A Gorzów czekał…

środa, 11 stycznia 2012 7:17

Moje miasto rodzinne, Gorzów, w którym się urodziłam i dojrzewałam, opuściłam po maturze. I nawet nie chciałam tutaj przyjeżdżać. Czas miniony zamknęłam jakby „w starym pudle i ukryłam na strychu „. Zresztą w tym mieście nie pozostał nikt z mojej rodziny. Nawet na cmentarzu nie było grobów moich bliskich .

 

Żyłam teraźniejszością i przyszłością. Lubiłam poznawanie nowych stron, ludzi, klimatów. Nie wracałam do tych samych miejsc, stale dążyłam do przodu …

 

Dopiero potem nadszedł taki czas, o którym opowiada wiele starzejących się osób. Czas, gdy krystalizuje się świadomość upływu lat i widać już, że życia przed sobą jest coraz mniej.

I wtedy rodzą się refleksje, rozmyślania o tym, co minęło.

I nagle chce się wrócić do źródła. Tam, gdzie się człowiek urodził i dojrzewał.

 

I wtedy odwiedziłam Gorzów. Po 40 latach nieobecności.

Pomysł przyjazdu uwolnił tęsknotę za wzgórzami morenowymi przy trasie kolejowej, miastem częściowo wspinającym się na swoje wzgórza a także do nich przytulonym i leniwie odpoczywającym nad swoją Wartą .

To miasto dostało od losu szczególny dar. Bo rzeka tutaj jest ogromna, jakby swoją nieomal macierzyńską obfitością chciała przygarnąć miasto i mieszkańców.

Chciałam też zobaczyć  stare uliczki, chodniki z wielkich płyt granitowych, które może pamiętały ślady moich dziecięcych stóp oraz kamienice, gdzie minęło moje dzieciństwo.

 

Opracowałam plan pobytu. Byłam tam tylko 2 dni, ale znalazłam to wszystko o czym marzyłam.

To niezwykłe, jedne z największych w życiu wzruszające doświadczenie. Powrót do domu. Teraz wysyłam tam ciepłe myśli. Bo wiem, że mój Gorzów, tak dawno opuszczony czeka….

 

I zabrałam stamtąd wiele zdjęć. Czyż to miasto nie jest piękne?

Na medycznej ścieżce. Lekcja.

wtorek, 10 stycznia 2012 5:48

Któregoś dnia byłam w swoim pokoju a Mama krzątała się w kuchni. Mieszkanie było bardzo duże, więc dzieliły nas znaczne odległości. Tato już wrócił z pracy  i poszedł do sypialni, gdzie mieliśmy telefon. Myślałam, że jak zwykle prowadzi jakieś służbowe rozmowy.

Nagle usłyszałam ostry dzwonek do drzwi. Otworzyłam i przez jeszcze uchylone drzwi, wpadł dr Kaczmarek. Chyba nigdy u nas nie był.  Zapytał gdzie jest Ojciec, popatrzyłam zdziwiona wskazując na sypialnię. Wbiegł tam szybko. Na wielkim łożu małżeńskim leżał mój Tata, na szafce nocnej stał telefon, ale słuchawka zwisała obok.

Doktor już był przy łóżku i zadawał pytanie czy może z nim rozmawiać, czy ma jakieś bóle i równocześnie zaczął Go badać. Po dłuższej chwili stwierdził, że na szczęście było to tylko chwilowe zasłabnięcie.

Odetchnęłam, bo mając Rodziców już starszych i schorowanych po przeżyciach wojennych , stale się bałam o Ich zdrowie.

Potem doktor opowiedział Mamie, że przed chwilą rozmawiał przez telefon z Ojcem i gdy niespodziewanie  rozmowa się urwała, doktor przybiegł do nas z sąsiedniej kamienicy, gdzie mieszkał, z pytaniem co się stało.

 

Nigdy przedtem nie widziałam takiej akcji ratunkowej .

Zapamiętałam to wydarzenie, jakby to było wczoraj.

I w swoim dość młodym rozumie trwale zakodowałam jak powinna wyglądać pomoc  – szybkie rozpoznanie sytuacji, natychmiastowe spieszenie na ratunek i w dodatku bez specjalnego zaproszenia…

To była dla mnie lekcja, jak powinien zachowywać się każdy człowiek a szczególnie lekarz.

 

Gdy własny mąż jest moim kierowcą .

niedziela, 08 stycznia 2012 8:21

Wybieramy się w dość długą podróż.  Oczywiście, samochodem. Jestem starym kierowcą, ale  prowadzić nie mogę, bo są odgórnie narzucone zasady.

 

Kierowcą w tym wypadku może być tylko on, mój mąż. Potulnie siadam obok.  Trasa prosta i znana. Nie muszę szukać mapy a potem odpowiadać za źle wybraną drogę. Ulga.

Wyjechaliśmy za późno, bo mąż nie przewidział niespodziewanych trudności, a ja przecież  mówiłam….

Jedziemy. Pogoda jesienna, dzień krótki, nieuchronnie zbliża się szarówa, zaczyna siąpić, potem już pada równo.

Czuję jakieś skurcze w nogach od wciskania nie istniejących po mojej stronie pedałów. Potem zaczyna drżeć prawa ręka od obsługiwania mojego kierowcy. A to przecieranie szkieł okularów, podawanie butelki z wodą, ocieranie potu z czoła.

Wprawdzie potu nie widzę, ale za to skutecznie zasłaniam kierowcy pole widzenia. Lewy, całkiem zdrętwiały łokieć mam przyciśnięty do boku, by przypadkowo nie przekroczyć granicy jego królestwa. Bardzo pilnie obserwuję szosę, moja wyciągnięta szyja  przypomina szyję Masajki, a oczy pokrywa mgła od wypatrywania wszystkich znaków przydrożnych. Już dawno zachrypłam.

 

Jest źle. Kierowca coraz bardziej zdenerwowany. Zamiana miejsc nie wchodzi w grę. Jestem zbyt lękliwa, by wysiąść w biegu .

 

Gdy już z trudem hamuję narastającą falę mdłości, wyjmuję aparat fotograficzny .

Robię zdjęcia.

Wszystko odpływa.  Deszcz nadal pada, ale jest ślicznie. Czuję błogi spokój .

Wracamy bez problemów.

Mąż jakoś dziwnie zrelaksowany wysiada z samochodu.

Do wieczora nie opuszcza nas dobry nastrój .

W szampańskim nastroju opisuję tę podróż,  odpowiednio ją ubarwiając.

 

Teraz mam  zdjęcia z mokrej trasy i  praktyczne wnioski.

Może te wnioski komuś się przydadzą  w podróży:)

 

Na medycznej ścieżce . Lata 60 ubiegłego wieku . Drugi nauczyciel.

sobota, 07 stycznia 2012 7:50

Pewnego dnia w sąsiedniej kamienicy zamieszkał dr Kaczmarek. Niestety nie zapamiętałam imienia.

Po pewnym czasie moi Rodzice poznali Jego Rodzinę. Nie wiem, czy można tę znajomość nazwać przyjaźnią, ale wzajemne kontakty były ciepłe itrwały wiele lat. Nawet po wyjeździe Państwa Kaczmarków, a potem moich Rodziców do innego miasta, utrzymywano kontakty listowne .

 

Ta Rodzina była  dorodna. Pani Domu, piękna kobieta, uśmiechnięta, zawsze elegancka i niezwykle pracowita. Rozpoczynała dzień bardzo wcześnie, zajmując się pracami domowymi. Któregoś dnia  Mama zobaczyła ją na balkonie, gdy o 3 nad ranem rozwieszała tam pranie. Potem wychodziła do pracy ( chyba była nauczycielką ), a popołudniami do kawiarni, gdzie spotykała się z przyjaciółkami. Doprawdy mogła imponować innym kobietom.

Mieli dwoje bardzo ładnych i mądrych dzieci. Syn Andrzej został lekarzem a Marychna farmaceutką.

Nasz sąsiad był ordynatorem ortopedii w gorzowskim szpitalu. I po kilku latach, gdy obronił pracę doktorską, wszyscy przenieśli się chyba do Włocławka a potem do Poznania .

 

Moi Rodzice podziwiali Go, bo prowadzenie prac związanych z przygotowywaniem doktoratu w warunkach gorzowskich i przy bardzo absorbującej pracy, było  trudne. Wymagało to także dojazdów do ośrodka klinicznego ( chyba w Poznaniu ). Podobno nie korzystał z żadnych przywilejów w tym czasie, wykonywał swój zawód i niewiele osób ze środowiska o tym wiedziało.

 

A dla mnie  pozostał  przykładem człowieka, który przekroczył poziom codziennych zajęć – domowych  i zawodowych. I wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że chcieć to móc.

Kadzidło, jeden z darów niesionych do Betlejem…

piątek, 06 stycznia 2012 7:04

I już nadchodzą  Trzej Królowie.  Niedawno urodzonemu Jezusowi niosą : złoto, kadzidło i mirrę. To w tamtych czasach dary ofiarowywane królom.

Znalazłam  nieco informacji na temat kadzidła.

A na koniec zapachniało świątecznie…

 

Kadzidło jest żywicą tropikalnego drzewa o nazwie kadzidłowiec czyli boswellia. Kadzidłowiec lubi bardzo gorący suchy klimat ( gdy deszcz nie pada przez 6-9 miesięcy, a temperatura powietrza długo  utrzymuje się w granicach 45 stopni C.).

Takie warunki spełniają  tereny w tzw Rogu Afryki ( Erytrea, Somalia i Etiopia  ), w rejonie Sahelu ( Czad, Sudan i północnej część Kamerunu) , na Półwyspie Arabskim i Półwyspie Indonezyjskim .

 

W 1500 r. p. n. e. na rozkaz królowej Hatszepsut,  przywieziono do Egiptu 31 drzewek  kadzidłowych z terenów obecnej Somali, ale nie chciały rosnąć.

Do tej pory nie udało się udomowienie tej rośliny.

Bowiem kadzidłowiec rośnie w miejscu, które sam wybierze

 

Od ponad 4000 lat, ludzie pozyskują żywicę z tego drzewa. Najstarsze dowody na istnienie tego zwyczaju pochodzą z grobowców egipskich faraonów.  Do tej pory używa się takiej samej  metody zbierania żywicy. Korę nacina się nożem , bardzo płytko. Z rany wypływa bardzo gęsty mleczny płyn. Pod wpływem powietrza zastyga w grudkach , które  są zbierane  po dwóch tygodniach . Następnie wykonywane są świeże nacięcia itd. W Etiopii pobieranie żywicy trwa od października do czerwca następnego roku. Z jednego drzewa uzyskuje się w ciągu jednej pory suchej 300- 700 g żywicy.  Żywicowanie osłabia drzewo , jednak największym zagrożeniem są pożary i szkody wyrządzane przez krowy i kozy, które chętnie zjadają młode rośliny . Miejscowi często karczują drzewa kadzidłowca , gdyż na tych terenach chętniej  uprawia się  bardziej dochodowy sezam i bawełnę.

 

W czasach Chrystusa kadzidło uchodziło za królewski dar . Zapach spalanej żywicy był bardzo  przyjemny i tak intensywny, że maskował wszystkie inne zapachy oraz skutecznie odstraszał owady   . A odpowiednio zmielona  i spalana żywica dawała  dym , który, jak mawiano „ idzie prosto do Boga”.

 

Kadzidło nadal pozostaje nieodzownym elementem ważnych ceremonii kościelnych. Wykorzystywano je w czasach Imperium Rzymskiego, w Kościele katolickim i prawosławnym.

 

W Egipcie używano kadzidła do balsamowania zwłok

Od dawna znane były walory lecznicze kadzidła. Arabowie stosują rozpuszczoną w wodzie żywicę jako lek uniwersalny w różnych schorzeniach :  przewodu pokarmowego, narządu rodnego ; jako środek moczopędny, przeciwgorączkowy i przeciwkrwotoczny. A Chinach uchodzi m.in. za środek pobudzający funkcję  wszystkich części organizmu , stosowany też przeciw bólom mięśni i stawów oraz  w leczeniu trądzika.

 

 

Zapotrzebowanie  na świecie nie jest określone, wiadomo np., że Holandia importuje 50 ton rocznie . A sama Etiopia eksportuje ok. 5000 ton kadzidła w ciągu roku.

 

Innym królewskim darem była mirra. Jest to także żywica , ale z balsamowca mirra . Obecnie rośnie już niewiele tych drzew . Można je  spotkać   w południowej Etiopii.

 

Przeczytałam artykuł  i nagle zapachniało  dymami kościelnym zapamiętanymi z dzieciństwa a może „kadzidełkami”  zapalanymi w  szczególnych okolicznościach . I stało się jakoś uroczyście . I tylko czekać. Bo Trzej Królowie już niedaleko. I kolejne święto…..

 

 

 

Na podstawie wywiadu Ewy Nieckuły z prof. Fransem Bongersem z Wageningen University, Holandia,  który prowadzi pod ponad 15 lat badania kadzidłowca, zamieszczonego w Gazecie Wyborczej, 3.01.2012

 

 

Na medycznej ścieżce. Pierwszy nauczyciel . Rok 1957.

czwartek, 05 stycznia 2012 7:11

 

Gdy miałam 10 lat, zaczęłam zauważać niektórych znajomych moich Rodziców.

Między innymi był to pan doktor Piotr Kunowicz. Gdy przychodził do naszego domu na jakieś spotkania towarzyskie, często zadawano mu pytania dotyczące zdrowia. Odpowiadał bardzo poważnie, dokładnie analizował objawy, głośno rozmyślał nad możliwą przyczyną i po rozpoznaniu choroby, szczegółowo ją omawiał. A potem proponował różne metody leczenia.

Siedziałam gdzieś daleko, ale wyciągałam uszy. Temat był frapujący. Ponadto bardzo mi się podobał ten pan doktor. Był dostojny. Zachwycała mnie jego pełna powagi sylwetka, głos i sposób opowiadania.

Po bardzo wielu latach pamiętam Go doskonale.

I mogę powiedzieć, że był moim pierwszym wzorem i przewodnikiem duchowym po meandrach medycyny.

Podziel się

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się

Na medycznej ścieżce. Lalka.

wtorek, 03 stycznia 2012 6:47

Gdy już podjęłam decyzję, że zostanę lekarzem, poważnie zaczęłam się przygotowywać do tego zawodu. Początkowo ulubionej, zresztą jedynej, szmacianej lalce rysowałam kolorowe linie na brzuchu. Kiedyś używając nożyczek do paznokci wykonałam jej operację . Odkryłam z przerażeniem, że z brzucha lalki wysypują się trociny. Lalkę uratowała moja Mama, wykonując przepiękny szew. Ja jeszcze nie umiałam szyć, zresztą byłam zbyt wystraszona. Przez pewien czas pielęgnowałam lalkę. Przecież miała  jeszcze świeży szew !  Ale gdy uznałam, że jest już zupełnie zdrowa, pojawiały się kolejne „ choroby” wymagające wykonania przeze mnie operacji. Ale pomna wcześniejszego doświadczenia nie używałam już nożyczek. Pozostały kredki …… Moja „praktyka lekarska „ trwała długo. Aż przyszedł czas, gdy zabawy lalkami przestały mnie już interesować.

„ Nie lękajcie się „ Anny Jókai to książka dla tych, którzy już widzą zmierzch swojego życia .

poniedziałek, 02 stycznia 2012 8:01

Anna J ókai jest współczesną pisarką węgierską. Debiutowała powieścią pt.”4447”. W Polsce ukazało się pięć jej książek z bogatego dorobku. Są to: wymieniona powieść „4447”, „Winien i ma”, „ Słońca”, „ Anioł z Reims”,  „ Drabina Jakubowa”. W latach 1990-1992 pełniła funkcję prezesa Związku Literatów Węgierskich. Otrzymała wiele ważnych nagród, m.in. w 1980 roku polską im. Wł. Pietrzaka za powieść „Słońca”.

 

Książka ” Nie lękajcie się” napisana w 1998, w 2000 roku została przetłumaczona na język polski.

To przeplatające się opowieści Marii, byłej stewardessy, jej obecnego męża – Richarda – adwokata i Villo – opiekunki społecznej oraz jej partnera – Mario – psychiatry i intelektualisty. Wątki są powiązane faktem, że stewardessa i psychiatra  kiedyś byli razem  .

Jesteśmy świadkami starzenia się tych ludzi .

Jakże nieharmonijnie postępuje proces obumierania ciał w porównaniu z trwającą młodością myślenia emocji i uczuć.

 

Psychiatra Mario, po burzliwym związku z Marią odpoczywa u boku kobiety dobrej – Villo. Villo jest w nim zakochana. Łagodna i troskliwa. Marzy, by nie umrzeć przed swoim mężczyzną. Bo, pozbawiona egoizmu boi się, że on, gdy zostanie sam, nie poradzi sobie w codziennym życiu .

Ten sposób myślenia jest dla mnie niezwykły. Zwykle ludzie boją się samotności i myślą, by odejść w pierwszej kolejności.

Mario docenia walory swojej aktualnej kobiety , opiekuje się nią , ale jego myśli  szybują w kierunku niepokornej, egoistycznej byłej . Pielęgnuje  dawne zachwyty.

Maria, też z czułością wspomina czasy spędzone we wspólnym  związku z Mario . Zauroczenie trwa.

Ich wspólne bycie było niemożliwe z powodu niezgodności charakterów, lecz ich związek duchowy i intelektualny jest nieśmiertelny. Może to nadal zakochanie, a może tylko piękna iluzja, wypolerowana przez rozłąkę i czas?

Nie dążą do spotkania, ale ta iluzja ubarwia zmierzch ich życia.

Zastanawiam się, czy wracając do wspomnień z przeszłości  popełniają grzech ?

 

Ta opowieść o starzeniu się i nadchodzącym końcu życia nie budzi we mnie lęku.

Zresztą to wrażenie zostało trafnie przedstawione w tytule książki. Książka pozwala na oswajanie się z myślą o przemijaniu.

Pomagają w tym wplecione w treści rozmyślania metafizyczne. Przy pierwszym czytaniu, nie skupiałam się na tym, ale odnoszę wrażenie, że dla wielu czytelników mogą stanowić dodatkowy a może najważniejszy walor  tej książki.

 

Czytelnik zainteresowany tym, co działo się na Węgrzech w czasach powojennych i jak zachowywali się wtedy ludzie, znajdzie miękko zarysowane informacje na ten temat. Jest to nam bardzo bliskie, gdyż czasy po II wojnie światowej  były podobne w Polsce.

 

Po przeczytaniu wracam do cytatu Jauberta otwierającego książkę:

„ Zmierzch życia niesie ze sobą latarnię”.

Rozmyślam, i wtedy przychodzi spokój…..

 

Mam ochotę wypożyczyć kolejną książkę tej autorki.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze kroki.

niedziela, 01 stycznia 2012 11:08

Rodzice mojej Mamy byli góralami beskidzkim. Uprawiali ziemię, hodowali piękne czerwone krowy i kochali konie. Mama została nauczycielką. Rodzice Taty to kresowa szlachta herbowa . Ojciec ojca – Tomasz był organistą . Tata  uwielbiał kolej i został inżynierem dróg i mostów. Mój brat – Zenon był dziennikarzem a także  dość cenionym krytykiem .

W rodzinie nie było żadnego osobnika zajmującego się zdrowiem ludzi.

 

A ja od dzieciństwa marzyłam , by zostać lekarzem .

Właściwie to nie wiem dlaczego.

Może dlatego, że  przebyta wojna zostawiła ślady na zdrowiu rodziców.  Mieli już  40 lat  i bardzo się o nich bałam. I pewnie wtedy pomyślałam, żeby w przyszłości im pomagać .

Sama też często chorowałam i dostawałam zastrzyki . Wykonywał je niski gruby pielęgniarz. Miał strzykawkę zakończoną grubą igłą. To nie było przyjemne, ale zaciskałam zęby, ponieważ  czułam, że po tych zastrzykach zdrowieję. I że wreszcie będę  mogła wyjść  na podwórko.

 

Ukochane podwórko było moim wielkim  światem. Rozciągało się pomiędzy  dużymi  kamienicami i miało jedyne drzewo. Był to  cherlawy ale dość rozłożysty bez, który rósł  nad wielkim śmietnikiem. Na tym bzie przesiadywałyśmy z przyjaciółką Bajką. Ulubionym zajęciem było wyrywanie dziurek w liściach bzu. Powstawały wtedy piękne, misterne serwetki. Obserwowałyśmy też, czy nie wyjrzy ze śmietnika szczur. Poza tym na śmietniku widziałyśmy bardzo ciekawe przedmioty. Stare buty, pudełka , dziwne szmatki i inne rupiecie.

Ponieważ przesiadywanie nad śmietnikiem oraz zabawy  w błocie polegające na lepieniu z niego pączków, było zajęciem bardzo miłym, znosiłam cierpliwie ból zastrzyków wykonywanych grubą igłą…..

Podziel się



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:47

    …wybrałaś własną drogę i poszłaś nią…często właśnie w dzieciństwie pojawiają się pierwsze myśli nt. tego coby się chciało robić w przyszłości…jeśli dobrze rozumiem Rodzice nie narzucili Ci swojej drogi…nie zabraniali, a mi niestety tak…bardzo chciałam pójść w ślady Mamy, Ona mi odradziła, do dziś żałuję…

    A podwórko? Oj, miałam do swej dyspozycji prawie pół ha ziemi, kilkunastu kolegów i koleżanek i nasze zabawy były nieco inne…bardziej ruchowe…eh żal:(

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:22

    … a moim podstawowym zajęciem było… pałaszowanie rosnących na podwórku „chlebków”. Chyba nie wyszło mi to na zdrowie.

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/

  • dodano: 05 stycznia 2012 19:03

    A wiesz, że też robiłam z koleżanką z liści bzu serwetki??? Zupełnie o tym zapomniałam, dopiero czytając przypomniałam sobie:)
    Odnoszę takie wrażenie (może się mylę), że Ci lekarze Twojego pokolenia są zupełnie inni, niż Ci którzy rozpoczęli swoją drogę zawodową kilka lat temu. Nie wiem, ale jakoś nie mam do nich zaufania…

    autor rodorek

    blog: rodorek.bloog.pl