Nowy Rok bieży ….Tęczowe życzenia ….

Przed 5 laty  tak tu pisałam. Myślę, że warto powtórzyć, bo słowa te ponadczasowe. Zapraszam ….

Opublikowane w Grudzień 31, 2013 przez Zofia Konopielko

Nowy Rok bieży….

A ja Wam, Kochani nie fajerwerki, szampany i szatki balowe lecz  tęczę  przysyłam ….. .

Jeszcze jesienią ją upolowałam nad wydmą leśną nieopodal naszej działki nad Bugiem. Zawsze jest  piękna  zjawiskowa i niosąca optymizm….

TĘCZA – to nie jest takie sobie zwykłe zjawisko optyczne i meteorologiczne  już dawno opisane. …

TĘCZA – to efekt szczególnej gry niebiańskiego światła słonecznego z kropelkami wody zawieszonymi w atmosferze.

To gra wielkiego Słońca z każdą pojedynczą kropelką wody.

Nieustanna zabawa trwa , fale świetlne odbijają się od tej jednej kropelki, od jej wszystkich sióstr , każdej z osobna. Każda  je załamuje, rozprasza na barwy – które złożone są po prostu białe , właściwie niewidoczne, jedynie jasne – a teraz krople wody  już kolorami nasycone zawieszają się na niebie tęczę tworząc.

Cudne, dynamiczne to gry , stale się toczą a TĘCZA  zupełnie spokojna, wielobarwna i  uśmiechnięta rozpościera swoje suknie na nieboskłonie….

To przez tę zjawiskowość, nieuchwytność, urodę wreszcie  – TĘCZA w wyobrażeniach ludzi zamieszkujących różne miejsca na ziemi ,  utrwaliła się w ich mitologii.

Grecy widzieli w niej drogę, którą przemierza posłanka bogów – Iris schodzącą z nieba na ziemię,

Chińczycy –  szczelinę w niebie, którą bogini Nuwa  zamyka szlachetnymi kamieniami i kolorami ,

dla Hindusów była łukiem boga błyskawic i grzmotów – Indry,

Skandynawowie widzieli w niej most łączący świat bogów i ludzi.

W Starym Testamencie była symbolem przymierza Boga z człowiekiem, obietnicą złożoną przez Boga Jahwe Noemu, że Ziemi już nie nawiedzi wielka powódź.

Aborygeni uważali, że z „ tęczowego węża” narodził się świat a człowiek mógł zostać wciągnięty do nieba i stawał się płanetnikiem….o płanetniku już pisała nie będę, bo  ciekawie o nim Wikipedia opowiada…

I właśnie dlatego przesyłam Wam na ten nadchodzący Nowy 2019 Rok  MAGICZNĄ TĘCZĘ .

I wyobrażam sobie, że jesteśmy zbiorem niezliczonej liczby kropelek –  jednakowych, czasem przemarzniętych, samotnych i bezbarwnych…..

I NIECH W TYM RODZĄCYM SIĘ WŁAŚNIE NOWYM ROKU PRZYJDZIE DOBRE SŁOŃCE I WYBIERZE NAS –  KAŻDEGO Z OSOBNA – TAK JAK KAŻDĄ KROPELKĘ WODY ZAWIESZONĄ SAMOTNIE GDZIEŚ W GÓRZE  – ROZŚWIETLI, OZDOBI BARWAMI I OGRZEJE  …

aż  staniemy się jedną wielką kolorową radosną TĘCZĄ NA WSPÓLNYM NIEBIE …

 

WIELKANOC – noc CUDU ….

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

 

 

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

 

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….

Chaotycznie opowiedziana historia o…..

 

P5021582.JPG

Zdj, własne. Niebo nad Skalitem ….

 

 

Chaotycznie opowiedziana historia o…

 

Nazywał się pan ….

Długo się wahałam, czy podać jego nazwisko

Ale wreszcie postanowiłam

najpierw że tak

a potem że nie

pozostało więc to Nie

On już dawno nie żyje

Gdy czytam w publikatorach

Że nie żyje

Obojętność

 

Dobrze pamiętam

Tę niewielką postać

Blondynek łysiejący chyba

Zdolny bardzo i zasłużony dla miasta ponoć

Aż chcieli ulicę nazwać jego imieniem

 

A ja pamiętam jego dłoń

Zły dotyk

Taki na całe życie

I można powiedzieć

Że potężniejący w miarę upływu lat

 

Bo wtedy miałam może 12 lat

I niczego nie wiedziałam o świecie

Naiwna zachwycona magią nagle odsłoniętych strun i młoteczków

Naszego pianina

Na którym wygrywałam co się dało

I najpierw tego nie lubiłam

Tak dalece

Że przesuwałam wskazówki zegarka

Który stał na pianinie

przyjechał z Mamą z wileńszczyzny

Wskazówki codziennie

Stopniowo po kilka minut

Do przodu

Aż z tego zrobiła się godzina

I Mama się zorientowała

Pewnie podpatrzyła

I była bura

I zegarek od tej pory

Nietknięty

 

I tylko ta ręka

Gdy stałam zauroczona obok

Wpatrzona w kamerton

Którym podawał dźwięk

By potem podkręcać odpowiednio

Strunę

Moja struna dotknięta

 dłonią

Która nagle po mojej lewej nodze

Spod kolana

Po tylnej części uda

Sunęła w górę

Aż pod majtki

 

Wtedy odskoczyłam

I uciekłam z tego miejsca czarownego

Nic nie wiedziałam o świecie

Bo miałam niespełna 12 lat

To były późne lata 50 ubiegłego wieku

I mój Gorzów

I to pozostało

A może dlatego że teraz się mówi

Albo i nie

Bo gdy się jeszcze nie mówiło

Nie wiadomo dlaczego nie chciałam

Dotyku obcych dłoni tam

Teraz wiem dlaczego

Dziecko molestowane tak ma

 

Potem zapomniałam

Pozornie

Chłopakowi który chciał więcej

Nie umiałam powiedzieć

Bo może nawet nie wiedziałam

dlaczego

Bo wtedy się o tym nie mówiło

Kręciłam zmyślałam

Płakałam nawet

Aż poszedł szukać swojego szczęścia

gdzie indziej

i

pewnie znalazł

a myślałam

że razem będziemy przenosić góry

w jednym zawodzie

przecież

 

Przełamałam się wreszcie

I zapomniałam na długie lata

I nawet zaczęłam grać na pianinie

Emocjonalnie

Burzliwie

Może żeby zagłuszyć

Tamto

A może

Tylko własną burzę

Dojrzewania uciszyć

 

Ale on ten blondynek

Ze złą dłonią

Czy brudnym sercem

Czy wreszcie beztroską

Jakąś niezrozumiałą

był zawsze przy mnie

no nie zawsze

bo czasami nie

 

wrócił przed laty

ten zły dotyk wrócił

bez emocji

nie nieprawda

bo z wstrętem

i oburzeniem

jak można

tak

dotykać dziecko

 

tego nikt nie wie

i nikt nie odpowie

jak można…

 

P6050064.JPG

 

mam 6 lat, zdj Taty z albumu rodzinnego

Zdjęcie-0667.jpg

10 lat mam , zdj Taty

 

budzik Babci Stefy1.JPG

 Budzik przywieziony przez Mamę z wileńszczyzny. Teraz u naszej córki, zdj własne.

Niemy świadek tamtego czasu….

 

 

 

 

 

Zamiast życzeń…..

P5021620.JPG

 

 

Kochani!

I jak tu nie wierzyć, że kiedyś przyjdzie Światło.

 

Wtedy Chrystusek Frasobliwy spod naszego beskidzkiego domku wstanie,  poprowadzi drogą krętą i wyboistą , pokaże Piękny Odmieniony Świat i Dobrych Ludzi a na końcu Pełną  Jasność  Spełnionego Życia  !!!

 

I z takimi myślami oraz Optymizmem pozdrawiamy Was

 

Wielkanocnie

 

P5011537.JPG

 

P5011520.JPG

 

P5011421.JPG

 

P5021607.JPG

 

P5021583.JPG

 

P5021547.JPG

Daremny żal…

Właśnie listopad nadchodzi. Czas refleksji i zadumy.

Miotają mną sprzeczne uczucia.

Bo chciałabym napisać , że Dzień Wszystkich Świętych jest dniem nadzwyczajnym ale pogodnym a z drugiej strony wiersz Jana Twardowskiego przychodzi pt. „Żal” i wtedy  człeka ogarnia smuta .

„ Żal że się za mało kochało

  Że się myślało o sobie

  Że się już nie zdążyło

  Że było za późno….”

Ale daremny żal, bo przeszłości nie da się odwrócić.

Było to, co było.

Jedynie można wyciągać wnioski i żywym dawać wsparcie i pogodę ducha. Chociażby dlatego, by potem nie żałować…

To takie ogólne refleksje na początek. Może brzmią zbyt moralizatorsko, może nie, ale tak czuję i Wam kochani mówię….

Teraz pozostaje tylko myśleć, że Ci, którzy odeszli są już szczęśliwi, uwolnieni od codziennych ziemskich trosk. I że się kiedyś spotkamy…

 

007.jpg

 

Mojemu Tacie, imieninowo…

 Tato na torach.jpg

Na torach, zakochany w kolei na wieki wieków, inżynier dróg i mostów….Mój Tato….

 

 

Dzisiaj imieniny Wacława.

Także mojego Taty.

Wszystko już o Nim tu napisałam.

Że wytworny i delikatny,  raczej małomówny, wrażliwy na przyrodę i piękno świata, wileńsko rzewny , bardzo opiekuńczy i szalenie pracowity …i  zakochany w swojej kolei na wieki wieków…

.

Dziękuję Ci, Tato, że byłeś

Właśnie taki

Dałeś mi ciepło

Cichą obecność

Pokazałeś niebo i chmury

Piękne kadry pejzażu w obiektywie aparatu fotograficznego

 

W pewne niedzielne południe byłam darem od Mamy w Twoje imieniny

Może nie zawiodłam

Nie wiem….

 

Czuję Twoją obecność …wszyscy czujemy…

Jesteś Tato  z nami.

 

W tym pięknym dniu

Wczesnojesiennym

W urodzie świata

Jesteś….

 

tato, ok 19, babcia, mały witek,jego matka.jpg

 

Tato w centrum, jego Mama- Stanisława z d. Rodziewiczówna obok…

Rodzice, ślubna chyba, 1932.jpg

Rok 1932, ślubne..

Tato 1932 i po obozie.jpg

 

Zdjęcie-0560.jpg

Na balkonie naszego mieszkania przy dawnej Nowotki w Gorzowie…

 

Zdjęcie-0682.jpg

Przy pracy, jak zwykle, do końca swoich dni….1957

 

Zdjęcie-0562.jpg

 

 

Imieninowe kochanie…

 

StefaDzieckoSiostra.JPG

Stefka, moja Mama. Jedyne zdjęcie z Jej dzieciństwa jakie posiadamy….Już jest starsza, niż opisywana poniżej….

 

 

 

Dzisiaj są Imieniny mojej Mamy.

Stefanii, Stefki, jak mówiono tu, w Godziszce.

Od rana jestem z Nią, rozmyślam, czuję obecność, pomimo tego, że przebywa od 2000 roku w tym Drugim  Lepszym Świecie…

     I wracam do dawno zapisanych tu Opowieści mojej Matki. Ale po 6 chyba latach można przypomnieć jak było wtedy, gdy ledwie XX wiek się zaczął…..

      I znowu tu jestem, w Beskidzie Śląskim, jak przed ponad 60 laty. I stale młoda jak kiedyś, może tylko z bledszym zachwytem , staję  na zboczu Skrzycznego. Jednak widok jest tak piękny, „że umarłego by ruszył” a cóż dopiero mój Zachwyt. Czuję jak we mnie rośnie ten Zachwyt , dojrzewa, kraśnieje i już jest, taki jak kiedyś….

     Widok na wielką Kotlinę Żywiecką jest rozległy. Zda się , że to Pan Bóg  zabawia się układaniem makiety i pokazywaniem jej tym, którzy chcą patrzeć…Nawet miejscowi mówią, że tu jest pięknie, a cóż dopiero my, wakacyjni przybysze …

Krajobraz zamyka daleki  Beskid  Mały i Żywiecki z Babią Górą w tle  i dwugarbną   Romanką z przytulonym , wychylającym się  zza niej figlarnie,  Pilskiem…

Kotlina ma nierówne dno, pofałdowane a na grzbiecikach  wzniesień Najwyższy poukładał domki by z dalekiej perspektywy naszej chałupki wyglądały jak paciorki nanizane na sznureczkach dróg i strumyków .

       Nieomal u moich stóp jest miejsce gdzie urodziła się moja Matka. To duża wieś, Godziszką zwana. Smukła wieża kościoła zaznacza ten rejon, gdzie kiedyś  stary drewniany sczerniały przysadzisty dom moich góralskich dziadków przysiadł zmęczony przy drodze biegnącej dalej w dół, aż do Łodygowic. Jeszcze pamiętam tą rodzinną chatę,  wejście i mroczne wnętrza z pięknymi świętymi obrazami zawieszonymi skośnie pod sufitem ….Już oczywiście nie ma tej chałupy, tylko przetrwała w opowieściach Mamy i mojej pamięci.

I przychodzą Jej opowieści o młodości  górskiej i obrazy….

    W 1907 roku w rodzinie Jakubców przychodzi na świat kolejna dziewczynka.  Ma duże  intensywnie błękitne  oczy , w których do Jej ostatniego dnia niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy już rozgląda się po świecie, ma trzy a może cztery lata,  myśli, że jest niekochana. Rodzice są zapracowani, oschli, bez słów o miłości, bez przytuleń i miłych gestów. Twardzi górale wieśniacy.

 A w domu  „dziecków” stale przybywa, ona jest najstarsza u drugiej żony Dziadka Michała- Marianny. Z pierwszej żony  pozostało jeno wspomnienie, grób i pięć córek. Same dziewczyny w domu, stałe oczekiwanie na syna.

Tak, mała Stefka ma powody, by uważać, że nie jest kochana…

Lubi tedy  przesiadywać  samotnie na wysokim progu tego  przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat . Bywa, że ktoś przechodzi, że krowy przejdą na łąkę albo wóz drabiniasty zaskrzypi…

     Ale czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta. Dziewczynka siedzi nieruchomo wstrzymując oddech z zachwytu. Ta chwila jak mgnienie oka mija, bo powóz już znika w tumanie kurzu i wszystko wydaje się snem.

I wreszcie przychodzi jeden taki dzień, niezwykły.

Bo powóz nie pędzi dalej drogą do Łodygowic, mijając obojętnie zabudowania i górali krzątających się obok domów czy na polu , ale zatrzymuje się przed starą chałupą gdzie na wysokim progu siedzi mała niebieskooka zachwycona dziewczynka . Z powozu wysiada ta wytworna, pachnąca kobieta , kobieta jak z bajki. Chociaż nie jestem pewna, czy Stefka znała jakieś bajki, czy zapracowana matka miała czas na gawędy i rozmowę z dziećmi. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. Więc wszystko jest jak w bajce, którą może kiedyś opowiedziała babcia a może jednak  mama….

Tak więc ta wytworna pani podchodzi do dziecka i  pyta o ojca.

Ojciec jest, dziecko potakuje nieśmiało. Pani wchodzi do izby . Musi schylić głowę, bo próg jest wysoki a odrzwia maleńkie, by ciepło nie uciekało zimą.

Dziewczynka nasłuchuje z ciekawością o czym to rozmawiają dorośli w chałupie…i słyszy, przemiły głos eleganckiej  pani :  na to dziecko już dawno zwróciłam uwagę. Nie mamy swoich, zabierzemy ją do dworu, będzie miała wszystko, jak w raju, adoptujemy i wychowamy jak zechce ojciec..

Dziewczynka wstrzymuje oddech.

Ma  może 3, może 4 lata,  ale rozumie, że teraz ważą się jej losy.

Tak, na pewno ojciec ją odda, bo nikt tu jej nie kocha, jest dziewczyną, a nie wymarzonym synem, w dodatku już kolejne pędraki pełzają po izbie.

Jak boli to małe serce, buzia w podkówkę i łzy zalewają oczy …i rodzi się  pamięć o tym dniu , która trwa do końca życia, do zniedołężnienia ponad 90 letniego …

I gdy rozpacz dziecka sięga dna, nagle słyszy słowa ojca:

– ja nie mam „dziecek”  na rozdawanie.

          Od tej pory już  wie , że jednak jest kochana….

 

Dzisiaj Twoje Mamo Imieniny, obserwuj nas z chmurnej przestrzeni, kochamy Ciebie i zawsze będziemy pamiętali, dopóki żyjemy…..

Bądź wreszcie szczęśliwa w tym Drugim Lepszym Świecie, bo ten Ciebie nie oszczędzał…Bądź Mamo…..

 

 

Czas na życzenia…

 

 

PC250073.JPG

 

 

I czas Wigilii nadchodzi. Za oknem bardziej wiosennie niż zimowo. Katary z Inowrocławia przywieźliśmy, ale to nic. Widać już nie powinno się wyjeżdżać o tej porze roku i w duże zgrupowania ludzi. Ale to tylko margines….

Dzień wstał, obok drzwi wejściowych do naszego domku kula zakupiona na Kujawach światłami błyska. Przypomina tamte ziemie, gdzie goni Mama się urodziła a Ona spędzała wakacyjny czas w Szymborzu. Bliskie są mi te Kujawy….

Ale to margines. Jak co roku zbierze się o 15 rodzinka. Oto ona na zdjęciu  grupowym z 2009 roku , kiedy to jeszcze dwojga wnucząt nie było na świecie, a Leza nie myślała o tym, że zostanie mamą żywiołowego Pola. Przesyt dań świątecznych spowodował przymus wyłożenia się na naszym legowisku. Fajne to zdjęcie….błogostan…

Barszcz już ugotowany. I kompot z suszonych owoców i mak zmielony trzykrotnie spoczywa w wazie razem z bakaliami. Ryby i sałatki przybędą z dziećmi. … Niedługo przyjdą starsze wnuki i będą choinkę stroiły. Na razie zdjęcie zeszłoroczne tu wrzucam z życzeniami dla Wszystkich którzy tu zajrzą. Niezależnie od poglądów politycznych, sympatii czy antypatii dziś jednoczmy się. Może stanie się cud zrozumienia Innego , porozumienia, może stanie się cud….

ŻYCZĘ WAM KOCHANI ZDROWIA MIŁOŚCI, DZIECIĘCEJ, RADOŚCI I DZIECIĘCYCH ZACHWYTÓW POMIMO TEGO, ŻE JUŻ DOJRZAŁOŚĆ PRZYSZŁA. A PRZEDE WSZYSTKIM SZCZĘŚCIA, BO MOŻNA MIEĆ WSZYSTKO I STRACIĆ PRZY BRAKU SZCZĘŚCIA….

SPOKOJU I SAMYCH DOBRYCH DNI W NADCHODZĄCYM NOWYM 2016 ROKU…

 

cyganie.JPG

Michałowice, 2009, zdjęcie robił Mirek, więc go tu nie ma. No i dwojga najmłodszych wnucząt bo jeszcze się nie urodziły. Nieodłączna Leza nie wie, że będzie mamą…..

Jedno spotkanie z Antkiem.

 

antek,ZG.JPG

 

 

Jak dawno to było, gdy pisywałam do nieistniejącego już portalu MM ( Moje Miasto) Gorzów pod Nickiem Łuka a potem dla odmiany Klarka. Tamte teksty zaginęły , ale na szczęście mam „brudnopisy”. I dzisiaj grzebiąc w tych materiałach znalazłam ten, który od razu zaczął się domagać, by zamieścić go w tym blogu. Gdy poczytałam, wrócił tamten lipcowy dzień, tamto spotkanie. Było dokładnie tak, jak opisałam….

 

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.

Nagle ktoś pyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? Spojrzałam.  Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre , lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.

Zapraszam .  Po chwili słyszę pytanie-czy pani też uważa , że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli,  odpowiadam, że tak , Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie. Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi. Milczę ale Słucham z coraz większym zainteresowaniem. Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie  Empiku. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną , tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empiku. Potem wyruszam dalej. Te gazety- wskazuje na swój bagaż- znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają . Dyskutujemy.

Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.

Czy pani wie , że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją . Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w Lalce, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie , bo czytałem o  pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach  i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.

Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.

Sąsiad z mojej ławki  opowiada dalej, że się bardzo cieszy , gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.

Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek . Jestem dumna, że go znam.

A wie pani , mówi , ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc,  odwiedzałem  dawne restauracje. Tańczyłem  z dziewczynami  kolorowymi jak motyle , z  dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i  z szerokimi  wirującymi   spódnicami na wykrochmalonych halkach.  Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych  firankach Gdy się zbudziłem , przetarłem oczy  popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle …

Potem  wysłuchał mojej opowieści o życiu , o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował  , wyjaśniał,  zapewniał , że tak jak jest , jest dobrze. Uwierzyłam mu , gdzieś w podświadomości miałam  pewność ,  że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu , do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.

 Stale sprawdzaliśmy która godzina . Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.

Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał . 

Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam , że jestem silna i spokojna .Widziałam  znikającą sylwetkę , srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.

 

Wiem , że kiedyś tutaj wrócę , szczególnie gdy będzie mi źle . Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić . Usiądę na ławce  na dworcowym skwerku .I wtedy przyjdzie Antek .

Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni . Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.

    Jeśli los Was zaprowadzi  do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? …..

….

 

 

List do Jana na adres: zaświaty.

Postanowiłam tutaj zamieścić list, który zwyczajowo napisałam do mojego teścia- Jana obecnego już w zaświatach i wrzuciłam do „skrzynki pocztowej „Jego blogu 24.04.2015 …opisane wydarzenie było dla nas Ważne  Niezwykłe i Jedyne takie, więc dzielę się naszą dumą….

 

 

Kochany Janie!

Długo milczałam, bo jakoś nie chciałam zakrywać zdjęcia Pawła i tekstu o Nim. Ale życie ma swoje prawa, czas więc powrócić do żywych.

Muszę Ci napisać, że wczoraj mieliśmy ładny, jedyny taki dzień. Być może zaglądałeś do nas i wiesz. Ale przypomnę. Otóż nasza najmłodsza córka, Paulina została doktorem nauk humanistycznych. Jest psychologiem, ma zajęcia ze studentami, które lubi. Ma to po Was urodzonych pedagogach – po Tobie, po pięknej Helenie i mojej Mamie- Stefanii. Miło  myśleć i widzieć, że geny nie umierają z ludźmi, a zostają i są aktywne w pokoleniach.

    Dziewczyna dość długo zbierała tzw. materiał. Przebadała przy użyciu różnych testów 294 osoby, których najpierw musiała zainteresować tematem i celowością poddania się testom.  Byli to rodzice małych dzieci. Gdy wyrazili pisemną zgodę na te  badania ,  oceniała ich zachowania zdrowotne. Problem jest ciekawy, gdyż w dzisiejszych zapędzonych czasach, trudnościach ze zdobyciem pracy, przy małych dzieciach myślenie o zdrowiu pojawia się zwykle wtedy, gdy jakieś niedomaganie człeka dopada. I po 7 latach tych przygotowań, opracowywania wyników- muszę się pochwalić, że sama sobie z tym dała radę- zwykle korzysta się z pomocy statystyków, czytania ogromu pozycji literaturowych , urodziła piękną , 197 stronicową pracę zatytułowaną Rozprawa doktorska. Praca otrzymała doskonałe recenzje, podkreślano dojrzałość samodzielność, logiczne myślenie autorki  i wskazywano, że takie opracowanie nie miało miejsca do tej pory. Potem musiała zdać egzamin z angielskiego, psychologii i filozofii.

Wczorajsza obrona była już właściwie tylko formalnością.

Ale to nie znaczy, że nie było emocji przed. W trakcie okazało się, że Twoja wnuczka pięknie spokojnie mówi, jest wyluzowana, tworzy miłą niewidoczną ale wyczuwalną przestrzeń ze słuchaczami. Oczywiście jak to w obronach bywa- najpierw promotor odczytał jej życiorys podkreślając fakt, że jest bardzo dobrym pracownikiem ale przede wszystkim Matką. W czasie gdy prowadziła swoje badania a potem pisała tę pracę urodziła dwóch wspaniałych Synów. Potem recenzenci odczytali swoje opinie i rozpoczęła się dyskusja. Zadawano wiele pytań, wątpliwości. Dyskusja była żywa, ciekawa a doktorantka z wielkim urokiem i znajomością tematu wyjaśniała, uzasadniała. Jednym słowem rodzice puchli z dumy, jak się możesz spodziewać. Nawet na końcu mama jako pediatra zadała pytanie, które spotkało się z żywym odbiorem nieomal wszystkich….

Potem musieliśmy opuścić salę oczywiście razem z doktorantką. W tym czasie członkowie Rady Naukowej obradowali lub udawali, że obradują nad ostateczną akceptacją pracy.

Po kilkunastu minutach zostaliśmy poproszeni o powrót i ogłoszono oficjalne zatwierdzenie doktoratu. Potem były gratulacje i gratulacje….

Finałem zwyczajowo był wspólny obiad w stołówce kampusu uczelni….

I powrót do domu, gdzie druga nasza córka- Ewa  upiekła z chłopakami Pauliny ciasteczka , które ułożyli w wielki napis BRAWO!

I nam po raz drugi rosło serce.

Tak, Kochany nasz Janie, czuję jak i Wy się cieszycie z nami, gdy wasze Wnuki  są dojrzałe, mądre i się kochają….

I my ich kochamy tak jak Was, nieustająco, bezgranicznie

Całujemy Was Dalekich…