Co mi opowiedział Wojciech Smarzowski w filmie „ Kler „

*

Nie poszłam do kina na film ” Kler ” z powodu ciekawości –  bo nie lubię filmów o brudach tego świata, a jestem na bieżąco ( prawie ) w informacjach nt, które zewsząd napływają.

Ale  ostatecznie wylądowałam w kinie, bo nalegał mąż ( ostatnio wszędzie Mu towarzyszę), ponadto  Jurek po obejrzeniu chciał dyskusji – a też po głębszym rozważeniu –   dla zamanifestowania , że jestem z tych którzy protestują przeciwko temu co się dzieje w Kościele. i chcą zmiany.

Więc byłam i piszę na gorąco.

Pomimo powszedniego dnia pracy i szkoły , wczesnej godziny 11, 45  oraz wielokrotnych seansów od niedzieli bodajże – nadal tłumy stały w kolejce do kas  Multikina w podwarszawskich Jankach. Przewaga starszych ludzi, o inteligentnych twarzach , świetnie ubranych –  sportowo, jak lubię – miłe towarzystwo. Jakaś więź niewidoczna – sympatyczne rozmowy –  byliśmy jednością. Nie widać twarzy wykrzywionych nienawiścią, wrogich. Ci zostają w domach i słuchają swojego proboszcza. Jednak może powoli i do nich dotrze, że źle się dzieje w naszym Kościele i że film nie jest przeciwko nim , ale ma przynieść Wielkie Oczyszczenie. Może to utopia, ale nawet kropla drąży skałę…..

Na widowni była cisza, tylko z różnych miejsc rozlegały się głośne śmiechy młodych , gdy biskup czy inny purpurat mówi k…a. Znamienne. Czyżby jak napisał jakiś komentator w internecie – młodzi  przychodzą , by potem opowiedzieć, że było zajebiście bo lała się wóda. Nie wiem. Może młodzi też czegoś szukają. Jakiejś prawdy. Chcą wiedzieć –  i to oni będą decydować w przyszłości – bo to ich życie. Wierzmy w to. !!!

Wszystko, no prawie wszystko co się dzieje w filmie znam z gazet –  więc żadnego zaskoczenia . No prawie żadnego, ale o tym później .

Jak napisałam do Grupy w Messengerze lubię filmy pokazujące Piękno. Wystarczająco dużo Zła i Brudu widzimy wokół. Piękno jest dla mnie. Ale ponoć tylko Prawda – nawet naga i okrutna  może nas wyzwolić. Niech tak się stanie !!!!

Piękno, które wyłapuję jak spragniony wody –  znalazłam jedynie w  dwóch scenach – jednej , gdy pada wspaniały deszcz – zasłaniając  cały brudny  świat ….i w drugiej gdy jeden z księży, którego wspaniale gra, zawsze świeży, przekonywujący , pomimo tak wielu ról filmowych, w których możemy go oglądać  – Więckiewicz –  kocha się ze swoją kobietą .  Scena to krótka ale pełna czułości – choć zupełnie nie dynamiczna – ot, po prostu uroda ciała , delikatność uczucia i seksu – scena to bardzo ludzka – naturalna i wzruszająca.   No i jeszcze zachwyciły mnie zdjęcia pięknego kościółka –  maleńkiego, samotnego wśród pól na wzgórzach. Jakby symbol, że może być pięknie …..odezwała się wówczas tęsknota za dawnymi dziecięcymi przeżyciami, gdy wszystko wydawało się prawdą ….

Poza tym jest brutalna opowieść o mafii – to obrazy z naszego Kościoła, który zdominowali  ludzie niegodni zaszczytów, które pełnią, niegodziwi, przebiegli i pazerni . Jest też dużo o pieniądzu, który zupełnie niekontrolowany, chaotycznie wydobywany od wiernych rozsypuje się wokół i służy nie takim celom, na które powinien być przeznaczony. I opowieść o ustawionych przetargach oraz bezwzględnej  grze w staraniach  o wyjazd do Watykanu  ….

Jest to film dla mnie tragiczny, przerażający , film  o samotności księży , przeraźliwej, pustej, zalewanej wódą …

Aktorzy  :

– Janusz Gajos – jakoś mniej wyszedł ponad swoją „sztampę „ – choć tu dostał taką rolę – właściwie jednoznaczną moralnie , bez dylematów które mógł zaprezentować np.  w „Żółtym szaliku”. Może się już trochę opatrzył – widać, że rutyniarz.

Za to dla mnie nadal wspaniali i przekonywujący nieustanną świeżości są :

Robert Więckiewicz w roli księdza, który ostatecznie porzuca sutannę . Ale zanim to nastąpi przeżywa dramat – konflikt wewnętrzny  pomiędzy miłością do kobiety ( znakomita Joanna Kulig ) a tym, że kiedyś ślubował kapłaństwo  i celibat– czego nie mówi – ale za to z pełną szczerością oznajmia ukochanej, że umie tylko spowiadać. Szarpany tym konfliktem – zachowuje się jak większość pazernych księży – i „ zalewa robaka „ – jak się mawia wśród naszych …..ale gdy przychodzi wyzwolenie w postaci decyzji ostatecznej – porzucenia sukni kapłańskiej i rozpoczęcia nowego życia z rodziną – staje się innym człowiekiem. To piękne i budujące jest widzieć jak odzyskuje człowieczeństwo …..

I jeszcze Arkadiusz Jakubik – chyba przede wszystkim Jakubik – ksiądz pedofil. Gra przejmująco , jest samą prawdą. Jego bardzo zawiła ścieżka ku wyzwoleniu – zresztą zakończona tragicznie porywa. Powoli odwija się wątek sięgający czasów historycznych – gdy nastawała w Polsce wolność – jego dzieciństwo jako ministranta – proboszcz –  molestowanie.  I…. wybranie dla siebie życiowej roli księdza – seminarium – próba szlachetnego życia – i bagno w którym tonie – ratując się podejmuje beznadziejną walkę o ujawnienie prawdy – przegrywa, choć jeszcze symbolicznie żegna kolejnego młodego kleryka – który chyba pójdzie inną drogą – trzeba wierzyć, choć temat potraktowany jakby powierzchownie  ale jest w nim nadzieja na „światło” .  Przegrywając walkę –  sam wybiera śmierć –  odchodzi  w  samotności – zamknięty szerokim  kręgiem wiernych – gapiów , który układa się w kształt serca   – sam jeden  wśród  tłumów …….

Nie chcę opowiadać szczegółów – ale choćby dla tej roli warto obejrzeć ten film.

I warto obejrzeć także z powodu czegoś, czego się właśnie dowiedziałam –  choć może powinnam to wiedzieć – bo w psychologii i w życiu przecież zjawisko ojca tyrana maltretującego syna i niewidzialne przekazywanie „ pałeczki „ synowi, by zachowywał się tak samo – jest znane. Agresja rodzi agresję. Przemoc rodzi przemoc. Tak bardzo dziś tego dotknęłam. Smarzowski mi opowiedział o tym, jak bardzo są zniewolone  dusze ministrantów –   molestowani –  okrutnie doświadczani w dzieciństwie –  co dla mnie jest zbrodnią na tych młodych duszach – idą dalej drogą ku kapłaństwu. Jak ćmy lgnące do światła, pomimo śmierci które ono im przynosi. Zostają więc kapłanami i wkrótce sami czynią zło. Zło rodzi zło….. To nieco inne wytłumaczenie zjawiska, niż to o którym czytałam. Otóż kilkakrotnie pisali doświadczeni psychologowie, że pedofilia rodzi się w seminarium, gdzie  zabrania się kontaktu z kobietami, w przyszłości zalecając celibat, co powoduje zahamowanie w rozwoju emocjonalnym i lęk przed kobietami – łatwiej im zdobywać dzieci  i na to mają odwagę ….. a może jedno i drugie wytłumaczenia się ze sobą wiążą –  nie jestem psychologiem, ale wiem, że pedofilia powinna być karana tak jak zadanie komuś śmierci…

Pomimo wszystko ten film przynosi nadzieję – że Kościół będzie powoli się oczyszczał – ujawnianie skandali –  otwarte rozmowy – krok po kroku ……tylko wówczas już pewnie nie będzie chętnych do uczęszczania do kościoła – ludzie będą woleli tak jak ja modlić się w lesie ……

Dodałam 4.10.2018 : Dziękując Wam, Kochani za miłe komentarze – muszę niejako „ wybić „ to, co napisał Jurek :

„Wydaje mi się jednak, że gdy przegrywający walkę samotny kapłan wybrał śmierć przez samopodpalenie, to szeroki krąg wiernych – gapiów nie ułożył się w kształt serca, ale trójkąta a płonący w środku kapłan zbliżony był do „źrenicy” – to był znany symbol Boga – a scena właśnie pokazywała, że to samooczyszczanie jest bliskie Bogu „.

Faktycznie kształt kręgu ludzi i płonąca sylwetka księdza – choć dla mnie mająca kształt krzyża – może sugerować, że myślisz oryginalnie.

Nie interesowałam się tym tak dokładnie , choć tyle wiedziałam  to,  co podaje Wikipedia  https://pl.wikipedia.org/wiki/Oko_opatrzno%C5%9Bci :

Oko opatrzności (również wszystkowidzące oko) – symbol oka otoczonego przez promienie światła lub glorii, zwykle zamknięte w trójkącie. Jest czasem interpretowane jako symbol oka Boga pilnującego ludzi „ .

A na stronie otwierającej się  linkiem http://www.rozmawiamy.jezuici.pl/forum/107/n/3903  jest   ciekawe uzupełnienie, skąd nasza religia czerpie ten symbol .

Jednak nigdzie nie znalazłam informacji, na temat, że w tym wypadku samospalenie jest miłe Bogu . Ciekawa interpretacja Jurku . Może coś więcej dodasz na temat.

* zdj. własne

 

Niezapomniany film Fernando Trueby ” Artysta i modelka”

 

artysta i modelka.jpg

 

 

 

W zimowy sobotni wieczór, gdy w dali wielki miarowy hałas znad Wisły dochodził, gdyż płonął most Łazienkowski, w magmie filmów, które proponowała naziemna cyfrowa TVP wyłowiliśmy  film dla nas bardzo klimatyczny , zatytułowany banalnie „ Artysta i modelka”

Wyświetlono go na Kulturze, gdzie w piątek obejrzeliśmy wulgarny film pt.” Raj”

A wczoraj piękny kontrast.

Fernando Trueby, hiszpański reżyser ( nagrodzony Oskarem w 1994 r. za „ Belle epoque”) tym razem zrobił film, który wg recenzentów powiela pomysły z poprzedniego. Nie oglądałam tamtego, bo kinomanem nie jestem, ale mniemam, że pewnie odnajdywanie podobnych wątków mogłoby mi sprawić przyjemność. Tak jak wielokrotne oglądanie tych samych, znajomych już zdjęć…

Ten film , czarnobiały, z chatą w górach, starym rzeźbiarzem ( rola Jean Rocheforta) , jego żoną, dawną modelką ( Claudia Cardinale) i młodziutką dziewczyną ( Aida Folch) jest obrazem, który może zachwycić.

Gdzieś w tle dzieje się wojna, której ślady znajdujemy w zaledwie kilku scenach. Dziewczyna znaleziona przez żonę rzeźbiarza na ulicy miasta, śpiąca w bramie, myjąca się pod fontanną okazuje się być przewodnikiem górskim przeprowadzającym partyzantów przez granicę francusko- hiszpańską, ranny partyzant, ukrywający się w chacie rzeźbiarza i niespodziewana wizyta oficera niemieckiego w domku, czułe powitanie z rzeźbiarzem , wspólne oglądanie jego rzeźb , rozmowa o sztuce i biografii rzeźbiarza którą pisze ów Niemiec. Okazuje się, że  to znajomi, przyjaciele z dawnych monachijskich czasów, kiedy to Niemiec był uczniem artysty. Teraz wyjeżdża na front wschodni i pewnie nie wróci.

Bardzo ciekawa jest rozmowa artysty z dziewczyną, surową, dzikawą i raczej prymitywną w czasie wspólnego oglądania szkicu Rembrandta. Starzec objaśnia jej ( zresztą też widzowi filmu takiemu jak ja ), jak należy oglądać obraz. Dziewczyna zaczyna rozumieć, rozwija się.

Uczy się pozować do powstającej właśnie rzeźby, uwieńczenia życia rzeźbiarza. Staje się modelką na którą czekał by stworzyć ostateczne doskonałe dzieło. I powstaje, śnieżnobiała figura zasępionej pełnej  dramatyzmu dziewczyny…

To film który pozostaje w pamięci, poprzez niedomówienia, szkicowe zaledwie muśnięcie tematów i refleksyjny nastrój pobudza do dalszych rozmyślań.

   Dodatkowo istotna jest uwaga przed projekcją filmu, że dedykowany jest zmarłemu bratu reżysera, rzeźbiarzowi….

 

 

 

Czy film” Sierociniec” jest horrorem?

 

sironcinec.jpg

Zdjęcie z netu

 

Jakiś czas temu w TVP Kultura obejrzałam  „ Sierociniec”. Film został zrobiony wg scenariusza Sergio G. Sáncheza przez początkującego reżysera Juana Antonio Bayona pod egidą słynnego producenta Guillermo del Toro . Wprawdzie został zakwalifikowany do horrorów, za którymi nie przepadam, ale obejrzałam z braku alternatywy…

I nie żałuję…

Jednak zacznę od pytania : Czy Państwo wierzycie w duchy?

 Wiadomo, że dzielimy się na dwie grupy- tych, którzy  nie wierzą a nawet czasem wyśmiewają  osobników z drugiej grupy, ludzi wręcz przekonanych że istnieje drugi świat, spleciony z naszym, świat duchów. W necie jest mnóstwo różnych wypowiedzi na temat, wykazy miejsc gdzie straszy etc.

    Pomimo tego, że nigdy nie doświadczyłam obecności ducha, należę do tych osób, które nie wykluczają ich istnienia . Myślę, że ten ogrom energii która jest w nas, żyjących, bez którego ciało nic nie znaczy, czego tak wyraźnie dotknęłam towarzysząc umierającym,   nie może  po śmierci nagle rozpłynąć się w nicość. Szczególnie jeśli  jest to energia ludzi po dramatycznych przejściach , tragicznej a nawet czasem męczeńskiej  śmierci w danym miejscu a także nie pożegnanych , nie pochowanych  tam  pozostaje ich ślad.…

Jesteśmy świadkami  wielkiego  postępu techniki . My, z drugiej połowy XX wieku, pamiętamy czasy,  kiedy jeszcze nie było internetu, telefonów komórkowych ani możliwości bilokacji czy teleportacja itd. Nawet nam się o tym nie śniło.

…i tak to co wydawało się nieprawdopodobne staje się namacalnie prawdziwe. I dlatego jestem głęboko przekonana, że w końcu ktoś dotrze do tego drugiego równoległego nam świata duchów i odpowie na zadawane pytanie- czy żyją obok nas duchy….

może tego nie doczekamy, kto to zresztą wie?…

    Po tym może przydługim wstępie , wyjaśniającym dlaczego film odbierałam nie jako baśniowy horror , ale istniejącą lecz ukrytą przed nami prawdę czas wrócić do „ Sierocińca”.  

Dla jednych jest to horror z elementami baśniowymi dla drugich takich jak ja jest to smutna, przejmująca opowieść o samotności nadwrażliwego chorego dziecka- Simona ( znakomita rola małego Rogera Princep ) adoptowanego syna  Laury i Carlosa. 

   Po pierwszych scenach dokumentujących dawne czasy , klimatyczny zamek gdzie mieści się sierociniec i zabawy mieszkających  w nim dzieci , przenosimy się w czasy współczesne.      

    Do tego samego pustego już zamku przyjeżdża  dorosła teraz  dawna wychowanka   Laura . Rolę powierzono aktorce Belen Ruedzie, której gra jest pełna ekspresji  ale wyrażanej oszczędnie , tym bardziej przekonywująco . Wraca tutaj z mężem Carlosem . W tej roli  Fernando Cayo, pozostaje w cieniu wydarzeń, więc ma niewiele  możliwości by kreować postać wyrazistą    Para przybywa z siedmioletnim synem Simonem z zamiarem ponownego stworzenia tu sierocińca. Tymczasem zamieszkują w niszczejącym obiekcie równocześnie prowadząc jego remont. Jednak nie dochodzi do ostatecznej realizacji planów, wychowankowie nie przybywają, bo przychodzi kolej na wydarzenia dziwne i niepokojące. Dom odwiedza tajemnicza kobieta wręczając Laurze jakieś dokumenty. Okazuje się, że są to informacje z domu dziecka, gdzie do niedawna przebywał Simon , o tym, że jest chory na AIDS. Dobrze schowane dokumenty odnajduje mały Simon i dowiaduje się z nich, że jest dzieckiem adoptowanym ( o czym nie wiedział) i że jest nosicielem wirusa AIDS. Nikt nie wie o tym odkryciu chłopca, on zachowuje się jak poprzednio, nadal grzecznie przyjmuje leki, które ordynują mu rodzice i przebywa w swoim świecie.

Jest jedynym dzieckiem w tym wielkim mrocznym domu, źle sypia, twierdzi, że ma kolegów , których jednak nikt nie widzi. Ojciec go nie rozumie, natomiast matka ma z nim dobry kontakt i podąża za tym, co syn  usiłuje jej powiedzieć. Jednak pewnego dnia dziecko znika, a matka robi wszystko, by odnaleźć syna. Między innymi zaprasza  medium, które kapitalnie zagrała Geraldine Chaplin.
Jednak pomimo prób odnalezienia żywego syna, matka jedynie poznaje mroczną tajemnicę swojego dzieciństwa.

Akcji towarzyszą czasem przerażające sceny, w których odnajdujemy ślady ze starych horrorów jak skrzypiące drzwi, nagle uruchomiona karuzela itd… .

Dla osoby takiej jak ja , dającej wiarę w możliwość zachowania energii ludzi kiedyś żyjących i tragicznie zmarłych , nie pogrzebanych w tradycyjny sposób , czyli jak inni nazywają to lekko „ wiarą w duchy”,   ten dobrze zrobiony film jest piękną opowieścią o bardzo wrażliwym dziecku, tkliwej matce i ich dramacie.

Smutna, przejmująca jest ta opowieść….

Filmu zapomnieć nie mogę i nadal jestem  pod wrażeniem…

 

 

Film ” Goniec” przynosi mi echo dawnych dni…

 

 Goniec.jpg

Plakat do filmu, zdj z netu

 

 

Z całej telewizyjnej filmowej magmy , ograniczonej wprawdzie programami udostępnianymi na cyfrze naziemnej oraz późnymi godzinami emisji bo wcześnie spać chodzę, niedawno  wyłowiłam film, który od razu jakoś zapadł mi w serce.

Może dlatego, że rosyjski język usłyszałam. W czasach mojej młodości , kiedy zmuszano nas do nauki tego przedmiotu nie budził sentymentu. Ale okazało się, że on był, tylko ukryty przed ludzkim wzrokiem a nawet moją świadomością.

I teraz razem z tym śpiewnym melodyjnym językiem przyszła do mnie młodość.

Tym bardziej, że problematyka tego filmu od razu nasunęła skojarzenia, porównania , ciepłe choć odległe, trwale zapisane.

I wszystko wróciło, jak intensywna fala przypływu . Tamte czasy, gdy 17 lat mieliśmy, tamten chłopiec zadziwiająco podobny do bohatera filmu, z takimi samymi wielkimi i rozmarzonymi nieruchomymi oczami w których kryło się jakby przyczajenie,  tak samo niezależny, obdarzony wielką  kolorową wyobraźnią , opowiadający to co mu właśnie do głowy przyszło z taką pewnością, że człowiek wierzył. Tylko potem się dziwował, że to wszystko nieprawda.  Jednak bohater filmu w odróżnieniu od mojego życiowego ,  nie miał zahamowań, by odważnie wkraczać w życie dorosłych , deklarować swoje odczucia, oczywiście przy okazji puszczać wodze fantazji.

Ale może za mało poznałam tego chłopaka z młodości, albo jednak te dwadzieścia lat odcinających te dwa życiorysy ukształtowały już innego bardziej śmiałego człowieka, bohatera tego filmu.  

I to chyba na tyle tytułem tego co zachwyciło, wzruszyło zainteresowało …

Film „ Goniec” zrealizowano w 1983 roku(  tj prawie 20 lat później niż moja młodość rozkwitała) na podstawie opowiadania Karena Szachnazarowa, który również był tutaj reżyserem . Rolę tytułową, tę, która tak bardzo mnie poruszyła, znakomicie kreuje Fiodor Dunajewski.

W filmie nosi on nazwisko Iwan Mirosznikow i ma 17 lat.

Właśnie nie dostał się na studia, nie ma żadnych planów na przyszłość, jest zagubiony w świecie młodzieżowej muzyki, ma przyjaciół , którzy albo nie mają ambicji, albo tak jak on są w stanie zawieszenia pomiędzy światem młodych i dorosłych.

Ojciec opuścił rodzinę i wyjechał do Afryki.

Iwan jest jedynakiem, więc mieszka sam z matką, która ma romantyczną naturę, żyje w poczuciu głębokiej samotności, ale w jej życiu jest poezja i muzyka. Wśród różnych wydarzeń, gdzie dochodzi do zderzeń pomiędzy matką i synem, bywają chwile ciepłe, wspólne . Chłopak bierze gitarę i śpiewa jakieś rzewne rosyjskie oczywiście pieśni a wkrótce dołącza się matka. Śpiewają razem, łapią równowagę i jest dobrze. Polubiłam tę scenę, gdzie wzajemna miłość, bliskość i poezja jest razem. To oczywiście wynika z mojego macierzyńskiego, złaknionego takich scen serca.

Matka usiłuje mu pomóc, wyrwać z marazmu i w końcu znajduje mu pracę w redakcji „ Kuriera poznania”. Nie wiem dokładnie, po prostu nie zauważyłam, czym się zajmuje to wydawnictwo, ale chyba  jest naukowe, bo artykuły tam pisze pewien profesor. Przegapiłam , bo zafiksowałam się na chwilę na nazwie-„ Kurier poznania”. Od razu rozwinęłam dalsze myślenie o znaczeniu tego tytułu….

Chłopiec przybywa do pracy dość chętnie, ale na polecenie napisania podania o przyjęcie do pracy i życiorysu po chwili oddaje kartkę papieru, na której zamieszcza( czy prawdziwy nie mogę stwierdzić, bo nie znam historii) , ale szczegółowy życiorys  nieżyjącego już potomka jakiegoś znacznego francuskiego rodu. Dyrektor wydawnictwa jednak jest tolerancyjny, bo po odczytaniu tych fantazji młodzieńczych , daje mu drugą kartkę papieru i zatrudnia chłopaka. Następna scena rozgrywa się już w sekretariacie wydawnictwa.

Iwan zachowuje się poważnie, dostaje pierwsze zlecenie by dostarczyć poprawiony przez redakcję rękopis autorowi- profesorowi, który czeka już od rana.

Jednak w autobusie spotyka kolegę, z którym się przyjaźni i ten go namawia na wspólną zabawę , bo właśnie dzierży pod pachą deskę. Iwan się waha, ale ulega i wkrótce radośnie pędzą przed siebie. Gdyby to było kino akcji, na pewno coś by się musiało wtedy wydarzyć. Ale tu nic się nie dzieje, po prostu duch dziecka w młodzieńcze tylko się odzywa. 

Późnym wieczorem nasz goniec dociera do domu profesora. Drzwi otwiera zjawiskowo piękna dziewczyna. Chłopiec nie traci rezonu, z miejsca opowiada jakieś bajki, dziewczyna chce mu zamknąć  drzwi przed nosem, ale on nagle poważnieje i mówi, że jest z redakcji. I wówczas zostaje wpuszczony na salony. Profesor hamuje wzburzenie, że rękopis dociera zbyt późno i natychmiast zabiera się do pracy.

Młodzi zostają sami. I pierwszą opowieścią, którą Iwan raczy Katię jest historyjka szkolna, jak się potem okazuje zmyślona o jego romansie z nauczycielką. Katia , poważna studentka uniwersytetu, chyba nigdy nie spotkała takiego chłopaka, więc budzi on jej zainteresowanie, a nawet wywołuje uśmiech komplementami nt jej urody. Wyraźnie zadziwia ją jego bezkompromisowość, otwartość i jednocześnie beztroska i  brak jakichkolwiek  barier.

Umawiają się na spotkanie . Następnego dnia, on już czeka pod arkadami jakiegoś gmaszyska , ona nadchodzi, jak zwykle zjawiskowo piękna. Pyta go, co planuje na ten wieczór. On, nieprzygotowany na takie pytanie,  natychmiast odpala, że planuje całowanie. Dziewczyna obrażona odchodzi, on ją dopędza i zaprasza na swoje ulubione miejsce- legowisko lamparta. Gdy już są na wielkim bezbrzeżnym pięknym i piaszczystym terenie, gdzie miasto tylko widać w dalekiej mgle ona pyta –  a gdzie ten lampart. Chłopak poważnie odpowiada, że tutaj właśnie zginął lampart, gdy uciekł z ZOO. Iwan siada na ziemi , zanurza dłonie w piasku i widzi afrykańskich wojowników z dzidami….dziewczyna wyraźnie znudzona odchodzi i potem lądują w klubie, wśród jego kumpli. Chłopaki coś tam gadają, ich dziewczyny chichoczą, Katia milczy tak jak i Iwan. Ogląda i słucha. Nic nie widać na ich twarzach, może tylko znudzenie. Opuszczają klub z zamiarem dobicia do jej znajomych, którzy właśnie urządzają urodziny. Tam chłopak usiłuje się wpisać w ich zachowania, a nawet zaimponować. W pewnej chwili obwieszcza z poważną miną, to co zmyślił na poczekaniu,  że właśnie opuścił karcer, w którym spędził pięć lat. Na podparcie swojej nagle obudzonej męskości pyta o wódę. Gdy słyszy odpowiedź zalęknionej już koleżanki Katii, że wódy nie ma, pyta o perfumę. Koleżanka wraca z dwoma buteleczkami  francuskich perfum, które Iwan, celebrując ten obrzęd, wypija. Gdy potem zbyt długo zalega w WC, Katia idzie go szukać i po chwili on się wyłania zza drzwi toalety wysoce nieswój i obwieszcza, że wraca do domu. Zostawia dziewczynę i wkrótce mama rozbiera go układając do snu dziwiąc się, że pachnie takimi drogimi perfumami.

Chłopak po tej porażce, jednak wraca do domu Katii. Właśnie  jej rodzice są na daczy, więc młodzi gadają jakby nic się nie stało, potem bębnią na pianinie wyśpiewując jakieś wymyślone przez siebie treści. Nieoczekiwanie w drzwiach staje ojciec z babcią. Oczywiście towarzystwo zostaje rozdzielone, chłopak zaproszony przez ojca na rozmowę. Za zamkniętymi drzwiami, Iwan wyznaje, że Katia jest z nim w ciąży i że on czuje się zobowiązany, by się z nią ożenić. Oczywiście jest to bajer chłopaka, na poczekaniu wymyślony. Oni nigdy nie byli razem, nawet się nie całowali….Oj, nie będę opowiadała już dalej, bo może ktoś zechce obejrzeć ten film, a i już przekroczyłam chyba limit czasowy po którym kończy się cierpliwość czytelnika. Właściwie opowiedziałam całą treść filmu za co przepraszam….

Reasumując. Młodzi się rozstają, każde idzie  w swoją drogę.

Ale ile w nich się zmieniło. Jak ważne było dla każdego z nich  to spotkanie. Zderzenie dwóch indywidualności, domów, ambicji a wreszcie prawie kultur. 

Czy wspominali siebie  z czułością i ciepłem? Tego nie wiemy.

      Ale możemy sobie wyobrazić, że zachowali tamte wspomnienia na wypadek złych dni, tamte młodzieńcze czyste wspomnienia jak białą nie zapisaną kartkę jak azyl….i lepiej, żeby nie dostali od losu szansy na ponowne spotkanie. Bo może rozczarowanie by przyszło i żal za tamtym białym czasem hodowanym w sercach….

Film „ Goniec „ przekonuje świetną grą aktorów, jest fajny, melodyjny, ciepły i refleksyjny. Nie zawiera jakiś ważnych wydarzeń, ale daje szerokie pole do rozmyślań , powrotów. I sądzę, że wiele osób może w nim znaleźć siebie z dawnych lat, a może też zrozumieć swoje młode pokolenie. Zawsze napełnione tętniącymi emocjami, zakrywane pokerową twarzą lub głupimi zachowaniami.

Osobiście, nie chciałabym cofać czasu i zaczynać życia od początku. Dobrze jest tak jak jest teraz, ale powspominać można….

 

 

.

” Niczego nie żałuję”

 

C:fakepathpiaf-1.jpg

Zdj z Wikipedii

 

Jakże pięknie, inaczej niż po polsku brzmi to zdanie w języku francuskim. 

To drapieżne  „r „ brzmiące wieloznacznie toczące się jak echo z pięknym zwinięciem końcowym„ ę” . Cudna jest francuska wymowa ” rien” tego co po polsku miękkim ” nic” wyrażamy , w ogóle ten język ….ale koniec zachwytów nad językiem i jednym wyrazem …

    Każde słowo, każda piosenka Edith Piaf to niezwykłe zderzenie kruchej maleńkiej ( 147 cm wzrostu miała) delikatnej nieporadnej wielookiej istotki z potęgą jej drapieżnego głosu i ekspresją dramatu który nam przekazuje….

    O życiu tej Śpiewaczki i Pieśniarki, wszyscy już chyba wszystko wiedzą. Że była dzieckiem ulicy , porzucona przez matkę (która chciała być  artystką a w efekcie została upodloną narkomanką ) , wychowywana przez czułe prostytutki w domu publicznym ( tam  jej babka była szefową) , wędrująca z ojcem cyrkowcem ( który ją wydarł z tego burdelu) a potem z przyjaciółką z ulicznymi występami, gdzie zarabiała śpiewając.

I wreszcie zauważona na tej ulicy wydobyta  na salony , nauczona poprawnej wymowy i gry ciałem a szczególnie tym co miała piękne- dłońmi. I nazwana Wróbelkiem . Bo Piaf to nie jej prawdziwe nazwisko a Piaf w jej języku to właśnie wróbelek.  

Potem sławą owiana, uciekająca w to co było jej najbliższe- do przygodnych knajp i szemranego towarzystwa, zapadająca się i podnosząca. Z wielką swoją miłością, z tragicznym jej końcem…

    Tak wiele o niej wiemy, wszak żyła w dwudziestym wieku…

    I oto w 2007 roku Olivier Dahan napisał scenariusz filmu o Niej i go wyreżyserował. Wybrał do kreowania tej Wielkiej Postaci aktorkę Marion Cotillard, która wspaniale udźwignęła tę trudną rolę. Obejrzałam ten film wczoraj po raz kolejny. Zawsze z jednakowym wzruszeniem i zachwytem. Nie dziwię się, że aktorka otrzymała za tę rolę Oskara. Dla mnie powinna dostać Oskarów co najmniej – naście.

Nie wszyscy krytycy w pełni zachwycali się tym filmem. Ale nie chcę tego czytać, bo mam swoje odczucia…

    Piaf to też moje wspomnienie z wczesnej młodości, gdy siedziałam zasłuchana w czarny winylowy krążek po którym skrzypiąco wirowała igła. Głos i piosenki wciskały mnie w fotel. Młoda byłam, wrażliwa i chłonna wszystkiego a szczególnie emocji.

 I dzisiaj, pomimo, że jak to ładnie nazwał Wiesław Myśliwski „ dotkliwość wieku” znalazła się na mojej twarzy, burzę uczuć hoduję w sobie.

Młodzieńczą , a może mi się wydaje, że jest taka.

Może to tylko starcza skłonność do wzruszeń. Nie wiem.

       Ale jedno wiem, że kocham Piaf i pokochałam ten film o niej….

Na marginesie oglądanego filmu ” Papusza”.

 

Minione Święta i obserwacje nieba odsunęły trochę temat obejrzanego niedawno filmu pt.„ Pausza”. Ale dla zamknięcia  moich rozmyślań o Cyganach , filmie i gorzowskich czasach muszę wrzucić jeszcze kilka słów.

      W poprzednim omówieniu tego filmu, nie chciałam wpisywać tych treści, by nie zanudzać w tym dniu a także nie rozmyć podstawowego tematu, który miał być w końcu minirecenzją filmu. Może nieudolną, ale własną.

    Na wstępie jedno moje wspomnienie, uruchomione przy okazji.

Gdy przed kilku laty znaleźliśmy się w Nałęczowie, zobaczyłam afisz informujący, że w miejscowym kinie będzie wyświetlany film „ Nikifor” reżyserii tego samego małżeństwa, które „ Papuszę” zrealizowało- pp. Krauzów. Pomimo, że moja wiedza filmowa jest niewielka, nie śledzę i nie oglądam na bieżąco aktualnie realizowanych filmów, ten chciałam obejrzeć. Poszliśmy więc do kina.

I tutaj pełne zaskoczenie. Kino stareńkie, z estradą i czerwoną kurtyną, pachnące kurzem i tym nieuchwytnym trudnym do zdefiniowania zapachem kina po prostu, kina z mojego dzieciństwa.

I seans się rozpoczął i wchłonął swoją bezdyskusyjną urodą, piękną narracją. Opowiadanie o tym malarzu prymitywiście płynęło pięknie, harmonijnie, bez zawirowań, niespokojnych powrotów.

Płynęło jak czas, jak chmury na niebie, jak ludzkie życie .

Pewnie to  zasługa niezapomnianej roli Krystyny Feldman a może jednak lepszej realizacji .

     I teraz, gdy znalazłam się w Ciechocinku, film „Papusza” też  sam przyszedł do mnie. Ciechocinek  znajduje się w pobliżu Inowrocławia, gdzie zmarła i jest pochowana Papusza.

Już na wstępie kino nie miało tej magnetycznej mocy jak to stareńkie w Nałęczowie.

   Nie taję, że w czasie oglądania „ Papuszy” przeszkadzał mi filtr , który nosiłam w sobie. Tym filtrem, który wyostrzał spojrzenie krytyczne było wspomnienie z dzieciństwa – konfrontacja tamtych Cyganów i filmu. Nikifora nigdy nie widziałam w realu, a  Cyganów widziałam i ich radość i smutę i Papuszę pamiętam…..

   Film został zrobiony na podstawie książki Angeliki Kuźniak. Stale się zbieram, by zakupić tę pozycję i poczytać i posmakować. Jak na razie jest to w sferze moich planów.  Bardzo ciekawie pisze na temat autorki i Papuszy przy okazji Krystyna Kamińska. Warto zajrzeć do tego, co tym linkiem się otwiera.

  

http://www.echogorzowa.pl/news/31/czytaj-ze-mna/2013-08-22/papusza-jak-dziki-zajac-5128.html

 

   I na koniec  jeszcze jedno.

W tym filmie nie znalazłam mojego miasta rodzinnego- Gorzowa. A przecież to tutaj Papusza spędziła 30 prawie ostatnich lat swojego życia …..

Twórcy filmu podają w wywiadach zmieszczonych w necie, że Gorzów jest położony nieomal przy samej granicy niemiecko-polskiej, więc dzieli go zbyt duża odległość od Warszawy. Umieszczenie tutaj choć części akcji byłoby zbyt kosztowne.  

Dlatego był realizowany tam, gdzie Papusza nigdy nie była, nikt jej tam nie znał i wcale nie blisko od stolicy, bo w Olsztyńskiem i Nowosądeckiem ( gdzie nota bene „ kręcono” Nikifora).  

     Nie wiem, czy jest to jedyna prawdziwa przyczyna nieobecności  Gorzowa w filmie.

I snuję  swoje spekulacje na ten temat.

Tutaj mieszkają pobratymcy Papuszy, jej rodzina i jeszcze żyje wielu ludzi, którzy ją pamiętają. To tutaj wróżyła mieszkańcom, spotykała się z niechęcią i wrogością swojego ludu za to, że wyszła ze swojego środowiska, była nagradzana przez władze a nawet jak twierdzą, zdradziła tajemnice cygańskie.

I może twórcom filmu to właśnie przeszkadzało.

Atmosfera Gorzowa jest zbyt nasycona emocjami do których należy poza dumą, że tutaj tworzyło się Terno i Papusza swoje poezje mówiła , niechęć a czasami nawet wrogość. Coś takiego gęstego i lepkiego  wisi w tutejszym powietrzu , wiem o tym od gorzowskich znajomych z którymi utrzymuję kontakt.

Może wreszcie w Gorzowie nie zaakceptowano by urody odtwórczyni głównej roli, pani Jowity Budnik, bo tak naprawdę nie przypomina Cyganki a tym bardziej Papuszy.

    Tak więc Krauzowie wybrali miejsca gdzie  wyczuwali chłodny dystans do tego tematu i łatwiej było pobudzić entuzjazm wśród uczestniczących w realizacji Cyganów.  

Jednak staram się znaleźć jakąś przyczynę zewnętrzną, być może bardziej obiektywną.

I wymyślam, że  w Gorzowie twórcy filmu, może nie znaleźliby takich starych wnętrz, jakie pokazano w filmie. Gorzów jest wprawdzie miastem poniemieckim ale stosunkowo młodym, więc i kamienice raczej duże, chłodne. Może gorzowianie ze mną się nie zgodzą i wskażą miejsca odpowiadające klimatem . Chociaż pisząc te słowa się zawahałam, bo jednak przypomniałam sobie jeden  stary dom na skraju ul. Kosynierów Gdyńskich . Przy tej ulicy mieszkała Papusza, ale nie w tym domu. Jest niewielki i mroczny. Do mieszkań wchodzi się przez bramę a dalej krętymi wąskimi ciemnymi schodami . Tam kiedyś mieszkali moi krewni.  Czyli można było filmować Papuszę w Gorzowie.

Tak więc ta  moja próba obiektywnego wytłumaczenia nieobecności Gorzowa w tym filmie odpada.

     Przyznam, że sama się wpędziłam w meandry tych rozmyślań, bo mam za dużo własnych emocji związanych z Cyganami i Papuszą i niestety za dużo pamiętam co niewątpliwie przeszkadzało w odbiorze filmu jak i przy obecnych rozważaniach.

Poddaję się, moja próba chłodnej oceny legła w gruzach…

      By poprawić sobie nastrój zaglądam do folderu, gdzie przechowuję zdjęcia które wykonałam w 2009 roku, czasie gorzowskiego festiwalu kultury cygańskiej pt. Romane Dyvesa. Zapraszam do tego świata który już jest artystyczną fikcją….a także znajduję gorzowskie ślady Papuszy, wyklętej poetki cygańskiej ….i wracam do Gorzowa, mojego Gorzowa….

 

 

aleĹź spĂłdnice.JPG

 

 

ładne.JPG

 

 

w_tancu(2).JPG

 

 

PapuszaTablica.JPG

 

 

P6120569.JPG

 

 

Papuszapomnik.JPG

 

 

Info z netu, zdjęcia własne już kiedyś zamieszczone w portalu MM Gorzów i blogu Jana

Film ” Papusza” i moje rozczarowanie.

 

 

Nie mam prawa pisać o rozczarowaniu. Przecież niczego nie oczekiwałam, hodowałam w sobie tylko zapamiętane z dzieciństwa widoki szczęśliwych kiedyś Cyganów. …

Barwy, zapachy ognisk , muzyka, radość nad beskidzką rzeką Żylicą, potem smuta i marazm osiedlonych w gorzowskich kamienicach. I Papusza, poetka wyklęta przez swoje środowisko, jej gorzowska legenda, niewielki pomniczek przed Biblioteką, twarz stamtąd zapamiętana o ostrych surowych rysach i nieco zamglonych oczach patrzących w nieznaną nam dal….

    I jestem w Ciechocinku. Czuję bliskość tej poetki. Przecież całkiem niedaleko, w Inowrocławiu spędziła ostatnie lata życia, umarła i tu został jej grób.

    I miejscowa, ciechocińska  muszla koncertowa, gdzie festiwale muzyki cygańskiej, afisze o koncertach w miejscowym teatrze don Wasyla, który zamienił piękno muzyki swojego narodu w jakieś disco. Jakże banalna jest jego twarz, zupełnie inna, niż brata- Edwarda Dębickiego, którego widziałam w Gorzowie, gdy ten młody piękny Cygan na długich nogach stawiał długie, lekkie kroki, zda się nie dotykając ziemi, ze skrzypcami pod pachą a Mama mówiła, że uczy się w szkole muzycznej. Pomimo, że w tych latach pięćdziesiątych zmuszono Cyganów do porzucenia taborów, zamieszkania w przydzielonych mieszkaniach starych kamienic jedno było dobre. Mogli się uczyć, oczywiście nie wszyscy tego pragnęli, ale ci, którzy chcieli- mogli. Tak więc zwiewna motylopodobna  Randia, wykształcony już Dębicki i stworzony przez niego pierwszy w Polsce cygański zespół Terno otwierali zwykłym ludziskom świat cygańskiej pieśni i tańca. Niektórych zarazili miłością do swojej kultury i to im zostało do starości, tak jak np. mnie  i podwórkowej przyjaciółce Bajce. Tak więc mamy w oczach tamte czasy, tamtych Cyganów.

   I właśnie jestem tego grudnia w Ciechocinku i jakby na zamówienie informacja, że w miejscowym kinie film” Papusza” będzie. Łopot serca, zaskoczenie tą niespodzianką i oczywiście decyzja, by tam zajrzeć i obejrzeć. Przedtem nie miałam na to ochoty, by nie psuć swoich wspomnień, wyobrażeń, ale jakaś siła wyższa zadecydowała za mnie.

Kino odnowione, szkoda, że nie takie stare z zapachami kurzu, ale trudno orzekłam, sadowiąc się w wygodnym fotelu.

   I się zaczęło. Opowieść jakby czytana z kartek starego pamiętnika, pisana czarno białą smutą, odwracanie kartek i zaburzenie chronologii cofaniem się w czasie. Tak pokrótce wygląda wizja państwa Krauze a właściwie pani Joanny . Nosiła w sobie ten film ponoć od 7 lat. Miała czas na rozmyślania, podejmowania decyzji, zmiany. W efekcie powstał piękny film, obrazy pana Staronia wysmakowane, wycyzelowane, nakładane w tempie  odmierzanym jak w dokładnym zegarze. Sceny grupowe z prawdziwymi Romami pełne dynamizmu z  wspaniałą galerią postaci autentycznych naprawdę zachwycają. W roli męża Papuszy- Dionizego Wajsa, znakomity   Zbigniew Wardyś, aktor o cygańskiej urodzie który potrafił oddać zmienność zachowań bohatera od brutalności do ciepła , postać to prawdziwie człowiecza. Młoda Papusza  jest śliczna, pełna życia, prawdy, czuje się w niej cygańską duszę. Nic dziwnego, bo odtwórcą tej roli jest Romka o cudnym imieniu Paloma. Dość przeciętny w swojej roli jest Pawlikowski, który przedstawia Ficowskiego.

No i wreszcie tytułowa Papusza. Musiała być  inna niż wszyscy, bo jej oczy zamykały rozmarzenie, tęsknotę i cierpienie więc i twarz taka. Reżyserzy wyraźnie mieli problemy z dwoistością natury Papuszy- zwykłej Cyganki i poetki łaknącej wiedzy, książek ale zarazem leśnych pejzaży. I pewnie mieli problem ze znalezieniem osoby odpowiadającej tym warunkom. Właściwie nie wiadomo, kto był ojcem Papuszy, może jakiś poeta, czy inny artysta spoza tego narodu. Więc wybranie do tej roli pani Jowity Budnik, która jak sama pisała, nie przypomina Papuszy ani zewnętrznie ani emocjonalnie,  nie dziwi. Dla tych widzów, którzy Papuszy nigdy nie widzieli, jej typ urody nie powinien  budzić wątpliwości.

Mimo, że grała wspaniale, stale mnie uwierał jej brak cygańskiej autentycznej urody i duszy.  Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi w odbiorze wpatrywanie się w jej twarz w poszukiwaniu tego, co było moim wyobrażeniem. Często filmowany profil raził nie przystającym do tej twarzy nochalem i stale nieruchomo  zmarszczonym czołem. Wydawało mi się, że gra w masce.  Dopiero po obejrzeniu filmu, przeczytałam jeszcze jeden wywiad z Panią Budnik. I aż się zadziwiłam, bo powiedziała tam, że stale grała z przylepionym nosem. Nawet sprowadzono w tym celu speca z Hollywood. Po co to było? Doprawdy nie wiem. Przecież każda twarz ma organicznie przypasowany nos, jeśli ten aktorki był za mały, to czemu służył ten trik? I tak nie ma ona cygańskiego, papuszowego czoła, z którego jakby pięknie wyrysowaną linią spływa jej nieco orli nos. Twarz aktorki może przypomina zdjęcie Papuszy z młodości, ale czuje się jej sztuczność przez tę maskę .

Ale już koniec moich marudzeń.

Odtwórczyni głównej roli, pani Jowita Budnik poradziła sobie z tą trudną rolą  znakomicie. A ostatnia scena, gdy samotna Papusza patrzy z okna w stronę odchodzącego Ficowskiego, który był sprawcą jej tragedii poraziła mnie zupełnie, zniewoliła i wyzwoliła jednocześnie  z myślenia krytycznego.

    I jeszcze jedno na temat samej realizacji filmu. Żal mi było, że film nie spełnił mojego wyobrażenia, jaki powinien być. Powinien być kolorami grający, pełen autentycznej muzyki, wypełniającej obrazy szczęśliwych wędrujących Cyganów a potem przechodzący w smutną szarość albo sepię czasu ich  zniewolenia . Ale może wówczas obraz byłby cukierkowy, i pewnie tego pp Krauzowie chcieli uniknąć tworząc jedynie czerń i biel. Temu celowi miała służyć  zaburzona chronologia , która ponoć w filmie stopniowała emocje. Niestety tego nie dostrzegłam.

Ale niech tam.

Film wart obejrzenia, mimo, że ja zachowuję nadal to co się w mojej dziecięcej duszy utrwaliło przed przeszło półwieczem …