Było i jest ….

zdjęcie własne nieba nad Michałowicami …

Jest na Fb  strona zatytułowana Kiedyś było jakoś fajniej . Ludzie pokazują zdjęcia starych,  już dziś nieznanych przedmiotów, zabawy dzieci jakich współczesne nie doświadczają – wszystko w tonacji szaroburej jakim wtedy był nasz powojenny świat. Inni się wzruszają oglądając.

Rozmyślam nad swoim wtedy życiem, to była młodość z której  człek nie zdawał sobie sprawy. Trudy życia pokonywał z wyskoku tak jak wrzucał piłkę do kosza grając wtedy dość namiętnie. Było kolorowo i zwyczajnie. Było, minęło. Teraz –  oglądane z perspektywy lat wydaje się nieprawdziwe.

Bo jest tu i teraz. 

Dzień wypełniony skurczonymi do emerytalnych wymiarów zajęciami, poranne wyprawy po zakupy z plecaczkiem, bo sklep daleko, jeszcze  nieużytki czarują teraz uśpionymi trawami, samolotami podróżują ludzie w dalekie kraje- może po miłość, może  po rozpacz a może nie wiem po co.

I jest pięknie bo życie trwa, krew pulsuje a myśli wyfruwają w przestrzeń  wolne jak ptaki szybujące po niebie…

Danuta Pupek – Musialik, żywa i piękna w opowieściach kolegów z poznańskiej Akademii Medycznej ( 1965- 1971)

Profesor Danuta Pupek- Musialik , V Ogólnopolskie Dni Otyłości

07.04.2017 – 08.04.2017 ; Poznań ; zdjęcie z internetu

NEKROLOG
Ze smutkiem informujemy, że w nocy, z 15 na 16 grudnia 2019 r. zmarła Pani Profesor Danuta Pupek-Musialik, wieloletni Lekarz Kierujący Oddziałem Nadciśnienia Tętniczego i Zaburzeń Metabolicznych.

Prof. Danuta Pupek-Musialik była znakomitym lekarzem, naukowcem i dydaktykiem. Absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wychowała wiele pokoleń lekarzy i studentów. Była prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiodiabetologicznego i kierownikiem Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zaburzeń Metabolicznych i Nadciśnienia Tętniczego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i medalem za Długoletnią Służbę. Jest autorką około 330 prac z zakresu medycyny oraz członkiem licznych towarzystw naukowych.
Rodzinie i bliskim przekazujemy wyrazy współczucia.
Msza święta rozpocznie się o godz. 11 w Kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w Poznaniu, a uroczystości pogrzebowe odbędą się na Cmentarzu Jeżyckim przy ul. Nowina 1 w Poznaniu, w czwartek (19 grudnia) o godz. 11.40.

Była Damą. Już wtedy, 18 letnią- Damą,  gdy wchodziła do sali wykładowej z futrem niedbale zarzuconym na ramiona, wzrokiem błądzącym gdzieś poza nami – myszowatymi i z dumą na nieruchomym obliczu. Bywało że defilowała przed wypełnioną salą aż do pierwszego rzędu w którym siadało niewielu z nas. Tłoczyliśmy się w odległych rzędach i chichotaliśmy. Wszak niektórzy mieli zaledwie 17 lat…
Zawsze była sama, odrębna i smutna w swej dumie. Taką ją zapamiętałam z tych pierwszych lat studiów na poznańskiej AM.
Od tej pory minęło ponad pół wieku kiedy to nagle , przy smutnej okoliczności śmierci Danusi temat ożył  w naszej messengerowej  Grupie . I warto było żyć dłużej bo nastąpił nagły zwrot mojego pola widzenia. Nagle zajaśniał obraz przedstawiony poniżej przez kolegów . I jestem szczęśliwa że tak się stało. Bo jak w przypadku Krzysia Szereszewskiego który-  ponurak niezbyt urodziwy na studiach okazał się poetą, felietonistą, chłopakiem pełnym niezaspokojonej miłości do ludzi, kobiet…
A Danusia okazała się nie tylko to ważnym i bardzo poważnym lekarzem i profesorem   ale cudowną wrażliwą pełną ciepłą kobietą. I zobaczyłam jej ludzką opromienioną twarz … Mam nadzieję że przeczytają opowieści kolegów, które poniżej – inni z naszego roku i może ktoś tak jak ja pomyśli, że nigdy, jak pisze Leszek , nigdy nie należy wierzyć pozorom …..

Mariolka Nowakowska
masz rację Zosiu –  też pamiętam Ją siedzącą we futrach , samą, w pierwszym rzędzie sali wykładowej  – też odbierałam Ją wówczas jako niedostępną. Dopiero po latach, na zjazdach okazała się miłą empatyczną osobą z którą dało się porozmawiać o wszystkim. Coraz częściej słyszymy że ubyło kogoś z nas- przykre to !


Hirek  – Hieronim Głowacki
W czasie studiów Danusia Pupek  była bardzo akuratna, pracowita i sumienna. Jej notatki z wykładów były pierwszorzędne. Ja miałem z nią dobre koleżeński układ. Jak coś potrzebowałem, zawsze pomogła bez sprzeciwu. W szczególności z jej notatkami. 
Pamiętam na jednym z naszych spotkaniu opowiadała o studentce, która była w ciąży. Ona przyszła do niej na egzamin. W czasie egzaminu, a może przed, studentka  dostała bóle porodowe. Ona jej ten egzamin zaliczyła. Postarała się o porodówkę i parę godzin później  dziecko  było na świecie. Ona to opowiadała z niesamowitą radością. Jej cała twarz promieniowała podziwem dla tej studentki. 
Niestety po studiach mieliśmy bardzo mało kontaktów. Tylko na spotkaniach. Dzięki Piotrowi Janaszkowi

Leszek Milanowski
Przed chwilą Jurek wysłał zawiadomienie. Przyjaźniłem się z Jej Mężem, laryngologiem w Raszei . Wydawała się wyniosła a była w rzeczywistości I w życiu prywatnym bardzo ciepłą , życzliwą kobietą. Niestety NIE będę na Jej pogrzebie…
Z powodu Jej „niedostępności”,  „wyniosłości” I futrom nawet nie chciałem się z Danusią Pupek-Musialik zaprzyjaźnić I rozmawiać. Ot, kilka przypadkowych spotkać. Chyba otrzymała czerwony dyplom z Krzysiem Urbańskim  do którego mi zabrakło trójki z farmakologii od późniejszego członka naszej rodziny, zresztą słusznie. Po latach dopiero prywatnie kontakty otworzyły mi oczy jak głęboko życzliwa, znająca swoją wartość I wcale nie wyniosłą kobietą Ona była. Nie oceniajmy nikogo po pozorach.  Żałuję, że nie kontaktowałem się z Nią częściej, również dla własnego zdrowia. Niestety nie dojadą na Jej uroczystości pogrzebowe.

I jeszcze jeden nekrolog z dnia 10.01.2013
Z głębokim żalem zawiadamiamy o śmierci naszego drogiego Kolegi i Współpracownika
ś+p
dr. n. med. Ryszarda Musialika
Zmarły był wieloletnim pracownikiem Oddziału Laryngologicznego Szpitala im. F. Raszei w Poznaniu,
doskonałym specjalistą-laryngologiem,
prawdziwym Przyjacielem chorych i wspaniałym Kolegą.
Oddział nasz poniósł niepowetowaną stratę.
Ordynator, Lekarze, Pielęgniarki Oddziału Laryngologicznego
Żonie i Córce
składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Ryszard był  też naszym kolegą z roku i mężem Danusi . Poza kilkoma słowami na jego temat które napisał  Hirek –  Ryszard Musialik stał zawsze w 3 rzędzie, nie pchał się do przodu. Skromny, zawsze uśmiechnięty. Niestety, więcej nie pamiętam.  , może ktoś jeszcze coś opowie o tym skromnym towarzyszu życia Danusi  ? zobaczymy ….nadzieja zawsze powinna być ……

Wnuczka opowiada o obrazie pradziadków.


to ten obraz …..
Kochana moja babciu. Pani nam zadała , a muszę przypomnieć że jestem już  w 5 klasie- masz tyle wnucząt i prawnuczkę że może zapomniałaś . Otóż  pani nam zadała bym opowiedziała coś o pamiątce rodzinnej. Długo się zastanawiałam i nagle spojrzałam na ten obraz. Wszystko sobie przypomniałam co mi babciu opowiadałaś. I to spisałam. Jeśli zechcesz poprawić czy coś dodać, napisz…

Oczywiście przeczytałam, wzruszyłam się podwójnie, bo wróciły opowieści moich Rodziców i ich ostatnie chwile na tym padole łez – ale wzruszyłam się  przede wszystkim dlatego,  że tak pięknie nam Wnuki rosną, są mądre i nasze opowieści nie padają na tzw.  jałowy grunt, tylko pięknie kiełkują..
Bez poprawek – bo cóż tu poprawiać ? –  zamieszczam  pracę Wnuczki


Moja prababcia Stefa była góralką. Urodziła się we wsi blisko dużej góry która nazywa się Skrzyczne. Do lasu który rósł na zboczach chodziła ze starszą siostrą na jagody. Wspinały się

 wysoko po dużych  kamieniach. Któregoś dnia prababcia spadła a miała wtedy 6 lat. Spadała w dół aż zatrzymała się na wielkim drzewie . Na szczęście nic jej się nie stało. Gdy wracały zawsze moczyły sobie zmęczone nogi w strumieniu którym płynęła bardzo zimna woda.
Gdy prababcia została nauczycielka wyjechała bardzo daleko do pracy. Było to aż za Wilnem. Jechała  pociągiem i dorożką w Warszawie z Dworca Głównego na Dworzec Wileński gdzie miała przesiadkę, a potem dalej furmanką.  Uczyła w szkole W Rakowie i tam poznała mojego pradziadka Wacława. Bardzo się zakochali i w 1932 roku wzięli ślub. Pradziadek wiedział że jego ukochana bardzo tęskni za swoimi górami a szczególnie za tą jedną najwyższą na której zbierała jagody. Kupił jej w prezencie ślubnym ten obraz , aby sobie oglądała gdy będzie smutna. Ale smutna nie była tylko szczęśliwa z pradziadkiem. Dopiero gdy wybuchła II wojna światowa , Niemcy aresztowali pradziadka często płakała bo miała wiele powodów. Zawsze wtedy patrzyła na ten obraz który do niej mówił by się nie martwiła bo wszystko będzie dobrze. Tak jak ta góra jest silna a strumień stale płynie.
Po zakończeniu wojny prababcia z synem wracała wagonem towarowym do Polski. Nie mogła dużo zabrać bo w wagonie miała tylko malutki kącik. Obok było bardzo dużo ludzi. Nie zapomniała o obrazie. Zapakowany leżał wysoko nad wszystkimi tobołami na których też stał tapczan. Pewnej nocy a jechali 2 tygodnie obraz spadł i uderzył o róg tapczanu. Został trochę uszkodzony. Nigdy nie zalepiano tej dziury bo była też pamiątką. Pradziadkowie spotkali się w Polsce a obraz zawsze wisiał w ich mieszkaniu na bardzo ważnym widocznym miejscu. Przypominał im młodość i siłę gór a także to, że pomimo uszkodzenia jest nadal piękny. Tak jak ich życie.
Obraz wędrował  razem z pradziadkami gdy zmieniali mieszkanie i potem przenieśli się do Warszawy.
W Warszawie wisiał naprzeciwko ich łóżka by mogli oglądać przed snem i po przebudzeniu.
Gdy umarła prababcia pradziadek leżąc w łóżku mówił. O widzę moją góralkę  jak siedzi na tym kamieniu. I był wtedy bardzo szczęśliwy że ją widzi w swojej wyobraźni bo nikt inny góralki tam nie widział.
A teraz obraz wisi w naszym mieszkaniu. I my sobie oglądamy bo bardzo kochamy góry i …widzimy nasza Prababcię jak zbiera jagody, spada z góry, moczy nogi w strumieniu i odpoczywa na tym wielkim kamieniu. My to widzimy bo też mamy wielka wyobraźnię tak jak nasz pradziadek.

Z Marią Rodziewiczówną w tle…

Moja Mama zdjęcie z ok 1923 roku

W 1772 roku Polska przestała istnieć. Ziemie, gdzie urodziła się  w 1907 roku Stefania Łukaszewicz z domu Jakubiec ( nasza Mama, Babcia, Prababcia ) już od 135 lat  znajdowały się  pod Zaborem  austriackim( do 1918 roku ) . Pomimo , że ten zaborca należał do stosunkowo najbardziej liberalnych jeśli chodzi o wynaradawianie, i były polskie szkoły. Jednak brakowało ludzi, którzy mogli oficjalnie dzielić się zwłaszcza z wieśniakami swoją wiedzą o Polsce.

A oto odnaleziona niedawno opowieść mojej Mamy ( nie żyje od 2000 roku) , którą zapisała na zeszytowych kartkach nasza Madzia …. Przepisałam, bo to tak, jakby spotkanie z Mamą. I widzę Jej rozjarzone wielkim błękitem oczy i piękne dłonie, które zapamiętałam niestety chłodne już … teraz wszystko ożyło…bo Mama opowiada……

  • Urodziłam się w podgórskiej wiosce w 1907 roku ( Godziszka w Kotlinie Żywieckiej- przyp. Z.K.) . Mając 10 lat odwiedziłam w sąsiedniej wiosce dalekiego krewnego Ojca, który zaprosił nas na Jasełka. Poznałam jego 20 letnią córkę , która prowadziła gospodarstwo z rodzicami. Raz w tygodniu wyjeżdżała do Białej ( wtedy było to odrębne miasto , teraz Bielsko Biała – przyp. Z.K.) sprzedać jajka,  masło, sery. Z części pieniędzy kupowała książki Rodziewiczówny. Miała ich sporo. Jedna z nich była „ Na wyżynach”   i pożyczyła mi ją . ( wydana w 1896 roku- przyp. Z.K.).   Pierwsza książka w moim życiu,  którą jednym tchem przeczytałam. Poszłam po następną.  Dostałam wszystkie. Jej książki czytała młodzież tej wsi. Zapisywała  w zeszycie nazwisko czytającego, tytuł , datę pożyczenia i wyznaczony termin zwrotu. Przeczytałam wiele. Za rok byłam w Podstawowej szkole Wydziałowej im. Królowej Jadwigi w Białej. Tam była polska biblioteka. Zobaczyłam portret Rodziewiczówny i jej życiorys . Urodziła się w Rosji w bogatej rodzinie . Ubierała się po męsku. Nosiła spodnie, krawat wiązany, jeździła konno. Paliła cygaro. Była ładna. Miała wielu starających się . Wszystkim odmawiała. Z biegiem lat nastał w Rosji komunizm. Uciekała. Osiedliła się blisko granicy polskiej.

  • Przed kilku laty w radio usłyszałam męski głos. Rodziewiczówna uciekała przed bolszewikami do Polski, dojechała do Warszawy, do swojej rodziny. Niektórzy z sąsiadów nie wiedzieli kim jest ta starsza pani mieszkająca obok . Niemcy poszukiwali ją za książkę „ Między ustami a brzegiem pucharu”  i nie znaleźli. Zmarła w Warszawie u swego przyjaciela i pochowana na starym wielkim cmentarzu Powązki. Powązki to stary wielki cmentarz na którym leżą żołnierze z I Wojny Światowej , Bohaterowie z Powstania Warszawskiego. W innej części artyści, aktorzy jak np. śpiewak  Kiepura Jan, przywieziony z Ameryki , aktorka Smosarska i wielu wielu innych. W pewnej części inni znani Polacy jak np. rzeźbiarz Dunikowski, polscy generałowie z tablicami „ pomyłkowo zginął”. Znajduje się pomnik „ Oficerom zamordowanym w Katyniu ” ….
  • Po wojnie uczyłam w szkole w Gorzowie Wielkopolskim, Przyjechał do nas Rodziewicz z matką  z Wilna. Jego ojca zamordowali bolszewicy . Podobno był krewnym rodziny matki Rodziewiczówny, Później uczył się w Poznaniu i z ekipą prof. Michałowskiego wyjechał do Egiptu jako fotograf wykopalisk.
  • Przed paru laty usłyszałam w radio po Polsku „ Polacy starali się o pozwolenie wkroczenia na teren ZSRR i szukania miejsc, gdzie ginęli Polacy. Nikt nie chciał dać pozwolenia. I usłyszałam głos – pracownika bolszewików. „ Jestem Polakiem. Nazywam się Rodziewicz-  w prostej linii krewny polskiej pisarki Marii Rodziewiczówny. Cieszę się, że pozwoliłem pojechać Polakom na teren bolszewicki „ . Po jego wystąpieniu , po kilku tygodniach usłyszałam w radio, że ten Rodziewicz  po swoim wystąpieniu został zastrzelony na ulicach Moskwy.
  • Już jako nauczycielka przeczytałam  ze młodzi Polscy pisarze ogłosili, że powieści Rodziewiczówny są słabe i nic nowego nie przynoszą. Nasz sławny pisarz Stefan Żeromski odpowiedział im na to w prasie. Że bardzo się mylą, bo gdyby nie książki Marii Rodziewiczówny , które trafiały pod strzechy chłopskie to nasza młodzież nie umiałaby czytać. I jej to zawdzięczamy i dziękujemy !!!!

Ta opowieść uruchomiła moje myślenie, by uzupełniać, wyjaśniać. Ale po co ? wszystko jest w necie. Choć jedno warto dopowiedzieć. W 1923 roku Mama wyjechała jako młoda nauczycielka na Kresy. W Rakowie , nieomal przylegającym do ówczesnej granicy z Rosją ( teraz teren Białorusi)  poznała młodego chłopaka, który został moim Tatą J a opowieść o pokrewieństwie Jego Mamy a mojej Babci Stanisławy z Marią Rodziewiczówną pozostała w rodzinie.  

I tak koło się zamknęło tej opowieści…….

Magiczny Rok Dwóch Dwudziestek

W Nowym 2020  Roku

Magicznym bo

 Roku Dwóch Dwudziestek

Życzę Wam Kochani

I sobie

Życia bez „ schodów”

Ale jeśli  je napotkamy

 To  ich pokonania

Życzę

Bo u ich szczytu

zawsze czeka

Gniazdko Rodzinne

A w nim Czułość Najbliższych

Albo ich Duchy Zgromadzone

Przy domowym Ognisku

Dobre I Opiekuńcze  

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU !!!

Cud Bożego Narodzenia

Kochani tu obecni i zaglądający przypadkiem.


Życzę – by się spełniały Wasze Najpiękniejsze Sny.

Bo BOŻE NARODZENIE to OPTYMIZM i WIARA, że można wszystko zmienić, ZACZYNAĆ OD NOWA a jednocześnie ZACHOWYWAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE I NAJCIEKAWSZE zapisało się w SERCU I PAMIĘCI.

A ten oset, który teraz- w końcu grudnia 2019 roku  nagle zapragnął  wyjrzeć na świat w naszym ogródku, jest jakby symbolem tego co napisałam.

Ma kolce i choć nieco ozdobiony przejściowym mrozikiem  jest stale radośnie zielony .

Wszystko dzięki sile korzeni i dzięki temu, że słońce łaskawe.

Tak jak my- czerpiemy siłę z korzeni naszych Przodków,  którzy dali życie i swoje geny .

I nic to, że czasem lodowacieją nam dłonie i szronem powleka się serce – dobre Słońce nas ogrzewa i przekształca barwy w kolor zieleni – Nadziei….

I nic to, że wyrosły nam kolce – wszak musimy się jakoś bronić przed złem tego świata….

W dodatku ta roślinka przybiera gwiaździsty kształt. Wygląda tak, jakby spadła z nieba.

A może w zaczarowany Wigilijny Wieczór poszybuje na nieboskłon i będzie udawała Gwiazdę Betlejemską ?

Kto wie ? 

WSZYSTKO

DOPRAWDY WSZYSTKO

MOŻLIWE

w te Cudne Magiczne Święta

BOŻEGO NARODZENIA

Zatopiona w syndromie pomocnika.


Moja Mama i ja pod gorzowską kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106

Pewne ostatnie wydarzenia sprowadziły moje myślenie na jedną z naszych rodzinnych cech. Widzę ją nie tylko u siebie, ale też z odległej perspektywy odnajduję u mojego Taty , który odszedł w 2002 roku  i u jednej z naszych Córek ( ¼ dzieci) .  Kto jeszcze czeka w tej rodzinnej sztafecie ? nie wiem . Pożyjemy, zobaczymy….

Cechą tą jest  spieszenie z pomocą innym  – czasem pomimo braku wołania o pomoc a bywa-  co dociera niestety czasem  po fakcie –  wbrew oczekiwaniom i potrzebom tej drugiej osoby .

Czasami też nasza pomoc  wynikająca z wewnętrznej potrzeby i uczucia „ tak trzeba „ jest błędnie interpretowana przez wybrany „ target”  i stanowi podstawę do wrogości nie tylko osoby otrzymującej pomoc ale też grona jej znajomych .

I oto wkrótce już krąży powszechna opinia, że ktoś z nas ( wiem o sobie) wtrącając  się w cudze życie choć najczęściej zdrowie, robi to w jakimś celu. I zawsze przy okazji słychać pytanie – w jakim celu  do robi ?  Może np. chce istnieć przydając sobie sławy – czyli z pobudek czysto egoistycznych ?

  Każda próba tłumaczenia się, pogarsza sytuację nie wpływając na opinię osób którzy ją wyrażają – pewnie tak czują. I tak  porozumienie się z takimi osobami  w tym szczególnym temacie okazuje się  całkiem niemożliwe.

Jak mawiał mój wspaniały zmarły tragicznie przed wielu laty kolega z CZD- Jurek Kryński – „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później „.

Coś w tym jest.  Czytałam,  że osoby którym udziela się pomocy , nawet kiedy o nią proszą, wcale nie czują wdzięczności ale  czasem mają nie zawsze wyrażaną  wrogość w sercu  – chyba z kompleksów, że np. same nie mają pieniędzy a ty masz, albo tobie to dobrze w życiu a mnie nie etc…..Ten rzucony temat wymaga podparcia w literaturze fachowej lub choćby konsultacji naszego domowego psychologa.

I tak to jest , że pomimo „ sparzenia się „ w przeszłości , chęć pomocy, zaangażowania jest we mnie przemożna. Oto jeden z ostatnich przykładów :

 Któregoś dnia, bardzo zapragnęłam zorganizować kolegów  z AM, na spotkanie poświęcone pamięci jednego z nas, śp. P. J.  Szczegółowo opisałam je w poprzednim wpisie blogowym, byłam  tam jedynie on- line, ale tak bardzo emocjonalnie , wyraziście i tak głęboko przeżywałam, że w końcu byłam pewna, że wszyscy tak czuli i że byłam naprawdę. Może ten temat tak bardzo mną wstrząsnął, bo stale miałam w oczach moją Matkę, która od bardzo wielu lat była coraz bardziej niesprawna….  Dlatego powtarzam to,  co już napisałam poprzednio. Bo to jest tak Mocne i tak głęboko we mnie, że muszę, prosząc o wybaczenie ew. czytelnika …

Ten nasz kolega, Chłopak  z rodziny w której od pokoleń zajmowano się wyrobem sprzętu ortopedycznego , został lekarzem i od razu z jasnym jednoznacznym przekazem wewnętrznym, wyraźnie budowanym przez przykład rodziny zajął się rehabilitacją dzieci z niepełnosprawnością .

Warto przypomnieć, że były to wczesne lata 70 ub. wieku i  patrząc na ulice czy będąc w miejscach publicznych można było uważać , że w Polsce ludzi niepełnosprawnych po prostu nie ma. Nic bardziej mylącego, jak już wiedzą następne nasze pokolenia – dla których normą jest widok osoby gorzej poruszającej się czy nawet inaczej zachowującej się na ulicach, w szkołach czy urzędach.

W tamtych czasach ludzie z niepełnosprawnością, nazywani wtedy  kalekami, po prostu nie opuszczali swoich mieszkań czy ośrodków, a dzieci zamykano w komórkach , szopach a w najlepszym wypadku w izbach własnych domów.

Wiązało się to z myśleniem rodziny, że dzieci takie są przyczyną ich problemów życiowych ale też ze wstydem- by ktoś się nie obejrzał z miną litościwą lub z obrzydzeniem, nie zaśmiał pogardliwie lub nie nazwał głośno   dziwnego wyglądu lub zachowania ich dzieci .  Także  warunki – w których mieszkali – co niestety do dziś ma miejsce, choć może trochę rzadziej –  nie były przystosowane do nie tylko w miarę swobodnego poruszania się po mieszkaniu, czy  choćby korzystania z łazienki ale też problemem było pokonanie pięter oraz brak odpowiedniego sprzętu rehabilitacyjnego. A młodym warto przypomnieć, że wtedy nie było też pampersów. Tak więc dzieci z niepełnosprawnością zamknięte w czterech ścianach zatopione w fetorze własnych ekskrementów i w samotności przeżywały swoją wielką tragedię .

Nasz Kolega Piotr, który pracował też w Pogotowiu Ratunkowym zawsze zaglądał do chlewików, stodół i wielokrotnie wydobywał stamtąd te biedactwa. Od tej pory rozpoczynało się dla nich i ich rodzin prawdziwe życie – czasem pełniejsze, bo bardziej upragnione  niż rodzin bez takich problemów. …uczestniczyły one w różnorodnych zajęciach , koloniach, obozach a Piotr grał im na gitarze, podnosił na wózki i organizował organizował organizował. Jego dwie córki od maleńkości  były wychowywane wśród dzieci z niepełnosprawnością i uczyły się empatii ….

I ponownie na to wszystko nakłada się obraz mojej Matki – a może to Ona stale jest w tle  –  stale jest w oczach, zapamiętaniu moim i myśleniu – gdy przestała samodzielnie się poruszać, jeszcze ok. lat 80 ub. wieku – zamknęła się w domu i żadna siła czy przekonywanie, że warto, że wózek –  nie wpłynęła na jej decyzję.  Przez ponad 20 lat nie opuściła progu swojego mieszkania To był wstyd dawnej wiejskiej dziewczyny jaką pozostała pomimo upływu lat…to był wstyd tamtych dzieci którymi zajął się Piotr… to był  wstyd wiejskiej dziewczyny z bardzo błękitnymi jarzącymi się oczami i smutkiem na ich dnie…..

Wracając do tematu wyjazdu kolegów na film poświęcony zmarłemu koledze. 

Na  mail z informacją wysłany do wszystkich  przez kolegę współorganizatora corocznych zjazdów koleżeńskich ,  nadeszła tylko jedna odpowiedź od dziewczyny, że chciałaby ale ma problemy ze zdrowiem i od kolegi ,  który pracuje za granicą i jak napisał przyjaźnił się ze zmarłym . Wymieniliśmy z Nim kilka drobnych listów – rozżalona napisałam, że śp. Piotr, tak zasłużony, w dodatku kolega z naszych niezapomnianych studiów    a nikt nie odpisał. Zero zainteresowania, obojętność . Podczas gdy ok. 40 osób jeździ na coroczne zjazdy koleżeńskie.

H. odpisał, że już kiedyś przeżył rozczarowanie i czuł się podobnie , gdy zaprosił kolegów do siebie i spotkał się z  obojętnością lub nawet niechęcią innych . Gdy to  mocno przeżywał, jego pragmatyczna żona poradziła mu, żeby przestał cierpieć na syndrom pomocnika ( ostatnio bardzo modny w tym kraju ) i pomyślał tylko  o sobie, o tym co tylko jemu  sprawia przyjemność. Nie wiem, czy coś się w Nim zmieniło , ale mnie  tymi kilkoma słowami pouczył – otworzył mi oczy  i jest jakby łatwiej. Założyłam wewnętrzne okulary z filtrem ograniczającym widzenie innych. I co ? i nic, bo dalej brnę w kierunku swojego, choć na razie poronnego zespołu pomocnika – no, może z mniejszą energią. Krok po kroku a dam radę, choć do finału życia coraz bliżej J No cóż, niełatwo jest walczyć z genami –jak wspomniałam  miał ten gen mój tato, druga córka … i lepiej nie rozpatrywać kto jeszcze w kolejce J

Tak więc zapoznawszy się z tym zespołem , zwanym także przez psychologów syndromem ratownika – umieściłam siebie w odpowiednim przedziale zrozumienia własnego ja .

Tak , cierpię na ten syndrom, choć nie spełniam wszystkich warunków – tzn . pomaganie innym nie wykreśla działania dla siebie –  chyba coś też robię dla siebie ? – muszę  się zastanowić J  – na pewno nadal opiekuję się rodziną, co jest naturalne ….

Tak więc rozpoznaję u siebie zespół pomocnika w postaci może tylko  szczątkowej, tak zresztą jak gen pisania oddziedziczony po kuzynce babci – Marii Rodziewiczównie J

„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Posłowie do Pamiętnika Jana – dzieje rodziny…

Po zamieszczeniu tu pamiętnika mojego teścia – Jana Konopielko, gorzowska przyjaciółka napisała – szkoda, że nie znamy powojennych losów Jana. I wtedy przyszła do mnie myśl, że są opisane, już dość dawno. Wprawdzie tylko dla moich dzieci i wnuków , ale Mirek który zawsze ma łzy w oczach – jak mówi –  gdy czyta , powiedział – wrzuć do blogu też Posłowie, które napisałaś.  To nic, że jest tam trochę wyznań intymnych . Bo życie także się  z nich składa. Z pewnymi oporami, przyznam – podaję tekst ten w całości . Właśnie, zastanawiałam się czy nie podzielić na części, ale uznałam, że jeśli Ktoś będzie zainteresowany dziejami nie tylko Jana ale też obu naszych rodzin, tak niezwykle splecionych , to przebrnie ….

A zdj własne z tęczą i ukochanym lasem nadbużańskim , to jakby symbol przetrwania …

Posłowie                                           

Ten dobry, ufny i radosny  Człowiek i bardzo przez nas kochany  nasz Ojciec, Teść   Dziadek i Pradziadek- Jan Konopielko, nauczyciel i Sybirak, wielokrotnie zaznaczał w tekście, że  pisał swój pamiętnik z myślą o  Dzieciach  , Wnuczętach  i Prawnukach.

Kontynuując tę myśl,  chcemy w tym miejscu zamieścić kilka informacji na temat Rodziny i wydarzeń z nią związanych . Będą to zapamiętane opowieści Rodziców oraz własne przeżycia ,  obserwacje i oceny. Może uda się też zamieścić tutaj  trochę zdjęć rodzinnych.

A więc zapraszamy….   

           Pierwsza część pamiętnika , powstawała „ na gorąco”. Czytamy tam o  mrocznym dzieciństwie , widzimy  oczami dziecka pierwszą wojnę światową  i możemy podziwiać uporczywe dążenie do wiedzy i chęć wyjścia poza granice rodzinnej wsi .

      Jesteśmy wdzięczni Jego Żonie, jedynej Miłości, pięknej Helenie , naszej Mamie i Babci , za to, że uratowała  ten pamiętnik z pożogi  II wojny światowej.

Przecież była już od roku sama, z małymi dziećmi – trzyletnim wówczas Pawłem i 10 letnim Mirkiem. Jej męża- Jana w 1944 roku aresztowali Rosjanie i wywieźli w nieznane.

Zachowała ten pamiętnik podczas wielotygodniowego transportu w bydlęcych wagonach , gdy sama z synami  opuszczała po zakończeniu wojny rodzinne kresowe polskie strony, nazywane od tej pory Republiką Białoruską .

Tak bardzo nienawidzili sowietów, że sama myśl o mieszkaniu na terenach związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w tzw. zwanym ZSRR była im obrzydliwa.

I dlatego , pomimo, że  mogli  pozostać,  jechali tam, gdzie ich kraj. Zostawiali swoje domy i groby bliskich.

Podążali w strony które nazywać się będą Polską,  gdzie będą mogli na co dzień  słyszeć  język ojczysty .

Nie wiemy, czy do końca mieli  świadomość, że ta ich wymarzona Polska teraz nie będzie się wiele  różniła od miejsc, które opuszczali. Przecież tutaj też panował terror sowiecki. Ale o tym nie wiedzieli.  

Wyjechali z wiarą i ufnością, że dobrze robią, co na pewno dodawało im sił.

I jechali, jechali w obce strony, do cudzych miast i domów,  jechali w nieznane, oni, wygnańcy zmieniali swoje życie, które i tak okrutnie zdeformowała wojna.

Jechali z bagażem traumatycznych przeżyć, z kilkoma sprzętami zabranymi z własnego domu, jakimiś dokumentami i swoją samotnością

   Pamiętnik ten był z nimi też wtedy,  gdy ostatecznie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim, i  wielokrotnie zmieniali mieszkanie ( z ul.  Wiejskiej  na Mazurską i wreszcie na własny domek przy ul.  Nowej).

Wyobrażam sobie, że ten Pamiętnik był Ich wiernym Przyjacielem, Talizmanem  i Nadzieją , że Mąż i Ojciec wróci. Przecież tak bardzo na niego czekali. Synowie ochraniali  Mamę  przed wielbicielami, którzy próbowali ją zdobyć, bo  była młodą ładną kobietą , podtrzymywali ją na duchu i utrzymywali w wierze, że Tatko wróci….

I udało się .

Po 12 latach wrócił Jan do domu.

Synowie już wyrośli- Mirek miał wtedy 21 lat i kończył studia na Wydziale Budownictwa Politechniki Wrocławskiej a Paweł , chłopak 14 letni był w Liceum.

Helena, zmuszona okolicznościami, stała się niezależną kobietą, zdobyła studia, pracowała zawodowo w Liceum Pedagogicznym , miała doskonały kontakt z młodzieżą.

I co jest niezwykłe u pedagoga, potrafiła wspaniale wychować Synów. Akceptowała ich pomysły, potrafiła się zachwycać każdym sukcesem, a jednocześnie darzyła ich wielkim zaufaniem, i dawała pełną samodzielność.  Obdarowała ich własnym ciepłem, miłością i pogodą ducha, w takim stopniu, że wyrośli na odpowiedzialnych i czułych mężów i ojców. Jako mężczyźni nie mieli żadnych kompleksów , nie byli podejrzliwi i nieufni. Takich ludzi akceptowali inni i chętnie z nimi przebywali. Piszę w czasie przeszłym, bo niestety Paweł przed 13 laty poniósł niezawinioną śmierć w wypadku samochodowym pod Elblągiem. A miał tylko 55 lat.

Gdy Jan wrócił do domu, niełatwe było przyzwyczajenie się do tak wychowanych chłopców i samodzielnej żony. Helena i synowie też mieli problemy z przyjęciem Jana takim, jakim się stał w czasie rozłąki. Po tylu latach i tak długiej nieobecności oraz straszliwych przeżyciach w czasie katorgi był innym, trochę zdziwaczałym , surowym i obcym człowiekiem.

Ale zwyciężyła Miłość w tej rodzinie.

Po wstępnych trudnościach stanowili piękne radosne  i czułe stadło . Przy tej rodzinie ogrzewali się inni……

           Pod koniec życia Jan rozpoczął pisanie drugiej części pamiętnika. Zawarł w niej przejmujące  opowieści o wydarzeniach wojennych ,  czasach więzienia,  losach katorżników  i wiecznych zesłańców.

Relacje Jana nie są ubarwiane rozwlekłymi słowami, nie wymagają komentarza.

Ta oszczędność słów powoduje, że czytając uruchamiamy własne pokłady wyobraźni. Obrazy, klimaty same się tworzą i powstaje przekaz jednej z najstraszliwszych historii dziejów współczesnych . Były to działania Sowietów prowadzących   planowe wyniszczanie inteligencji polskiej. Do tego należało stawianie nieprawdziwych kłamliwych zarzutów,  fikcyjne procesy sądowe z fałszywymi świadkami  i ferowanie znanych już wcześniej wyroków. A potem zesłanie bogu ducha winnych ludzi na  syberyjską katorgę.

Jan tego doświadczył , przeżył, opisał i dał dowód prawdzie.

Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za tę prawdę.

    Całość Pamiętnika, w  formie rękopisu, nasz Jan przekazał swojemu najstarszemu Wnukowi, Łukaszowi, synowi Pawła, z którego namowy Dziadek kontynuował spisywanie swoich dziejów.

Potem pamiętnik  został przepisany, przyjmując formę  maszynopisu  przez Zosię Czubalę – siostrę żony Pawła, Grażyny. Zosia wykonała iście benedyktyńską pracę, za co Jej serdecznie dziękujemy.

 Kolejną osobą w tym łańcuchu byłam ja,   Zofia z domu Łukaszewicz, żona Mirka, najstarszego syna Heleny i Jana.

Pracowałam już z komputerem , ponownie przepisałam całość i teksty wrzucałam krótkimi  fragmentami, tworzącymi niewielkie tematyczne odcinki , do blogu zatytułowanego : jankonopielkoseniorpamiętnik.

    Obecna forma, książkowa, jest spełnieniem  marzenia najstarszego Syna Jana- Mirka, a mojego Męża.

Tak pisze Mirek:

„ Chciałbym  by ta książeczka pełna uczuć, przeżyć i dla nas szczególnie ważna dotarła do wszystkich członków Rodziny i Bliskich , by zagościła w ich Domach.

By w tych Domach wiecznie żyła pamięć o Tym Wspaniałym Człowieku- Janie .

 I stanowiła  źródło siły dla nas w chwilach zwątpień, bo jest dowodem, że tak wiele można przeżyć myśląc, tęskniąc i wierząc w miłość do swoich Najbliższych.

Ta wiara potrafi skruszyć mury i pokonać okrucieństwo ludzi i przyrody a potem  zakiełkować na nowo dając szansę powrotu do tego co dobre.

Dziś wydaje nam się to nieprawdopodobne, niemożliwe, dziś żyjemy w spokojnym i dostatnim świecie .

– Jestem najstarszym synem Jana. Gdy Ojciec został aresztowany, byliśmy mali. Ja miałem 9 lat a mój Brat- Paweł tylko dwa .

Przez 12 lat, wychowywała nas tylko  Mama . Dwanaście długich lat samotnej walki o byt, rozwiązywania problemów rodzinnych i tęsknoty za mężem. Bardzo kochaliśmy naszą Matkę i stale ją podziwialiśmy i podziwiamy.

Tato wrócił  do nas  w 1956 roku, po 12 latach katorgi i zesłania . Wówczas już byłem studentem ostatniego roku Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej. Rok później otrzymałem dyplom mgr inżyniera.

1.06.1968 roku ożeniłem się z  Zosią Łukaszewicz, córką przyjaciół moich Rodziców, która wówczas była studentką Akademii Medycznej. Jeszcze w czasie trwania studiów urodziła dwoje dzieci potem kolejnych dwoje, zrobiła specjalizacje, doktorat, pracowała pełną parą dyżurując, prowadząc prace naukowe i opiekując się domem. Do tej pory się zadziwiam,  jak dała temu wszystkiemu radę. Muszę też dodać, że posiada Ona znakomitą intuicję jako lekarz . Dzięki Jej wczesnej interwencji uniknąłem zawału serca i wylazłem z choroby nowotworowej .

Ja też byłem pochłonięty pracą zawodową, awansując na kolejne stanowiska kierownicze, ale przeżyłem też i załamanie, by potem wyjść z podwójnymi siłami na prostą i zostać szefem własnej prężnej firmy.

Pomimo tylu służbowych obowiązków, przy całym rozgardiaszu domowym, na bieżąco spisywałem dzieje naszej czwórki dzieci, notowałem wszystkie stadia ich rozwoju, pierwsze ich słowa i osiągnięcia. Powstała kronika  składająca się z trzech części i przy okazji wspólnych spotkań w czasie świąt rodzinnych odczytuję odpowiednie fragmenty. Wszyscy to lubią , porównują swoje czasy dzieciństwa z tym co teraz obserwują u swoich dzieci . I tak nieprzerwanie trwa rodzinny , silnie spleciony łańcuch.

Poza tym od bardzo wielu lat mam zwyczaj zapisywania w kalendarzykach, dzień po dniu , wydarzeń, podaję wszystkie daty, godziny, okoliczności towarzyszące oraz inne informacje- np. adresy ludzi, u których bywaliśmy ich telefony, etc. W ten sposób, zawsze możemy tam zaglądać i znajdować niekiedy zapomniane, a aktualnie potrzebne  informacje. Mamy cały zbiór tych kalendarzyków. Jest to naprawdę kopalnia wiedzy, przydająca się wszystkim w rodzinie …

    Muszę też wspomnieć o tym , że jestem bardzo wdzięczny moim Teściom, którzy mieszkając w tym samym bloku, sprawowali opiekę nad całym naszym stadłem.

    Nasze dzieci są już bardzo dorosłe.

Oto one:

Najstarsza córka -Justyna ukończyła pomaturalne liceum pielęgniarskie, studium handlu zagranicznego i wszystkie etapy kursów języka niemieckiego w Instytucie  im.Goethego , uzyskując maksymalnie dobrą ocenę. Po odejściu męża, Roberta, dzielnie, najlepiej jak umiała, zajmowała się niewielkimi wtedy dziećmi. Od kilku lat jest z Arturem- architektem.  Teraz Jej Córki są już dorosłe . Weronika z zielonymi oczami, które odziedziczyła po babci Zosi i Mamie, jest  studentką biologii, pomaga  Zosi rozwiązywać problemy z komputerem, ma talent w nawiązywaniu kontaktu z  małymi dziećmi , w wolnych chwilach bywa u naszej najmłodszej Córki i opiekuje się Siostrzeńcami, którzy  Ją uwielbiają.  Dorota o marzycielskich migdałowych oczach jest maturzystkę Liceum Sióstr w Szymanowie , należy do przodujących uczennic i mamy nadzieję, że dobrze wykorzysta swoje humanistyczne talenty.

O rok młodsza od Justyny, nasza Córka-Ewa ukończyła Politechnikę, podobnie  jak ja i Jej Mąż Marcin . Jest wiecznie młodą żywiołową i bardzo wrażliwą dziewczyną. Ma artystyczne zdolności i  pasję, którą  jest tworzenie oryginalnej i ciekawej biżuterii. Obydwoje z mężem prowadzą udaną działalność biznesową. Ich  dwoje bardzo zdolnych , błękitnookich , urodziwych  Dzieci,  to Jula  – uczennica LO im. Zamojskiego oraz  Michał – nieomal gimnazjalistę. Cała czwórka  kocha przeróżne sporty, szczególnie wodne i aktywnie je uprawia . 

Nasz, młodszy od Ewy o 2 lata i trzy miesiące,  Syn- Marcin poszedł w ślady Mamy i został lekarzem. Wybrał bardzo trudną, bodajże najtrudniejszą specjalizację, został  neurochirurgiem.  Zosia mówi, że mimo ciągot by zostać chirurgiem, nie odważyła się na taki krok i została pediatrą, nefrologiem  . Żona Marcina,  Magda, też wybrała trudną, zabiegową specjalizację, jest ginekologiem. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu Córeczki, Majeczki, uzyskała tytuł doktora nauk medycznych. Majka ma teraz 4 lata i dwuletniego Braciszka-  Mikołajka. Przypominają wyglądem dzieci z obrazów Wyspiańskiego. Mają płowe włosy i wielkie błękitne oczy, w których można czytać co  w ich duszy gra . Uwielbiają czytanie książek , pływanie , różne zabawy z piłką oraz psami, które mieszkają razem z nimi.

Najmłodsza nasza Córka o szarozielonych oczach po Zosi ,   Paulina , jest  psychologiem  i ciepłą, opiekuńczą, wrażliwą Matką. Właśnie kończy opracowywanie doktoratu , pracuje na  uczelni gdzie realizuje swoje pedagogiczne pasje.  Jej Mąż- Albert, mgr administracji ,  jest fachowcem w dziedzinie Ochrony Środowiska .  Mają dwóch  uroczych Synków- 4 letniego Wiktorka i pół rocznego Patryka. Wiktorek ma śniadą  karnację po Ojcu,  uwielbia wszelakie urządzenia mechaniczne i elektryczne. Na spacerach, stale odwiedzamy miejsca, gdzie można obejrzeć  przeróżne klimatyzatory, czujniki, bankomaty, z których mimo  bardzo bardzo młodego wieku  już potrafi korzystać. Obsługuje też komputer i rozmontował  sporo odbiorników radiowych. Patryk , milusi półroczniak,  jest bardzo ruchliwy , towarzyski, ale sam potrafi się bawić, gdyż Rodzice mają dla niego mniej czasu i bardzo chce uczestniczyć w zajęciach Brata.

    Z przyjemnością obserwujemy, że małżeństwa naszych dzieci są partnerskie, co jest znakiem czasów. My zostaliśmy wychowani inaczej, w naszej rodzinie był wyraźny podział ról .

    Wszystkie nasze Dzieci i Wnuki, tak jak my, uwielbiają poznawać świat, ale też kochają łazęgi po lesie, grzybobranie i potrafią cieszyć się życiem . Pamiętają o wszystkich naszych rocznicach, urodzinach i imieninach oraz świętach . Pielęgnują tradycję wspólnych rodzinnych spotkań, co raduje nasze serca. 

Starsze  Wnuki już  osiągają sukcesy sportowe, mają dobre wyniki w nauce, są ciekawymi obserwatorami życia a nawet piszą poezje. Najmłodsza czwórka też posiada wyraźne zadatki na bardzo ciekawych dorosłych.

R o d z i n a  s t a n o w i  d l a   n a s  w i e l k ą   r a d o ś ć  i  d u m ę .!

    Młodszy syn Jana, a mój Brat-Paweł,  był  prawnikiem oraz dobrym, łagodnym , ciepłym ,   uczynnym i bardzo lubianym przez innych  Człowiekiem . Niestety odszedł od nas  przedwcześnie, w  wieku 55 lat, w sposób gwałtowny i niezawiniony.

Ta śmierć położyła się cieniem na całą naszą Rodzinę.

Ale  Jego Najbliższym po prostu zawalił się świat, do tej pory bezpieczny i przewidywalny.  

Wszystkie obowiązki domowe  z konieczności przyjęła na swoje barki Jego żona, Grażyna – filolog, redaktor w wydawnictwach naukowych. Nie poddała się, dźwiga swój ciężar z niebywałą siłą.  Jest aktywna ,  chętnie bywa w kinach, teatrach i na zajęciach naukowych.

Dobrze, że zawsze wspiera Ją najstarszy Syn- Łukasz . Gdy odszedł Paweł, Łukasz miał już tytuł doktora ekonomii,  rodzinę , był  dojrzały i odpowiedzialny . Teraz jest  wykładowcą na uczelni . Jego Żona – Dorota jest  krytykiem teatralnym.  Posiadają dwoje  dzieci – Dominikę i Gerarda. Mają  zdolności aktorskie, pięknie śpiewają i już od dawna występują na deskach teatrów, pomimo bardzo młodego wieku.

Młodszy syn Grażyny i Pawła , Jan, w chwili śmierci Ojca, był młodym nastolatkiem. Widzieliśmy z jakim trudem  starał się podtrzymywać Matkę , mimo, że  był to chyba ciężar ponad Jego siły . Ma  zdolności humanistyczne, znakomicie zna historię, geografię i posiada  talent pedagogiczny. Potrafi być opiekuńczy, rodzinny i naprawdę imponuje posiadaną wiedzą….

        Mój Ojciec- Jan , wkrótce po zakończeniu pisania pamiętnika, odszedł do innego, pewnie ciekawszego świata.

Zmarł 22 grudnia 1985 roku , nagle w Szpitalu Olsztyńskim, gdzie miał planowo przetaczaną krew z powodu przewlekłej białaczki szpikowej.

Do końca zachował jasność umysłu, radość życia , wiarę w ludzi i nigdy nie wspominał źle swoich oprawców, co nas zadziwiało. Ponadto kochał ogród i pszczoły no i oczywiście zawsze wielbił swoją jedyną Wielką Miłość- Helenę…

Ona niedługo potem poszła za Janem . Jak mawiała po Jego śmierci, używając przenośni- ich wspólny dzban życia pękł … . Zmarła 2 marca 1987 roku, w dzień swoich Urodzin i Imienin.”.

Tutaj kończy się opowieść Mirka. A teraz ja, ich synowa, Zosia, znowu wracam do mojej opowieści.

    Helena i Jan, moi Teściowie  spoczywają na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim, w tzw. Alei Zasłużonych. Wiatr ich kołysze do snu , gdy wpada pomiędzy pięknie, zielone zadrzewione wzgórza .

Po pogrzebie Heleny, odjeżdżaliśmy późnym wieczorem z Lidzbarka. Myśleliśmy, że tam , w tym  niewielkim nieco sennym i pięknym miasteczku zostały tylko groby. Ale tak nie było. Na ostatnim wysokim zakręcie odwróciłam się , patrząc na oddalające się miasto i nagle ujrzałam jarzące się światełka na konarze wielkiego przydrożnego drzewa. Były to dwie sowy, siedzące blisko siebie, tyłem do miasta i patrzyły w naszym kierunku. Nigdy przedtem ani później nie widziałam tych nocnych ptaków….

          Na marginesie opowieści o Janie, Helenie i ich synach nie sposób pominąć pewnej niezwykłej przyjaźni  dwóch rodzin- Konopielków i Łukaszewiczów uwieńczonej naszym małżeństwem. Losy te, tak bardzo nietypowe, przedstawię poniżej.

Wspólna historia zaczyna się w Smorgoniach.

Ale przedtem, moja Mama – Stefania Jakubiec,  po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Białej ( wówczas było to odrębne miasto- obecnie jest połączone z Bielskiem) wyjechała na dalekie kresy, niosąc tam przysłowiowy kaganiec oświaty.

Było to w 1925 roku, państwo Polskie było bardzo młode i potrzebni byli nauczyciele, szczególnie w tych rejonach. Początkowo pracowała w miasteczku przy granicy z Rosją – w Rakowie, gdzie poznała mojego Tatę, Wacława Łukaszewicza. Ich wielka miłość, taka od pierwszego wejrzenia,  dojrzała w postaci małżeństwa zawartego w 1932 roku. Ponieważ Tato ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie, otrzymał pracę na kolei w tym mieście.  Po urodzeniu 14.05.1934 roku syna- Zenona  , Rodzice starali się o pracę dla Mamy w pobliżu Wilna.  I w rezultacie w 1938 roku, Mama zamieszkała w Smorgoniach.

       Jakże dziwnie  splatają się losy ludzkie. Mama odbyła tak długą drogę ze swoich gór, by spotkać miłość swojego życia i wkrótce poznać Konopielków. Po przyjeździe do Smorgoń, , uczestniczyła w zebraniach nauczycielskich . I tam po raz pierwszy zobaczyła Jana. Zwracał uwagę urodą oraz elokwencją i wiedzą. Należał do czołowych dyskutantów. Wówczas jeszcze nie poznali się osobiście i nawet ze sobą nie rozmawiali.

       W przeddzień wybuchu wojny, dokładnie 31 sierpnia 1939 roku , mój Tato , jako kolejarz został  zmobilizowany i wysłany  nakazem pracy w poznańskie. Gdy zdążał na miejsce, Niemcy zaczęli atakować polską ludność cywilną . Wybuchła panika i chaos. Tato próbował wracać do domu, ale po drodze został aresztowany i po kilku miejscach uwięzienia ostatecznie  osadzony w obozie koncentracyjnym pod Berlinem w Sachsenhausen. Mama została sama z 5 letnim Zenonem, w trzymiesięcznej ciąży. W lutym 1940 roku, urodziła Synka, który otrzymał imię Ojca- Wacław. Swojego Ojca nigdy nie poznał.  

     Nieco wcześniej, bo 21 września 1939 roku,  Mama się dowiedziała od sąsiadów o nie dającej się opisać słowami tragedii, którą przeżyła żona Jana- bandyci zamordowali całą Jej Rodzinę. Jan pisze o tym straszliwym wydarzeniu w swoim pamiętniku. Całe miasteczko wyległo na ulicę gdy dwa dni później odbywał się tragiczny pogrzeb formujący się w wielki pochód. Rozpoczynało go siedem trumien z ciałami zamordowanych, które  spoczęły na miejscowym cmentarzu. Teraz jest tam nadal pomnik na Ich grobach i opiekuje się nim życzliwa daleka krewna, mieszkanka Smorgoń.

      Któregoś dnia, po kilku tygodniach od tego wydarzenia , Mama jak zwykle zabrała Zenona i udała się do stołówki  szkolnej, gdzie jadali obiady.

I wówczas dostrzegła siedzącą w rogu sali nieznajomą kobietę. Była  przeraźliwie blada, właściwie przezroczysta , bardzo szczupła w właściwie wychudzona . Miała piękną twarz   o nieruchomych oczach. Wyglądała jak Madonna z obrazów. Obok niej siedział kilkuletni chłopczyk i  z wielkim zainteresowaniem przyglądał się  wchodzącym .

Gdy Mama z Zenonem usiedli przy stoliku, chłopczyk nie wytrzymał , zerwał się i podbiegł do Zenona. Zaczął go zaczepiać i po chwili obaj hasali po stołówce.  

Wówczas   Panie wymieniły uprzejmości, przedstawiły się sobie i od razu poczuły do siebie sympatię.  

Okazało się, że ów wesolutki chłopczyk nazywa się Mirek, jest o rok młodszy od Zenona a ta pogrążona w żałobie pani, nazywa się Helena Konopielko i jest żoną Jana.

T o  b y ł  m o m e n t  d z i e j o w y  w  h i s t o r i i  n a s z y c h  r o d z i n.

   Panie zbliżyły się do siebie, często odwiedzały się w domach a  chłopcy lubili wspólne zabawy.    

W tym czasie Konopielkom powodziło się dość dobrze. Mieli jeszcze folwark, młyn i kamienice w Smorgoniach i chyba w Wilnie. Mama była sama z dwojgiem dzieci. Jan często podrzucał Mamie jakieś wiktuały, zabierał Zenona do swojego domu, gdzie chłopiec miał dobre wyżywienie, opiekę i ciepło domowe.

W 1942 roku miał przyjść na świat kolejny potomek Konopielków. W tym czasie mieszkali oni w Sukniewiczach, pod Smorgoniami, trwała wojna, obowiązywała godzina policyjna i zakaz  włączania  światła o zmroku.  Dlatego Panie  uzgodniły, że będzie bezpieczniej, by poród odbył się w Smorgoniach. Mieszkała tam zaprzyjaźniona położna i niedaleko był szpital, niezbędny w razie komplikacji.  Mama zaproponowała, by Helena rodziła w Jej mieszkaniu.  

Tydzień przed terminem tego wydarzenia, Jan zabrał Zenona do swojego majątku, gdzie razem z Mirkiem przebywał pod opieką służącej . Mały dwuletni Wacuś pozostał w domu i tam też  czasowo zakwaterowano  ciężarną Helenę .

Ponieważ Panie się lubiły, to czas mijał na przyjemnych rozmowach. Ale któregoś dnia, wieczorem, Mama zrobiła podręczne pranie i przypadkowo wylała nieco wody na podłogę w kuchni. Do wycierania wody wydelegowała Helenę, uzasadniając, że kobieta, która jest aktywna fizycznie, łatwiej urodzi. I faktycznie po kilku godzinach rozpoczęła się akcja porodowa. Znacznie później  Helena lubiła wypominać Stefie, że przez nią urodziła Syna. Oczywiście to były takie sympatyczne żarty .

Mama rozpaliła w piecu, nastawiła kocioł z wodą i pobiegła po położną.

Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, została zapalona świeczka , którą Mama oświetlała drogę przychodzącemu na świat , umożliwiając jakieś działanie przy położnicy. Helena rodziła na naszym tapczanie, który potem przyjechał z Mamą do Gorzowa.

I po kilku godzinach, bez komplikacji , w nikłym świetle pełzającego  ognika świeczki, przyszedł na świat duży dorodny chłopiec.

Było to 29.03.1942 roku. Otrzymał On imię  zamordowanego małego braciszka Heleny- Paweł.

Rano przybył do nich Jan. Przywiózł jakieś ciuchy i zapytał gdzie jego żona . Mama pokazała odpoczywającą na tapczanie Helenę z niewielkim tłumoczkiem u boku.  Jan się zaśmiał. Żarty sobie robicie, lalkę jakąś widzę. Ale w tym samym momencie lalka wydała z siebie ogromny wrzask świadczący o wielkim głodzie noworodka, który od razu przyssał się do piersi, a na szczęście miał tam dużo jedzenia. Mirek był karmiony sztucznie, bo pokarmu nie stawało, ale Paweł był wychowany na piersi , zdrowo, tak jak trzeba.

Trudno było nie uwierzyć, że to nie jest lalka, a drugi syn Konopielków.

To była wielka radość. Pomimo wojny, ludzie chcieli żyć normalnie, kochali się, powiększali rodziny i wierzyli w dalsze dobre życie.

      W sierpniu 1944 roku na te tereny weszli ponownie Rosjanie. Przywlekli ze sobą  czerwonkę. Wówczas zmarł mój 4,5 letni braciszek Wacuś .

Jan pomógł zorganizować pogrzeb, trumienkę i oboje z Heleną opiekowali się moją Mamą, która była pogrążona w apatii i rozpaczy.

      Jednak już pod koniec tego samego miesiąca sowieci wkroczyli do domu Konopielków i  aresztowali  Jana. Nie był  winny zarzucanym czynom, przedstawiał świadków, którzy dawali mu pełne alibi, ale to nie pomogło. Spreparowano zarzuty, zastraszono ludzi, którzy zeznawali przeciwko i zapadł wyrok. Otrzymał 10 lat katorgi. W pamiętniku opisał te dzieje, miejsca w których był więziony nawet ich urok, ciężką katorżniczą pracę i  tułaczkę w straszliwych warunkach po całej Rosji od krańca do krańca kontynentu.

   Mama zawsze wspominała, jak  Helena woziła paczki dla swojego uwięzionego męża, gdy przed ostatecznym wyrokiem przez wiele miesięcy przebywał  w straszliwym, słynnym więzieniu w Wilejce. Ta delikatna, wątła kobieta , obciążona tobołami z jedzeniem i odzieżą, pieszo przemierzała wielokilometrową drogę do dworca, długo wyczekiwała na peronach na pociąg,  który nie zawsze nadjeżdżał albo był tak przepełniony, że nie zabierał słabych kobiet. Potem przez wiele godzin stała pod więzieniem, czekając na łaskawe otwarcie okienka, za którym strażnik przyjmował paczki. Ostatnio widziałam taką scenę na filmie –serialu” Anna German”- nie muszę ukrywać, że łzy same płynęły….

Helena była bardzo dzielną kobietą.

Nie wiem, czy w tych czasach któraś żona byłaby zdolna tak się poświęcać dla męża. Jan wspomina o tych paczkach, ale właściwie mimochodem, jakby to było normalne. Ale dla mnie to nie było zwykłe. To było bohaterstwo.

     Kiedy po wojnie Mama z Zenonem i Helena z synami wrócili do Polski- Mama zdecydowała na wyjazd w Beskidy, gdzie była jej rodzina a Helena do Lidzbarka, gdzie już byli jej kuzyni.

Na marginesie powszechnego zjawiska, jakim było opuszczanie rodzinnych terenów, które po zakończeniu wojny należały do Związku Radzieckiego, w miarę upływu lat rozważam, co było większym bohaterstwem. Czy opuszczenie swoich rodzinnych stron i wyjazd w obce i  nieznane w celu poszukiwania Polski czy pozostanie na miejscu, trwanie przy  ziemi swoich przodków i zachowanie w sercach polskiego ducha a nawet walka o polskość wbrew temu, czego chciały rosyjskie władze. Obie sytuacje nie były godne pozazdroszczenia i często tragiczne , nie było złotego wyjścia.

     W 1946 roku wrócił z obozu mój Tato, ale Jan był nadal w syberyjskiej głuszy, nie docierały od niego żadne wieści,  a nawet w 1949 roku dotarła   do rodziny informacja,  że zaginął bez śladu.

Gdy Mama i Helena znalazły się w Polsce, od razu nawiązały kontakt.

Okazało się, że ich wojenna przyjaźń była silna i trwała .

Tym razem Mama, mając już u boku męża chciała jakoś pomagać Helenie, która musiała ukończyć studia pedagogiczne, by kontynuować pracę w szkole.

     W wakacje 1947 roku Helena miała sesję na swoich studiach zaocznych. Musiała zorganizować opiekę nad synami.  Wówczas mój Tato pojechał do Lidzbarka Warmińskiego po Pawła i Mirka. Dopiero  wtedy miał okazję poznać Helenę, gdyż wcześniej w tym pamiętnym roku 1939 , gdy nawiązała się przyjaźń Mamy i Heli ,  przebywał  już w obozie koncentracyjnym.

Jednak widocznie pomiędzy rodzinami krążyły  jakieś dobre fluidy, bo od razu się polubili. Pawełek miał 5 lat, a Mirek 12.  

Następnego dnia, po przyjeździe do Gorzowa ,  Mirek ze starszym o rok  Zenonem pojechali sami w góry, do ciotki mieszkającej w Łodygowicach . Moi Rodzice przestrzegali, by chłopcy w czasie podróży z nikim nie rozmawiali, bo mogła to być osoba niebezpieczna. I wówczas Mirek zapytał figlarnie- a jeśli to będzie ładna dziewczyna?

Taki był już od dzieciństwa, aktywny, wesoły, ufnie wychodzący do ludzi. I to Mu pozostało. Chłopcy spędzili w górach dwa miesiące. Wujek uczył ich strzelania z łuku. Mój brat, Zenon trafił od razu w środek tarczy i odszedł a Mirkowi się nie udawało. Ćwiczył zapamiętale do wieczora, aż osiągnął cel. Wzbudził tym podziw wujka. Te cechy, upór , cierpliwość w dążeniu do zrealizowania zamierzeń pozostały mu do tej pory….

       Mama  tym czasie była w ciąży ze mną i przesiadywała w domu z Pawełkiem, który bardzo tęsknił za swoją mamuśką, nie chciał jeść. Ponieważ chętnie biegał do pobliskiego sklepu po bułeczki, Mama się cieszyła, że przynajmniej to zajada. Ale  niestety po Jego wyjeździe, wszystkie ponadgryzane bułeczki wymiotła spod szafy. Pawełek ożywiał się jedynie widząc z balkonu wracającego z pracy mojego Tatę. Wołał wówczas- „ proszę pani, proszę pani- tatuś idzie”. Aż kiedyś jakaś sąsiadka zapytała Mamę – a cóż to za dziecko u państwa, które na panią mówi pani a na pana- tatuś”. To świadczyło, ile w tym dziecku było pragnienia by posiadać ojca, ile tęsknoty za nieobecnym. Przecież Jana zabrano gdy Pawełek miał  zaledwie dwa latka….

    Potem wielokrotnie spędzaliśmy wakacje wspólnie z Pawłem.

Pamiętam, jak przybywał do nas, gdy byliśmy nad morzem, na wczasach wagonowych. Spotykaliśmy go na dworcu, albo siadywałam na schodkach przed naszym wagonem   i wypatrywałam .

Mój brat był dużo starszy ode mnie i miał swoje życie, więc byłam sama. Źle się czułam jako jedynaczka i zawsze bardzo się cieszyłam, gdy przyjeżdżał Paweł .

Lubiłam, gdy się zbliżał do wagonu,  wysoki, nieco przygarbiony , chudy, z nieodłącznym  siermiężnym plecakiem. Zwykle przebywał z nami przez cały turnus i  ochoczo pałaszował swoje porcje a także to , czego nie mógł jeść ojciec z powodu poobozowych  dolegliwości gastrycznych .

Wzajemna sympatia Pawła i mojego Taty przetrwała od znamiennego pobytu chłopca w Gorzowie. Teraz mieli wiele wspólnych pasji, ale chyba największą było skupianie się nad  grubaśnym Rozkładem  Jazdy Pociągów i planowanie jakiś fikcyjnych podróży. Tato dbał o Jego sylwetkę i zawsze zwracał uwagę, by chodził prosto a nawet czasami sugerował, by w celu wyprostowania pleców zakładał poprzecznie kij  pomiędzy plecami a  ramionami .  

Paweł był bardzo opiekuńczy. Pamiętam, jak w tym niezapomnianym czasie wspólnych  wakacji nad morzem, uwielbiałam poranne kąpiele. Budziłam Pawła, ale On odwracał się na drugi bok i dalej smacznie chrapał. Ale, jak opowiadała Mama, po chwili się zwlekał z łóżka mrucząc- pójdę, bo jeszcze się utopi. A ja, taplając się w morskiej fali,  obserwowałam pustą o tej porze  wydmę i z radością witałam znajomą wielką i chudą sylwetkę na jej szczycie….

Paweł był mi jak Najprawdziwszy Brat….

       Gdy wrócił Jan z Syberii, Konopielkowie od razu odwiedzili nas w Gorzowie.

Znajomość i przyjaźń trwała. Lubiłam jeździć do Lidzbarka, spotykać tych Ludzi, którzy mimo bardzo ciężkiego życia zachowali wielką radość, optymizm i ciepło. Grzałam się u ich boku. Zresztą podobnie odczuwał mój brat Zenon, i wielu młodych ludzi, którzy lgnęli do tego domu…..

        Po latach spotkałam dorosłego Mirka. Przedtem nasze drogi się rozmijały, studiował, rozpoczął pracę w Warszawie i do Lidzbarka przyjeżdżał rzadko.

W opowieściach Mamy a może w mojej pamięci pozostało tylko jedno wcześniejsze wspólne  spotkanie . Gdy miałam może cztery albo pięć lat  , pojechaliśmy jak zwykle do Lidzbarka. I wtedy ponoć Mama  żartowała  że ja jestem dobrą partią , gdyż dostanę ładny  posag, bo Rodzice  oddadzą mi  przepiękne poniemieckie meble, które mieli w gorzowskim mieszkaniu. Faktycznie były ładne duże i ciekawe.  Wówczas Mirek, który wtedy już był młodzieńcem, ale nie pozbawionym poczucia humoru i dystansu do siebie,  przyklęknął na jedno kolano i oznajmił, że  w takiej sytuacji On prosi Zosię o rękę.   Ale  ja natychmiast bardzo poważnie  odpowiedziałam, że niestety  wyjdę za mąż za lekarza świń i krów. W sąsiedztwie, przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie, mieszkał dość pulchny młodzieniec, który był weterynarzem. Bardzo go lubiłam….Tego wydarzenia Mirek nie zapamiętał, a jedynie jakąś inną migawkę z tego czasu. Otóż  tam, gdzie wówczas mieszkali Konopielkowie,  przy ul.Mazurskiej na pięterku,  wucecik był na parterze, w mrocznym miejscu.  Sama się bałam tam schodzić, tym bardziej, że schody były wysokie i kręte. Mamie nie bardzo chciało się ze mną tam ze wędrować i wówczas  Mirek zadeklarował swoją pomoc .. Potem już się nie widywaliśmy.

Gdy się spotkaliśmy po kilkunastu latach ,  jakimś dziwnym trafem ulegliśmy wzajemnej magii.

I nadal jesteśmy pod jej wpływem. ….

Tylko zdążyły wyrosnąć nasze dzieci i wnuki…..

I dalej tak napisał Mirek:

„ Wszystkie nasze dzieci się urodziły i wychowały w niewielkim żoliborskim mieszkaniu z szerokim widokiem na Warszawę .

Dziś mieszkamy sobie w wymarzonym domku w Michałowicach  w pobliżu naszej Córki- Ewy, która wyszukała dla nas działkę i zdopingowała do budowy domu.

Od ponad 30 lat  wyjeżdżamy do Gulczewa , gdzie mamy domek letni przytulony do cudnie meandrującego Bugu i Puszczy Białej będącej częścią Puszczy Kurpiowskiej.

8 lat temu wróciliśmy w góry , gdzie urodziła się Mamy Zosi- do Godziszki. I tam w pięknym miejscu, u podnóża Skrzycznego z widokiem na całą Kotlinę Żywiecką i dookolne szczyty jak m.in. dostojną, rozłożystą Babią Górę- prawdziwą babę, Pilsko, Romankę i inne, wyrosła nasza drewniana, niewielka ale urocza chatka . Miejsce jest urokliwe,   chętnie i często tutaj wyjeżdżamy. Lubią tam też przebywać nasze Dzieci i Wnuki, co nas bardzo raduje.

Ja , mimo poemerytalnego wieku i znacznej naturalnej dominacji młodych, nadal współpracuję jako doradca z dużą korporacją cementową,  z czego jest bardzo dumna moja Rodzina. . Zosia czasami konsultuje dzieci z chorobami nerek, udziela porad internetowych oraz prowadzi nasz rodzinny pamiętnik i wspomnienia ze swojej medycznej ścieżki , wkładając te treści do blogu. Może  powstanie z tego dość obszerna saga rodzin Konopielków i  Łukaszewiczów .

Jesteśmy zadowoleni z naszych osiągnięć i czujemy się spełnieni zawodowo.

Cieszymy się szczęśliwym życiem naszych Dzieci a przede wszystkim Wnucząt i staramy się im pomagać.

Ich życie, ich sukcesy, problemy, dzień po dniu są naszymi radościami i kłopotami.

      I wyobrażamy sobie, że nasza Rodzinna Gromadka, która już się uwolniła  od ziemskich problemów, rezyduje w Zaświatach i  spędza tam razem mile czas, tak jak kiedyś…Jest tam  nasz  Jan- Sybirak w towarzystwie swojej  Ukochanej ( jak zawsze podkreślał) Helenki  , są Wojciulowie, pomordowani Rodzice i Rodzeństwo Heli, są Rodzice Zosi- Łukaszewiczowie  z  Synkiem  maleńkim Wacusiem, bardzo dorosłym Synem- Zenonem a także nasz Brat- Paweł.

Oni Wszyscy patrzą na nas  ze swoich  dalekich galaktyk i widząc, jak  rosną nasze dzieci i wnuki, kochają się i  są sobie życzliwi…wielce się radują.

A Jan  pewnie tak sobie  myśli-

„ warto było się urodzić, pięknie żyć, kochać z całego serca- bo bez tego nie byłoby  tak licznej rodziny, która wywodzi  się z mojej gałęzi naszego silnego i wielkiego drzewa rodowego .

I warto było walczyć o przetrwanie syberyjskiej katorgi,  by jeszcze się spotkać po latach, odbudować więzy rodzinne ,  zobaczyć Wnuki i Wami Wszystkimi się cieszyć…. „

Może nasi potomkowie, kolejne młode pokolenia wezmą do ręki tę książeczkę i wspomną ciepło swojego praDziadka, Sybiraka, pomyślą o tym, jaki On był i będą  pielęgnować w sobie Jego cechy charakteru- wszak mają w sobie Jego silne i dobre geny.

Pozdrawiamy Ciebie Janie i dziękujemy za Twój piękny przykład życia i postaramy się żebyś był z nas zadowolony”.

Mirosław i Zofia Konopielko z d.Łukaszewicz                              Michałowice k/Warszawy marzec 2013            

Streszczenie części Pamiętnika dotyczącej uwięzienia i katorgi Jana na Syberii. Praca Michała Gregorowicza – prawnuka Jana przedstawiona na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej.


zastanawiałam się jakie teraz pokazać zdjęcie – jednak to, właśnie to, nigdy nie pokazywane – Jan po katordze ….

Przedstawił je na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej, prawnuk Jana- Michał Gregorowicz, syn Ewy ( córki Mirosława i Zofii Konopielko) i Marcina.

Jan Konopielko był moim pradziadkiem, ojcem ojca mojej Mamy. Urodził się w 1906 roku. Pozostawił swój pamiętnik, w którym poza dzieciństwem i trudną drogą do zawodu nauczyciela opisał losy aresztowania, więzienia, katorgi i wiecznej zsyłki.

Pochodził z biednej rodziny, mieszkającej w Kołpiei,  niedaleko Wilna.

Bardzo chciał się uczyć i uporczywie dążył, pomimo trudności, do pogłębiania wiedzy. Udało mu się  i został nauczycielem …

Ożenił się z wielkiej miłości , z dziewczyną której ojciec kilkakrotnie wyjeżdżał do pracy za ocean , do Ameryki Północnej i Południowej. Za zarobione pieniądze zakupił  dużo ziemi, wybudował kamienice w Smorgoniach i Wilnie oraz świetnie działający młyn.

Gdy wybuchła druga wojna światowa, te tereny zajęli Rosjanie, potem przyszli Niemcy, zdążając na Moskwę. Po klęsce pod Stalingradem, Niemcy uciekali a podążający za nimi sowieci,  znowu okupowali te ziemie. Stało się to w czerwcu 1944 roku .

Wówczas rozpoczęły się ponowne prześladowania miejscowej ludności. Wszystkich Polaków , którzy nie zginęli na froncie, a byli wykształceni i zajmowali stanowiska  w czasach gdy jeszcze była tutaj Polska a także ich rodziny- kobiety w ciąży , z małymi dziećmi wywozili w głąb Rosji radzieckiej.

Gdy ktoś się uratował przed wywozami, był prześladowany na miejscu.

Sowieci nienawidzili ludzi wykształconych i bogatych. Taka była idea bolszewizmu.

Niestety mój pradziadek, Jan, dobrze wykształcony nauczyciel  i współwłaściciel dużego majątku znalazł się na ich celowniku.

Wkrótce został aresztowany.

W swoim pamiętniku opisał, jak starannie spreparowano przeciwko niemu wymyślone, oczywiście fałszywe oskarżenia. Znaleziono ludzi , których zastraszono i oni jako świadkowie na rozprawie zeznawali nieprawdę.

Jan próbował się bronić, walczył o prawdę, składał odwołania, ale niestety to nic nie dało. Siedział w znanym podwileńskim więzieniu w Wilejce, gdzie panowały bardzo złe warunki. Wreszcie po wielu miesiącach  odbyło się ostatnie posiedzenie sądu. Podtrzymano oskarżenia , a nawet wystraszony świadek potwierdził pytanie sędziego, że Konopielko strzelał do komunistów z armaty. Wywołało to śmiech na sali sądowej , bo przecież armaty nikt tutaj nie posiadał, a Jan nie był żołnierzem, tylko nauczycielem.

Jednak mimo wyraźnego kłamliwego oskarżenia, zapadł wyrok skazujący Jana na 10 lat  katorgi.

Jan został przewieziony do obozu na północ, nad Morze Białe, niedaleko Archangielska, w krainę bagien , niskiej roślinności zwanej tundrą i zawsze panującego zimna. Tam budował z innymi zesłanymi nowe miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierodwińsk). Warto zajrzeć do jego pamiętnika, gdzie opisuje warunki w jakich mieszkał i pracował oraz klimaty tego miejsca.

 Ponieważ wspólnie z nim było tam zamkniętych wielu bandziorów, władze sowieckie się zorientowały, że więźniowie polityczni, do których zaliczano Jana, mogą uświadomić tych bandytów i wspólnie zorganizować bunt. Pewnie mieli rację, a może jakieś już własne obserwacje, że  więźniowie polityczni będąc  ludźmi wykształconymi potrafią dzięki swojej inteligencji przekonać do buntu tych  prymitywnych bandytów.

Wobec tego któregoś dnia wpakowano politycznych do pociągu i długo wieziono trasą linii transsyberyjskiej na wschód. Na mapce, którą załączono do pamiętnika jest wyrysowana cała trasą, jaką przebył Jan z innymi więźniami.

Znaleźli się oni w sercu Syberii.

Niedaleko Tajszetu wyładowano ich w tajdze. I o tym jak wyglądała tam praca przy karczowaniu wielkich drzew, jaki panował tam klimat, też ciekawie  napisał Jan w pamiętniku.

    Od czasu wywiezienia Jana w głąb Syberii,  rodzina już nie dostawała od niego listów, a nawet sowieci przekazali im informację , że zaginął bez śladu.

    Mijały lata. Ciężka praca i niedożywienie powodowały, że więźniowie zapadali na straszliwe choroby ale głównie wyniszczenie organizmu.

Jan też słabł, nawet planował , by odrąbać sobie nogę co dawałoby mu szansę schronienia na jakiś czas w miejscu w miarę ciepłym , którym był niewielki barak nazywany szpitalem . Rosjanie dbali o pozory, pewnie dla opinii światowej, przecież jakieś informacje stąd się wydostawały, że dbają o zdrowie katorżników. Co pewien czas pojawiał się lekarz i badał więźniów pod kątem ich wyczerpania i chorób.

Akurat wtedy, gdy Jan już zadecydował że uszkodzi sobie ciało, odbyła się taka komisja.   Zgłosił , że już nie ma sił i został oceniony jako skrajnie wyniszczony oraz że ma niewyrównaną  wadą serca. Zalecono leczenie w tym niby szpitaliku. Poczuł ulgę, bo widział, że dalej już by nie wytrzymał i stracił życie.  Dostawał tam nieco więcej jedzenia- te okropne posiłki opisał w pamiętniku. Po wyjściu , pracował dalej, ale już w lepszych warunkach, które zaleciła komisja lekarska . Został magazynierem, pomagał też w kuchni, gdzie miał szansę otrzymać jakieś resztki jedzenia.

   Powoli zbliżał się koniec jego 10 letniego wyroku .

Kilka miesięcy przed możliwym wyjściem postanowił wykorzystać stare zużyte spodnie, których nie oddawał na szmaty, by z nich uszyć marynareczkę. Zaniósł je do krawca.

I wtedy właśnie nastał nowy naczelnik obozu.

 Był młody , chciał się wykazać władzy, dostawać pieniądze, nagrody i medale a może nawet awansować. Zaczął więc węszyć w obozie, szukając jakieś zaniedbań , nieprawidłowości i po kilku dniach odwiedził krawca, który właśnie szył marynareczką dla Jana. Nie pomogły tłumaczenia, że używał materiału ze starych dziurawych spodni.

Od razu zdecydował, że za karę wyśle Jana na Kołymę.

Było to miejsce położone bardzo daleko na wschodzie, więźniowie pracowali w kopalniach złota, i najczęściej stamtąd nie wracali bo praca ta i warunki były straszliwe. Dlatego tam wysyłano więźniów młodszych, a Jan już miał więcej niż 40 lat. Od decyzji naczelnika nie było odwołania.

Zapakowano więc mojego pradziadka i wielu innych do pociągu i dalej trasą linii kolejowej, transsyberyjskiej powieziono na wschód. Podróż trwała kilkanaście dni. Po drodze mijali piękne jezioro Bajkał , ale opadali z sił, bo panowały już wtedy ogromne upały a skazańcy nie dostawali wystarczającej ilości wody.

 Wreszcie dotarli nad wielką rzekę Amur, która przepływała przez Jezioro Bajkał.

Tam ich wagony były umieszczane na promie i po przeprawie  jechali dalej .

Ledwie żywych, same szkielety ludzkie, wysuszone do ostatnich granic, wyrzucono na wschodnim krańcu kontynentu, nad Cieśniną Tatarską, odgraniczającą wyspę Sachalin od lądu. Połowa tej wyspy należała do Japonii. Z niewielkiego portu wypływały statki na wyspę Kołymę, tam gdzie był cel podróży.

Gdy Jan próbował złapać oddech, nie wiedział dlaczego nie może oddychać. Ponoć powietrze w tym miejscu było prawie pozbawione tlenu.

Czuł, że już niedługo umrze. Tak dalej nie dało się żyć, a wizja pracy na Kołymie, o której więźniowie wiedzieli z opowieści,  pogłębiała to uczucie.

Ładowano ludzi na statki. Jan czekał swojej kolejki.

Wreszcie przy dźwiękach muzyki, bo tak sowieci urządzali swoje wywozy tworząc na swój sposób zakłamany nastrój radości, Jan też znalazł się na statku. Był to już ostatni transport tego dnia. Nawet nie miał siły by się martwić. Biernie czekał na śmierć.

I wtedy nagle stał się cud.

Dowódca transportu obwieścił, że ten ostatni statek już nie popłynie, bo  przetransportowano wystarczającą liczbę więźniów.

Wszystkich, którzy już byli na tym statku zabrano z powrotem na ląd. Zapakowano do wagonów i powieziono z powrotem.

Jan znalazł się wśród nich.

   Wracał na dawne miejsce katorgi, do tajgi.

Po kilkunastu dniach podróży, w nieco lepszych warunkach, bo dostawali więcej wody do picia, znaleźli się niedaleko Omska. To miejsce też jest zaznaczone na mapce.

Tam okazało się, że właśnie minęło 10 lat katorgi Jana.

Jednak nie był to koniec udręki.

Już kiedyś Stalin wydał zarządzenie,  że ludzie , którzy odbyli wyrok nie mogą wracać do miejsc, gdzie się urodzili. Muszą pozostać tam, gdzie ich wywieziono,  w głębi Rosji i tam pracować dla tego państwa.  . Nazywało się to wieczną zsyłką.

Oficer, który przybył z Ałma Aty, stolicy Kazachstanu, gdzie teraz przebywał i nadal pracował Jan, wręczył mu decyzję o uwolnieniu, ale równocześnie kazał podpisać zgodę na wieczną zsyłkę.

Tutaj Jan się postawił, wróciła dawna bojowa natura. Pomyślał, że nie może być gorzej, niż to co przeszedł. Odmówił złożenia podpisu i nie uległ, gdy go zmuszano.

Jednak nikt się nie przejął,  że były więzień nie podpisał tych papierów . Pomimo odmowy, nadano mu rozkaz podjęcia pracy, pomimo, że był wolnym człowiekiem.

    Do obozu, gdzie przebywał, przyjeżdżali różni ludzie z miejsc, gdzie potrzebne były ręce do pracy. Nie godził się na różne propozycje, nie chciał pracować na roli.

W końcu przyjął propozycję pracy w budownictwie i wyjechał do sowchozu Telmana  i tam ciężko pracując, czekał na decyzję władz w Moskwie, do których złożył petycję o zgodę na powrót do rodziny.

Nawiązał kontakt z rodzeństwem.

Dowiedział się , że jego żona z dziećmi opuściła rodzinne tereny, gdzie w obrębie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich , tzw. ZSRR, powstała republika Białoruska . Wyjechali oni, tam gdzie była Polska. Po II wojnie światowej zmieniono granice Polski, ZSRR zabrało dużą część ziem polskich. Polacy z tych terenów, nienawidzili sowietów, nie chcieli dalej tam mieszkać , marzyli o tym, by rozmawiać po polsku, a nie po rosyjsku.

Więc oni, wycieńczeni wojną wygnańcy, zapakowali się do wagonów towarowych, zabierając swoje dokumenty, i część dobytku, pojechali do Polski.

Rodzina Jana osiedliła się  w  Lidzbarku Warmińskim. Zamieszkali w opuszczonych przez Niemców domach  i zaczęli nowe życie. Moja prababcia- ukochana żona Jana, Helena była bardzo dzielną kobietą. Pracowała jako  nauczycielka i ze skromnej pensji utrzymywała synów, dała im wykształcenie a nawet ukończyła zaoczne studia pedagogiczne dojeżdżając do dalekiej Warszawy.

   Jan bardzo tęsknił za swoją rodziną. Chciał  wrócić nie tylko na tereny, gdzie się urodził, a gdzie teraz była Białoruś, ale do Polski, do Lidzbarka, gdzie czekali jego najbliżsi.

Od pierwszego dnia po uwolnieniu, ale na przymusowej wiecznej zsyłce  pisał różne protesty, prośby, odwołania a nawet jeździł z petycją do Moskwy .

I wreszcie dopiął swego bo był uparty i wytrwały. I gdy już  powoli tracił nadzieję, po dwóch latach starań ,  uzyskał zgodę.

W roku 1956 spotkał się z rodziną.

Jego żona, a moja babcia- Helena mimo, że była młoda i miała informacje, że mąż zaginął, wierzyła, że gdzieś tam daleko żyje, czekała. Nie chciała innego mężczyzny, a miała różne propozycje i zapewnienia, że jej pomogą .

Synowie bardzo kochali ojca, nigdy nie stracili nadziei na powrót ojca, podtrzymywali matkę na duchu  i odstraszali jej wielbicieli.

Stale powtarzali: Tatko wróci….

     Gdy ich opuszczał, w 1944 roku , starszy syn a mój dziadek – Mirek miał 9 lat a młodszy- Paweł 2 lata.

Teraz, po tych 12 latach  zobaczył młodzieńców. Mirek miał 21 lat, kończył   Politechnikę  a Paweł, 14 latek był uczniem liceum.

Ich Tatko wrócił.

Wszyscy byli bardzo szczęśliwi, że się spotkali,  zobaczyli i  nareszcie są razem.

Jednak nie było łatwo ponownie przyzwyczaić się do siebie, bo przecież po tylu latach wszyscy byli innymi niż kiedyś ludźmi.

Ale się udało.

Zwyciężyła miłość….