Na medycznej ścieżce. Błękitne wakacje.

 

I tak oto dzięki cudownym właściwościom octu sabadylowego , udało się opanować wszawicę. Podziwiałam wygląd już zdrowych migdałków i pięknych paznokci, z wyleczoną grzybicą . Oceniałam te wielkie sukcesy medycyny…

Teraz miałam czas na własne rozrywki.

Odwiedzałam tajemne miejsce, gdzie stał dawny dworek wypędzonych z  naszego kraju Braci Polskich . Odczytywałam  napis nad wejściem. 

Kiedyś ujrzałam na terenie wielkiego  jednolicie uprawianego pola ciemną grudkę. Poszłam w tym kierunku. Stopniowo otwierał się widok na  kamienny mur z dużymi drzewami, które chciały się wydostać z tej kamiennej niewoli.  Mur był wysoki, ale cały zamknięty w nim teren, maleńki. Taka maleńka kamienna wyspa wśród pól. Gdy się odpowiednio zbliżyłam, znalazłam miejsce, gdzie można się było wspiąć i wejść do środka tajemnicy. Tak też zrobiłam i nagle znalazłam się w innym świecie. Dookoła były stare nagrobki i polskie napisy, polskie nazwiska. To był cmentarzyk Braci Polskich …..

 

Nieopodal  budynku kolonijnego wielkim błękitem zakwitało rozległe jezioro. Gdy małą  złotą plażę opuszczali koloniści udając się na obiad i drzemkę poobiednią, to cudne miejsce było tylko moje. Delektowałam się ciszą, karmiłam oczy lśniącą taflą wody. Pływałam do upadłego pieszczona ciepłą przyjazną wodą .

Potem wsiadałam do drewnianego  kajaka i  wyruszałam na samotną wyprawę . Płynęłam wzdłuż brzegu, pod pochylonymi koronami drzew. Te drzewa już umierały i zmierzały do zjednoczenia z jeziorem. Niezwykłe była  ich miłość.

Czasami wypływałam na jeziorne łąki, które nagle zakwitały drobnymi białymi kwiatkami. Wracałam po kilku godzinach unosząc w oczach dziewiczo czystą urodę tego miejsca , które nadal we mnie żyje.

I wtedy też zrodziło się marzenie , by wrócić do tego magicznego zakątka Polski . Marzenie to   tkliwie pielęgnowałam przez  45 lat, które minęły od tego czasu . Ale do tej pory nie zdążyłam go zrealizować , chyba raczej już nie zdążę….

Piękne, błękitne wakacje , niepowtarzalne, jedyne takie w moim życiu powoli dobiegały końca….


 

 

Jeśli chcesz zobaczyć piękną i jeszcze nie zadeptaną wyspę , wybierz się ze mną na Sardynię.

 

 

 

 

Jeśli  zechcesz, wybierzemy się razem na Sardynię . Jeśli nie , możemy tylko wspólnie obejrzeć zdjęcia . I pomarzyć . Warto mieć marzenia i snuć plany nawet nierealne . Zapraszam ….

To moja wymarzona wycieczka . A właściwie ucieczka od problemów codzienności do innego pięknego i niezwykłego świata . Jeśli się zdecydujesz , daj znać . Będę czekała w swoim domu na kołach , starym kamperze .

Potem pojedziemy do Genui . Z Polski to tylko 1245 km w linii prostej . W porcie załadujemy się na prom . Po 7 godzinach morskiego kołysania postawimy stopę na brzegu Sardynii . Jeśli wolisz , to zmienimy trasę i dobijemy na Korsykę , która jest bliżej Genui . Zwiedzimy tę niewielką francuską wyspę , zaglądając do miejscowości Ajaccio , w której urodził się Napoleon . Z Korsyki czeka nas tylko 30 minutowa podróż kolejnym promem do wybrzeży Sardynii .

Z pokładu promu obejrzymy zachwycający śnieżnobiały klif sąsiadujących wybrzeży obu wysp . Pewnie też pomyślisz , że oba brzegi wyglądają jak przecięty tort bezowy. Nie będziemy mieli wątpliwości , że to ślad po rozdzieleniu wysp . Kiedyś stanowiły one jeden ląd łącząc się z kontynentem na wysokości Toskanii .

To wtedy , ok. 1800 roku p.n.e. przywędrował tutaj tajemniczy lud , który przyniósł mało poznaną do tej pory kulturę , zwaną cywilizacją Nuraghe . Powędrujemy śladami tych niezwykłych ludzi .

Będziemy zwiedzali miejsca , gdzie pozostały ich obronno-mieszkalne twierdze , zwane nuragami . Tworzyły one doskonale zaplanowaną sieć . Były sytuowane na terenach wyższych, tak, by z jednej nuragi można było zobaczyć sąsiednie twierdze.

Pojedyncze nuragi znaleziono także na Sycylii i Korsyce . Ale na Sardynii jest ich aż 7000. Wiele tych budowli zachowało się do naszych czasów .

Wszystkie nuragi są do siebie podobne i mają charakterystyczny kształt , podobny do zwężającej się ku górze szerokiej tuby . Ich wysokość sięga 27 m. We wnętrzu możemy podziwiać ściany , przypominające sfałdowaną spódnicę .

Nuragi są zbudowane z ociosanych bloków skalnych , montowane bez użycia zaprawy. Do końca nie wiadomo, czy wszystkie nuragi spełniały rolę twierdz obronnych.

Czasami nazywano je ” wieżami ciszy”. Bo ponoć w nich rozwieszano ciała zmarłych, by zgniły. Gdy  pozostał tylko szkielet , chowano go w wielkich grobach tzw .grobach gigantów, zlokalizowanych zwykle niedaleko twierdzy. Zachowało się wiele tych grobów . Główna skała , w której było wejście zasłaniane kamieniem , miała kształt medalionu , a wokół niej ustawiano w kształcie łuku mniejsze skały , co miało nadawać temu miejscu klimat żałoby.

Gdy na wyspę dotarli Grecy i zobaczyli nuragi , uznali , że zaprojektował je grecki architekt , Dedal , który po wybudowaniu labiryntu Minosa na Krecie , obawiał się zamachu na swoje życie. By uniknąć śmierci skonstruował sobie i synowi Ikarowi skrzydła, przy pomocy których przedostali się na Sycylię a następnie na Sardynię.

Uważa się , że kształt nuragi powielono przy projektowaniu wczesnych kościołów katolickich .

Około 1000 roku p.n.e przypłynęli na Sardynię Feniccy żeglarze i założyli kilka osad i portów. Tubylcza ludność podjęła z nimi walkę , wzywając na pomoc Kartaginę . W ten sposób Kartagina przejęła władzę nad wyspą . W 238 roku p.n.e. Kartaginę pokonali Rzymianie i wyspa została włączona do Republiki Rzymskiej . W 465 roku nowej ery pojawili się Wandalowie , potem Genueńczycy i władcy Pizy. Papież oddał Sardynię władcom Aragonii . Po kilku stuleciach wyspa przeszła w ręce Austriaków a od 1720 roku należy do Włoch.

Mimo , że należy do Włoch jest zupełnie niepodobna do innych miejsc tego kraju . Jej mieszkańcy od wieków pilnują swojej odrębności kulturowej i nieustannie podkreślają swoją niezależność.

Sardynia została odkryta przez turystów późno i nadal jest rzadko odwiedzana. Dzięki temu zachowała pierwotny urok własnego rytmu życia . Na pewno będziemy się tam dobrze czuli , bo mieszkańcy akceptują i tolerują turystów , ale nie są ciekawscy i zachowują wygodny dla nas dystans.

Zamieszkamy na tej wyspie . Znajdziemy miejsce dla naszego domu na kołach.

Jeśli jesteś wrażliwy na zapachy , na pewno poczujesz się szczęśliwy . Bo zatoniemy w istnej orgii woni charakterystycznej dla krain leżących nad Morzem Śródziemnym . To wspaniała kompozycja  zapachów lawendy, rozmarynu , macierzanki , mirtu , anyżku , cyprysów i eukaliptusów.

Wrzesień specjalnie dla nas ubierze tę wyspę w złoto . Przebiorą się też najzwyklejsze osty , zmieniając srebrne polskie szaty na sardyńskie złoto .

Zaproszę Ciebie na długie spacery , najpiękniejsze wtedy , gdy słońce powoli wybiera się do snu . Zanurzymy się w świecie wiecznie zielonych krzewów ( makii ) , odkryjemy urocze ścieżki wijące się pomiędzy skałami . Zadziwimy się rzeźbiarskim mistrzostwem natury . Sardyńskie skały można oglądać godzinami, bo każdego dnia i o każdej porze wyglądają inaczej . Najczęściej przypominają ogromne rośliny lub nieruchome zwierzęta , z którymi igra światło .

Czasami ścieżka otworzy nam widok zniewalający  urodą . Albo doprowadzi tam , gdzie morska fala nagle obliże nam stopy .

A gdy przyjdzie zmęczenie , przypomnimy sobie o plaży . Ona cierpliwie czeka , odświętnie przystrojona w złoto i rozpalona słońcem . Poszukamy zatoczki , gdzie znajdziemy cień wielkich tamaryszków , które zupełnie irracjonalnie wyrastają na słonym piasku .

Będziemy się wylegiwać mając przed sobą bezmiar morskiego turkusu . Aż zatęsknimy za zanurzeniem w wodzie . Wówczas powoli , oswajając rozgrzane ciało z chłodnym dotykiem fali , ulegniemy jej zniewalającym , delikatnym , czułym i słonym pieszczotom . A potem będzie już tylko senne i rytmiczne kołysanie ….

 

Nuraga

 

Grób gigantów

 

 

Tamaryszki na plaży

 

 

 


 

Tekst własny zamieszczony w portalu MM-Gorzów pod nickiem Klarka ( Łuka) 4.07.2011

Na medycznej ścieżce. Wszy….

 Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowowej miałam długie białe włosy. Mama codziennie mi zaplatała dwa ciasne warkocze, tak je upinając na głowie, że z trudem zamykałam oczy.

Któregoś dnia poczułam niesamowite swędzenie skóry głowy. Gdy zasiadłam do kolacji zaczęłam się  intensywnie drapać , odbierając apetyt  domownikom.

Po chwili Mama się zorientowała i zabrała mnie od stołu. Poszłyśmy do sąsiedniego pokoju, Mama ,  rozplotła  warkocze i zaczęła oglądać moją głowę, starannie rozdzielając włosy. Niebawem oznajmiła, że znalazła gnidę . Okazało się , że zostałam szczęśliwą posiadaczką  wielkiej wszawej rodziny. Wprawdzie Mama była mniej szczęśliwa, ale ja pękałam z dumy. W końcu nie wszyscy mieli wszy, więc czułam się wyróźniona.

Zabieg iskania trwał dość długo i był codziennie powtarzany. Mama wyjmowała gnidy i wszy, które następnie układała na białej kartce papieru. Widziałam te stworzonka. I chyba nawet było mi ich żal, gdy Mama je rozgniatała paznokciem . Ten suchy trzask dobrze zapamiętałam.

Aż któregoś dnia Mama stwierdziła, że już nie znalazła żadnego mieszkańca mojej głowy. Zabiegi były nudnawe, więc ucieszona pobiegałam na swoje ukochane podwórko.

I po wielu latach, gdu zostałam pomocą lekarską i znalazłam wszy w głowach kolonistów , myślałam, że nadszedł kres moich wakacji . I widocznie moim przeznaczeniem będzie wydobywanie tych żyjątek . Już się nawet  z tym pogodziłam, bo przecież chcę zostać lekarzem, a teraz jestem na drodze do zawodu. A ta droga nie musi być  lekka i prosta:) Tymczasem niespodziewanie przyszło wybawienie. Kazia wyjęła z szafy dyżurki lekarskiej cudowny lek na wszawicę. Znając realia, przygotowała się zawczasu. Podziwiałam jej przezorność. Miała także zapasy płótna , a może to były jakieś stare prześcieradła.

Podała mi  butelkę z jakimś płynem. Przeczytałam na naklejce, że jest to ocet sabadylowy. Brzmiało tajemniczo, ale nie spodziewałam się fetoru, który  niespodziewanie walnął mnie w nos, gdy otworzyłam butelkę.

Nie wiem, jak wytrzymywały ten zapach nosy zawszawionych kolonistów. Musiałam owym płynem polewać ich głowy, a następnie zakładać kawałki płótna , modelując coś na kształt turbanów. Dzieciaki zostały zamknięte w izolatce. Nic dziwnego, bo z powodu tego fetoru  innych  kolonistów musiałybyśmy leczyć z powodu uporczywych wymiotów. Pewnie też  zawszawione dzieciaki stałyby się atakiem niewybrednych żartów kolegów.

Przez trzy kolejne dni zmieniałam okłady, i potem okazało się, że niespodziewani mieszkańcy opuścili biedne głowy.

Po wielu latach, w szpitalu dziecięcym , w którym pracowałam, pielęgniarki zapisywały w historiach choroby niektórych dzieci tajemnicze zdanie –„ Założono czepiec „ Dzięki doświadczeniom kolonijnym dobrze znałam znaczenie tych słów…i rozpoznawałam  znajomy zapach cudownego leku….i wracały cudne wakacyjne czasy

Opowieści mojej Mamy. Marianna.

Skrzyczne, widok ze zbocza Skalitego

 

 

Wieść o planowanym przybyciu z sąsiedniej miejscowości bogatego wdowca  w wiadomym celu roznosi się szybko po wsi. Dziewczyna się dowiaduje na końcu, nie dowierza , jest przerażona . Przybiega do matki, klęka u jej kolan, i pyta . Matka potwierdza wiadomość. Być może bez czułości, bo tam , na tej gliniasto kamienistej ziemi, wśród gór czułość już dawno umarła, a może się w ogóle nie urodziła. Jest tylko walka o przetrwanie

Wszyscy wiedzą , że  dziewczyna  jest zakochana w urodziwym młodym chłopcu  z dalekiej chałupy, ukrywającej nędzę pomiędzy górami. To właśnie bieda jest przeszkodą nie do przebycia. Jej  rodzice nigdy się nie zgodzą  na  to małżeństwo.

Nieszczęśliwa  miłość. Te oschłe słowa nie oddają dramatu, który rozgrywa się w duszy Marianny.

Wyobrażam sobie, jak dziewczyna wymyka się ukradkiem z domu. Biegną do siebie przez pola i  górskie bardzo pachnące łąki . I tylko góry są niemym świadkiem jak biją ich serca , dłonie dotykają dłoni, oczy płoną i usta szukają ust. Kochają się gwałtownie i rozpaczliwie. A może tylko wtuleni w siebie nieruchomo patrzą na swoje okrutne góry …

Dni Marianny mijają jak paciorki różańca, który codziennie odmawia , gdy nadchodzi wieczór . . Aż wreszcie, pewnie to było w niedzielę , zapanowało nagłe  ożywienie we wsi. Radziechowy .  Ludziska wylegli przed domy i wypatrywali, bo właśnie z daleka nadjeżdżała piękna bryczka  zaprzężona w  rącze konie . Zatrzymuje się przed domem Marianny. Wysiada rosły, barczysty mężczyzna. Jest przystojny dojrzały i co widać po świetnie utrzymanych i ozdobionych koniach , bogaty  .

Marianna chce uciekać , ale rodzice ją zatrzymują. Ona  posłuszna ich rozkazom powoli wraca do chałupy i siada w najciemniejszym kącie izby. Siedzi cichutko, przyczajona i przypomina ptaka, który do tej pory szybował nad górami. I został  zniewolony , zamknięty w klatce i  tylko czuje jak szybko bije wystraszone serce…

Rodzice wychodzą przed dom, witają się ulegle i zapraszają do domu. Do izby wchodzi Michał.  .  Od wejścia patrzy na  dziewczynę , domyśla się , że to ona jest mu przeznaczona.  Ogląda ją starannie . Bo przyjechał w określonym celu.   Marianna  biernie się poddaje ocenie. Chciałaby wyć z bólu . Ale nie wolno , więc siedzi wyprostowana i  z całej siły  zaciska dłonie złożone na kolorowej spódnicy. Bo przecież ją wystroili świątecznie . W śnieżną bluzkę , wyszywany serdak, spódnicę rozłożystą w barwne wzory kwiatowe. Matka oddała jej swoje prawdziwe korale, które pulsują czerwienią w ciemnej izbie.

Marianna myśli, że jest na targowisku, gdzie sprzedają konie . I jest poddawana ocenie, czy się nadaje.

Stopniowo łagodnieją  gniewne i bardzo brązowe oczy Michała . Widocznie pozytywnie ocenił  urodę  dziewczyny oraz  jej przydatność w jego chałupie i gospodarstwie.

Jest tak jak uznali sąsiedzi,  dziewczyna może być jego żoną.

Zdecydowany, prosi ojca o rękę jego córki,  przedstawia jakieś propozycje majątkowe.

To  transakcja.

Wszyscy wiedzą , że ma pięcioro małych dzieci. Ale  czy rodzice Marianny o tym myślą? Prawdopodobnie to dla nich nie ma znaczenia.  Tutaj panują brutalne życiowe prawa. Ważne, że dla ich córki jest to poważna partia.

Rodzice podejmują decyzję , nie zwracają uwagi na córkę, na jej nieśmiały protest. A może ona w ogóle nie protestuje, biernie się poddaje woli rodziców. Nie podejmuje walki, bo już jest przegrana. Musi być uległą dobrą córką. Takie  to czasy…

A może jednak któreś z rodziców, matka  czy  ojciec, mają wątpliwości. I jest  im żal, że oddają taką młodą i to oddają właściwie na stracenie.

Jest to prawdopodobne ,  przecież wtedy , nawet w tych surowych górach ludzie mają serca.

Czy można sobie wyobrazić co czuje Marianna, gdy finalizuje się  umowa  poślubienia wdowca z pięciorgiem małych dzieci.

Może szczęśliwie jeszcze sobie nie zdaje sprawy,  z tego co ją czeka.

Jeszcze ostatnie spotkanie z ukochanym. Rozstanie i ostatnie łzy.

A potem już nie płacze,  tylko przychodzi do niej wielki smutek i jest stałym mieszkańcem jej oczu.   Ten smutek jest wszechogarniający   i tak trwały , że po bardzo wielu latach jeszcze go znajduję  w spojrzeniu mojej Mamy i jej rodzeństwa

Na dnie oczu dzieci Marianny i Michała zawsze się czaił smutek…

 


 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsza praca.

Ale młodość ma swoje prawa.  Wiatr młodości rozpędza  refleksyjne myśli i smutki  zasypuje czystą żywą radością . I właśnie tak się stało.  Rozkwitała moja radość i entuzjazm. Zostałam studentką i dostałam się na wymarzone studia.

I kochałam swój pociąg, który mnie unosił do domu. I stację Krzyż , gdzie  miałam przesiadkę. I oglądałam zachwycające  podgorzowskie wzgórza morenowe . I  witałam się z Wartą , moją wielką rzeką , która od wieków przytulała moje miasto. Jak zwykle zatrzymałam się na gorzowskim peronie i podziwiałam widok ,  który pokazywał mój dom u podnóża cudnego, pokrytego kosodrzewiną wzgórza z górującymi na nim koszarami .

W domu rodzinnym czekali Rodzice. Nie wiem, czy się cieszyli ze mną. Nie zapamiętałam. Zapamiętałam tylko moją wszechogarniającą radość…

Wkrótce zadzwonił do nas mój zielonogórski kuzyn- Witek i zaproponował mi pracę na kolonii, którą prowadził.
Jego żona, Kazia , był tam lekarką i mogłam być jej przydatna. Oczywiście zgodziłam się, i ponownie wsiadłam do pociągu. Wylądowałam w Międzyrzeczu. Tam na mnie czekał Witek. Wsiadłam do półciężarówki , kierowcą był kuzyn. Zapamiętałam tę jazdę, szybką i niepewną. Hamował gwałtownie, wykonywał jakieś nieprzewidziane skręty. Dookoła był wielki las. Szczęśliwie dotarliśmy pod budynek kolonijny. Gdy wysiadaliśmy, Witek rozkosznie wytrzeszczył na mnie swoje bardzo błękitne oczy i zakomunikował, że się cieszy, bo właśnie po raz pierwszy kierował samochodem. Do tej pory jeździł motocyklem, który stał spokojnie na parkingu ….Cieszyłam się razem z nimJ

Kolonia  mieściła się w szkole, chyba zawodowej , w Bobowicku. Przydzielono mi miejsce do spania w dużej sali , pełnej dzieciarni. Z torby wyjęłam kilka zgrzebnych ciuchów. W tamtych czasach myślenie o ubraniach było kosmicznie odległe.

Zeszłam na dół, gdzie w pokoju lekarskim czekała lekarka, żona kuzyna, Kazia. Zapachniało medykamentami i środkami odkażającymi. Wchłaniałam całym ciałem z lubością.

Może przeczuwałam , że to było moje miejsce w życiu. Dyżurki pielęgniarskie, lekarskie, sale szpitalne…

Nie mogłam  się zbyt długo delektować zapachami , bo przyszła gorączkująca kolonistka. Obserwowałam , jak lekarka bada tę dziewczynę i starałam się zapamiętać kolejność czynności. Rozpoznała anginę. I wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam migdałki pokryte białawymi czopami i żółtymi nalotami.

Tak więc już miałam na koncie, na swojej białej zawodowej tablicy pierwsze rozpoznanie. To była angina. Potem było trochę gorzej, bo lekarka uznała, że trzeba dziewczynę leczyć penicyliną. Wtedy były tylko znane postaci tego leku do stosowania domięśniowego. Tak więc Kazia długo gotowała w metalowym pudełeczku igły i strzykawkę. Następnie pokazała , jak otworzyć ampułkę z płynem do rozpuszczania leku. Otworzyłam . Potem trzeba było odkazić gumowy korek fiolki ze sproszkowaną  penicyliną i wstrzyknąć tam płyn pobrany z .ampułki.  Po wymieszaniu, drugą igłą należało pobrać rozpuszczoną już  penicylinę. Pod kierunkiem Kazi, wykonałam zadanie. Byłam przejęta i dumna. Zastrzyk wykonała już lekarka…

Do moich obowiązków należało sprzątanie w gabinecie, sprawdzanie stanu higieny kolonistów. Krępujące było codzienne sprawdzanie, czy dzieciaki umyły  nogi przez położeniem do łóżka. Wówczas zobaczyłam, że kilkoro z nich  ma dziwne paznokcie matowe,  porysowane i pokryte jakby błonką . Pokazałam to lekarce. Rozpoznała grzybicę paznokci i zleciła smarowanie jakimś czerwonym płynem. Po kilku dniach zdumiałam się, bo paznokcie odzyskały swój normalny wygląd.

Musiałam też okresowo oglądać głowy dzieci i jakby przeczesywać włosy .  Bo wtedy bardzo popularna była wszawica. I oczywiście tutaj też ktoś przyjechał w takim „towarzystwie „. Pokazano mi jak wyglądają gnidy, malutkie przezroczystobiałe owalne kuleczki , przyczepione do włosa blisko skóry. I ze zdumieniem zauważyłam , że w białych włosach wszy są białe, ale w czarnych ciemne. Natura pokazywała swoje przewrotne ale i doskonale ukształtowane oblicze. Od tej pory zachwycałam się  matką naturą….

Przeżycia związane z pracą higienistki kolonijnej były dla mnie nowe i niezwykłe….

 

Opowieści mojej Mamy. Samotność Michała.

Bardzo stara kapliczka cmentarna w Godziszce, gdzie podobno jest XVII wieczny obraz.W opisywanych czasach jeszcze nie było sąsiadującego z nią kościoła.

 

 

Dziadek Michał zostaje sam. Ani jego dobry Bóg ani ukochane góry nie odpowiedziały na pytanie – dlaczego. Może się pogodził z wolą nieba, może przestał  ufać Bogu. Tego nigdy się nie dowiemy.

Ale czas leczy rany, więc zmarła żona powoli przechodzi w smugę cienia  . Ale czy można zapomnieć. ?  Jego córki pięknie rosną. Chyba są wiernym odbiciem swojej matki  bo bardzo wyraźnie  różnią się wyglądem i  zachowaniem od moich   prawdziwych ciotek.  

Czas płynie… Dziadek kocha konie, ma ogromne połaci pola. Jest bardzo zajęty, zresztą praca jest najlepszym lekarstwem. Kto mu pomaga w domu, nie wiadomo . Pewnie dzieci  opiekują się sobą nawzajem. Już dojrzewa najstarsza córka – Teresa. Ma naturę despotyczną dodatkowo utrwalaną przez ogrom obowiązków domowych. Maluchom zastępuje matkę  , pomaga ojcu w prowadzeniu gospodarstwa.

Ale Dziadek Michał jest jeszcze młodym mężczyzną , potrzebuje kobiety . Może w bezsenne noce tęskni, szuka ciepłego kochanego ciała w swoim wielkim łożu, może przez sen powtarza imię zmarłej żony. Odpowiada milczenie , ciężkie i mroczne jak jej grób na niedalekim cmentarzu.

Sąsiedzi namawiają, by znalazł  nową żonę . Pewnie nie muszą używać silnych argumentów, on sam wie, że nie ma na co czekać  , a życie płynie dalej . Nie można się zatrzymać ani cofnąć czasu.

Po pewnym czasie ktoś doradza, by odwiedził sąsiednią dużą wieś , Radziechowy , w której wiele lat później urodził się biskup Pieronek. Jest tam gospodarz,  który ma młodą córkę , już gotową do wyjścia za mąż. Tylko…..

 

Godziszka , nasza ul. Południowa.Od lewej zbocze Skrzycznego z Niesłychanym Groniem, przełęcz Siodło i Skalite.Za górami jest Szczyrk. Skalite to magiczna góra, wydaje z siebie mnóstwo strumyków a wodociąg godziszczański od ponad 50 lat czerpie z niej wodę . Od strony Szczyrku na jej zboczu jest skocznia narciarska.

Na medycznej ścieżce. Wyniki.

piątek, 20 stycznia 2012 12:41

Pewnego dnia w naszym gorzowskim mieszkaniu rozległ się donośny dźwięk telefonu . Podniosłam słuchawkę , po drugiej stronie był Józek z Poznania , mąż kuzynki. Po radosnym tonie jego głosu wyczułam, że ma jakąś dobrą wiadomość. I tak właśnie było.  Z przejęciem informował, że właśnie wraca z rektoratu Akademii Medycznej i , że znalazł mnie na liście osób przyjętych.  Ucieszyłam się, ale jak niewierny Tomasz,  postanowiłam zobaczyć to na własne oczy .

I dlatego  następnego dnia , pierwszym porannym pociągiem wybrałam się  do Poznania .

Niepewnie przemierzałam ulice, serce biło coraz szybciej w miarę jak zbliżałam się do rektoratu AM. Aż stanęłam przed tablicą z różnymi listami. Gorączkowo szukałam listy przyjętych na Wydział Ogólnolekarski. Gdy wreszcie znalazłam , mgła mi przysłaniała oczy, ale przetarłam je energicznie i zaczęłam czytać. I znalazłam swoje nazwisko. Długo czytałam. Odeszłam, ale po chwili wróciłam i tak kilkakrotnie.

Nie ulegało wątpliwości, zostałam studentką !!! Gdy  wreszcie to sobie  uświadomiłam, poczułam wielką ulgę a potem coraz większą wszechogarniającą radość. Tanecznym krokiem wracałam na dworzec. Boże, jak ja wtedy kochałam to miasto , chciałam przytulać przechodniów. Widziałam , jak  się do mnie uśmiechali. Miasto śpiewało a ja z nim 🙂

Gdy znalazłam się w pociągu, w czasie 4 godzinnej podróży , powoli opadała adrenalinowa fala i przychodziły refleksje. Miarowy rytm kół  przynosił różne myśli, coraz bardziej poważne. Oto wracam do domu, ale co potem? Skończyły się żarty i frywolna młodość. Będę w obcym mieście, wśród obcych ludzi . Czy podołam wymogom tej  wymarzonej uczelni . Postanawiałam się nie poddać, brać życie za bary, i nie tylko przetrwać, ale może nawet zwyciężać.

Jedno było pewne, wkroczyłam w nowy i  jeden z najważniejszych etapów życia.

Czy już wtedy  przeczuwałam , że nie wrócę  do Gorzowa .….i w niedalekiej przyszłości zacznę dźwigać z ludźmi cierpiącymi ich krzyż ….nie wiem

Opowieści mojej Mamy. Pierwsza żona mojego Dziadka.

czwartek, 19 stycznia 2012 6:45

Babia Góra….

 

Stoję  na zboczu Skrzycznego. Widok jest przepastny i cudny. Przede mną otwiera się wielka Kotlina Żywiecka.

Daleki horyzont zamykają niezbyt wysokie pasma Beskidu Małego, na południu jak zwykle siedzi wysoka , kształtem podobna do Fuji Babia Góra. Dalej Pilsko, Romanka i inne szczyty Beskidu Żywieckiego, za mną rozpościera się Beskid Śląski.

W dole wsie rozrzucone jakby na wielkiej makiecie. Niektóre linijnie ułożone wzdłuż linii kolejowej, która biegnie  wzdłuż pasma gór do Zwardonia i dalej za granice państwa. Domy jak paciorki nanizane na grzbietach wzniesień , sznureczkach dróg  i wzdłuż strumyków .

Najwyraźniej widzę dużą wieś, która opiera się o zbocze Skrzycznego .To Godziszka. W tej wsi urodziła się moja Mama . W miejscu , gdzie stała chałupa mojego Dziadka- Michała Jakubca  wybudowano w latach 60 ubiegłego wieku duże jasne domy . Są to domy moich kuzynów.

Mimo , że miałam wtedy może pięć lat , zapamietałam ten stary dom rodzinny , jeszcze tam był .

Chałupa ta , posadowiona przy drodze do Łodygowic,  za kościołem i małym cmentarzem była duża i przysadzista , zbudowana ze sczerniałych bali drewanianych . Miała  dwuspadowy dach o dużym kącie nachylenia gontowych połaci. W odróżnieniu od stromych tatrzańskich , tutaj budowano domy o  bardziej płaskich dachach . Przez niewielkie okna wpływało maleńkie dzienne światło . Wejście do domu było  niskie, i należało  wielkim krokiem przejść przez bardzo wysoki próg…

I teraz , gdy  rozmyślam , stojąc na zboczu Skrzycznego przychodzą  dawne historie ożywione kiedyś  opowieściami mojej Mamy .

 

Może jest rok 1900. Właśnie w tej chacie mojego Dziadka. rozgrywa się dramat. Jego żona rodzi piąte dziecko . Poród jest trudny  .

Słyszę krzyk rodzącej, potem już tylko słaby jęk i ciszę . Jacyś ludzie wybiegają z domu, Dziadek zaprzęga konie do bryczki i pędzi w dal tratując swoje pola, które kończą się daleko na horyzoncie. Po pewnym czasie przywozi  jakąś kobietę . Wbiegają do domu z nadzieją , przecież ona jest wprawiona w przyjmowaniu porodów. W izbie  pełno krwistych płócien . Na wielkim łożu rodząca, blada i nieprzytomna. Wiejska położna sobie tylko znanymi sposobami wydobywa dziecko. Słychać krzyk zdrowego noworodka. Ulga.

Ale dlaczego mój Dziadek wychodzi przed próg i  patrzy na swoje góry.

Po jego policzku  , czerstwym, góralskim, zaprawionym w różnych trudnych sytuacjach, powoli spływa łza. A może on w ogóle nie płacze. Może tylko  zaciska zęby gdy rozpacz rozdziera mu serce i umysł. Nie wiem.

Dookolne góry patrzą na ten ludzki dramat niemo i nieruchomo i obojętnie.

Dziewczynka właśnie urodzona głośno krzyczy. Nie ma kto jej nakarmić., bo umarła jej matka . Wreszcie ktoś wpada na pomysł i wysypuje na szmatkę odrobinę cukru, szmatkę związuje w supełek, zwilża wodą i podaje dziecku. Mała ssie łapczywie. Od tej pory będzie to jej namiastka matczynej piersi, podawana często poza butelką z krowim mlekiem …

Potem maleńkie łapki czworga dzieci , które niedawno odrosły od ziemi, obejmują kolana ojca .

Ale Dziadek nie reaguje . Milczy.

A może rozmawia ze swoim Bogiem, któremu ufał. A może mówi swojemu dobremu Bogu, że  właśnie to dobro umarło.  A może  tylko zadaje pytania swoim górom – dlaczego ?

Dlaczego odeszła młoda piękna silna kobieta , jego kobieta. Jego miłość  ….

Na medycznej ścieżce. Czas oczekiwania.

środa, 18 stycznia 2012 7:32

Wróciłam do rodzinnego, wygodnego gniazda.

Spotykałam się z koleżankami z LO, odkrywając uroki miejscowych kawiarni. Nadganiałyśmy czas, gdy z powodów niejasnych, nie chodziłyśmy do knajp. Może to tylko ja, zapóźniona w rozwoju nie chodziłam, może nie było wolno, może nie było takiej mody…

Czasami wylegiwałam się na działkowej trawie pod starymi drzewami w których buszowały osy, pszczoły i jakieś muszki. Wszak był to czas letniego dojrzewania owoców. Zbierałam czarne i czerwone porzeczki,  które pięknie płonęły dojrzałym lipcem na swoich krzakach.

Dni spalone upałem przewalały się leniwie łapiąc w objęcia skrawki cienia.

A nad moim światem była tylko pokorna i spokojna cisza.

Nocami przychodziły sny inne niż dotychczas. Spadanie ze schodów ciasnej klatki gorzowskiej kamienicy zastąpił sen o skoku z samolotu. Gdy gwałtownie koziołkowałam w powietrzu nagle otwierał się mój spadochron. I potem już tylko kołysał mnie dobry wiatr, przytulały obłoki a ziemia z siatką błękitnych  wodnych szlaków i burzową zielenią czekała…

Mama nie zadawała pytań nt egzaminu. Ja nie opowiadałam. Wydawało się, że porzuciłam myśl o medycynie.

Wreszcie któregoś dnia Mama powiedziała, że się cieszy, bo pewnie zostanę z nimi w Gorzowie. Dowiadywała się  o miejsce w Studium Nauczycielskim.  I że zrealizuję Jej marzenie, by zostać, tak jak Ona nauczycielką.

Aż po 2 czy 3 tygodniach zadzwonił telefon…

Powrót do Gorzowa.

wtorek, 17 stycznia 2012 6:54

Czterdzieści lat nieobecności w tym mieście spowodowało, że jego obraz w mojej pamięci się oddalał, stopniowo tracił barwy, upodabniał się do szarej znajomej fotografii. Ta fotografia starzała się ze mną, bladła i marniała.

Aż któregoś dnia obudziłam się z uczuciem przerażenia, że moja fotografia zniknie a ja już nigdy nie zobaczę Gorzowa.

I wtedy postanowiłam, że muszę tam pojechać. I spotkać się z miastem, w którym przyszłam na świat i dojrzewałam.

Z lękiem oczekiwałam tego spotkania.

Pragnęłam nie tylko obejrzeć stare kąty, ale również  miejsca nowe i ciekawe. W Internecie znalazłam potrzebne informacje, zamówiłam bilety do Teatru i miałam już plan bardzo krótkiego pobytu.

Jakże sentymentalna była podróż pociągiem. Tę trasę kiedyś tak często przemierzałam. To były powroty do domu. W tym domu czekali Rodzice . Wszystko minęło jak ulotna chwila. Teraz rozpoznawałam stacje, znajome widoki za oknem przynosiły falę wzruszeń…

I oto nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otworzył się przede mną mój Gorzów.

Zatopiony w zielonych wzgórzach nie spał. Czekał…

Szłam swoimi ulicami, ostrożnie stawiając stopy na zachowanych dużych płytach granitowych, by nie przekroczyć granicy płyty. Tak jak w dzieciństwie…

A dookoła miasto tętniło życiem. Czułam  na sobie jego oddech. Widziałam  tłumy młodych ludzi, barwnie ubranych, pędzących w nieznanym mi kierunku.

Tutaj czas się nie zatrzymał…

Witały mnie stare kamienice i wille, niektóre pięknie odnowione. Znajdowałam ślady ich  dawnej świetności.

W Parku Wiosny Ludów, nad Kłodawką nadal rosły platany. Musiałam się upewnić, czy to te same. To niewiarygodne, że jeszcze były i zachowały dawną urodę. Tak jak kiedyś, ich konary pokryte gładką korą przypominały uniesione ramiona w jedwabnych rękawiczkach. Wydawało się, że w swoich srebrzystych obcisłych sukniach tylko na chwilę znieruchomiały w tańcu.

Gdy wczesnym świtem przemierzałam stare  uliczki, w poszukiwaniu dawnych działek, na głowę spadał lipowy nektar. Czułam dotyk wilgotnych liści i zanurzałam twarz w zapachach dzieciństwa, w niepowtarzalnym zapachu kwitnących lip…

Potem obejrzałam centrum Gorzowa. I tak myślałam. Mieszkam od lat w Warszawie i stale czytam w miejscowej prasie, że władze nadal się zastanawiają : jak połączyć miasto z rzeką, a może pomalować któryś z mostów by było weselej, a może zorganizować tańce na ulicy?

A w Gorzowie – miasto samo wylewa się spod kolorowego wiaduktu, poprzez  śliczne bulwary z tajemniczymi granitowymi wybrzuszeniami, które kojarzą się z leżącym na chodniku biustem, na barwny most z  bajkowym „pająkiem” nazwanym  Dominantą, po drugiej stronie wielkiej, szerokiej rzeki.

Warta, odwieczna towarzyszka miasta, była jak zwykle młoda, ruchliwa i przepiękna. A Gorzów przeglądał się w jej oczach. Zakochani i wierni…

Na bulwarze występowały jakieś dziecięce zespoły, a potem ta kolorowa dzieciarnia wysypała się na nadwarciańskie schody…

Podobał mi się koloryt mostu, dyskusyjna uroda nieprzydatnego „pająka” zwanego Dominantą. Czułam jak te kolory jeszcze nasilają, stymulują  moją radość.

Gdy z przyjaciółką wędrowałyśmy przez centrum miasta, usłyszałam głośną muzykę, która porywała nogi do tańca. Przez moment wydało mi się, że jestem w  La Boca, dzielnicy tanga w słodkim Buenos. Ale zobaczyłam Letnią. To Gorzów i niezapomniana kawiarnia mojej młodości. Taka sama od lat. I to w Letniej grali a  ludzie tańczyli prawie na ulicy. I ja uległam magii i zaczęłam pląsać, nie zważając na swoją „dojrzałą młodość”. Nieważne, kto grał i tańczył, było super!

A potem był spektakl w  ukochanym kiedyś Teatrze im Osterwy, który przed półwieczem był moim pierwszym oknem na świat. Cieszyłam się, bo poszłyśmy tam razem, kilka koleżanek ze szkolnej ławy. Usiadłyśmy przy niewielkim stoliku Sceny Letniej, zamówiłyśmy wino i rozpoczął się spektakl. Nie był to zwykły spektakl, ale samo wzruszenie. Jakby na specjalne zamówienie dokładnie w tym dniu grali  „Trzy razy Piaf”. Znakomite gorzowskie aktorki wyczarowały niepowtarzalny klimat. Zerkałam na koleżanki, one podobnie jak ja, ukradkiem ocierały łzy.

Następnego dnia odwiedziłyśmy kino o tajemniczej  nazwie  „60 krzeseł”. Na widowni były tylko dwie osoby – przyjaciółka i ja. I tym razem niespodzianka, film o Cyganach. Wróciło nasze dzieciństwo i trwające od tej pory nieustanne zauroczenie kulturą cygańską.

Byłyśmy też w miejscowym  klubie o budzącej wiele refleksji nazwie Lamus. Za czasów mojej młodości tego klubu nie było. Siedzieliśmy w wielkim rozbawionym tłumie młodych ludzi, gdy  niespodziewanie ponownie ujrzałam  młode aktorki z gorzowskiego teatru. Tym razem fenomenalnie mówiły i ilustrowały ruchem bajki Brzechwy.

Bardzo chciałam odwiedzić piwniczny Jazz Club o pięknej nazwie „Pod filarami”, ale niestety w tych dniach był nieczynny.  Po paru miesiącach moi nowi gorzowscy przyjaciele przywieźli mi pięknie opracowany album wydany z okazji 40 lecia klubu. Często go oglądam, poczytuję i spotykam się z dawnymi znajomymi, którzy działali w tym klubie. Albo nie żyją, albo zabrał ich nieznany mi świat…

Zapomniałabym opowiedzieć o spotkaniu z nowymi, gorzowskimi małymi pomnikami. Otóż podczas łazęgi po mieście, przyjaciółka pokazała mi  niewielkie pomniki ważnych dla tego miasta ludzi. Bardzo ładnie wykonane i rozmieszczone  w ciekawych miejscach, sprawiały wrażenie, że ci ludzie jeszcze żyją wśród mieszkańców i może tylko zostali zaczarowani w „znieruchomienie”. I wystarczy przystanąć w biegu, zagadać i na pewno zaczną opowiadać, opowiadać bez końca. O swoim życiu, o tym co robili i jak kochali swoje miasto…

Mój czas pobytu w Gorzowie był krótki, ale wspominać można długo…

Cieszę się, że zdążyłam odwiedzić moje miasto, odnaleźć stare ścieżki i poznać  nowy, pełen młodych ludzi, tętniący życiem Gorzów…

Jeszcze zdążyłam, bo przecież „upływa szybko życie”…