Moje góry pamiętają, choć nieme….(2)


W izbie  pełno krwistych płócien. Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku, czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić, bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci, które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….o

Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz. W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  Są jak iskry, rozmigotane ciemne oczy jednej z ciotek- Hankuski ale niebieskie też rozjarzone nieustannie Kaśki z Łodygowic i mroczne z jakimś zły błyskiem Teresy Pykuli….Agnieszki nie poznałam, bo wyszła za Niemca, wyklęta przez ród, mieszkała w Bielsku i chyba nigdy nie odwiedzała domu rodzinnego – zresztą nie wiem….ale serce miała dobre bo Mama ją lubiła, odwiedzała gdy męża nie było w domu, zawsze dostawała trochę ciepła a pewnie stale głodna jakiś kęs chleba – bo od 10 roku życia zamieszkała kątem u Niemki, by kontynuować naukę. ….

          Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę, pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa. To ona czuje się właścicielką dobytku – jedyną…

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną, potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę. Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać ,  życie płynie dalej, córeczkom małym przydałaby się matczyna opieka, w domu gospodyni a i w łożu ktoś miękki i ciepły. Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy, w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę, już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

cdn.

Z Marią Rodziewiczówną w tle…

Moja Mama zdjęcie z ok 1923 roku

W 1772 roku Polska przestała istnieć. Ziemie, gdzie urodziła się  w 1907 roku Stefania Łukaszewicz z domu Jakubiec ( nasza Mama, Babcia, Prababcia ) już od 135 lat  znajdowały się  pod Zaborem  austriackim( do 1918 roku ) . Pomimo , że ten zaborca należał do stosunkowo najbardziej liberalnych jeśli chodzi o wynaradawianie, i były polskie szkoły. Jednak brakowało ludzi, którzy mogli oficjalnie dzielić się zwłaszcza z wieśniakami swoją wiedzą o Polsce.

A oto odnaleziona niedawno opowieść mojej Mamy ( nie żyje od 2000 roku) , którą zapisała na zeszytowych kartkach nasza Madzia …. Przepisałam, bo to tak, jakby spotkanie z Mamą. I widzę Jej rozjarzone wielkim błękitem oczy i piękne dłonie, które zapamiętałam niestety chłodne już … teraz wszystko ożyło…bo Mama opowiada……

  • Urodziłam się w podgórskiej wiosce w 1907 roku ( Godziszka w Kotlinie Żywieckiej- przyp. Z.K.) . Mając 10 lat odwiedziłam w sąsiedniej wiosce dalekiego krewnego Ojca, który zaprosił nas na Jasełka. Poznałam jego 20 letnią córkę , która prowadziła gospodarstwo z rodzicami. Raz w tygodniu wyjeżdżała do Białej ( wtedy było to odrębne miasto , teraz Bielsko Biała – przyp. Z.K.) sprzedać jajka,  masło, sery. Z części pieniędzy kupowała książki Rodziewiczówny. Miała ich sporo. Jedna z nich była „ Na wyżynach”   i pożyczyła mi ją . ( wydana w 1896 roku- przyp. Z.K.).   Pierwsza książka w moim życiu,  którą jednym tchem przeczytałam. Poszłam po następną.  Dostałam wszystkie. Jej książki czytała młodzież tej wsi. Zapisywała  w zeszycie nazwisko czytającego, tytuł , datę pożyczenia i wyznaczony termin zwrotu. Przeczytałam wiele. Za rok byłam w Podstawowej szkole Wydziałowej im. Królowej Jadwigi w Białej. Tam była polska biblioteka. Zobaczyłam portret Rodziewiczówny i jej życiorys . Urodziła się w Rosji w bogatej rodzinie . Ubierała się po męsku. Nosiła spodnie, krawat wiązany, jeździła konno. Paliła cygaro. Była ładna. Miała wielu starających się . Wszystkim odmawiała. Z biegiem lat nastał w Rosji komunizm. Uciekała. Osiedliła się blisko granicy polskiej.

  • Przed kilku laty w radio usłyszałam męski głos. Rodziewiczówna uciekała przed bolszewikami do Polski, dojechała do Warszawy, do swojej rodziny. Niektórzy z sąsiadów nie wiedzieli kim jest ta starsza pani mieszkająca obok . Niemcy poszukiwali ją za książkę „ Między ustami a brzegiem pucharu”  i nie znaleźli. Zmarła w Warszawie u swego przyjaciela i pochowana na starym wielkim cmentarzu Powązki. Powązki to stary wielki cmentarz na którym leżą żołnierze z I Wojny Światowej , Bohaterowie z Powstania Warszawskiego. W innej części artyści, aktorzy jak np. śpiewak  Kiepura Jan, przywieziony z Ameryki , aktorka Smosarska i wielu wielu innych. W pewnej części inni znani Polacy jak np. rzeźbiarz Dunikowski, polscy generałowie z tablicami „ pomyłkowo zginął”. Znajduje się pomnik „ Oficerom zamordowanym w Katyniu ” ….
  • Po wojnie uczyłam w szkole w Gorzowie Wielkopolskim, Przyjechał do nas Rodziewicz z matką  z Wilna. Jego ojca zamordowali bolszewicy . Podobno był krewnym rodziny matki Rodziewiczówny, Później uczył się w Poznaniu i z ekipą prof. Michałowskiego wyjechał do Egiptu jako fotograf wykopalisk.
  • Przed paru laty usłyszałam w radio po Polsku „ Polacy starali się o pozwolenie wkroczenia na teren ZSRR i szukania miejsc, gdzie ginęli Polacy. Nikt nie chciał dać pozwolenia. I usłyszałam głos – pracownika bolszewików. „ Jestem Polakiem. Nazywam się Rodziewicz-  w prostej linii krewny polskiej pisarki Marii Rodziewiczówny. Cieszę się, że pozwoliłem pojechać Polakom na teren bolszewicki „ . Po jego wystąpieniu , po kilku tygodniach usłyszałam w radio, że ten Rodziewicz  po swoim wystąpieniu został zastrzelony na ulicach Moskwy.
  • Już jako nauczycielka przeczytałam  ze młodzi Polscy pisarze ogłosili, że powieści Rodziewiczówny są słabe i nic nowego nie przynoszą. Nasz sławny pisarz Stefan Żeromski odpowiedział im na to w prasie. Że bardzo się mylą, bo gdyby nie książki Marii Rodziewiczówny , które trafiały pod strzechy chłopskie to nasza młodzież nie umiałaby czytać. I jej to zawdzięczamy i dziękujemy !!!!

Ta opowieść uruchomiła moje myślenie, by uzupełniać, wyjaśniać. Ale po co ? wszystko jest w necie. Choć jedno warto dopowiedzieć. W 1923 roku Mama wyjechała jako młoda nauczycielka na Kresy. W Rakowie , nieomal przylegającym do ówczesnej granicy z Rosją ( teraz teren Białorusi)  poznała młodego chłopaka, który został moim Tatą J a opowieść o pokrewieństwie Jego Mamy a mojej Babci Stanisławy z Marią Rodziewiczówną pozostała w rodzinie.  

I tak koło się zamknęło tej opowieści…….

Jaśminowe zakochanie…

 

 

SAM_6352.JPG

 

 

SAM_6353.JPG

 

 

 

Jaśminowe zakochanie

 

Gdy czerwcowa noc zapala za moim czarnym do tej pory oknem wielki lampion, z jarzącymi tajemną bielą światełkami  jaśminowych kwiatów, czuję, że nadeszła pora na zakochanie. Nie moje, bo moje było stokrotkowe, frezjowe przypieczętowane gerberami, ale zakochanie moich rodziców.

I cofam się do roku 1926 i jestem w maleńkiej polskiej kresowej mieścinie, tuż przy granicy z Rosją, w Rakowie, gdzie jest 19 letnia Stefa, bo tyle lat miała gdy przybyła w dalekie dla niej strony by uczyć polskie dzieci . I jest Wacław, miejscowy chłopak w tym samym nieomal wieku, absolwent wileńskiej Szkoły Technicznej. I spotykają się na potańcówce, na którą iść nie miała ochoty, ale zaciągnęła ją koleżanka. On właśnie przyjechał do rodziców, a od kilku lat bywał w Rakowie  rzadko. I zobaczył tę beskidzką góralkę o niespotykanej tu surowej urodzie i wielkim błękicie trochę nieśmiałych oczu . I popłynął do niej z przeciwległego krańca sali, a miejscowe panny tylko patrzyły i było im żal, że nie do nich. tak płynie.  I ona zatonęła w jego szarozielonych dobrych i łagodnych oczach. I tańczyli do rana, razem, tylko sami na parkiecie , bo tak im się zdawało.

A rano ktoś zapukał w okienko izby w której mieszkała. Jeszcze senna, gorąca od marzeń, wyjrzała …

Pod oknem stał Wacek, ten, którego dłoń jeszcze czuła i ramię opiekuńcze i który zamęt spowodował w jej głowie …bez słowa podawał jej czapkę wypełnioną kwiatami jeszcze wilgotnego po nocy jaśminu. Krótkie były jego łodyżki, jak to jaśmin ma – jeśli się nie chce łamać całych gałęzi, łatwo zerwać te krótkie łodyżki.

Nigdy kwiatów od nikogo nie dostawała, a może dostawała, ale nie opowiadała. Tylko o tym jaśminie w czapce i tamtym dniu wspominała. I tato nieraz wspominał. I żyli razem długo i szczęśliwie. Chyba do pełni szczęścia dużo im brakowało. Opisywałam już kiedyś ich losy. Ale do końca swoich dni jaśmin ten wspominali….

     A teraz pozostał we mnie, jaśmin, symbol zakochania i jest i co roku zapala noc czerwcowa białoświetlisty lampion na ciemnym niebie za moim oknem ….

 

 

SAM_6354.JPG

 

 

SAM_6300.JPG

 

 

SAM_6374.JPG

 

 

SAM_6360.JPGJaJ

 

 

Opowieści mojej Mamy. Zamknięcie tego rozdziału.

I tak doszłam w opowieściach rodzinnych do momentu, który rozpoczął nowy rozdział.

Bo nadszedł rok 1926 i razem z nim czas spotkania  moich Rodziców.

I od tej pory  dzieje Stefy Jakubiec i Wacława Łukaszewiczów  stały się wspólne .

Tym było  ich zauroczenie, zakochanie  i wytrwanie razem do bardzo późnej starości, mimo wielu trudności .

Dla mnie jest to pewnego rodzaju fenomen. Było to małżeństwo z wielkiej, chyba częściowo wyidealizowanej miłości, ale potem pewnie już tylko wierność ideałom wyniesionym z domów rodzinnych .

Zastanawiam się na jakiej zasadzie trwają stare małżeństwa i nie znajduję jednej odpowiedzi. Prawdopodobnie składa się na to wiele czynników, większość z nich to tylko ich tajemnica, którą ci ludzie zabierają ze sobą do grobu.   

No cóż, nie ma co filozofować. Życie pędzi dalej, więc czas, bym spisała kolejne , trudne losy moich Rodziców.

Zapraszam więc do rozdziału pt. Losy moich Rodziców, a właściwie to sama przenoszę się w tamte czasy ….

Opowieści mojej Mamy. Zakochanie…

 

Mama trzy lata przed ślubem…niestety zdjęcie jest uszkodzone, ale starannie wklejone do rodzinnego albumu i opisane ręką Taty..

 

 

Ale nie tylko praca pochłaniała czas i uwagę młodych nauczycielek.

Sąsiadujący z Rakowem  pułk żołnierzy przygranicza organizował dla swoich podoficerów i oficerów potańcówki w kasynie. Ponieważ większość z nich była kawalerami, zapraszano młode dziewczyny z miasteczka, najchętniej nauczycielki. Wszak stanowiły one miejscową elitę i były pożądane w towarzystwie. Oczywiście potańcówki były otwarte i mogli przychodzić także miejscowi kawalerowie. Mama nie przepadała za takimi imprezami. Może była nieśmiała, może nie bardzo miała się w co ubrać, gdyż znaczną część wypłaty wysyłała rodzicom i spłacała zaciągnięty dług w funduszu Seminarium Nauczycielskiego, przeznaczany na wyjścia do teatru i na wycieczki. Oszczędzała bardzo, żywiąc się skromnie , najchętniej ziemniakami i kwaśnym mlekiem.

Tego dnia jednak uległa namowie koleżanki, która pożyczyła jej swoją bluzkę i pomaszerowały na tę potańcówkę.

I tam właśnie podszedł do niej królewicz z bajki. Młodzieniec delikatnej szlachetnej urody i nienagannych manier. Ten rakowski młodzieniec nie był Mamie znany, bo odbierał nauki w Wilnie i do domu przyjeżdżał sporadycznie.

I tak to się zaczęło od ich nagłego olśnienia , zakochania od pierwszego wejrzenia…..

Opowieści mojej Mamy. Polacy, uciekinierzy z bolszewickiej Rosji..

Bardzo mocnym przeżyciem nie tylko dla mojej Mamy były nocne odwiedziny polskich uciekinierów  z Rosji. Ludzie ci, po utworzeniu państwa polskiego znaleźli się przypadkowo poza granicą ojczyzny.

 Panujący w Rosji terror i wszechwładny  głód a także tęsknota za Polską powodowały, że z wielkim trudem pokonywali oni zasieki graniczne cudem unikając śmierci z rąk bolszewików i szukali pomocy w tym kresowym miasteczku.

Oczywiście władze polskie zgadzały się na przyjmowanie tych ludzi, starały się dać im zatrudnienie i zapewnić godziwe warunki życia.

Jednak w pierwszej chwili , po przekroczeniu granicy, zwykle nad ranem  pukali do drzwi mieszkańców prosząc o kawałek chleba. Byli wynędzniali, obdarci, brudni i głodni. Ludziska starali się jak mogli, by im pomagać. Jednocześnie byli przerażeni tym, do czego są zdolne władze radzieckie.

Mama długo nie mogła zapomnieć, a właściwie nigdy nie zapomniała, wracając w swych opowieściach do obrazka samotnej kobiety w łachmanach, która uciekając z Rosji , przerzucała kolejno przez kolczaste graniczne zasieki  swoją piątkę małych  dzieci. Każde z nich było zapakowane w worek ….

Opowieści mojej Mamy. Uczniowie…

 

Mama pierwsza po prawej w zapełnionym rzędzie.

 

 

Mama dobrze się czuła w gronie pedagogicznym, lubiła swoich uczniów.

W to wierzę, gdyż miałam wielokrotnie okazję obserwować Jej gorzowskich uczniów. Bywało, że rano ktoś dzwonił do drzwi naszego domu, otwierałam , a za drzwiami stał maluch z tornistrem. Z bardzo poważną miną oświadczał, że przyszedł po swoją panią.

 

Kilka lat temu rozmawiałam ze znanym starym ortopedą , profesorem Malawskim i zapytałam, czy pamięta moją Mamę, swoją rakowską nauczycielkę. Popatrzył na mnie bystrze i powiedział z uśmiechem –  oczywiście- miała takie piękne oczy – i  wymienił kilka szczegółów z życia Mamy, co świadczyło, że pozostała w jego pamięci jako osoba niezwykła.  

Opowieści mojej Mamy. Niezapomniany ksiądz Żuk.

 

 

 

 

W czasie pobytu w Rakowie, Mama przyjaźniła się z księdzem Żukiem, który uczył razem z Nią w szkole.

Zresztą nie było osoby w miasteczku, która by o nim powiedziała złe słowo.  

Był jedynym księdzem w tej parafii.

Drobnej postury, z ryżawymi włosami, wnosił wszędzie uśmiech i pogodę ducha. Emanował dobrocią i łagodnością. Był skromny, uczynny i biedny. Nosił sutannę gęsto połataną i wypłowiałą.

Opiekował się biedną młodzieżą, wszyscy do niego lgnęli i wielokrotnie szukali pomocy lub porad w rozwiązywaniu różnych problemów szkolnych i domowych.

Gdy był czas na lekcję religii, ksiądz Żuk przybywał do klasy . Tam czekały na niego z utęsknieniem dzieci wyznania katolickiego. Po małych Żydów przychodził rabin a po dzieci wyznania prawosławnego- pop. Te dzieci ociągając się nieco przechodziły do innych pomieszczeń na swoje zajęcia. Mówiły głośno, że też chciałyby posłuchać tego o czym opowiada ksiądz Żuk. Ale miały poczucie obowiązku i nie protestowały głośno.

Nikt się temu nie dziwił, wszyscy uważali, że różnorodność wyznaniowa jest normą. Dopiero dalsze karty historii  pokazały jak straszliwa może być nietolerancja. Ksiądz uczył  religii, ale też organizował zajęcia sportowe, w meczach piłki nożnej sam brał udział, zakasawszy uprzednio poły sutanny. Poza tym był animatorem różnych czynów społecznych. Na zachowanym zdjęciu z naszego rodzinnego albumu widać grupę młodzieży , która pod batutą  księdza sadzi nowe drzewka wokół szkoły.

On dawał moim Rodzicom ślub, przedtem musiał ośmielać Mamę, by się nie krępowała pójść do niego do spowiedzi, gdy mu to wyznała w rozmowie w szkole. Mój Tato  opowiadał, że ksiądz wygłosił do nich  piękne i mądre kazanie.

Taki był niezapomniany ksiądz rakowski- ksiądz Żuk.

 

Opowieści mojej Mamy. Zaprzyjaźnione myszki.

W pokoiku , który zajmowała moja Mama z koleżanką zamieszkały także myszki.

Mama wielokrotnie opowiadała, że siedziała cichutko i wówczas z norki wyłaniał się wąsaty nosek , potem następny i myszki wdrapywały się na stół, gdzie młode nauczycielki zostawiały im okruchy chleba.

Którejś nocy, mama usłyszała pisk , który się wydobywał spod jej poduszki. Uniosła poduszkę i prześcieradło i zobaczyła , że w sienniku ma swoje gniazdo rodzinka mysia. I właśnie urodziły się młode, co oznajmiały całkiem donośnym piskiem.

Podobno Mama wcale nie była przerażona i nie reagowała na takie sąsiedztwo.

Słuchałam z niedowierzaniem tej opowieści. Do tej pory nie mogę wyjść ze zdumienia, że można było przyjaźnić się z myszami.

Ale Mama opowiadała to z takim uśmiechem i sympatią dla tych stworzonek, że w końcu uznałam, że tak było naprawdę.

Opowieści mojej Mamy. Wieczorne zajęcia w wynajętym pokoiku.

Mama razem z młodziutką koleżanką też nauczycielką , która przybyła tutaj z Ukrainy , zamieszkała w wynajętym pokoiku niewielkiej chałupki. Gospodarze byli dobrymi, gościnnymi ludźmi  i Mama czuła się tam dobrze.

W długie jesienne wieczory siadywały z koleżanką przy stoliku, na którym ledwie się tliła lampa naftowa, poprawiały prace domowe uczniów a w wolnych chwilach wyszywały. Ukrainka nauczyła Mamę wyszywać krzyżykami, i po wojnie w naszym nowym gorzowskim domu mogłam podziwiać prace Mamy. Były to serwety, serwetki, bieżniki a nawet cudny bardzo kolorowy kilim  wyszyty na bordowej aksamitnej tkaninie .

Podziwiałam kunszt i precyzję tych prac a także fakt, że Mama uratowała je z pożogi wojennej i przywiozła do Gorzowa.