Łyżwiarze i wspomnienie minionych zim…

Oto jeden z ocalałych tekstów ze starego blogu- nie wiem dlaczego znalazł się na pierwszej tamtejszej stronie- może chciał tu zawitać ?

Więc kopiuję….

Zdjęcia zamieściły się poniżej ( jeszcze  nie opanowałam” budowy tutejszego gniazdka „….

Oczywiście środkowe, to moje dawne, wykonane przez Tatę- Wacława Łukaszewicza…..

zapraszam ….

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się

środa, 04 stycznia 2012 7:55

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

” Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej”

Pod  tutejszym wpisem sprzed kilku dni  zatytułowanym  „Rozmowa” wielu moich przyjaciół zamieściło swoje opinie , zwykle wspierające, które dodały mi sił i spowodowały, że  odzyskałam radość życia. Dzięki Kochani.

W jednym z komentarzy Grażyna tak  napisała: „ dlaczego sam mądrala nie pisze…”

Wtedy się odezwał Sylm, mój Rozmówca. Pewnie nie wytrzymał, albo dopiero zajrzał do blogu.

I oto wczoraj  znalazłam taki oto Jego komentarz:

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.
Sylm”

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.

Sylm”

Odpisuję więc tutaj :

Zosineczka dziękuje za pozdrowienia i za chwilę  zamieści  to, co uratowała przed zagładą.

Pewnie Sylmie ( mój znakomity i bardzo mi bliski kolego z LO) chciałeś udowodnić, że nie tylko jesteś „ mądralą” ale masz całkiem dobre pióro. Wielka szkoda, że nie dajesz się namówić do dalszego pisania. Ale cóż, podobnie jak poglądów, czy odczuć narzucić komuś  pisania się nie da. Po prostu nie i już…..

 

Ale po kolei.       

   W  2008 a może 2009 roku dowiedziałam się, że istnieje portal MM- moje miasto- Gorzów. Odezwały się dawne sentymenty do miasta w którym się urodziłam i dojrzewałam. Najpierw ostrożnie tam zaglądałam, by się zorientować o czym ludzie piszą. Okazało się, że jest fajnie, czasami przytulnie, czasami bojowo. Można było zamieszczać różne teksty, niekoniecznie  związane z Gorzowem. Po prostu każdy pisał jak chciał i co chciał ( oczywiście w ramach przyzwoitości i pod kontrolą profesjonalnych redaktorów). Powstawała miła historia ludzkich zainteresować umiejętności „ literackich”, etc. Tym chętniej przystąpiłam  do grupy piszącej i komentującej.        

    W pewnym momencie na naszym gwiaździstym MM kowym firmamencie pojawiał się nowy obiekt. Od razu wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników i komentatorów oraz nadzieje, że będzie pisał dalej. Ale nie miał ochoty. No cóż, znane są w historii literatury osoby, które błysnęły tylko jedną powieścią, a potem zamilkły. Jak np. E.J. Bronte  i jej „Wichrowe wzgórza”….:)

 

Niestety po pewnym czasie zmieniono nazwę i formułę portalu . Stał się zwykłym, jakich wiele, portalem informacyjnym i dla nas już nie było tam miejsca.

O planowanej zmianie uczciwie nas poinformowano , można było się powtórnie zalogować. Ale i tak większość naszych „ artykułów” uleciała w niebyt.

Udało mi się skopiować kilka ciekawszych, i dzięki temu przedłużyłam im życie, chociaż ukryte w moim komputerze.

I pozostali mi przyjaciele z tamtych czasów, wartość nad wartościami. …

 

To tyle tytułem wstępu.

 

A teraz przyszła pora na  uratowany od zagłady tekst Sylma, wspomnianej  MM kowej gwiazdy…Zapraszam więc do czytania….

 Letnia.JPG

Gorzów,nasza Letnia trwa….zdjęcie własne z 2008 roku

 

 

 

6.10.2009 MM G.

 

„ Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej

 

 

Czerwiec 1968.

 

Słoneczny dzień. Siedzę w Letniej i czekam. Na Nią. Zwykle umawialiśmy się w Nowej, dziś chciała w Letniej. Nie zastanawiam się dlaczego.

 

Już widzę jak nadchodzi. Śliczna w jasnej sukience. Pewnie moja. Trzy miesiące wcześniej, w Wielkanoc wszystko jej powiedziałem. Nie usłyszałem „nie”.

 

Już jest. Powitanie, siadamy. Brzydki stolik pospawany z stalowych prętów z mozaikowym blatem, równie ohydne krzesełko. Co tam, ważne, że już jest, że przyszła. Przed nami trzy miesiące wakacji. Będzie dobrze.

 

Cóż to? Na palcu złoty krążek. Obrączka. Skąd? Dlaczego nie powiedziała, że to już niedługo?

Jeszcze próbujemy rozmawiać. Głupie pytania, głupie odpowiedzi. Bez sensu. Nie ma już ŁU., jest KONO.

Wychodzimy. Każde z nas idzie w innym kierunku, do swojego życia. Na długo.

 

1968–2008.

 

Przez wiele lat nie wchodzę do Letniej. Jest jak bolący ząb, którego dotyka się językiem, żeby przekonać się czy jeszcze boli. Spoglądam przez szyby, czy na lewo od wejścia stoi jeszcze ten stolik, świadek tamtego zdarzenia sprzed lat.

Długo stał. Czasy się zmieniały, a on trwał. Wreszcie zniknął. Wtedy wszedłem i zamówiłem wódkę.

 

Czerwiec 2008.

 

Stoimy przed wejściem do Letniej. Przyjechała po latach do Gorzowa .Już nie pasuje do nas określenie „ludzie w średnim wieku”. Ten etap za nami. Letnia to punkt, z którego przed 40 laty wyruszyliśmy do dorosłego życia. Koło się zamknęło.

 

Jest wczesne popołudnie. Ponury deszczowy dzień. Na tarasie gwarno. Piwo leje się strumieniami. Małozębne pani uwodzą podobnych do nich panów. Uwiedziony stawia piwo, kupuje papierosy.

 

Chcę wejść do środka, na lewo tam, gdzie był tamten stolik, którego już nie ma. Nie chce.. Pewnie, Letnia to nie La Bocca. „

 

 

I jeszcze mój ulubiony  komentarz, jeden z wielu  :

Dobre bo osobiste, opowiedzianą historię każdy może przełożyć emocjonalnie na własne doświadczenia „sercowe” a wiadomo nic nie przejmuję jak coś co się samemu doświadczyło. Prawdopodobnie każdy ma taki swój stolik i swoją „Letnią”. Będąc praktycznie od zawsze mieszkańcem Gorzowa (z kilkuletnią przerwą) mam dużo miejsc, które powodują u mnie szczególne emocje i mieszanki odczuć, człowiek to nie tylko ciało, nie tylko teraźniejszość, to strasznie zawiła mieszanka wspomnień i różnych uczuć – o tym przypomina nam autor. Idąc przez miasto spoglądam, tu była kiedyś moja szkoła, tu całymi popołudniami kapaliśmy z kolegami piłkę, a tu z mamą nauczycielka szedłem na lody po pochodzie 1-wszo majowym. To już nie te miejsca, ale wspomnienia jakże żywe.

Pozdrawiam,
Muminek

Nasza Klasa. Bożena Kolasińska z d. Jodko.

PICT0090.JPG

Bożena Kolasińska z d. Jodko

 

P6120507.JPG

Bożena z prawej i Kostusia, podziwiają wzgórzową panoramę naszego miasta, Gorzowa

 

 

Rozmowa telefoniczna- koledze łamie się głos, przestaje mówić, potem wraca, koleżanka pochlipuje. Płaczemy….bo wczoraj opuściła nas  Bożena Kolasińska. Koleżanka z ławy szkolnej naszej łacińskiej klasy zawarciańskiego LO. Wtedy Bożena Jodko. Dzielna Niezależna Dziewczyna.

I Jej odejściem zakończyła się epoka wspólnych gorzowskich czasów…

     Przed kilku laty przyszła do Niej choroba. Udało się, był czas ponownego zachwytu, zachłyśnięcia się  życiem i urodą świata,  wycieczek i  radości . Ale Zło wróciło. Bezlitosne . Wiedzieliśmy, bo sama nam o tym opowiadała, ze spokojem i pogodzeniem. Mówiła, że wie jak to jest, bo Matka, Siostra, Mąż….

Myśleliśmy o Niej a w duchu modliliśmy się, żeby nie cierpiała. A może liczyliśmy na cud. Przecież ponoć cuda się zdarzają….jednak cud nie nastąpił ….

      A może  przejście do Drugiego Lepszego Świata jest jakiegoś  rodzaju cudem? Nie wiem….

     Dzisiaj jak zwykle co tydzień , postanowiłam do Niej zadzwonić i nagle usłyszałam męski głos  w Jej komórce, zaskoczenie. To Syn, że Mama odeszła o wczoraj o 8 rano . Tak jak chciała w domu wśród swoich zasnęła. Spokojna. Już spokojna…. Syn sam chciał zadzwonić, bo byłam na liście, którą sporządziła. Niezwykłe. Kiedy w modzie są lamenty, użalanie nad sobą , kurczowe czepianie się życia, Ona pomyślała wcześniej kogo zawiadomić.  Niezwykłe…..

 

Dzisiaj jestem z Tobą Bożenko.  Płaczemy. Taki czas, czas opłakiwania.

Ale też czas , kiedy wracasz do nas  taka jak kiedyś.

Są lata 60 ubiegłego wieku. I szumi nam  młodość  zielona i czysta  jak nie zapisana jeszcze karta….

Widzę Ciebie wysoką, szczupłą, chłopięcą , kiedy  wracacie ze szkoły ul Przemysłową. Ty,  czasem trochę na uboczu, zwiewnie się przemieszczasz, bo centralnie kroczy chodnikiem niewysoka Tereska i kilku chłopaków. Wszyscy, cała Wasza mocna zawarciańska grupa,  jesteście rozbawieni, wyluzowani,  bo wreszcie koniec „ naukowej” męki tego dnia.

I wiosna taka jak teraz w Parku Wawrzyniaka kusi zapachami, wabi kwieciem .

Widzę jak Was w swoich ramionach powoli zamyka ten park. Mieszkacie nieopodal.

My, już nie tak skonsolidowani jak Wy, suniemy dalej, przez most na Warcie szerokiej i rzewnej i dalej aż pod wzgórza koszarowe…

Nasze LO przy ul Przemysłowej w Gorzowie Wlkp. nadal istnieje.

Tylko grono kolegów coraz mniejsze. Pierwsza odchodzi Marysia Zielińska, potem Robert Kuryłowicz i Lilka Szatkowska. Może jeszcze inni, o których nie wiemy. Niedawno  Teresa Koryluk Łakoma z domu a dla nas Kostusia ukochana wybiera wolność i ten drugi bezproblemowy i ponoć piękniejszy świat. I w ślad za Nią wczoraj o 8 rano podążyłaś Ty-  Jej najbliższa Przyjaciółka.

Bożenko. Może przeczytasz to, co teraz piszę. Tego Ci nigdy nie powiedziałam , że kiedy się lepiej poznałyśmy,  żałowałam , że nie miałyśmy jakiś bliższych relacji w LO.

Ale los nam pozwolił to nadrobić, Dał nam Internet, Naszą Klasę i możliwość ponownych kontaktów. 

Spotkałyśmy się po 43 latach od matury, gdy wreszcie wpadłam do Gorzowa by obejrzeć stare kąty i pooddychać nadwarciańskim powietrzem.

Nie miałam już nikogo z rodziny w moim mieście, więc wybrałam hotel.

Gdy zadzwoniłam do Kostusi, że oto jestem, usłyszałam radosny głos. A my właśnie buszujemy z Bożenką po sklepach, więc niebawem wpadamy. I wpadłyście .

Kostusia była mi bardzo dobrze mi znana ze wspólnych wyczynów koszykarskich  w naszym LO, ale Ty poznawana od początku.

Od razu poczułam bliskość, radość , było gadanie z polegiwaniem  na moim łożu, potem  wspólne oglądanie widoków z okna wysokiego piętra na piękny wzgórzowy zielony  Gorzów i  nagłe  zaproszenie do Ciebie  do domu. Dla mnie  niespodziewane, bo wtedy jeszcze niewiele nas łączyło. Nie zapomnę mego zaskoczenia a potem przemiłego uczucia ciepła gdy to zaproponowałaś. Wzruszyła mnie , coraz rzadziej spotykana w naszym zapędzonym świecie , Twoja  gościnność – spontaniczna, od serca. Zwykłe a właściwie niezwykłe zaproszenie do swojego domu. Otwarcie się na drugą osobę.

Popołudniowe spotkanie u Ciebie. Nowe gorzowskie osiedle, piękne mieszkanie, oglądanie, pokazywanie, Zdjęcia Rodziny, Męża, poczęstunek i nalewka z pigwy własnej roboty i kot.

Atmosfera domowa, przyjazna, od razu ciepła przez duże C.

Tak, nasze relacje stopniowo się rozgrzewały, przecież w ogóle się nie znałyśmy.

Ale przez te minione 8 lat częstych rozmów telefonicznych stałaś mi się bliska, nieomal jak ktoś z rodziny.

Lubiłam słuchać z jakim żarem opowiadałaś o ukochanym wnuku, o podróżach, wrażeniach i planach na przyszłość.

Zawsze wtedy czułam tę magiczną moc naszej wspólnej ławy szkolnej której siła  miała szczęście się ujawnić po tylu latach.

     Gdy przyszło do Ciebie to Zło ostateczne,  zachowywałaś się bohatersko.  

Zawsze potrafiłaś tak  mówić o swojej chorobie, z takim spokojem, że właściwie to Ty podtrzymywałaś na duchu rozmówcę.

Jakby odwrócenie ról.

My słabi i bezradni i Twoja siła .

Skąd ją czerpałaś, tę siłę,  może nam zdradzisz tajemnicę.

Bo będzie  nam ona  potrzebna, przecież czeka nas to, co Ty już przekroczyłaś.

Czeka nas tylko jedna linia.

Po jej jednej stronie Życie doczesne a po drugiej Wielka Niewiadoma.

     Jednak chcemy wierzyć, że ten drugi Świat istnieje, bo to jest jak pewnik że się spotkałyście  Kostusią. Musiałyście się spotkać, bo byłyście chyba nierozłączne. Tyle było  w Was radości że ta wspólna energetyczna radość nie mogła obrócić się w nicość. Dalej istnieje ….

Pewnie teraz  z Kostusią planujecie kolejne wyprawy w przestrzeń bez ograniczeń, jakieś klasowe spotkanie, które zawsze organizowałyście  a może sobie po prostu siedzicie w Parku przy Wawrzyniaka niewidoczne dla śmiertelnych, Wy już Nieśmiertelne….

wiemy, że jesteście gdzieś niedaleko, zda się , że słychać  perlisty śmiech Kostusi i Twój niskobrzmiący, miły sercu…jest dobrze…

 

P6120503.JPG

 

Bożena z Kostusią w pokoju hotelowym, gdzie się zatrzymałam w 2008 roku. Gorzów Wlkp.

 

 

P6140759.JPG

Nasza Klasa. Gorzów, bulwar. 2008

 

P6140768.JPG

Bożena na pierwszym planie po lewej, w tle Kostusia. 2008 r. Gorzów

 

 

PICT0086.JPG

 

 

 

Oczekiwanie

Leonardo_da_Vinci_-_AnnunciazioneZwiastowanie.jpg

Zwiastowanie. Ponoć pierwszy obraz Leonardo da Vinci (1472-75)

 

 

Jeszcze Matka Boska jest w ciąży. Zadziwiająco ludzkiej jak na niepojęte Niepokalane Poczęcie. Od ponad 30 lat  wiem co czuła czekając na poród. Miałam tak cztery razy. I radość że dziecko porusza się w łonie i oczekiwanie na poród pomimo wiedzy o mającym nadejść bólu. Bo najważniejsze było spełnienie macierzyństwa. Przytulenie do pachnącego mlekiem oseska. Na krótko tylko , bo potem przychodziły problemy o których się nie myśli. Wtedy tylko przytulenie…..

Wybaczcie tę dygresję i niejaką butę porównania z tym co czuła Maryja. Może to nawet świętokradztwo. Mam nadzieję, że niebiosa w swojej łaskawości mi wybaczą.

Zwiastowanie pięknie przedstawił Leonardo da Vinci na swoim chyba pierwszym obrazie. Maryja na nim już raczej brzemienna dowiaduje się, że urodzi Boże Dziecię ….prawda to, czy legenda. Nieważne. Wiara to nie wiedza udowodniona, namacalna. Tajemne piękno wiary….

Dzisiaj jest taka pora Oczekiwania, czyli Adwentu. Jak co roku.

Lubię te krótkie  dni. Gdy  jesień zmęczona swoim złotym szałem zasypia.

Wtedy otulona ciemnością bezpiecznie przytulam się do świata. Nie jest już tak  jaskrawy, wyrazisty, drapieżny. Wydaje się daleko i właściwie jakby nie istnieje. I wtapiają się w mroczne tło wszystkie równie mroczne problemy. Polityka, rozmyślania co nas czeka i takie inne podniety zamierają. Jest ciepło i cicho.

     Pomaga mi w tym zapomnieniu codzienności powrót do obrazów i zapachów dzieciństwa.

I jestem w moim Gorzowie, gdzie przyszłam na świat. Właśnie nadchodzi tak jak teraz- Adwent. Piękna to i tajemna nazwa zaczerpnięta z łaciny. Oznacza zbliżanie się. Uwielbiam oczekiwanie, zawsze, do dziś. Jest ciekawsze i piękniejsze niż spełnienie. I dotyczy to nie tylko ważnych wydarzeń życiowych ale też zwykłych np. wycieczek. Te przygotowania, skupienia, wybory wciągają, pochłaniają myślenie. I zanim dojdzie do realizacji jest czas oczekiwania z możliwością  zmiany decyzji. Czyli istnieje wybór. A wybór to wolność. Potem przychodzi to, na co się czekało. I wtedy wszystko jest dokonane i jednoznaczne. Tak, zdecydowanie bardziej lubię oczekiwanie….Odbiegłam od tematu. A ta dygresja oczywiście nie dotyczy spełnienia macierzyństwa.Bo tego nie planowałam, nie dokonywałam wyborów, przyjmowałam z radością pomieszaną z pokorą….

I kiedyś dzieciństwo . Urok oczekiwania. Właśnie Adwent . Dziś już spowszedniały przez ponad półwieczne powtarzanie, chociaż stale miły. Adwent to roraty. Nie zwykła msza poranna, a właśnie patetyczna przez niezrozumienie  nazwa roraty. Potem będzie  wybuch Bożego Narodzenia. Radość przygotowań, zapach ciasta w domu, choinka ozdoby na niej, prezenty, żłobek i w nim mały Jezus  dopiero co urodzony… …Ale wtedy, w moim Gorzowie, gdy mam może 7 lat o tym nie myślę. W ogóle dzieci chyba mniej myślą o przyszłości, zastanawiam się dziś….

i  mam te 7 czy 8 lat gdy nadchodzi adwent i  wybieram się z naszego poprzedniego mieszkania przy ul. Kosynierów Gdyńskich na roraty. Chcę zmierzyć się z tą dziwną ostrą tajemną nazwą, tej mszy ciemnością i porannym dygotem wynikającym z wydobycia się spod ciepłej kołdry. Tak jak postanawiam, idę sama, odrzucając propozycję Mamy, że weźmie za rękę i pójdziemy razem. Nie chcę. Chcę sama. Pewnie taka zosiasamosia była ze mnie, myślę teraz. Ale może dzieci tak mają, tylko lęk dorosłych hamuje ich inicjatywę, właściwie podcina skrzydła. Mama pozwala bym poszła sama, tak jak na upragniony wyjazd kolonijny gdy miałam 6 lat. Wtedy też oznajmiła, że nie odbiorą w razie tęsknoty , ba, nawet nie odwiedzą. Oczywiście pojechałam i było super. Dziś trudno pojąć, że Mama się wtedy  godzi na moją samotną wyprawę do kościoła.  Przecież jestem ich późnym powojennym dzieckiem, wymarzoną córeczką Taty. To dzisiaj raczej niewyobrażalne by małe dziecko samo wyruszało w miasto. Chyba tamte czasy były jakoś bezpieczniejsze….a może były też niebezpieczne, ale wieści nie docierały tak szybko, bo przecież tylko radio, jakieś gazety o internecie nikt nawet nie myślał….

Opuszczam więc nasze mieszkanie przy ul Kosynierów Gdyńskich i zanurzam się w ciemność swojej uliczki odmierzając kroki na dużych granitowych płytach chodnikowych , potem skręcam w lewo gdzie ulica szeroka, wtedy zwana Wandy Wasilewskiej a teraz Sikorskiego. To nic, że nazwa ulicy stała się niepoprawna politycznie, ja jeszcze tego nie wiem. To nastąpi potem. Zbliżam się do wejścia do Parku Wiosny Ludów. W jego czeluści czarne parkowe drzewa wyciągają ku niebu nagie konary strasząc dziewczynkę. Ale się nie daję,  przekraczam mostek na szumną gorzowską rzeczką Kłodawką, z posadowioną na palach  wielką stodolastą kawiarnią  Wenecją zwaną. A potem przemykam pod ocalałymi z pożogi wojennej domami, nie patrząc na to, co po prawej. Bo po prawej mroczne ruiny spalonych kamienic. Ten pejzaż jest zwykły. Po prostu tak jest i tyle. Urodziłam się w takim mieście. Wszystko było zastane i dla nas, dzieci normalne.

Idąc tą pustą o świcie i wyczernioną krótkim późnojesiennym dniem ulicę nie myślę  o tym, że domy po jej prawej stronie zostały spalone dwa tygodnie po „ wyzwoleniu” przez sowieckich żołdaków. Nie myślę o tym, bo jestem za mała, by wiedzieć czy tym się interesować .

Jestem też za mała by zderzać się z wyobrażeniem, że tu wszędzie unoszą się duchy. Duchy dawnych mieszkańców, Niemców wypędzonych po II wojnie światowej, bo ich zwyrodniali władcy nabroili. Nie tylko władcy, oni nabroili gdy wznosili ręce w nazistowskim powitaniu i maszerowali ulicami tego miasta w zwartych szeregach Hitlerjugend w takt znanego marszu Landsberskiego kompozytora Carla Teitke..

Tak więc korzystam z niewinności, nieświadomości dziecięcej i brną szeroką czarną ulicą do Katedry. Już widzę zarys jej XIV wiecznego cielska z  wieżą przypominającą hełm jednookiego woja. Jest straszna, ale wiem, że tam , w jej wnętrzu czekają światła świec i  zapachy słodkie kadzideł  i ludziska już tam zmierzają po nadzieję na lepszy czas…Adwent, roraty to nazwy romantyczne, melodyjne nieznane wtedy tajemne . Ksiądz cały w fioletach intonuje po łacinie, bo wtedy tylko łaciny używa, „rorate cæli desuper”.  A potem śpiew narodu do nieba się wznosi, ludzie  śpiewają to samo , ale już po polsku –

                   „ Niebiosa, rosę spuście nam z góry;
                    Sprawiedliwego wylejcie, chmury.
                    O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie
                    I grzechów naszych zapomnij już, Panie!….”

I zapalają się świece, każdy zapala i staje się jasność.

Wonna w mroku, pierwsza ,  jak wtedy wszystko …..

 

 

stare10.jpg

Tak było w latach 50 ubiegłego wieku, gdy miałam te kilka lat . Szłam do tej Katedry na roraty , a po prawej stronie ulicy straszyły ruiny niemieckich domów spalonych przez sowietów 2 tygodnie po ” wyzwoleniu”

 

 

Zdjęcie-0819.jpg

 

Gdy miałam 18 lat byłam już studentką AM w Poznaniu. Wtedy zostałam matką chrzestną córki kuzyna, Witka ( tego urodzonego na Syberii), Małgosi Łukaszewicz. Ojcem chrzestnym był brat Kazi, żony Witka. Małgosia  jest lekarzem w Australii. Lubię to zdjęcie. Powaga czułość i radość na naszych twarzach. Tylko skupienie na tym maleństwie. Bez myślenia co nas czeka. I dobrze….

 

 

przed porodem Justyny,IX.69.jpg

 Trzy lata później moje Oczekiwanie. Cud macierzyństwa. Bo dziecko to cud…Ostatni miesiąc ciąży z Justynką w brzuchu. Wtedy nie było USG, płeć dziecka nie była znana przed porodem….dużo się zmieniło….dzieci wyrosły, mają swoje życie. A nam zostają zdjęcia i przywołane nimi wspomnienia….magia….

      .   

Gorzów, Landsberg, ludzie we mgle…..

 

 

P1060002.JPG

Pani prezes Naszej Chaty a za nią podąża jej grupa wędrowców….goniu, mniemam, że wyrażasz zgodę na zamieszczenie tu tego zdjęcia….

 

koszry i katedra.JPG

Panorama Gorzowa, po lewej czerwony dach moich koszar. Widok z sąsiedniego wzgórza położonego na zachód od miasta.Od tej strony, chociaż nieco bliższej nadchodzi gonia. ( moje zdj z 2009 r.)

P1202192.JPG

Ze zbiorów michałowickiego minimuzeum Gorzowa ( eksponaty od goni i przez nią podpisane). Kamienie z dziedzińca koszarowego, gdzie dociera gonia ze swojego domu idąc na zbiórkę  turystycznej grupy- Naszej Chaty. Droga wiedzie zboczem wzgórza, magicznymi schodami i dalej w dół, pod pomnik Mickiewicza….

 

 

 

Jak opowiadałam przedtem, właśnie przebywam na emigracji wewnętrznej i dzięki temu swobodnie krążę po moim Gorzowie. Nikt mnie nie ogranicza, nie narzuca swoich  poglądów ani nie straszy przyszłością.  Jest pięknie tu, w krainie wiecznego dzieciństwa. Zapraszam do niej przyjaciół, spotykam dobrych znajomych. Spotykam tych, których lubię,

Oto pojawia się na horyzoncie gonia, widzę jej niewielką sylwetkę , wiatr figluje w jej świetlistych blond włoskach. Ofiarował  tę przyjaźń los, kierując mnie przed laty do portalu MM Gorzów, którego już nie ma, ale zostali dobrzy znajomi, których nigdy bym nie poznała, chociażby z  powodu różnicy wieku.

Gonia mieszka nieopodal mojej dawnej ulicy Orląt Lwowskich, ale za koszarowym wzgórzem. I dzisiaj lekka niczym ptak zbiega z niego jak co tydzień pod pomnik Mickiewicza, by spotkać się ze  grupą klubu Naszej Chaty , której jest prezesem i potem wędrować podgorzowskimi wzgórzami,  podziwiać urodę licznych  jezior pozostawionych przez lodowiec, zielonookich obramowanych rzęsami lasów……jak zwykle ma przy sobie aparat fotograficzny i potem wysyła mi zdjęcia. Wie jakie lubię, szczególnie smakowite są te na których  utrwala moje ukochane gorzowskie kąty . Zatrzymuje się na szczycie wzgórza pod dawnymi koszarami, gdzie teraz Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa.

Szkoła? Teraz jest tam jednak szkoła?

Tu się zatrzymuję i cofam w czasie. Bo wyczytałam w necie, że dawny burmistrz Landsberga ( obecnego Gorzowa) , Otto Gerloff, który sprawował swoją funkcję bardzo długo, bo w okresie 1915-1943 r.  proponował, by w latach 30 ubiegłego wieku na tym wzgórzu  wybudować właśnie szkołę. Jednak pomysł storpedowali nauczyciele, lękając się, że wiejące tu silne wiatry będą powodowały przeziębienia dzieciaków. Zabawne, prawda? Kto teraz tym się martwi? Na michałowickiej szkole strzelają w niebo jakieś masywne anteny przekaźnikowe i dzieciaki są osaczane niewidzialnymi ale na pewno wysoce szkodliwymi falami. Nikt się tym nie przejmuje….. jestem starej daty i widząc to, cierpnie mi skóra. Ale może przesadzam…..

Kończę tę dygresję, którą na pewno mi wybaczycie i wracam do Gorzowa .

Widzę jak gonia znajduje kamienie z właśnie rozbieranego dziedzińca koszarowego. Taszczy w plecaku i przywozi do mojego michałowickiego domku, gdzie tworzy minimuzeum gorzowskie. Na każdym litera k- co oznacza koszary. Widzę jak starannie  podpisuje …..

Gdy dzisiaj oglądam sobie  te kamienie nagle słyszę chichot. Rozglądam się, ale nikogo nie ma w domu.

I czuję, że znowu jestem w Gorzowie a właściwie w niemieckim Landsbergu. Są lata 30 ubiegłego wieku.

Z przyjemnością czytam to, co pisze Dariusz Barański w Gazeta. Gorzów cytując  zapiski Gerloffa ….

”  Landsberg, czyli nasz późniejszy Gorzów był miastem pięknym i wesołym. Stacjonowały tam liczne niemieckie wojska…”

„ Kiedyś do miasta przyjechał Erwin von Witzleben razem ze sztabem oficerów. Gościł na ratuszu i od początku miał dobre nastawienie do Landsberga. Jak sam opowiadał, przejeżdżał kiedyś przez miasto podczas manewrów i jego frankfurcki 8. pułk został bardzo serdecznie przyjęty przez mieszkańców, a gospodarz Piwnicy Rajców w podziemiach Sparkasse (dzisiejszy Urząd Miejski) przywitał go ze srebrnym kielichem wybornego wina. Powiedział sobie wtedy: ” Gdy tylko będę mógł o tym decydować, pierwszym miastem, które otrzyma garnizon, będzie właśnie Landsberg – miasto przyjazne”.

Gdy  von Witzleben został feldmarszałkiem, mógł urzeczywistnić tamto postanowienie. Nowe koszary miały powstać nieopodal starych. Ale wieloletni burmistrz Landsberga- Otto Gerloff miał inny plan lokalizacji. Gdy upadł pomysł wybudowania szkoły w jego ulubionym  miejscu na wzgórzu, wymyślił by tu posadowić nowe koszary.

      Właśnie dzisiaj na to landsberskie, jeszcze wtedy nagie wzgórze wieloletni burmistrz miasta- prawnik, historyk i regionalista w jednym-   Otto Gerloff   przywiódł  niemieckiego feldmarszałka- Erwina von Witzleben . I to oni chichoczą …

 „ jadąc na to wzgórze, przypomniał sobie opowieść o diable, który prowadzi na wysoką górę, by pokazać piękno tej ziemi”…….

”- Generał ujrzał na górze spory teren z pięknym widokiem na dolinę Warty.

Wróciliśmy bez słowa i dwa dni później dostałem list, że wojsko rezygnuje z rozbudowy starych koszar i dla dwóch batalionów będzie budować nowe nad Lugestraße ( obecnie Orląt Lwowskich )- wspominał burmistrz……i stało się. :

   To tyle na temat historii . I oglądam pocztówkę ze zdjęciem koszar z tego okresu ( Niemcy lubili pocztówki, na których dokumentowali najpiękniejsze widoki miasta, jest ich wielkie mnóstwo, na wielu są ludzie w strojach z epoki- cudne- żal, że teraz już tylko maile….). W koszarowych oknach piękne kwiaty  i hitlerowskie znaki nad wejściem…

A przecież i Gerloff i feldmarszałek pomimo tego, że byli aktywni i zajmowali ważne stanowiska w Rzeszy , byli przeciwni nazizmowi:  

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” . Ta struna fortepianowa mnie prześladuje, cóż za pomysł…..wyrafinowany, chyba długa śmierć, bo nie dochodzi do szybkiego przerwania rdzenia. I skojarzenie z tym narodem który kochał muzykę….brrr……..

Patrzę na zdjęcie burmistrza Landsberga- Otto Gerloffa.  Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do odejścia z urzędu . 1 grudnia 1943 roku  przestał być burmistrzem miasta . Później osiadł w Aschau Am Chiemsee (Niemcy), gdzie zmarł w 1956 roku.

Takie losy, ludzkie losy….dobrze, że człek nie zna przyszłości. Może żyć normalnie, nawet cieszyć się życiem. Tak, cieszyć się życiem, dopóki trwa…..

Ale dzisiaj jeszcze tamci  nie wiedzą co będzie dalej, nawet chyba nie myślą , najpierw chichoczą stojąc na nagim jeszcze wzgórzu, potem patrzą w dal gdzie połysk szerokiej Warty w  zielonej kwietnej  dolinie. I milczą zachwyceni…..

Gonia właśnie zatrzymuje się w tym miejscu gdzie stali, a teraz byłe koszary. Wyjmuje aparat, robi zdjęcia, potem  wysyła. Dzięki goniu, mówię…..

Mgła otula dolinę Warty, widać tylko piękne elementy, najbliższe………magiczne….mgliste…..tylko mgła……mgła otula horyzont i tamten czas….

koszary.jpg

 

Koszary w 1935 r, nazistowskie oznaczenia i kwiaty w oknach….stara pocztówka z Landsberga

 

Erwin vinWitzleben przed sądem po zamach na hitlera 1944.jpg

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” .

gerloff_otto.jpg

Otto Gerloff, burmistrz Landsberga w latach 1915-1943 r. Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do ustąpienia ze stanowiska/ Oba zdjęcia z wikipedii

101_3542_1280x960.jpg

Ozdobna barierka oddzielająca dawne koszary od stoku wzgórza . Nie ma już mojej kosodrzewiny, ale mgła jak kiedyś……Zdjęcie od goni.

101_3543_1280x960.jpg

 I widok w dół gdzie we mgle ulica  Bohaterów Warszawy, opasująca wzgórze i dalej moja dawna  wtedy Nowotki, a teraz Orląt Lwowskich…moje kosodrzewiny już umarły, ale i tak jest pięknie…..zdjęcie od goni

 

Na emigracji wewnętrznej….

stara poczt G. koszary.jpg

Tak wyglądało moje koszarowe wzgórze w 1935 r. . Schody, staranne nasadzenia młodziutkiej kosodrzewiny. Mój dom ostatni po lewej. Po wojnie, po prawej były ruiny wypalone przez Rosjan dwa tygodnie po „wyzwoleniu” miasta. Nie wiem, czy mam prawo pokazywać tutaj tą pocztówkę, ale co tam…..dziękuję za przysłanie mi tego zdjęcia R.M. 

 

Saperzy-ul. Estkowskiego.jpg

To samo wzgórze. Zdjęcie Taty, Wacława Łukaszewicza. Lata 50 ubiegłego wieku…..

 

 

Nie znana do tej pory gwałtowna totalna zmiana władzy w Polsce, poranne wiadomości w radio,  o tym co się wydarzyło w nocy. Wymiana kadr, nowe prawo. Nowi ludzie, chociaż znani z dwuletniego okresu poprzedniej władzy i z późniejszej działalności którymi  rządzi nieufność, podejrzliwość i jakieś dziwne teorie . Słuchając tego, nie sposób nie przyznać racji komuś, kto napisał, że  zamiast ciepłej wody w kranie zapewnianej przez poprzednie władze mamy wodę wrzącą. A to dopiero początek….Ponadto nasilenie terroryzmu na świecie…..ogólnie to, strach się bać- jak mawia gonia.

I dlatego wyłażę z tej oblepiającej matni i postanawiam udać się na emigrację wewnętrzną.  Tam jest zapewniona cisza , spokój i łagodność.  Zapraszam do tej podróży. ….nie trzeba wysiłku, pełen luz. W przypadku wygasania zainteresowania można po prostu wyłączyć komputer. I wszystko znika, nie istnieje. Czyż to nie jest prawdziwa wolność?

Biorę do ręki stary album , z czułością bo już dobrze znany , dotykany przez dłonie moich Rodziców i czuję ich obecność. Otwieram go jak drzwi do mojego świata. Jego  brunatne, chropawe, pachnące kurzem strony przypominają przaśne powojenne czasy kiedy to wszystko było takie- brudnobrązowe. Tam Tata wklejał zdjęcia i opisywał je pięknym starannym technicznym pismem . Tam jest zaklęta bezpieczna kraina dzieciństwa i wczesnej młodości. Tym bardziej bezpieczna i tym bardziej piękna, bo oglądana z dalekiej perspektywy czasowej. W takiej sytuacji wszystko jest wybielone, jakieś cienie czy niepokoje młodości a także drobne problemy, bo któż ich nie miał, odchodzą w dal. I jest tylko dziecięce zielone rozmarzenie.

Pewnie każdy ma takie wspomnienia i może teraz właśnie tam przebywa – w tamtych czasach i miejscach. Swoich, tylko swoich, najcieplejszych.

Może jednak oderwie się na chwilę i wpadnie z odwiedzinami tutaj, do  mojej krainy szczęśliwości. Zapraszam…..

        Nasza ulica  wtedy Nowotki, przemianowana dużo później na Orląt Lwowskich wspinała się na wzgórze. Jedno z najwyższych  gorzowskich . Bo Gorzów jak Rzym na siedmiu wzgórzach malowniczo się rozłożył opierając się o szeroką dużo szerszą od Tybru Wartę. I z dalekiej perspektywy wyglądał jak olbrzym leżący leniwie na boku przytulony do swojej rzeki.

Na szczycie naszego wzgórza  znajdowały się koszary do których wiodły piękne fantazyjnie zaprojektowane, zbudowane z przedziwnie ułożonej, bo równiutko pionowo czerwonej cegły o lśniącej polewie . Często  oglądałyśmy te cegły  bo takich nigdzie nie było i dotykałyśmy w czasie upalnego lata by poczuć ich chłodną miłą gładź. Aż dziw, że komuś się chciało układać je tak starannie, że w ogóle komuś się chciało. Te schody jeszcze są, choć ktoś im w wielu miejscach wybił zęby jeszcze urodą mogą zachwycać.

Zbocza wzgórza porastała kosodrzewina. Ileż krzewinek musiano posadzić, by pięknie pokryły nagie wzgórze. I pomimo tego, że już dawno kosodrzewina umarła ustępując miejsca dość wysokim drzewom liściastym ,  które same sobie wyrosły bo było im tu dobrze, wtedy i tam się zatrzymał mój czas.

W  żywicznym bardzo wonnym kosodrzewinowym gąszczu  hulaliśmy z miejscowymi dzieciakami, huśtając się na płożącym elastycznych gałęziach, kryjąc w zakamarkach i odkrywając co dalej .

Granicą naszego terenu zabaw była połowa wzgórza, gdzie planiści miasta  zaprojektowali platformę wypoczynkową.  Gnając pod górę, nagle w tym miejscu  hamowaliśmy, bo przychodziło  uczucie nieokreślonego niepokoju a nawet lęku. Tu wszystko wyglądało tak, jakby ktoś przed chwilą stąd wyszedł i niebawem wróci. W niszy , pod kosodrzewinową ścianą była nieczynna wprawdzie bezwodna fontanna o niskim obrzeżu a nieopodal  romantyczne betonowe przysadziste ławki tak posadowione, że umożliwiały siedzącym widok na bawiące się dzieci i daleką rozległą dolinę Warty. Wydawało się nam więc, że ktoś stamtąd wyszedł na chwilę,  że lada moment wróci, wyjdzie zza krzaków, że spojrzy wrogo. I powie, że to nie wasze, nie wasze rewiry. My tu jesteśmy….

 Tak, to opuszczone jakby przed chwilą miejsce relaksu  wydawały się nam nieprzyjazne, obce, nosiły ślady czyjegoś życia. Tam kryła się tajemnica, której nie znaliśmy a przeczuwaliśmy tylko. W tamtych czasach nikt o tym nie mówił, panowała jakaś zmowa milczenia nad niemieckim rodowodem miasta, a faszerowano nas  informacjami o jego polskim pochodzeniu.

Ale dzieciaków nie można oszukać. Wyczują fałsz na odległość. Mają jakieś własne bardzo czujne antenki wyłapujące kłamstwo dorosłych. Już zaczynaliśmy rozumieć, że ktoś tu kiedyś mieszkał i gdzieś wybył a my zjawiliśmy się jakby przypadkowo.

Tego nie odczuwałam przedtem bawiąc się na płytach dawnego cmentarza poniemieckiego rozrzuconych w krzakach parczku dotykającego ulicy Estowskiego i Kos. Gdyńskich. Pewnie dlatego, że jednak z biegiem czasu umysł dzieciaka się zmieniał, świadomość rosła i wyobraźnia też.

Byliśmy dziećmi  rodziców okaleczonych II wojną światową. Dzieci naznaczonych ich traumą z genami do których się wbudowała. Nasi rodzice próbowali posklejać swoje życie, zapomnieć o umarłych i żyć dalej. Ale jak to było możliwe, gdy rany świeże a dookoła nasilający się terror stalinowski. Nie wiem, jak to było możliwe. Ale jakoś to przetrwali , bo życie ma swoje prawa, czas trochę łagodzi ból a my dostarczaliśmy im zajęć. Tak, powojenne pokolenie dźwigało w sobie tragedie rodziców,  nosiło w sobie ich lęki , rosło karmione opowieściami  o minionych czasach spędzonych w innych częściach kraju, w górach czy na wileńszczyźnie, czy wreszcie na rodzinnych Kujawach. Usiłowaliśmy  zrozumieć świat.

I tak gdy miałam  10 lat i zamieszkaliśmy pod koszarami,  powoli  docierały  do mnie i do moich podwórkowych kumpli  dzieje Gorzowa, poniemieckiego miasta kiedyś Landsbergiem zwanego. Nie czuliśmy się tutaj pewnie, nie tak jak czułam się w naszych Beskidach, gdzie pradziadowie się rodzili i spoczywali w swojej ziemi. Mieliśmy podcięte korzenie, i jak przesadzone rośliny wypuszczaliśmy nikłe swoje korzonki, wczepiając się w tę ziemię ale

czuliśmy jak unoszą się nad nami i nad tym miastem  duchy poprzednich mieszkańców, chropawy ich język, ich miłości takie jak nasze, cierpienia i radości.  

Chociaż  nie widzieliśmy tamtych czasów, to w nas było, rosło i dojrzewało…. I wreszcie się dowiedzieliśmy jak było kiedyś , mówić już było wolno ale tamto kłamliwe milczenie  zostało. Pomimo tego wrośliśmy w nasze miasto w nasz Gorzów….udało się…..

 

 Zdjęcie-0776.jpg

 My, schodki, koszary w tle. Podpis w albumie ręką Taty……

Gorzowskie czasy. Zacisze.

SAM_1956.JPG

Kostka granitowa z ulicy Orląt Lwowskich z nieco wyblakłym napisem przywieziona przez gonię do mojego gorzowskiego minimuzeum w Michałowicach. Jeszcze pulsuje w nim tamten czas….

 

 

Pośród politycznej zawieruchy buchającej z telewizorów od kilku dni szukam zacisza.

    I znajduję ukojenie w powrotach do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości. Oglądam stare zdjęcia a „stąpając” po kamieniach od goni, które znajdują się w moimi minimuzeum gorzowskim trafiam na ulicę Orląt Lwowskich.

To tam mieszkałam od 10 roku życia aż do pełnoletniości. Najbardziej soczyste i świadome to były lata. Ale do nich dochodziłam stopniowo, bo poza kotkami w kotłowni  oczywiście miałam i inne ciekawe zajęcia. Może ciekawe nie zawsze były, ale pozostały w pamięci jako jasne chwile. Cisza naszego mieszkania i wieczorne odrabianie lekcji  w kręgu światła stojącej lampy z Mamą zajętą robótkami ręcznymi, gra na pianinie kojąca pierwsze burze dojrzewającego ciała i umysłu, późniejsze cotygodniowe przyjazdy do Gorzowa z szaleńczej nauki na AM w Poznaniu i spacery z Mamą. I widzę Tatę na naszym balkonie z widokiem na rzeźnię miejską….to wszystko było , odeszło ale zatrzymało się gdzieś w starym rodzinnym albumie i teraz spina tamten czas z obecnym gdy głaszczę kamienie przywiezione przez gonię….

 

ja piszę.JPG

 

P6050064.JPG

 

Zdjęcie-0560.jpg

 

Zdjęcie-0828.jpg

 

Gorzowskie czasy. Historia z kotkiem.

P1202184.JPG

Eksponat gorzowskiego mninimuzeum w Michałowicach. Granitowa kostka z mojej ulicy Orląt Lwowskich.

 

 

dom na nowotki.JPG

Światełko nad wejściem do dawnego Oddziału Drogowego PKP przy ul. Orląt Lwowskich, gdzie w kotłowni spędzałam czas z kotami….

 

 

Niedawno pisałam o moim gorzowskim minimuzeum w Michałowicach.

Utworzone zostało z eksponatów zebranych z miejsc mi bliskich , taszczonych w plecaku a potem przywiezionych z mojego miasta przez gonię,  przyjaciółkę poznaną dzięki nieistniejącemu już w dawnym kształcie portalowi MM Gorzów. Wysyłałyśmy tam wszystkie tekściki, które przyszły nam do głowy, a te  po akceptacji redakcji ukazywały się w necie. Powodowało to intensywne dyskusje, wielokrotnie merytorycznie twórcze.

Fajnie, że to było, bo pozostały sympatie i wspólne wspomnienia. Jednocześnie żal tamtego , bo nowa formuła jest ogólnokrajową” urawniłowką”, papką raczej tylko.

Po tym przydługim wstępie, ale raczej koniecznym gdy ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, albo zapomni, co czytał przedtem chcę przystąpić do kolejnej opowieści.

I tak codziennie oglądam gorzowskie pamiątki starannie opisane ręką Ofiarodawczyni.

      Naczelne miejsce zajmują granitowe kamienie z mojej dawnej ulicy Nowotki (obecnie Orląt Lwowskich) w Gorzowie Wielkopolskim.

Gdy miałam może 10 lat, opuściliśmy przepastne, dość mroczne mieszkanie przy ul Kos. Gdyńskich z dwoma parkami w sąsiedztwie, ze starym poniemieckim cmentarzem w jednym z nich, który był nam terenem zabaw i z błotnistym podwórkiem z cherlawym bzem nad wiecznie przepełnionym śmietnikiem , gdzie spędzałyśmy z Bajką urocze chwile…

    I nastał czas nowego mieszkania w oddziale drogowym PKP, gdzie Tato wspinając się na drabinę zawodową ostatecznie przysiadł na jej Gorzowskiem wierchuszce, na stanowisku Naczelnika.

Wtedy dostał mieszkanie służbowe, które mieściło się w owym Oddziale Drogowym PKP.

Duże było i jasne, z dwoma balkonami, wychodzącymi na pobliską rzeźnię, gdzie wiecznie płakały zwierzęta.

Dlatego unikałam tych miejsc, wolałam przesiadywanie w kotłowni, z panem palaczem i stadem kotów. Od tej pory moje życie towarzyskie opierało się na takich kontaktach a także bliskiej znajomości z portierami zza okienka na pierwszym piętrze. Był to pan Hołub, stareńki wtedy się wydawał, wąsaty , kościsty ale ciepły , który zawsze czytał książki oraz pani Hela Krzyżanowska, duża miła kobieta, z miękką wschodnią mową. Ubolewała, że jej brat zesłany na Syberię zakochał się w miejscowej kobiecie i tam został.

Też tak jak ja kochała koty.

    Kochałam te kociska mieszkające w naszej kotłowni. Któregoś dnia ubłagałam Mamę, by się zgodziła na obecność jednego z nich w naszym mieszkaniu. Był milusi, siedział przed kanapą, na której Mama często się kładła z książką. Patrzył na nią i pomiaukiwał. Pierwszego dnia tak właśnie było. Nawet rozbroił surową i raczej smutną na co dzień Mamę, która  opowiadała mi o jego zachowaniu z uśmiechem. Jednak następnego dnia, po powrocie ze szkoły Mama mnie zaprosiła do małego pokoiku  gdzie stało moje łóżeczko starannie nakrywane kapą i ozdobną wyszywaną nakładką na poduszkę. Od razu uderzył mnie  jakiś nieład. Nakrycie łóżka było jakoś dziwnie skotłowane. Gdy usiłowałam je rozprostować, znalazłam w środku wielką kupę. Kto to zrobił? myśli przegalopowały w mojej głowie i zafiksowały się na jedynym winnym, słodkim kociaczku. Zdruzgotana, zbrzydzona i wzburzona pobiegłam do kuchni, gdzie właśnie urzędowała Mama. Ze spokojem oznajmiła, że to przecież mój kotek był sprawcą tego nieszczęścia więc teraz powinnam sama to wyczyścić i  wyprać . Ryknęłam wielkim głosem, lejąc łzy jak  grochy. Mama  w końcu się złamała, uległa i sama posprzątała po naszym kocie.

Wtedy zdecydowałam bez wahania, że kotek wróci razem ze mną do podziemi.  I tak się stało.   Od tej pory tak jak przedtem mruczeliśmy sobie przy ciepłym piecu w ciemnościach piwnicznej kotłowni. Było miło, przemiło….

 

kot db awatar.jpg

 

Nad Bugiem.  Kotek przed altanką zaprzyjaźnionego z nami Profesora. Taki słodki jak mój, ten gorzowski…..

 

Pierwsze spotkanie z plastikiem.

P6050065.JPG

Taka wtedy byłam, chyba pulpetowata a przedtem znany w przedszkolu niejadek…

 

 

Było to we wczesnych latach 50 ubiegłego wieku. W gorzowskiej podstawówce przy ul. Estkowskiego ( teraz mieści się tam AWF) prężnie działo harcerstwo oraz organizacja tzw. zuchów.  Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to tzw. czerwone harcerstwo, dopiero po latach Mama mnie uświadomiła. Wówczas to nie było ważne, nijakich haseł politycznych nie słyszałam, a chciałam tylko być w grupie, którą uwielbiałam. Tak więc w I klasie zapisałam się do zuchów. Należało skompletować odpowiedni ubiór. Więc poszłyśmy z mamą do sklepu, gdzie z wielką dumą i zachwytem mierzyłam szary zgrzebny fartuch zapinany na wiele metalowych wypukłych guzików z lilijką  oraz szeroki sztywny skórzany pas. Byłam oczarowana zapinką tego paska, gdyż cudownie wchodziły do siebie dwa krańcowe elementy, bez konieczności dziurkowanego dopasowywania. Wszystko leżało wg mnie znakomicie. Clou programu była trójkątna chusta, chyba dwukolorowa, której barwy nie pomnę i spinająca dwa końce pierścieniowata plastikowa nakładka z lilijką na froncie.     Właściwie to było najcudniejsze, ta tulejka. Miała cudny jasnozielony przezroczysty kolor. Czasami nakładałam ją na palec wyobrażając sobie, że jest najpiękniejszym bo plastikowym pierścieniem. W tamtych czasach plastik zachwycał. Do tej pory czuję na opuszkach palców ten ciepły aksamitny niezwykły wtedy dotyk. O, jak się zmieniły czasy, kiedy teraz plastik nas osacza, przygłusza i odstręcza. Nastąpił powrót do naturalnych tworzyw. I koło historii się zamyka.

Ale ja mam w sobie tamto wspomnienie. Niezatarte, stale świeże i bardzo miłe…..Czas wtedy się zatrzymał ….