Cud Bożego Narodzenia

Kochani tu obecni i zaglądający przypadkiem.


Życzę – by się spełniały Wasze Najpiękniejsze Sny.

Bo BOŻE NARODZENIE to OPTYMIZM i WIARA, że można wszystko zmienić, ZACZYNAĆ OD NOWA a jednocześnie ZACHOWYWAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE I NAJCIEKAWSZE zapisało się w SERCU I PAMIĘCI.

A ten oset, który teraz- w końcu grudnia 2019 roku  nagle zapragnął  wyjrzeć na świat w naszym ogródku, jest jakby symbolem tego co napisałam.

Ma kolce i choć nieco ozdobiony przejściowym mrozikiem  jest stale radośnie zielony .

Wszystko dzięki sile korzeni i dzięki temu, że słońce łaskawe.

Tak jak my- czerpiemy siłę z korzeni naszych Przodków,  którzy dali życie i swoje geny .

I nic to, że czasem lodowacieją nam dłonie i szronem powleka się serce – dobre Słońce nas ogrzewa i przekształca barwy w kolor zieleni – Nadziei….

I nic to, że wyrosły nam kolce – wszak musimy się jakoś bronić przed złem tego świata….

W dodatku ta roślinka przybiera gwiaździsty kształt. Wygląda tak, jakby spadła z nieba.

A może w zaczarowany Wigilijny Wieczór poszybuje na nieboskłon i będzie udawała Gwiazdę Betlejemską ?

Kto wie ? 

WSZYSTKO

DOPRAWDY WSZYSTKO

MOŻLIWE

w te Cudne Magiczne Święta

BOŻEGO NARODZENIA

Zatopiona w syndromie pomocnika.


Moja Mama i ja pod gorzowską kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106

Pewne ostatnie wydarzenia sprowadziły moje myślenie na jedną z naszych rodzinnych cech. Widzę ją nie tylko u siebie, ale też z odległej perspektywy odnajduję u mojego Taty , który odszedł w 2002 roku  i u jednej z naszych Córek ( ¼ dzieci) .  Kto jeszcze czeka w tej rodzinnej sztafecie ? nie wiem . Pożyjemy, zobaczymy….

Cechą tą jest  spieszenie z pomocą innym  – czasem pomimo braku wołania o pomoc a bywa-  co dociera niestety czasem  po fakcie –  wbrew oczekiwaniom i potrzebom tej drugiej osoby .

Czasami też nasza pomoc  wynikająca z wewnętrznej potrzeby i uczucia „ tak trzeba „ jest błędnie interpretowana przez wybrany „ target”  i stanowi podstawę do wrogości nie tylko osoby otrzymującej pomoc ale też grona jej znajomych .

I oto wkrótce już krąży powszechna opinia, że ktoś z nas ( wiem o sobie) wtrącając  się w cudze życie choć najczęściej zdrowie, robi to w jakimś celu. I zawsze przy okazji słychać pytanie – w jakim celu  do robi ?  Może np. chce istnieć przydając sobie sławy – czyli z pobudek czysto egoistycznych ?

  Każda próba tłumaczenia się, pogarsza sytuację nie wpływając na opinię osób którzy ją wyrażają – pewnie tak czują. I tak  porozumienie się z takimi osobami  w tym szczególnym temacie okazuje się  całkiem niemożliwe.

Jak mawiał mój wspaniały zmarły tragicznie przed wielu laty kolega z CZD- Jurek Kryński – „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później „.

Coś w tym jest.  Czytałam,  że osoby którym udziela się pomocy , nawet kiedy o nią proszą, wcale nie czują wdzięczności ale  czasem mają nie zawsze wyrażaną  wrogość w sercu  – chyba z kompleksów, że np. same nie mają pieniędzy a ty masz, albo tobie to dobrze w życiu a mnie nie etc…..Ten rzucony temat wymaga podparcia w literaturze fachowej lub choćby konsultacji naszego domowego psychologa.

I tak to jest , że pomimo „ sparzenia się „ w przeszłości , chęć pomocy, zaangażowania jest we mnie przemożna. Oto jeden z ostatnich przykładów :

 Któregoś dnia, bardzo zapragnęłam zorganizować kolegów  z AM, na spotkanie poświęcone pamięci jednego z nas, śp. P. J.  Szczegółowo opisałam je w poprzednim wpisie blogowym, byłam  tam jedynie on- line, ale tak bardzo emocjonalnie , wyraziście i tak głęboko przeżywałam, że w końcu byłam pewna, że wszyscy tak czuli i że byłam naprawdę. Może ten temat tak bardzo mną wstrząsnął, bo stale miałam w oczach moją Matkę, która od bardzo wielu lat była coraz bardziej niesprawna….  Dlatego powtarzam to,  co już napisałam poprzednio. Bo to jest tak Mocne i tak głęboko we mnie, że muszę, prosząc o wybaczenie ew. czytelnika …

Ten nasz kolega, Chłopak  z rodziny w której od pokoleń zajmowano się wyrobem sprzętu ortopedycznego , został lekarzem i od razu z jasnym jednoznacznym przekazem wewnętrznym, wyraźnie budowanym przez przykład rodziny zajął się rehabilitacją dzieci z niepełnosprawnością .

Warto przypomnieć, że były to wczesne lata 70 ub. wieku i  patrząc na ulice czy będąc w miejscach publicznych można było uważać , że w Polsce ludzi niepełnosprawnych po prostu nie ma. Nic bardziej mylącego, jak już wiedzą następne nasze pokolenia – dla których normą jest widok osoby gorzej poruszającej się czy nawet inaczej zachowującej się na ulicach, w szkołach czy urzędach.

W tamtych czasach ludzie z niepełnosprawnością, nazywani wtedy  kalekami, po prostu nie opuszczali swoich mieszkań czy ośrodków, a dzieci zamykano w komórkach , szopach a w najlepszym wypadku w izbach własnych domów.

Wiązało się to z myśleniem rodziny, że dzieci takie są przyczyną ich problemów życiowych ale też ze wstydem- by ktoś się nie obejrzał z miną litościwą lub z obrzydzeniem, nie zaśmiał pogardliwie lub nie nazwał głośno   dziwnego wyglądu lub zachowania ich dzieci .  Także  warunki – w których mieszkali – co niestety do dziś ma miejsce, choć może trochę rzadziej –  nie były przystosowane do nie tylko w miarę swobodnego poruszania się po mieszkaniu, czy  choćby korzystania z łazienki ale też problemem było pokonanie pięter oraz brak odpowiedniego sprzętu rehabilitacyjnego. A młodym warto przypomnieć, że wtedy nie było też pampersów. Tak więc dzieci z niepełnosprawnością zamknięte w czterech ścianach zatopione w fetorze własnych ekskrementów i w samotności przeżywały swoją wielką tragedię .

Nasz Kolega Piotr, który pracował też w Pogotowiu Ratunkowym zawsze zaglądał do chlewików, stodół i wielokrotnie wydobywał stamtąd te biedactwa. Od tej pory rozpoczynało się dla nich i ich rodzin prawdziwe życie – czasem pełniejsze, bo bardziej upragnione  niż rodzin bez takich problemów. …uczestniczyły one w różnorodnych zajęciach , koloniach, obozach a Piotr grał im na gitarze, podnosił na wózki i organizował organizował organizował. Jego dwie córki od maleńkości  były wychowywane wśród dzieci z niepełnosprawnością i uczyły się empatii ….

I ponownie na to wszystko nakłada się obraz mojej Matki – a może to Ona stale jest w tle  –  stale jest w oczach, zapamiętaniu moim i myśleniu – gdy przestała samodzielnie się poruszać, jeszcze ok. lat 80 ub. wieku – zamknęła się w domu i żadna siła czy przekonywanie, że warto, że wózek –  nie wpłynęła na jej decyzję.  Przez ponad 20 lat nie opuściła progu swojego mieszkania To był wstyd dawnej wiejskiej dziewczyny jaką pozostała pomimo upływu lat…to był wstyd tamtych dzieci którymi zajął się Piotr… to był  wstyd wiejskiej dziewczyny z bardzo błękitnymi jarzącymi się oczami i smutkiem na ich dnie…..

Wracając do tematu wyjazdu kolegów na film poświęcony zmarłemu koledze. 

Na  mail z informacją wysłany do wszystkich  przez kolegę współorganizatora corocznych zjazdów koleżeńskich ,  nadeszła tylko jedna odpowiedź od dziewczyny, że chciałaby ale ma problemy ze zdrowiem i od kolegi ,  który pracuje za granicą i jak napisał przyjaźnił się ze zmarłym . Wymieniliśmy z Nim kilka drobnych listów – rozżalona napisałam, że śp. Piotr, tak zasłużony, w dodatku kolega z naszych niezapomnianych studiów    a nikt nie odpisał. Zero zainteresowania, obojętność . Podczas gdy ok. 40 osób jeździ na coroczne zjazdy koleżeńskie.

H. odpisał, że już kiedyś przeżył rozczarowanie i czuł się podobnie , gdy zaprosił kolegów do siebie i spotkał się z  obojętnością lub nawet niechęcią innych . Gdy to  mocno przeżywał, jego pragmatyczna żona poradziła mu, żeby przestał cierpieć na syndrom pomocnika ( ostatnio bardzo modny w tym kraju ) i pomyślał tylko  o sobie, o tym co tylko jemu  sprawia przyjemność. Nie wiem, czy coś się w Nim zmieniło , ale mnie  tymi kilkoma słowami pouczył – otworzył mi oczy  i jest jakby łatwiej. Założyłam wewnętrzne okulary z filtrem ograniczającym widzenie innych. I co ? i nic, bo dalej brnę w kierunku swojego, choć na razie poronnego zespołu pomocnika – no, może z mniejszą energią. Krok po kroku a dam radę, choć do finału życia coraz bliżej J No cóż, niełatwo jest walczyć z genami –jak wspomniałam  miał ten gen mój tato, druga córka … i lepiej nie rozpatrywać kto jeszcze w kolejce J

Tak więc zapoznawszy się z tym zespołem , zwanym także przez psychologów syndromem ratownika – umieściłam siebie w odpowiednim przedziale zrozumienia własnego ja .

Tak , cierpię na ten syndrom, choć nie spełniam wszystkich warunków – tzn . pomaganie innym nie wykreśla działania dla siebie –  chyba coś też robię dla siebie ? – muszę  się zastanowić J  – na pewno nadal opiekuję się rodziną, co jest naturalne ….

Tak więc rozpoznaję u siebie zespół pomocnika w postaci może tylko  szczątkowej, tak zresztą jak gen pisania oddziedziczony po kuzynce babci – Marii Rodziewiczównie J

List do Jacka. O pierwszej australijskiej świętej.

 

KomuniaŚwiętychiArchaniołów,AlbrechtDurer.jpg

XIV wieczny obraz Durera. Komunia świętych

 

 

 

Kochany Jacku!

Dzisiaj chciałam z Tobą pogadać o świętych.

Pewnie jesteś zdziwiony, że taki przyszedł temat, ale sam go wywołałeś ostatnim listem, który zamieściłam w poprzednim wpisie.  Wspomniałeś w nim o beatyfikacji Mary MacKillop ( późniejszej świętej, pierwszej w Australii!)  i wizycie Jana Pawła II na australijskiej ziemi. Byłeś aktywnym świadkiem tych wydarzeń, filmowałeś je dla telewizji polskiej (TVP). Kiedyś Twoja nieżyjąca już Matka o tym nam opowiadała z dumą i nam serca rosły.

Przy okazji opisywania tego Wydarzenia  odsłoniłeś tajniki zdobywania niezwykłych zdjęć. Twoja Matka pokazywała nam kiedyś to Zdjęcie o którym piszesz. Na nim to  JP II błogosławiąc wiernych dotyka obiektywu Twojego aparatu . I nawet jeśli odjąć nasz sentyment, bo wszystkie zdjęcia i filmiki były Twoje,  robiły mocne wrażenie.

      Wiesz, ja dopiero „dojrzewam „ w problematyce naszego kościoła. Do tej pory patrzyłam na coraz bardziej licznych świętych okiem krytycznym. W ogóle jakoś bardziej odpowiadał mi protestantyzm, bez świętych, przepychu, celibatu itp.

Po co nam te pompatyczne ceremonie, kiedy dookoła zwykli ludzie walczą o codzienność. Niedawno  wspominałam o rodzicach przewlekle chorych dzieci opisując życie rodziców Czarka i Michała. Ale może nie o to chodzi naszym purpuratom. Wszak obowiązek opieki nad potomstwem niezależnie od ich stanu fizycznego czy psychicznego to po prostu obowiązek, tylko obowiązek.

A na świętość trzeba sobie, jak widać, specjalnie zasłużyć. Życiem nadzwyczajnym, walecznym, godnym naśladowania a potem już cudami, zsyłanymi  z zaświatów, co ustalono dopiero w 1983 . Ilu mamy świętych tego nikt nie wie, bo we wczesnym chrześcijaństwie nie prowadzono ewidencji. A świętymi zostawali różni ludzie, chociaż zwykle męczennicy za wiarę

     Nie jestem pewna, czy coś wiesz na temat Świętej Mary MacKillop, której beatyfikację filmowałeś. Ja nic nie wiedziałam i dlatego mniemam,  że  moi Przyjaciele też nie . Dlatego  pomyślałam, że warto coś o Niej poczytać i streścić tutaj.

Mary była dzieckiem twardych szkockich  górali, którzy przybyli do Australii i tu założyli rodzinę. Wychowywała się wśród licznego rodzeństwa, w biedzie, gdyż ojciec , niedoszły ksiądz, człek bardzo aktywny społecznie nie dorósł do bycia głową swojej rodziny i po prostu odszedł. Poświęcała się rodzinie, potem została nauczycielką a wreszcie zakonnicą. Zajmowała się dziećmi z najbiedniejszych rodzin. Pasją tą zaraziła wiele australijskich dziewczyn, które podążały jej śladem. Nazywano je „brązowymi kangurkami”. Zakładały sierocińce, zakłady poprawcze, domy starców i hospicja. Siostry nie mieszkały tak jak inne zakonnice w klasztorach, ale w namiotach i chatach w pobliżu szkół, które zakładały i w których uczyły. 

Działalność s. Mary i jej współsióstr nie podobała się części duchowieństwa Kościoła katolickiego. Doszło nawet do tego, że pewien biskup  rozwiązał ich zgromadzenie które nazywano józefinkami  i ekskomunikował jego założycielkę na pięć miesięcy. Potem się zreflektował i ponownie przyjął do kościoła.

Byłam zdziwiona czytając o tym. Nie mogłam zrozumieć co było przyczyną takiej wrogości kleru. Przecież te kobiety czyniły tyle dobra.  

I wiesz Jacku, dopiero  zrozumiałam  czytając inne doniesienia też zawarte w Internecie a których nie podaje wikipedia. Można mieć wprawdzie wątpliwości co do ich prawdy, ale wszystko ułożyło się w jeden ciąg zdarzeń.  Otóż te zakonnice , były pionierkami w walce z pedofilią w Kościele. Dla nas teraz to nie nowość, bo coś w temacie się dzieje, ale przed laty? Temat był skrzętnie zamiatany pod przysłowiowy dywan.  Obecna Święta Mary MacKillop żyła w latach 1842- 1909!  Były to czasy  kiedy to kobietom odmawiano wielu praw, np. nie mogły brać udziału w wyborach. Wtedy też  w Kościele i w całej Australii panowały uprzedzenia i fanatyzm. Katolicy występowali przeciwko protestantom, Anglicy przeciwko Irlandczykom, Europejczycy przeciwko Chińczykom, bogaci przeciw biednym.

I w takiej to sytuacji Ona jako jedna z pierwszych na świecie, a może nawet pierwsza, w dodatku kobieta  odkrywała  mroczne tajemnice kościoła. Podobno działała  bezwzględnie i twardo, nie oszczędzając żadnego z winnych, zadziwiała odwagą i  konsekwencją . Zarzucała niecne czyny winnym chociaż byli najpotężniejsi.  

Jednym słowem Mary zdrowo namieszała w tym wrzącym tyglu, dostarczając paliwa odsłanianiem upadku moralnego księży.

Gdy zapoznałam się z Jej życiem  polubiłam tę Świętą.  Działaniem wyprzedzała swój czas o wiele wiele lat.  

     Nic dziwnego, że  jeszcze gdy żyła, ludzie widzieli w niej obrończynię swoich praw i uważali, że jest świętą za życia.  

Po jej pogrzebie w 1909 r. ludzie zaczęli tłumnie odwiedzać cmentarz, zabierając do domów ziemię z jej grobu .

Nie było wyjścia , kler zadecydował by ekshumować Jej szczątki . W 1914 r przeniesiono je przed ołtarz Matki Bożej w nowo wybudowanym Memorial Chanel w Mount Street w Sydney.

W 1995 r. beatyfikował ją JPII a po 5 latach kanonizował Benedykt XVI

Ponoć od dawna przybywają tu  pielgrzymki nie tylko z całej Australii, ale też Japończycy, Kanadyjczycy, Amerykanie i Francuzi. Mówią, że  przeczytali o Mary MacKillop w jakiejś notce prasowej i postanowili odnaleźć jej grobowiec.

„Zaskoczeniem może być to, że przy grobie Mary spotykają się nie tylko katolicy. Modlący się tu mężczyzna, słysząc, jak inny przybyły mówi z pewnym zażenowaniem, że jest protestantem, odpowiedział mu:

„To nie ma znaczenia. Ona przyciąga tu każdego…”. Rzeczywiście, Mary „przyciąga” tak wiele ludzi, że podczas niedawnych prac renowacyjnych siostry musiały czasowo zamknąć kaplicę…..”

      I to by było na tyle Jacku. Miło było pogadać z Tobą, czy raczej „pomonologować”  na taki temat. Ciekawe, czy zaglądasz czasem do kościoła, gdzie jest pochowana. Czy w trudnych momentach życia tam się modlisz? Tego nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, co w Twojej duszy gra…..pozdrawiam najserdeczniej twoja ciociazosia

PS.

A w ogóle kwestia wiary jest dla wielu problematyczna. Albo jest albo jej nie ma. Chociaż- w  ostatniej rozmowie telefonicznej powiedziałeś coś, co daje do myślenia. Powiedziałeś, że istnieje jakaś Siła Wyższa, która decyduje o losach człowieka. Nie zwykły ślepy los, a celowe działanie. Zadziwiłam się, przyznam….ale się z Tobą zgadzam. Tak żyje się łatwiej….

 

Mary_mackillop.jpg

 

Mary MacKillop, pierwsza australijska święta, pionierka walki z pedofilią w Kościele.

O ludzką twarz Kościoła. Chyba coś drgnęło.

SAM_0017.JPG

Zdjęcie zdjęcia z Wyborczej. Kardynał Gianfranco Ravasi – przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, przez wielu uważany za kandydata na przyszłego papieża, autor licznych śmiałych niezależnych publikacji watykańskich

 

 

Całkiem niedawno w Wyborczej zamieszczono list Adama Michnika( redaktora naczelnego tej gazety) i Jarosława Mikołajewskiego (  poety, pisarza,  dyrektora Instytutu Polskiego w Rzymie w latach 2006-2012, wieloletniego przyjaciela nieżyjącego już Ryszarda Kapuścińskiego) do papieża Franciszka wysłany bezpośrednio ale jak pomnę również do redakcji jakiejś postępowej watykańskiej gazety, którą czytuje papież. Nie zachowałam tego nr , ale przypominam sobie, że list ten opisywał  niewesołą sytuację Kościoła w Polsce – zaangażowanie polityczne budzące niechęć wielu wiernych, tolerowanie ks. Rydzyka z jego działalnością właściwie podobną do sekty, wykluczanie księży realizujących myśl Jezusa, czego przykładem jest choćby traktowanie ks. Lemańskiego i wiele innych zachowań Kościoła powodujących, że w społeczeństwie zaufanie do tej Instytucji spadło z 90% ( okres stanu wojennego) do nieco ponad 50. 

 

I oto w minioną sobotę  znalazłam artykuł- relację pana Jarosława Mikołajewskiego ze spotkania w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej ( zwanym popularnie pałacem prymasowskim ). Określił  je jako wydarzenie historyczne. W ramach przygotowań do październikowego Dziedzińca Dialogu odbyła się tam dyskusja osób reprezentujących różnorodne często skrajne poglądy i przekonania. Na to spotkanie , zorganizowane przez biskupa Nycza  przybył kardynał Gianfranco Ravasi – przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury, przez wielu uważany za kandydata na przyszłego papieża, autor licznych śmiałych niezależnych publikacji watykańskich  Zaproszono  też socjologa prof. Mirosławę Grabowską ( dyrektorCBOS), redaktora naczelnego Gazety Wyborczej- Adama Michnika, konserwatywnego posła do Parlamentu Europejskiego -Marka Jurka, znanego prawnika prof. Wiktora Osiatyńskiego.

Spotkanie prowadziła red Katarzyna Jankowska i ponoć było transmitowane na żywo w TVP Kultura i w Internecie. Szkoda, że nie miałam o tym  informacji, jakoś media też nie zadbały, by udostępnić tą wiedzę.

 

Wszystko odbyło się jakby po cichu, bez specjalnego rozgłosu. Żal.

 

Ale ważne, że ukazała się relacja z tego spotkania w papierowej Wyborczej. Autor  po krótkim wstępie  wyodrębnił w niej  rozdział pt.

 

„ Czego nie widać”. Ciekawy…

 

I tam czytamy,  że nawet słuchając na żywo  nie można było dostrzec :

 

Jak uczestnicy – księża szturchali się łokciami, gdy nagle zobaczyli ks. Lemańskiego . Kim jest ten ksiądz nie muszę przypominać. To wojownik o ludzką twarz Kościoła, wyklęty przez naszych biskupów, odsunięty od zwykłej posługi kapłańskiej i pomimo dość młodego wieku zesłany na emeryturę. I nic nie pomogły  listy jego parafian do papieża. Pewnie w ogóle ich nie dostał, a odpowiadali w jego imieniu ludzie nieprzychylni takim poglądom i działaniu i podpisywali się papieskim nazwiskiem.

 

 Autor artykułu zauważył , że pewnym momencie do ks. Lemańskiego podszedł jeden z organizatorów mówiąc- „ Proszę-tam rejestrują się goście na L.” Już to dla mnie niezwykłe, że został oficjalnie zaproszony. Coś drgnęło….

 

Obecny tam ks. Aleksander Seniuk, następca ks. Twardowskiego w Kościele Sióstr Wizytek w Warszawie przywitał się z wyklętym ks Lemańskim okazując  zwykłe ludzkie ciepło. Tego też nie było w bezpośredniej relacji. Nam się mogło to wydać zwykłym zachowaniem człowieka kulturalnego ale w sytuacji skostniałego naszego Kościoła „ wybrzmiało wyjątkowo”.

 

Także kardynał Kazimierz Nycz- gospodarz debaty skłonił się z daleka chociaż przyjaźnie ks. Lemańskiemu.

 

I nie można było ujrzeć na monitorze reakcji publiczności a  głównie księży w trakcie obrad, która” nagradzała brawami jedne słowa a kręciła głową na inne”. 

 

Też nie zarejestrowano momentu, gdy” po debacie ktoś zapytał ks. Lemańskiego i zapytał , czy podejdzie do kardynała Ravasiego, a ten powiedział, że poznałby go co prawda z radością, ale nie chce stawiać hierarchy w niezręcznej sytuacji”.

 

Wśród zaproszonych był odważny kapłan ks. Jerzy Galiński, który  był redemptorystą i już wtedy jak i teraz , jako ksiądz diecezjalny ośmiela się przestrzegać polski Kościół przed ks. Rydzykiem.

 

Autor relacji wyznaje też, że po jego i Michnika słynnym liście do papieża w sprawie kościoła w Polsce wielu polskich duchownych miało się domagać odwołania debaty z udziałem naczelnego Wyborczej…

 

W tym miejscu pan Jarosław Mikołajewski  pisze” I tym większa chwała kardynałom Ravasiemu i Nyczowi, że na debatę się zdecydowali”.

 

To ostatni dzwonek, by coś zmienić. Bo ludzie coraz częściej odwracają się od Kościoła w Polsce, a przede wszystkim dramatycznie spada zaufanie społeczeństwa do tej Instytucji.

 

Ta debata pozwala mieć nadzieję na zmiany.

 

Są tam różne spostrzeżenia, które rzucają światło , ocieplają wizerunek księży i powodują, że człek zaczyna wierzyć w możliwość takiej przemiany Kościoła, by bez lęku wejść do kościoła,   jeśli się zechce uczestniczyć np. w Mszy, bez lęku, że za chwilę padną z ambony słowa dzielące ludzi. Może jestem naiwną optymistką. Ale wiara ponoć czyni cuda. Więc miejmy nadzieję….mimo wszystko….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy Jezus jest Bogiem?

 

640px-Christus_Ravenna_Mosaic.jpg

Chrystus, mozaika z VI wieku, Ravenna. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

 

To, że Bóg istnieje, nie  wątpię. Czuję Jego obecność w mojej samotności, w ciszy i szumach  puszczy nadbużańskiej,  nad bezkresnym morzem czy w szerokim niebie i milczeniu gwiazd. Może czasem w pustych kościołach. Ale nie w grupach rozmodlonych roznamiętnionych wiernych , dla mnie jedynie  pseudowiernych. Nie czuję tej wspólnoty, a nawet gubię tam nie tylko siebie, ale także tracę ślad mojego Boga….

   Ale od wielu lat zastanawiam się nad swoistym fenomenem naszej religii, która nakazuje wierzyć że istnieje Bóg w trzech Osobach-  Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.  Zazdroszczę ludziom, którzy otrzymali dar wiary, ale ilu takich jest na tym świecie? Dlatego najlepsze określenie mojego stanu to agnostycyzm. I wątpię czy kiedyś dostąpię nagłego olśnienia i wtedy wszystko stanie się jasne. A może jednak kiedyś stanę się człowiekiem bezkrytycznej wiary.

A może do końca swoich dni pozostanę pełzającym po ziemi  robalem, który widzi jedynie przysłowiową „ pełną michę”. A jeśli on widzi i czuje więcej niż nam się wydaje? …

Jak na razie więc szperam w necie, z nadzieją, że wątpliwości innych pozwolą mi poczuć się raźniej w gronie niedowiarków. I oto  w portalu każdystudent.pl  znalazłam artykuł którego autorem jest Paul E. Little, zatytułowany „ Wiara, która nie jest ślepa”.  Skopiowałam fragmenty by streszczając nie uronić sensu. Zapisuję tutaj, by łatwiej wracać, gdy odczuję potrzebę…tak więc zaczynam od Sokratesa powtarzając za nim „ Wiem, że nic nie wiem”  …

A tak pisze Paul E. Little :

„…Gdy słyszymy, co twierdzi o sobie Jezus, mamy tylko cztery możliwości. Musimy uznać Go albo za kłamcę, albo za szaleńca, albo za legendę, albo za Prawdę. Jeśli stwierdzimy, że On nie jest Prawdą, automatycznie podpisujemy się pod jedną z trzech pozostałych możliwości, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie.

(1) Pierwsza możliwość: Jezus kłamał, gdy mówił, że jest Bogiem – wiedział, że Nim nie jest, ale świadomie zwodził swych słuchaczy, aby przydać autorytetu swoim naukom. Niewielu poważnie przyjmuje takie stanowisko. Nawet ci, którzy zaprzeczają boskości Jezusa, uważają Go za wielkiego nauczyciela moralności. Te dwa stwierdzenia są ze sobą sprzeczne. Jezus nie mógłby być wielkim nauczycielem moralności, gdyby w najważniejszym punkcie swego nauczania – dotyczącym Jego tożsamości – świadomie kłamał.

(2) Drugi wariant jest nieco łagodniejszy, choć nie mniej szokujący: Jezus był szczery, ale oszukiwał samego siebie. Jeśli ktoś dziś stwierdziłby, że jest Bogiem, nazwalibyśmy go szaleńcem. Tak też powinniśmy nazwać Chrystusa, jeśli byłby zwiedziony w tak istotnej kwestii. Gdy jednak oceniamy życie Chrystusa, nie widzimy oznak szaleństwa czy braku równowagi psychicznej, jakie cechują osobę obłąkaną. Widzimy natomiast człowieka będącego pod wielką presją, ale zachowującego doskonałe opanowanie.

(3) Trzecia możliwość jest następująca: opowieści o Jezusie twierdzącym, że jest Bogiem, to legenda. Stworzona została w trzecim i czwartym wieku przez Jego entuzjastycznych uczniów, którzy włożyli w usta Jezusa słowa, jakie zaskoczyłyby Jego samego. Gdyby Jezus przypadkiem wrócił, natychmiast by się ich wyparł.

Teoria legendy została w znacznym stopniu obalona dzięki odkryciom współczesnej archeologii. Wykazały one ponad wszelką wątpliwość, że cztery biografie Chrystusa powstały za życia osób współczesnych Chrystusowi. Zdaniem dra Williama F. Albrigtha, światowej sławy archeologa i emerytowanego wykładowcy Johns Hopkins University, nie ma żadnego powodu, by uznać, że którakolwiek z Ewangelii powstała później niż w 70 r. po Chrystusie. To niewiarygodne, by zwykła legenda o Chrystusie spisana w formie Ewangelii zdobyła taki rozgłos i wywarła tak duży wpływ, jeśli nie opierałaby się na faktach.

Podobnie fantastyczną sprawą byłoby, gdyby ktoś w naszych czasach napisał biografię Johna F. Kennedyego, w której ten twierdziłby, że jest Bogiem i że może odpuszczać ludziom grzechy, a na końcu by zmartwychwstał. Tak niedorzeczna historia nigdy nie spotkałaby się z szerszym przyjęciem, ponieważ wciąż żyje zbyt wiele osób, które znały Kennedyego. Teoria legendy nie może się obronić w świetle faktu wczesnego datowania manuskryptów Ewangelii.

(4) Jedyna alternatywa, jaka nam pozostaje, jest taka, że Jezus mówił prawdę. Należy jednak przyznać, że same słowa niewiele znaczą. Słowa są tanie. Każdy może wygłaszać twierdzenia o swojej wielkości. Wiele innych osób uważało się za Boga. Każdy z nas może stwierdzić, że jest Bogiem, jednak pytanie brzmi: Jak możemy to udowodnić? Obalenie mojego roszczenia tego rodzaju nie zajęłoby wam nawet pięciu minut, a w waszym przypadku zapewne nie byłoby to znacznie trudniejsze. Jednak w przypadku Jezusa z Nazaretu nie jest to takie proste. Miał w zanadrzu referencje, które potwierdzały Jego tożsamość. Powiedział: „Choćbyście Mi nie wierzyli, wierzcie cudom, których dokonuję, abyście poznali i zrozumieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (Ewangelia Jana 10:38)…..”