

Widok na Plac Kercelego, 1935 r. zdjęcie z netu




Zdjęcia z netu, Plac Kercelego przed II Wojną światową, ależ klimaty!!!
Wędrówka z „ Królem” Szczepana Twardocha

To nie będzie recenzja, bo takowe piszą fachowcy.
To będą tylko wrażenia, przemyślenia i skojarzenia związane z lekturą opisane przez zwykłą babę w późno średnim wieku. Wybaczcie rozwlekłość która się pojawiła w trakcie porodu tego wpisu….
Ale po kolei:
Na wstępie muszę przeprosić panią Marię Konopnicką za gwałtowną zmianę tematu. Po poprzednim moim blogowym wpisoliście, dojrzewał już następny, gdy nagle wdarł się w tę zaplanowaną układającą się w głowie listopadową moją pisaninę Szczepan Twardoch ze swoim „ Królem”.
Jak zwykle zaczęło się w michałowickiej bibliotece, gdy niespodziewanie Panie podały mi tę książkę. Niespodziewanie, bo jeszcze jest ciepła, niedawno wydana a kolejka czytelników pewnie była duża. Wiedziałam wcześniej , jakieś recenzje poczytałam beznamiętnie i wcale nie miałam pewności czy chcę po raz kolejny spotykać się z tym pisarzem, bo ogólnie drapieżny jest.
Ale gdy książka sama „weszła mi w ręce”, nie zrezygnowałam.
I dobrze, bo przeczytać było warto.
Bo pomimo tragicznej wymowy i wszechogarniającej smuty, okrucieństw i właściwie samego Zła, znalazłam w niej coś dla siebie. Ale o tym będzie dużo później.
Na razie odłożyłam „ piłowanie” Nocnika Żuławskiego, niech poczeka ze swoimi pretensjami do świata….
Czytając pierwsze strony : „Króla” odniosłam wrażenie, że książka jest napisana gorszym, jakby mniej sprawnym stylem niż „ Morfina”, „Drach” i inne Twardocha. Ale to wrażenie natychmiast zniknęło, przestałam analizować, porównywać, bo zostałam wchłonięta „ z uszami „ przez tę książkę ….
Uff, właśnie skończyłam czytanie które zajęło mi niecałe dwa dni. Tak krótki czas lektury jednej pozycji zdarza mi się bardzo rzadko.
„Król” mnie znokautował i całkowicie zaskoczył oryginalnym, niespodziewanym zakończeniem. A właściwie całym pokrętnym zabiegiem literackim.
Gdy zamknęłam tę książkę i odparowywałam, M. zapytał o czym jest ta powieść ?
Nie mogłam mówić, odpowiedzieć, bo stale miałam zaparty dech.
Dopiero teraz uspokojona, porządkuję ją w sobie.
Twardoch opowiada wyśmienicie, czyta się płynnie treści krwią nasączone, przemocą, złym seksem, gwałtem, strachem, ucieczką. Jest też tam i miłość, chociaż trudna i smutna. Wszystko jest zresztą smutne bo jest Złe. Ale o dziwo, nie wiem, jak to robi Twardoch , jakich używa zabiegów, że bohaterowie pomimo swoich okrutnych czynów nie budzą wstrętu, ba nawet człowiek im czasem kibicuje. Coś dziwnego…
Jest to niezwykle dynamiczna opowieść o Warszawie 1937 roku, Polsce tonącej w gąszczu frakcji politycznych, o ich przekładankach , dwuznacznościach, o słynnej Berezie Kartuskiej, o tyglu wrzącym. …
Nie wiem co by się dalej działo z naszym krajem, gdyby nie wybuch wojny.
Aż strach porównywać dzisiejsze czasy z tamtymi, chociaż cisną się w głowie paralele…Brr, lepiej nie myśleć. Bo od myślenia głowa boli , jak mawiali moi pacjenci….
W trakcie lektury nie mogłam się nadziwić, skąd Szczepan Twardoch, młody człowiek , w dodatku Ślązak z krwi i kości, zna tyle faktów z historii i skąd zainteresowanie nimi. Potem przeczytałam w necie ( Wyborcza- Książki) wywiad z tym autorem . Opowiada on, że zainspirowała go pewna powieść z lat 60 ( jak mówi- nudna) o czasie międzywojnia w Polsce, a potem zebrane przy pomocy dobrego człowieka artykuły prasowe z tego okresu. Doznania bokserskie , które tak starannie i dosadnie przedstawił w książce są jego własnymi doświadczeniami pogłębionymi na użytek tej powieści .
Twardoch nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził bohatera fantastycznego i jednocześnie niemego komentatora zdarzeń . W „Drachu” jest to smok, a tu Litani – wielki kaszalot pojawiający się warszawskim niebie. Jego wygląd, zachowanie, żywe reakcje na to co widzi przyprawiają o dreszcze i mogą powodować lęk przed naszą przyszłością. A może posunęłam się za daleko w tej interpretacji…..Również zastanawia tytuł powieści. „Król” który po lekturze brzmi gorzko, dramatycznie, przekornie rzekłabym. Jaki król? Jeśli król, to czego? Na koniec autor zamieszcza takie słowa głównego bohatera:
„ ….A teraz jeszcze jesteśmy nad Warszawą. Nad Nalewkami, Tłomackiem, nad Miłą, nad Gęsią i placem Kercelego, nad moim królestwem…..
Wyglądam przez okienko samolotu i widzę szary łeb kaszalota. Jego oczy płoną.
Patrzy na mnie , otwiera zębatą paszczę i śpiewa swoją pieśń myśliwego”
A teraz , kończąc poprzednie wywody, chcę wytłumaczyć, dlaczego ta powieść stała mi się bardzo bliska.
Dla czytelnika nie związanego z Warszawą, nie znającego wymienianych w książce ulic, przeżycie lektury może być niepełne. Bo tak odbieram powieści Chwina z Gdańskiem czy Sopotem w tle czy wrocławskie wędrówki Krajewskiego. Nie znam tych miast, nie jestem z nimi związana emocjonalnie, więc umyka to, co jest solą powieści.
Ale tam, gdzie gros akcji „ Króla „ na starych błotnistych wówczas bardzo biednych żydowskich ulicach Warszawy w nowoczesnych blokach mieszkają moje dzieci.
Bywam tam często, ba, nawet bardzo często. Przemierzam nieistniejące dziś ulice, zachowane jedynie z nazwy. To nie są jedynie puste nazwy, każda kryje wielki kawał historii i zamyka minione życie. Zawsze to czuję gdy tamtędy człapię. Ale teraz dodatkowo towarzyszy mi „Król” .
Najpierw wolno wędruję z dworca WKD Ochota ulicą Okopową , – lubię piechotą, by opuszczając Ochotę, powoli zanurzać się w Woli, oddychać jej zapachem, nurkuję w Grzybowską, oglądam ocalałe domy ze śladami po kulach.
Po prawej pulsuje utajonym życiem plac zwany Kercelakiem . Oczywiście już go nie ma, ale teraz go czuję specjalnie , bo tak plastycznie, wyraziście ożywił go Twardoch.
Potem po obwodzie tegoż targowiska, zawijam w prawo Lesznem i powstałą dopiero po wojnie słynną trasą W-Z. To opisana w powieści trasa pochodów robotników komunistów, akcji faszystowskich falang i policji. I chyba teraz widzę tamte sztandary twarze szare zniszczone i żar w oczach i zda się że zaraz zaświszczą kule….
Potem jest Żelazna i Chłodna ( tam osobne doznania) i znowu Żelazna w miejscu gdzie przychodzą na świat nowe pokolenia, bo jest tam szpital położniczy im. św Zofii.
Zawsze się zatrzymuję przy zaznaczonych na chodniku obrysach oczywiście dawno zburzonych murów getta. Nie stawiam stopy na ten pas bo i tak się czuję jakbym deptała po trupach mieszkańców, nie tylko po ich śladach. Ilekroć tam bywam zawsze odnoszę wrażenie, że otaczają mnie czarne duchy.
Gdy wracając , docieram na Żytnią, cieszę się, że nie jestem samochodem, bo nigdzie nie ma wolnych miejsc parkingowych . W pobliżu usadowiła się Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, zagarnęła przeciwległy chodnik i razem z Radiem Józef też tam mieszkającym, spokojnie sobie patrzą na śmieci walające się na wąziutkim trawniczku.
Dawna ulica Nalewki pozostaje jedynie w zapiskach historycznych, chociaż zachowano jej maleńki fragment, który nosi teraz nazwę Bohaterów Getta. 100 m dalej jest wprawdzie miniuliczka o nazwie Nalewki , lecz zajmuje ona koryto głównej część dawnej Gęsiej. Ale w czasie wędrówki czuję te dawne Nalewki są gdzieś tutaj, ukryte pod niewywiezionym gruzem z getta, bo się nie dało wszystkiego wywieźć, więc pobudowano domy na tym, co pod spodem….Wszystko się wymieszało, splątało i powstało nowe.
Na Nowolipkach bywam u stomatologa ale przede wszystkim oglądam cudem ocalały jedyny obiekt terenów getta zamienionych w rumowisko po powstaniu w gettcie- kościół św. Augustyna, mam w oczach tamto zdjęcie. A po wojnie to tam , wielokrotnie gromadzili się mieszkańcy wierząc, że na wieży pokazuje się Matka Boska . Ileż to władze miały z tym problemów, parokrotnie wieżę malowali, rusztowaniami zastawiali, aż ucichło…No i czasem spotykam tam także Dziewczęta z Nowolipek , stale młode jak kiedyś….
Idąc po starszego wnuka do szkoły, jestem blisko Miłej, która kojarzy mi się najbardziej z pięknym wierszem Broniewskiego ….
Gdy zmierzam do przedszkola młodszego wnuka, przechodzę przez Okopową, by na jej rogu z Lesznem wskoczyć do delikatesów. Tu gdzieś była knajpa, którą polubili bohaterowie „Króla”. Tyle tam się działo….
Zanim odbiorę wnuka z przedszkola, zaglądam na tyły gromady wysokich bloków już starych, bo chyba z lat 70 ubiegłego wieku by się znaleźć przy króciutkim teraz początkowym fragmenciku dawnej , kiedyś ładnej i długiej ul. Gęsiej..
I wtedy zawsze patrzę na wysoki mroczny mur cmentarza żydowskiego i dalej na wschód, w kierunku pobliskich Powązek, gdzie śpią wiecznym snem świadkowie dawnych lat a mur mi mówi, że pamięta. Zatrzymany czas……
Tak, Szczepan Twardoch spowodował, że te ulice z których pozostały już tylko nazwy teraz żyją życiem bohaterów ” Króla „ nie tylko moją wyobraźnią zawsze uruchamianą i tym dreszczem na plecach …..
Bywa, że bohaterowie tej powieści opuszczają te najbiedniejsze żydowskie ulice Warszawy. Ci gangsterzy w swoich pięknych samochodach ( któryś z recenzentów zarzucił Twardochowi, że wówczas na ulicach Warszawy nie było takich wielkich i barwnych samochodów, że raczej opis przypomina lata 90 ubiegłego wieku w Polsce, ale mnie to nie przeszkadza, bo czy to ważne? ) , więc ci gangsterzy jadą na południe od Alej Jerozolimskich, gdzie jest jakby drugie miasto i wytworne ulice tudzież kamienice bogaczy. To właśnie tam , u zbiegu Pięknej i Koszykowej faktycznie mieścił się słynny w Warszawie burdel prowadzony przez autentyczną Ryfkę de Kij.
I ona znalazła się w powieści” Król”.
Ryfka Kij jest dla mnie najciekawszą , najpiękniej wyrysowaną przez Twardocha , najciekawszą, najbardziej ludzką i najbardziej pełnokrwistą postacią . Jest silna , życie ją zdrowo przećwiczyło, ale przetrwała, zwyciężyła i ocaliła swoją chyba jedyną miłość. Miłość na całe życie. Ta mocarna kobieta , wg mnie, zasługuje na imię królowej.
. Powieść „Król” stała się dla mnie kamieniem milowym w wędrówkach po Woli . Do tej pory ponosiła mnie tylko własna wyobraźnia, nieco podparta wiadomościami ale to Szczepan Twardoch spowodował, że te miejsca ożyły życiem bohaterów ” Króla „
I dlatego na koniec tej mojej pisaniny tak sobie pomyślałam, a nawet się rozmarzyłam, by Was zaprosić, kochani. Może kiedyś wybierzemy się tam razem, skrzykniemy, niech będzie tak nowocześnie bo np. na facebooku J i dopóki jeszcze noszą nogi powędrujemy ulicami warszawskiej Woli, tym starym magicznym szlakiem z przewodnikiem „Królem „
A gdy nadejdzie kres tej wędrówki, w Szwajcarskiej przy ul. o wymownej nazwie Wolność kupimy ulubione przez wnuki bułeczki z francuskiego ciasta nadziewane szpinakiem albo jabłkiem , bo wszak wałówa się przyda.
I udamy się na Dzielną ( znów ta nazwa!) , gdzie plac zabaw.
Usiądziemy na ławce, nawet wiem na której, bo ją lubię , wyciągniemy obolałe nogi , twarz wystawimy do słońca, „ Króla” schowamy do torby by nazajutrz oddać go innym do czytania, zapomnimy o pobliskim Pawiaku i o całym złym świecie.
Posłuchamy jak ptaki się skrzykują a dzieciaki piszczą.
A może wtedy przyjdzie do nas optymizm i wiara, że „jutro będzie dobry dzień”
Zdjęcie sprzed kilku laty. Nowe pokolenie na Dzielnej……Optymizm? Wiara w lepsze jutro?