północy wielką połać  stepu przyprawiając go słonymi jeziorkami . Południe obdarował ciepłym łagodnym klimatem i z przyjemnością obserwował jak dobrze się tam czuje  roślinność podzwrotnikowa a ludziom ofiarował  tam urocze doliny i piękne plaże nadmorskie. .

I o rzekach Stwórca nie zapomniał. Ale niecierpliwy był, bo szkicował krótkie i wyszło ich 1657 a jedynie przy 150 z nich dłużej przytrzymał ołówek i tylko one mają ponad 10 km długości.  Niestety lato wypijało i do tej pory wypija z nich wodę, zostawiając suchy zarys koryta i dopiero przełom lutego i marca wylewa z nieba wodę i wówczas rzeki bujne i dumne pięknie płyną do morza a czasami spadają z wielkich wysokości tworząc słynne  wodospady Krymskie.

      I przybyli ludzie na tę krainę czekającą .

Podobno najpierw pojawiali się tu z Iranu Taurowie ( ich najstarsze zabytki pochodzą z przełomu II i I tysiąclecia przed naszą erą)  a  także wędrujący koczownicy z terenów obecnej pd- wschodniej Ukrainy zwani Kimerami , w VII wieku przed naszą erą przywędrowali na Krym Scytowie, pochodzący podobnie jak Taurowie   z Iranu . To oni zbudowali potężne państwo, które przetrwało do II wieku p.n.e. Wówczas to wojska Aleksandra Macedońskiego i najazdy Sarmatów zniszczyły państwo, ale nie kulturę. Cudem uratowani  Scytowie odbudowali swój kraj na Krymie. Powstały ich miasta i równocześnie kolonie przybyłych tu Greków.  Jedno z miast było zlokalizowane w okolicach obecnego Sewastopola i tam, gdzie Kercz teraz. W efekcie na południu półwyspu mieszkali Taurowie a północ była nadal opanowana przez Scytów. Oba te narody toczyły  ze sobą nieustanne boje.

W I w.n.e. interweniowali  panoszący się w świecie Rzymianie. Scytowie nie mogli się z tym pogodzić i nie ustawali w walkach.

Jednak gdy w  III w.n.e pojawili się tu Goci, zburzyli miasta Scytów jednocześnie przynosząc zagładę temu państwu. Późniejsze najazdy Hunów unicestwiły resztki Taurów i Scytów a ocalałe państwa- kolonie greckie ulegały wpływom chrześcijańskim , które od III/ IV n.e. stopniowo zdobywało wpływy. …

Nie będę pisała o dalszych losach ludów zamieszkujących Krym, bo burzliwe były i może nudne …

Jedno jest pewne, Krym był półwyspem, gdzie przez wieki spotykali się ludzie Wschodu i Zachodu. I właściwie trudno orzekać kto ma największe prawa by uważać, że Krym jest jego. Ale to na marginesie tylko uwaga.

Ludziska zajmujący te tereny pozostawiali  wielkie bogactwo zabytków. Można podziwiać starożytne greckie ruiny, intrygujące miasta skalne- pamiętające średniowieczne twierdze, ruiny ormiańskich klasztorów, a także pamiątki po Tatarach: meczety czy słynny Pałac Chanów w Bachczysaraju.

Można też urządzać wyprawy w góry, wdrapywać na skałki, przemierzać szlaki rowerowe, pławić się w morzu, sycić oczy widokami, odwiedzać bazary pełne  kolorowych krymskich owoców….

Tak, Krym się udał Panu Bogu….

Jednak…cdn

 

Opracowałam na podstawie wiadomości z  różnych portali . Dodałam tylko od siebie  wymyślone informacje o Panu Bogu – ale może tak naprawdę było….

Jak dobre panie Ukrainki ratowały mi życie.

 

UkrainaO.JPG

 

 

 

Były późne lata 90 ubiegłego wieku.

Moi  90 letni Rodzice stopniowo odchodzili od nas. Los nie szczędził im cierpień, znacznego zniedołężnienia i bezradności i równocześnie okrutnie pozostawił Im jasny przenikliwy młodzieńczy  umysł . To zderzenie zaniku sił fizycznych przy mentalności jasnej i przejrzystej było trudne do zniesienia nie tylko dla Nich ale i dla nas, którzy na to patrzyliśmy bezradnie.

Nie umiałam sprostać prośbom mojej głuchej ślepej i bezwładnej Matki, by skrócić Jej życie. Wielokrotnie mówiła: jesteś lekarzem, to wiesz jak to zrobić bym się już nie męczyła. Spanikowana odpowiadałam, że jeśli tak uczynię, pójdę do piekła a tymczasem Mama zajmie pozycję wypoczynkową w niebie. Na jakiś czas ta argumentacja docierała do Mamy, ale nie na długo. Nigdy, nigdy nie miałam pomysłu, by dokonać tego o co prosiła. Czy było to z mojej strony okrucieństwo, czy lęk , nie wiem.

Do tej pory nie znajduję odpowiedzi.

Jednego tylko byłam pewna i to obiecywałam- szczególnie Tacie, który po odejściu Mamy prosił, aby nigdzie Go nie oddawać . Udało się bez szpitala, chociaż taki był w domu- kroplówki, leki, zabiegi pielęgnacyjne.

Płynęły lata.

Starsi ludzie mają zwykle odwrócony rytm dobowy. Śpią w dzień, podczas gdy czarna noc staje się czarną dziurą dla nich i dla otoczenia. Próby podawania odpowiednich leków spełzły na niczym, gdyż działanie ich było opaczne, odwrotne do zamierzonego. Nawet po niewielkich dawkach leków uspokajających czy nasennych Mama miała omamy, była pobudzona i oczywiście nadal bezsenna nocami.

      Dlaczego o tym opowiadam? Pewnie by przelać na papier swoją przebytą traumę i doświadczenia, ale też po to, by przedstawić trudności z którymi spotkałam się w życiu. Tkwiłam rozdarta pomiędzy dużą rodzinę ( na szczęście dzieci były już duże, same się obsługiwały a także pomagały w opiece nad Dziadkami, których darzyły miłością, szacunkiem i przyjaźnią) .

Początkowo syn , który  zamieszkał u Dziadków przez całe noce dyżurował przy Babci. W tym czasie Dziadek jeszcze w miarę sam się obsługiwał. W dzień chłopak pędził na zajęcia studenckie. Doprowadził do tego, że Mama wreszcie się zgodziła się  na zakładanie pampersa, bo przedtem co dwie godziny czując parcie na mocz prosiła o zawożenie do toalety. Wiąże się z tym nawet zabawne wydarzenie. Otóż przełom w myśleniu Mamy się pojawił po namowach wnuka. Użył on argumentacji , która była trudna do podważenia. Oznajmił, że gdy pracował we Francji , widział jak wszyscy wsiadając do samochodu zakładają pampersy, by przy wielogodzinnych korkach nie mieć problemów.

Nie wiem jak wytrzymywał taki napór męczących obowiązków, ale dzielny był bardzo. Pewnie przydało mu się takie doświadczenie, gdy już został lekarzem i stawał twarzą w twarz z chorymi ludźmi.

Najmłodsza kilkunastoletnie wtedy córka wpadała często do Babci, pełniła dyżury w dzień i pomimo swojej mikropostury potrafiła posadzić bezwładną babcię na tapczanie, nakarmić .     Potem , gdy sytuacja nabrzmiewała a uznałam, że dzieci muszą normalnie żyć, ja przeniosłam się do Rodziców i noce były moje.

Nie zapomnę tych chwil, kiedy usiłowałam się zdrzemnąć a po chwili Mama prosiła by Ją podrapać po nosie lub przełożyć Jej rękę, etc. Można sobie wyobrażać jak się czułam rano, czekając na oschłą obojętną polską pielęgniarkę, która  mnie zmieniała i domagała się coraz większych kwot pieniędzy nie robiąc właściwie nic.

     I w szczytowym momencie tych trudów , gdy czułam się jak w matni , w sytuacji beznadziejnej, bez wyjścia rozpoczęłam  marzyć  by zasnąć snem wiecznym i pozbyć się problemów. Nie miałam już siły tak żyć.

      I wówczas mąż przyniósł informację od  znajomego, że jemu w podobnej sytuacji bardzo pomogły dziewczyny z Ukrainy. Postarał się o numer telefonu do polecanych pań mieszkających za naszą wschodnią granicą, w okolicach Stanisławowa, zadzwonił i całkiem niespodziewanie już następnego dnia zjechała do nas Pani Natalia.

Byliśmy zdziwieni tak szybkim przybyciem, ale pewnie była wolna, w potrzebie finansowej i miała pewne wiadomości od tych znajomych jak wygląda nasz dom . Uwierzyła, że da radę.

Ładna czarna energiczna kobieta ,jeszcze zmęczona podróżą , od razu stała się moim wybawieniem.

To był przełom w moim życiu. Bez wahania mogę powiedzieć, że uratowała mi życie a jeśli nie życie to na pewno zdrowie. Bo jak długo można było tak żyć. Po upiornych nocach codzienne dojazdy ponad 3o km trasą do pracy i tam działanie przez wiele godzin. Oczywiście o żadnych wyjściach z domu, rozrywkach urlopach czy weekendowej działce nie było mowy.

Teraz wszystko nabrało innego kolorytu. Był czas na spanie, bezstresową pracę z pacjentami . A oczywiście codzienne  wizyty u Rodziców tak bardzo nie bolały, bo wiedziałam, że jest z nami Duch Opiekuńczy.

To Pani Natalia była stale obok , ciepła, troskliwa, zaangażowana , dobra, bliska.

Przecież mogła byle jak wykonywać swoje czynności, bez zaangażowania, brać pieniądze i niewiele dawać w zamian. Było inaczej. Mieszkanie lśniło, sama sobie gotowała jakąś strawę i Rodzice byli zadbani, bez odleżyn i innych objawów przewlekłego leżenia.

    Po miesiącu nieustannego czuwania, tak jak było w planie przyjechała kolejna Ukrainka, Pani Olga. Ta duża, łagodna kobieta wniosła swoją delikatność i pracowała tak jak Pani Natalia przez całe dni i noce. Panie zmieniały się co miesiąc. Dotrwały do końca życia najpierw Mamy, potem Taty. Towarzyszyły mi przy umieraniu Rodziców., wspierały obecnością, pomocą i dobrym słowem.  Pani Natalia bardzo przeżywała pogarszanie stanu zdrowia i odejście mojego Taty. Mówiła, że przypominał się Jej ojciec, którego bardzo kochała i też pielęgnowała do czasu śmierci.

Poza wymienionymi zaletami Pań z Ukrainy , co wynikało z ich pracy, wielokrotnie opowiadały o życiu w ich kraju. Słuchałam z zainteresowaniem, zapamiętałam i teraz to do mnie wraca, gdy Ukraina walczy.

      Pani Natalia opowiadała, że w swoim rodzinnym mieście  pracowała w banku, niewiele zarabiając i w dodatku pensje były wypłacane bardzo nieregularnie. Podjęła więc decyzję przyjazdu do Polski. Opłacała edukację córki , pomogła synowi wybudować dom. Od dawna była wdową samotnie wychowującą troje dzieci. Dzielna walcząca kobieta.

Opowiadała mi o czasach które wspominali jej starsi sąsiedzi na Ukrainie. Podobno powszechnie się mówiło, jak to było dobrze w czasach „za Polski”. Potem  zgodnie w wytycznymi władz komunistycznych  na urodzajny czarnoziem ukraiński wjechały ciężkie traktory i uszkodziły cienką warstwę pięknie rodzącej do tej pory ziemi.

 Przyszła przerażająca  nędza…

I gdy widzę ukraińską flagę czuję ciepło. Bo pani Natalia mi objaśniła dlaczego  są na niej takie kolory.

Niebieski-  to niebo nad Ukrainą a żółty – to dojrzała pszenica pod nim…

piękne…

     I myślę o ludziach mi bliskich na niedalekiej walczącej teraz Ukrainie i życzę im spełnienia marzeń wolności . I by ta wolność nie przysłoniła innych haseł takich jak równość i braterstwo, czego zabrakło u nas….Trzymajcie się kochani!

Pozdrawiam moje Wybawicielki, panią Natalię i Panią Olgę oby dobry Bóg odpłacił Im za serce, wysiłek i pomoc….

 

 

 

 

Ukrainaoo.jpg

 

Bratki z mojego ogrodu w barwach flagi Ukraińskiej i z przesłaniem braterstwa…

Zrozumieć Ukrainę.

Zdjęcie0292.jpg

zdj z Atlasu Historycznego Świata.

Kolorem jasnożółtym oznaczono obszar Rzeczypospolitej Polskiej w II poł. XVII wieku. Prusy i Kurlandia stanowiły lenno polskie. Teren zaznaczony wyraźną barwą żółtą to Ukraina Zadnieprzańska, która na mocy umowy perejesławskiej ( o której będzie poniżej) w 1654 r. przeszła we władanie Moskwy. Na południu wielkie Imperium Osmańskie z Chanatem Krymskim.

 

 

 

     Słyszę dzisiaj w radio słowa premiera: „Od kiedy uzyskaliśmy niepodległość tak gorącej sytuacji za naszą granicą nie było..”

     Słowa słowa płyną a cóż my szaraki możemy począć. Nic. Złudzenia bezpiecznego dookolnego świata umierają na naszych oczach.  Zamknąć oczy tylko chyba, zająć się swoimi sprawami, by nie panikować ale jak to zrobić? Nie wiem. I poza pisaniem o moich czasach przedszkolnych i wiośnie pięknie rozkwitającej na tym świecie i kluczach gęsi zmierzających nad mój Bug temat Ukrainy wraca jak bumerang.

  W Wikipedii znajduję informacje ogólne. Otóż według specjalistów od słowotwórstwa  nazwa Ukraina zawiera w sobie rdzeń” kraj” oznaczający „coś  ukrojonego” a następnie: ”kawał ziemi lub koniec”. Niektórzy uważają, że nazwa ta wyraża „ u kraja, z brzegu, na skraju”.

W dwunastowiecznych kronikach ruskich znaleziono nazwę  Ukraina jako oznaczenie ziem kresowych, pogranicznych.

W XIII wieku tereny te kronikarze nazywają „Małą Rusią.”

Do końca XVI wieku ten termin nie miał znaczenia oficjalnego a jedynie oznaczał

 „ ugranicze, pogranicze” terenów będących pod kontrolą różnych państw.

Po raz pierwszy w roku 1590, za czasów Rzeczpospolitej została użyta urzędowa nazwa Ukraina   dla oznaczenia krainy leżącej nad środkowym i  dolnym Dnieprem

      Właśnie  mam przed sobą  dodatek  do Gazety Wyborczej z 10 marca 2014 r. „ aleHISTORIA” .

Jest tam artykuł  Sebastina Dudy  zatytułowany „ Ukraina od Chmielnickiego do Chruszczowa” opracowany na podstawie „ Historii Ukrainy „Władysława Serczyka wydanej we Wrocławiu w 2001 oraz  „ Historii Ukrainy 1772- 1999”  Jarosława Hrycaka  ,wyd w  Lublinie w  2000 r.

     I zagłębiam się w odległej historii tej ziemi. Znajduję częściowe wytłumaczenie rozdarcia  tego narodu , różnych sympatii i marzeń.

I pomimo tego, że żyjemy już w innym świecie, okazuje się, że dawne upiory tylko drzemały.

   

   To, że  Ukraina ciążyła przez kolejne wieki w kierunku państwa moskiewskiego nie dziwi historyków. Przez wieki „ ziemie te stanowiły jeden organizm państwowy, łączyło je ze sobą ścisłe  pokrewieństwo językowe, ta sama religia i- w coraz większym stopniu – związki gospodarcze. „

Autor  artykułu cytuje słowa profesora  Jarosława Hrycaka, który  pisze,  że na przestrzeni wieków  różnica pomiędzy Polakami a Ukraińcami była dużo bardziej znacząca niż pomiędzy Ukraińcami a Rosjanami. 

„ Już przyjęcie chrześcijańskiego obrządku bizantyjskiego w 988 roku przez władcę Rusi-  Włodzimierza Wielkiego wytworzyło na  terenach dzisiejszej Rosji i Ukrainy wielką przestrzeń kulturowo- cywilizacyjną , na której przodkowie Rosjan i Ukraińców czuli się sobie bliscy….. „

     „ …Wobec ekspansji szlachty i magnaterii polskiej , ciągłych najazdów tatarskich , powstania kozackie i chłopskie wystąpienia, zwłaszcza w XVII wieku niejednokrotnie szukały wsparcia w Rosji. Tam też kierowały się kolejne fale uciekinierów ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej. Chmielnicki nie musiał używać nadzwyczajnych środków , by skłonić Kozaków do wyrażenia zgody na przyjęcie carskiego zwierzchnictwa. „

     I w tym miejscu dochodzimy do słynnej ugody Perejasławskiej.

„ Otóż w 1654 roku do leżącego nieopodal Kijowa Perejasławia przybył wysłannik cara Aleksandra Romanowa Wasylij Buturlin. Przywiózł specjalne prerogatywy bo niespełna dwa miesiące wcześniej rosyjski Sobór Ziemski postanowił przyjąć Bohdana Chmielnickiego i całe wojsko zaporoskie i ich miastami i ziemiami pod carskie berło.  W imieniu nieobecnego Chmielnickiego Buturlina witał pułkownik Paweł Tetera. Hetman zaporoski – Chmielnicki , przybył do Perejasławia 16 stycznia a 18 stycznia rano zwołał starszyznę kozacką na rozmowy, podczas których uzgodniono ostatecznie, że wierna Chmielnickiemu Kozaczyzna odda się pod władzę cara. O decyzji powiadomiono Buturlina, Następnie zaczęto bić w bębny, co było sygnałem do zwołania rady Czernieckiej.

Z przemową do Kozaków i czerni, wystąpił Chmielnicki , który mówił o trwającej od 1648 roku wojnie z Rzecząpospolitą, przelanej krwi i ruinie kraju. Jego zdaniem przyczyną katastrofy był brak silnego władcy, więc Kozacy powinni mieć takiego właśnie panującego. W 1654 roku w grę wchodziły cztery kandydatury: sułtan turecki, chan krymski, król polski i car moskiewski. Dwóch pierwszych Chmielnicki odrzucał jako wyznawców islamu . Z dwóch pozostałych po latach okrutnej wojny tylko jeden mógł być zaakceptowany.

Hetman  zwrócił się do zgromadzonych takimi oto słowy:

jakiej niewoli , jakiego bezlitosnego rozlewu krwi chrześcijańskiej , jakiego ucisku doznaliśmy od polskich panów , nikomu z was  nie trzeba opowiadać. Sami wiecie, że traktowali lepiej Żyda i psa niż chrześcijanina brata naszego. A prawosławny chrześcijański wielki gosudar , wschodni car, jest tego samego błogosławionego zakonu greckiego co my, tej samej wiary. Jednym jesteśmy ciałem cerkwi, prawosławiem Wielkiej Rusi , mającym nad sobą Jezusa Chrystusa. Ten wielki gosudar, car chrześcijański, zlitowawszy się nad uciskaną nieznośnie Cerkwią w naszej Małej Rosji, nie odrzuciwszy naszych sześcioletnich próśb,  skłoniwszy teraz ku nam swoje miłościwe , carskie serce,  raczył  przysłać do nas wielkich posłów , dostojnych swoich doradców. Którego jeśli szczerze pokochamy, pod jego carską ręką znajdziemy takie schronienie jak nigdzie indziej. Jeśli ktoś się teraz z nami nie zgadza,  niech idzie , dokąd chce- wolna droga. Nikt nie zaprotestował. Pułkownik Tetera obszedł jeszcze plac i pytał, czy wszyscy obecni chcą mieć cara za pana. Zewsząd słyszał:  Wszyscy.

Po tej przemowie wyszli sobie naprzeciw.

Chmielnicki, starszyzna kozacka i wysłannik cara- Buturlin oraz duchowni przybyli z Moskwy.

 Spotkali się w cerkwi.

 I tam poseł carski zażądał od Kozaków przysięgi na wierność.

W odpowiedzi Chmielnicki zażądał obietnicy, że poseł w imieniu cara złoży przyrzeczenie, że nie wydadzą Kozaków Polakom a car będzie ich bronił w potrzebie. Poprosił też o gwarancje, że zostaną zachowane przywileje kozackie i nikt z  Moskali  nie będzie próbował nastawać na kozackie majątki.

 Jednak wysłannik cara odmówił, zapewniając jedynie o tym, że Kozacy zachowają swoją własność. 

Na takie dictum Chmielnicki i jego ludzie wyszli z cerkwi.

Po długim czasie wrócili  pułkownicy Kozaccy z ponownym żądaniem przysięgi od Buturlina tłumacząc, że królowie polscy zawsze przysięgają poddanym.

Ale poseł carski odmówił, mówiąc, że car jest samowładnym władcą i żadnemu człowiekowi przysięgać nie będzie.

Chcąc nie chcąc Chmielnicki wrócił do cerkwi i złożył przysięgę  a nieco później na polach pod Perejasławiem w obecności czerni hetman otrzymał od Buturlina oznaki władzy: sztandar, buławę, buńczuk i sobolowe futro. W ten sposób potwierdzono, że kozaccy poddani moskiewskiego cara wciąż mają prawo do wyboru swojego wodza.”

Ugoda ta miała też swoją drugą stronę medalu.

” Podczas powstań przeciw Rzeczpospolitej Kozacy domagali się autonomii i zrównania ich praw ze szlachtą polska. Mówili nawet o pełnej niezależności ziem ukraińskich. Wejście w skład Rosji oczywiście było zaprzeczeniem tej idei, a sprzeciw wysłannika cara na rozmowy w Perejasławiu – Buturlina ukazywał im wyraźnie, że car był monarchą samowładnym mogącym dowolnie dysponować życiem i własnością poddanych.”.

    Polska nie uznała tej ugody , ale nie potrafiła odzyskać terenów , które uznały władztwo cara.

W 1667 roku to Polska zawarła z Moskwą rozejm andruszowski rezygnując z województwa czernichowskiego i prawie połowy wielkiego ( liczącego ponad 250 tys km kw powierzchni) województwa kijowskiego czyli tzw. Zadnieprza ( Lewobrzeża) . Kijów miał pozostać tymczasowo przy Rosji. Polacy myśleli, że to umowa tymczasowa, ale w 1686 w kolejnym traktacie Rzeczpospolita zrzekła się lewobrzeżnej Ukrainy, gdzie ostatecznie wstrzymano polonizację szlachty.

Historycy zgodnie przyznają, że pomimo zależności od cara, wielu szlachciców , mieszczan, duchownych zachowywało swoją odrębność kulturową i posługiwało się językiem ukraińskim.  Gdy tymczasem na południowo- wschodnich terenach Rzeczpospolitej czyli w tzw. zachodniej Ukrainie jedynie chłopstwo pańszczyźniane zachowało Ukraińską odrębność . …

    Pod koniec XVIII wieku przestała istnieć Rzeczpospolita i Chanat Krymski. Oba te państwa które tak znacząco wpływały na dzieje Ukrainy, znalazły się na terenach austriackich rosyjskich . We władaniu Rosji znajdowało się ponad 80% terenów Ukrainy. A w XIX wieku mieszkało tam 85% całej ludności Ukraińskiej.

Pozostałe tereny zachodniej Ukrainy, gdzie wpływy Rosji nie trwały tak długo i mocno weszły w skład Galicji i  dlatego do dziś obie części tego kraju tak bardzo się różnią. ….”

 

 

Ostatni spacer po Lwowie.

 

 

Łazimy po wąskich uliczkach, niektórych stromo wspinających się na zbocza wzgórz. Musimy uważać, bo wprawdzie wszędzie są chodniki, ale przejście na drugą stronę ulicy bywa niebezpieczne. Zwłaszcza, gdy się uwierzy, że niedzielne życie mieszkańców Lwowa płynie leniwie. Środkiem jezdni czasami przejeżdża czerwony tramwaj albo trolejbus, przemykają samochody osobowe. Rozpoznajemy wśród nich i prastare Łady czy Zaporożce, ale dużo jest nowych, dorównujących jakością innym, poruszającym się w miastach Europejskich.

 Idziemy cienistą stroną ulicy, pod ścianami pięknych wysokich kamienic. Jak już pisałam wcześniej, czasami mam wrażenie, że jestem w Gorzowie lub Bielsku Białej. Styl i wystrój kamienic jest podobny, wszak to były w XIX wieku dwa nieomal bliźniacze zabory- Niemiecki i Austriacki. Część kamienic  ma nieco zniszczone elewacje, ale zostały ślady dawnej świetności, czasami tylko wydaje się, że spadnie nam na głowę balkon, z cudną metalową balustradą, na którym stoi grupka młodych rozbawionych ludzi.

Ponownie oglądamy pałace, uczelnie i tonące w zieleni kampusy. Jeszcze rzut oka na śnieżne zbocze Cmentarza Orląt Lwowskich.

I obiad w restauracji, nowej, ładnej i czystej. Jedzenie podano tam smakowite. Oczywiście odwiedziliśmy wc- nie powstydziłby się tego wnętrza wc paryski.

I już w autobusie, drzemiąc, leniwie obserwujemy znikający w tle Lwów, miasto na siedmiu zielonych wzgórzach, kolorowe, pięknie zdobione. Pomiędzy koronami drzew błysnęła jeszcze komunijna biel cmentarza Orląt Lwowskich . 

Zostawiamy to miasto, z uczuciem, że jest jak matka, trochę zapomniana, porzucona, ale własna.

Ubrana w swoje stare koronki ( to takie moje porównanie koronkowych poszarzałych miejscami elewacji) , czeka na nasz ponowny przyjazd.

 

 

 

Cmentarz Orląt Lwowskich

 

Orlęta Lwowskie. Cmentarz.