Na medycznej ścieżce. Lalka.

wtorek, 03 stycznia 2012 6:47

Gdy już podjęłam decyzję, że zostanę lekarzem, poważnie zaczęłam się przygotowywać do tego zawodu. Początkowo ulubionej, zresztą jedynej, szmacianej lalce rysowałam kolorowe linie na brzuchu. Kiedyś używając nożyczek do paznokci wykonałam jej operację . Odkryłam z przerażeniem, że z brzucha lalki wysypują się trociny. Lalkę uratowała moja Mama, wykonując przepiękny szew. Ja jeszcze nie umiałam szyć, zresztą byłam zbyt wystraszona. Przez pewien czas pielęgnowałam lalkę. Przecież miała  jeszcze świeży szew !  Ale gdy uznałam, że jest już zupełnie zdrowa, pojawiały się kolejne „ choroby” wymagające wykonania przeze mnie operacji. Ale pomna wcześniejszego doświadczenia nie używałam już nożyczek. Pozostały kredki …… Moja „praktyka lekarska „ trwała długo. Aż przyszedł czas, gdy zabawy lalkami przestały mnie już interesować.

„ Nie lękajcie się „ Anny Jókai to książka dla tych, którzy już widzą zmierzch swojego życia .

poniedziałek, 02 stycznia 2012 8:01

Anna J ókai jest współczesną pisarką węgierską. Debiutowała powieścią pt.”4447”. W Polsce ukazało się pięć jej książek z bogatego dorobku. Są to: wymieniona powieść „4447”, „Winien i ma”, „ Słońca”, „ Anioł z Reims”,  „ Drabina Jakubowa”. W latach 1990-1992 pełniła funkcję prezesa Związku Literatów Węgierskich. Otrzymała wiele ważnych nagród, m.in. w 1980 roku polską im. Wł. Pietrzaka za powieść „Słońca”.

 

Książka ” Nie lękajcie się” napisana w 1998, w 2000 roku została przetłumaczona na język polski.

To przeplatające się opowieści Marii, byłej stewardessy, jej obecnego męża – Richarda – adwokata i Villo – opiekunki społecznej oraz jej partnera – Mario – psychiatry i intelektualisty. Wątki są powiązane faktem, że stewardessa i psychiatra  kiedyś byli razem  .

Jesteśmy świadkami starzenia się tych ludzi .

Jakże nieharmonijnie postępuje proces obumierania ciał w porównaniu z trwającą młodością myślenia emocji i uczuć.

 

Psychiatra Mario, po burzliwym związku z Marią odpoczywa u boku kobiety dobrej – Villo. Villo jest w nim zakochana. Łagodna i troskliwa. Marzy, by nie umrzeć przed swoim mężczyzną. Bo, pozbawiona egoizmu boi się, że on, gdy zostanie sam, nie poradzi sobie w codziennym życiu .

Ten sposób myślenia jest dla mnie niezwykły. Zwykle ludzie boją się samotności i myślą, by odejść w pierwszej kolejności.

Mario docenia walory swojej aktualnej kobiety , opiekuje się nią , ale jego myśli  szybują w kierunku niepokornej, egoistycznej byłej . Pielęgnuje  dawne zachwyty.

Maria, też z czułością wspomina czasy spędzone we wspólnym  związku z Mario . Zauroczenie trwa.

Ich wspólne bycie było niemożliwe z powodu niezgodności charakterów, lecz ich związek duchowy i intelektualny jest nieśmiertelny. Może to nadal zakochanie, a może tylko piękna iluzja, wypolerowana przez rozłąkę i czas?

Nie dążą do spotkania, ale ta iluzja ubarwia zmierzch ich życia.

Zastanawiam się, czy wracając do wspomnień z przeszłości  popełniają grzech ?

 

Ta opowieść o starzeniu się i nadchodzącym końcu życia nie budzi we mnie lęku.

Zresztą to wrażenie zostało trafnie przedstawione w tytule książki. Książka pozwala na oswajanie się z myślą o przemijaniu.

Pomagają w tym wplecione w treści rozmyślania metafizyczne. Przy pierwszym czytaniu, nie skupiałam się na tym, ale odnoszę wrażenie, że dla wielu czytelników mogą stanowić dodatkowy a może najważniejszy walor  tej książki.

 

Czytelnik zainteresowany tym, co działo się na Węgrzech w czasach powojennych i jak zachowywali się wtedy ludzie, znajdzie miękko zarysowane informacje na ten temat. Jest to nam bardzo bliskie, gdyż czasy po II wojnie światowej  były podobne w Polsce.

 

Po przeczytaniu wracam do cytatu Jauberta otwierającego książkę:

„ Zmierzch życia niesie ze sobą latarnię”.

Rozmyślam, i wtedy przychodzi spokój…..

 

Mam ochotę wypożyczyć kolejną książkę tej autorki.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze kroki.

niedziela, 01 stycznia 2012 11:08

Rodzice mojej Mamy byli góralami beskidzkim. Uprawiali ziemię, hodowali piękne czerwone krowy i kochali konie. Mama została nauczycielką. Rodzice Taty to kresowa szlachta herbowa . Ojciec ojca – Tomasz był organistą . Tata  uwielbiał kolej i został inżynierem dróg i mostów. Mój brat – Zenon był dziennikarzem a także  dość cenionym krytykiem .

W rodzinie nie było żadnego osobnika zajmującego się zdrowiem ludzi.

 

A ja od dzieciństwa marzyłam , by zostać lekarzem .

Właściwie to nie wiem dlaczego.

Może dlatego, że  przebyta wojna zostawiła ślady na zdrowiu rodziców.  Mieli już  40 lat  i bardzo się o nich bałam. I pewnie wtedy pomyślałam, żeby w przyszłości im pomagać .

Sama też często chorowałam i dostawałam zastrzyki . Wykonywał je niski gruby pielęgniarz. Miał strzykawkę zakończoną grubą igłą. To nie było przyjemne, ale zaciskałam zęby, ponieważ  czułam, że po tych zastrzykach zdrowieję. I że wreszcie będę  mogła wyjść  na podwórko.

 

Ukochane podwórko było moim wielkim  światem. Rozciągało się pomiędzy  dużymi  kamienicami i miało jedyne drzewo. Był to  cherlawy ale dość rozłożysty bez, który rósł  nad wielkim śmietnikiem. Na tym bzie przesiadywałyśmy z przyjaciółką Bajką. Ulubionym zajęciem było wyrywanie dziurek w liściach bzu. Powstawały wtedy piękne, misterne serwetki. Obserwowałyśmy też, czy nie wyjrzy ze śmietnika szczur. Poza tym na śmietniku widziałyśmy bardzo ciekawe przedmioty. Stare buty, pudełka , dziwne szmatki i inne rupiecie.

Ponieważ przesiadywanie nad śmietnikiem oraz zabawy  w błocie polegające na lepieniu z niego pączków, było zajęciem bardzo miłym, znosiłam cierpliwie ból zastrzyków wykonywanych grubą igłą…..

Podziel się



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:47

    …wybrałaś własną drogę i poszłaś nią…często właśnie w dzieciństwie pojawiają się pierwsze myśli nt. tego coby się chciało robić w przyszłości…jeśli dobrze rozumiem Rodzice nie narzucili Ci swojej drogi…nie zabraniali, a mi niestety tak…bardzo chciałam pójść w ślady Mamy, Ona mi odradziła, do dziś żałuję…

    A podwórko? Oj, miałam do swej dyspozycji prawie pół ha ziemi, kilkunastu kolegów i koleżanek i nasze zabawy były nieco inne…bardziej ruchowe…eh żal:(

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:22

    … a moim podstawowym zajęciem było… pałaszowanie rosnących na podwórku „chlebków”. Chyba nie wyszło mi to na zdrowie.

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/

  • dodano: 05 stycznia 2012 19:03

    A wiesz, że też robiłam z koleżanką z liści bzu serwetki??? Zupełnie o tym zapomniałam, dopiero czytając przypomniałam sobie:)
    Odnoszę takie wrażenie (może się mylę), że Ci lekarze Twojego pokolenia są zupełnie inni, niż Ci którzy rozpoczęli swoją drogę zawodową kilka lat temu. Nie wiem, ale jakoś nie mam do nich zaufania…

    autor rodorek

    blog: rodorek.bloog.pl

Rozmyślania o dłoniach.

sobota, 31 grudnia 2011 13:17

Zawsze fascynowały mnie dłonie.

Zachwycam się niezwykłym tańcem dłoni dawnych andaluzyjskich Cyganów. Ulegam magii. I po chwili wiruję w rozszalałym  i różnobarwnym świecie flamenco.

Gdy słucham, jak śpiewa Edith Piaf, stale widzę jej dłonie. Nieruchome i świetliste. Śnieżnobiałe i jakby zawieszone w aksamitnej czerni ekranu. Milczą, ale tak wiele mówią…

Zatrzymuję się przy rzeźbach.
Oglądam zdjęcia.

Zdjęcie pierwsze – pomnik nad grobem Krzysztofa Kieślowskiego na warszawskich Powązkach.  Czuję kamienną chropowatość jego dłoni obejmujących ostatni kadr…
To miejsce jest zaklęte. Bo ilekroć tam przychodzę, zawsze widzę w tych dłoniach kolejny kadr swojego życia…

Albo kontrowersyjna rzeźba „Imploracja” w pasażu Wiecha. Dla mnie piękna. Zatrzymuję się tam i rozmyślam.

Gdy spotykam ludzi, bardzo lubię oglądać ich dłonie.
Mają różne kształty, barwę, smukłość palców, budowę paznokci.
Podobno można z nich rozpoznać charakter człowieka, a nawet jego płeć.

Są  bardzo wyróżnione przez naturę, bo naznaczone dziwnymi niezmiennymi liniami.
Podobno można z nich przepowiadać przyszłość.

Są żywe i ruchliwe. I jakby obdarowane własnym niezależnym życiem.

Ale potrafią też mówić o stanie naszego ciała i duszy. O niepewności, smutku, zdenerwowaniu, radości.

Czasami oglądam swoje dłonie.
Urodziły się ze mną w Gorzowie. I długo były tylko gorzowskie.
Dziecinne, nieporadne, zaplamione atramentem, spierzchnięte od mrozu, nieświadome życia, łatwowierne, naiwne i ufne.

Spędziłam z nimi tyle lat.
Cierpliwie uczyły się ze mną życia.

Lubię swoje dłonie.
Lubię je za to, że nie kłamią.
Niezależnie od ilości wcieranego kremu mówią o czasie, który minął…
Dobrze zapamiętały i opowiadają o wszystkim…

Dotykały już chyba wszystkiego, co można było dotknąć na tym świecie…

Są na nich ślady zwykłych przedmiotów, mokrej wiosennej ziemi, świeżej zieleni, wiatru , śniegu, deszczu i morskiej wody…

Jest tam wieczorny chłód i  letnie ciepło wody z  jezior i rzek…

Zapisały dotyk ciał obojętnych, ukochanych, cierpiących i tych, którzy odeszli…

Gdy bardzo pragnę spotkania z kimś nieobecnym, otwieram swoje dłonie, czytam i włączam wyobraźnię.
I widzę tych ludzi, widzę te zdarzenia.
Tworzę obrazy.
Czuję zapach, smak, dotyk i słyszę czyjś głos.
I jest dobrze…
Prawie dobrze…

Tekst własny  zamieszczony  w portalu MMGorzow.pl pod nickiem Łuka, dnia 26.02.2010

 



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:39

    „W dłoniach świat się zamyka
    Pierwszym i
    ostatnim pocałunkiem….”

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:19

    Witaj
    Bardzo się cieszę z Twojej decyzji. Powodzenia na blogowej ścieżce

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/