Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ). Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna do obozu nieopodal Tomskie.

ponownie mapka łagrów na terenie Rosji ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ).  Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna .,

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-Heleny z d. Wojciul

  Powrotna droga z Buchta- Banina

Zanim przystąpię do  opisania powrotnej drogi z punktu przesyłkowego , należy chyba poświęcić parę słów samej przystani.

Buchta- maleńka przystań przy brzegu Cieśniny Tatarskiej.

Z jednej strony- południowej otaczają ją skały, a od strony północnej sowiecka część Sachalinu.

Tą cieśniną wypływają  statki na Morze Ochockie.

Tym to morzem, podążają statki do portu w Magadanie.

Do rzeki Kołymy, gdzie kopią złoto…..

Z tego punktu przesyłowego rocznie odprawia się około 20 tysięcy więźniów różnego rodzaju do kopania złota- kruszcu.

Z Kołymy wraca w ciągu roku około 5 tys. nieszczęśników.

Już są niezdolni do żadnej pracy.

Z Buchta Banina odwożą ich znowu do innego łagru, jeśli jeszcze nie ukończyli swego terminu pobytu w obozie.

    Nowostka nad Cieśniną Tatarską

Świeci jasno słoneczko.

Ani jednej chmurki na niebie.

Mijają dwie minuty i już na firmamencie pokazuje się ciemny pęcherzyk.

Za minutę polało z niego jak z cebra.

Wszystkie nierówności zapełniła woda.

Gdzie były rowy, tam już szumiały rzeki pełne wód.

Z tego małego ciemnego pęcherzyka na niebie  była taka ulewa, jakiej ja jeszcze nigdy nie widziałem.

Minuta minęła i znów słoneczko świeci.

Tak to szybko zachodzi zmiana pogody w tej północnej krainie, nad Sachalinem radzieckim.

Powrót

A teraz wracam do tematu, do wyjazdu z Buchta Banina.  Opuszczam więc ten maleńki port na  wschodnim krańcu Rosji skąd wysyłają na Kołymę i skąd widać wyspę Sachalin …

A było tak. Na drugi dzień po odejściu okrętu  ( na Kołymę ) z tej przystani, zebrano nową grupę i popędzono na stację kolejową.

Tam po gdzie po rozsortowaniu według stanu  zdrowia – kto chory a kto zdrowy, ruszył pociąg w powrotną mękę.

Ja dostałem się do wagonu dla chorych.

Znalazłem miejsce na samych górnych narach.

Jazda nie była najgorsza, chociaż czułem ból – reumatyzm w lewej nodze i mocne pieczenie lewego oka, który to ból nękał mnie też myślą, że zostanę tylko z jednym okiem.

Za dobę byliśmy nad rzeką Amurem, gdzie przeprawiliśmy się promem dwupiętrowym.

Tu nas nakarmiono suchym chlebem i porcyjką cukru.

Dostarczono nam do wagonu wody. Nie brakowało jej tak, jak przedtem , w drodze do punktu przesyłowego, kiedy to nieomal nie umarliśmy pod drodze.

W drodze z Komsomolska do Bajkału mieliśmy nieprzyjemne wydarzenie.

Zmarł w wagonie , na sąsiedniej narze , towarzysz niedoli.

Patrzyliśmy jak cicho umiera.

W niczym nie mogliśmy pomóc.

Serca nasze ściskał ból.

Z g i n ą ł   z   w y c i e ń c z e n i a .

Po pewnym czasie zabrano go od nas.

Po siedmiu dniach znaleźliśmy się w mieście T o m s k i e , gdzie wysadzono nas i odprowadzono do obozu, znajdującego się dwa kilometry od miasta.

Korzystając z prawa- 15- dniowego wypoczynku – karantinu – po podróży – udałem się do lekarza obozowego w sprawie chorego oka.

Przedstawiłem, że oko coraz gorzej boli i mało co widzę.

Prosiłem lekarza, żeby mnie odesłał do szpitala na leczenie.

Nie przyjął mojej prośby i powiedział, że mogę odpoczywać i co trzy dni przychodzić do niego.

Nie dał żadnego lekarstwa.

Po trzech dniach zgłaszam się znowu  do niego.

Obejrzał, i mówi, że oko już lepiej wygląda.

I znowu nie dał lekarstwa.

I oto cudem oko bez lekarstwa zaczęło się goić.

Jeszcze przeszło trzy dni i ono zaczęło się oczyszczać od ropienia.

Z każdym dniem z okiem było lepiej.

Cieszyłem się z tego niezmiernie.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 35 ). Na krańcu Rosji – Cieśnina Tatarska – Sachalin – cudem unikam Kołymy


Mapka Rosji i rozmieszczenie łagrów – po prawej widać podłużny Sachalin pddzoelony d lądu opisaną przez Jana Cieśniną Tatarską – a nad nim Kołymę .Obrazek z internetu

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony.

Na rozmowach o życiu w Moskwie dojechaliśmy do brzegów Jeziora Bajkału.

Ogromne to jezioro.

Brzegów jego nie widać.

Patrzymy przez kraty w oknie i podziwiamy tę szerokość i długość.

Mówią niektórzy, że w nim jest 300 gatunków ryb.

Teraz, w 1953 roku pobudowano obok- Bajkalsko- Amurską  Magistralę.

Długość jej wynosi ponad trzy tysiące kilometrów.

Obecnie  już położono most na rzece Amurze-( szerokość jej- 3,5 km !!! ).

Dwieście metrów nad brzegiem Bajkału  ciągnie się droga kolejowa długości co najmniej 200-300 km.

Zostawiamy ten wspaniały Bajkał i jedziemy w kierunku nowo pobudowanego miasta Komsomolska, położonego po obu stronach rzeki  A m u r

Tu zatrzymuje się nasz pociąg, składający się z dwudziestu wagonów.

W 1953 roku jeszcze nie było na Amurze mostu.

Przejeżdżano promem

.

Prom był dwupiętrowy.

Za jednym razem zabierano 4+4 wagony.

A więc trzeba było trzy razy przejeżdżać Amur.

Prawda, że szybko chodził ten prom, ale mimo to zabierało to 1,5 godziny czasu.

Gdy wszystkie wagony były już na drugiej stronie rzeki, doczepiano lokomotywę i jeszcze do miejsca przeznaczenia było ponad tysiąc kilometrów drogi.

Tę drogę do B u c h t a  B a n i n a przejechaliśmy w ciągu dwóch dób.

Wychodziliśmy z wagonów obrośnięci, zmęczeni – ledwie żywi.

Nogi odmawiały posłuszeństwa, by dojść do baraku – łagru , gdzie był nasz punkt przesyłkowy d o  K o ł y m y .

Gdy stanęła nasza noga na tej pustej i kamiennej ziemi, poczuliśmy w powietrzu coś, czego ja w powietrzu nigdy dotychczas nie odczuwałem- brak powietrza.

Nie mogłem oddychać normalnie.

Połykałem go coraz więcej, a jego wszystko jedno było za mało.

Okazało się, że w tym powietrzu

–  n a d  b r z e g i e m   Z a l e w u   T a t a r s k i e g o

–   o g r a n i c z a j ą c e g o   S a c h a l i n   R a d z i e c k i

–  brak jest czternaście procent tlenu !!!! .

Trzeba organizm przyzwyczajać do takiego powietrza.

Na domiar złego, po dobrnięciu do baraków, w których mamy przebyć karantir

( kwarantannę) – 15 dniowy, napiliśmy się wody gotowanej ale i nie gotowanej.

A piliśmy ją tak łapczywie, by zgasić pragnienie, które nas  męczyło przez całą drogę, trwającą 15 dni.

Nazajutrz zapanowała w obozie czerwonka.

Prawie 50% chorych położono do szpitala.

Ja także znalazłem się wśród tych nieszczęśników.

Byłem w tym stacjonarze 10 dni.

Leżałem na wysokim narze, z którego przez okno oglądałem cały radziecki Sachalin.

Obok mnie leżeli bandyci.

Opowiadali oni o swoich sukcesach i niepowodzeniach w swej robocie.

Opowiadali, że trzeba mordować  wszystkich, kiedy się chce zrobić czystą robotę.

Bo, gdy choć jedną osobę zostawić żywą, ona może w przyszłości wydać całą szajkę.

Na przykład, opowiada, zostawiliśmy jedną najemnicę przy życiu,  a ona nas wsadziła na 15 lat do więzienia.

Nikt z tej dezynterii nie umarł.

Ja także wyszedłem po tygodniu cały.

Ale przyplątała mi się inna choroba.

Rozbolało mnie lewe oko.

Lekarze leczyli, ale skutków dodatnich nie było.

Lekarze zaczęli mówić mi, że jestem symulant, bo nie chcę jechać na Kołymę.

Bo byli prawdziwi udawacze ślepoty.

Zasypywali oczy tytoniem , żeby tylko nie zabrano ich do wywiezienia za Morze Ochockie, na Magadan, Kołymę.

Ale ja nie należałem do tych symulantów.

Mnie naprawdę zaciągnęło oko ropą.

Poważnie myślałem, że zostanę z jednym okiem.

 Kończy się kwarantanna odpoczynku.

Po 15 dniach wywołują po nazwisku i ustawiają po piątce i gonią do wrót, gdzie już stoi orkiestra.

Na znak dany, orkiestra gra jakiegoś, tak mi się wydawało, żałobnego marsza.

Przechodzą bramą młodzieńcy – pełni zdrowia – młodości – ze spuszczonymi głowami, jakby szli na śmierć.

A orkiestra gra.

Idą i kolumny końca nie widać.

Wreszcie zamykają bramę.

Poszli do okrętu, który już od wczoraj stoi na przystani Buchta Banina.

Przed wprowadzeniem do okrętu, konwojenci robią  dokładnie szmon.

Szczegółowo przeglądają wszystko co mają skazani, co okrywa ich ciało.

Marsz żałobny się skończył.

Wydawało się mnie, że już jestem uratowany.

.

Ale oto w obozie poszukują  mnie i innych, by się zbierali do wyjścia, a więc i nas mają zabrać na ten  okręt.

Już odbywa się to odprowadzenie bez orkiestry.

Zaprowadzają nas 25- 30 osób na plac, gdzie odbywała się kontrola poprzednich brygad.

Robią szmon dokładny, ale ja ruble schowałem pod podeszwą wojłoczek.

Nie znaleźli u mnie nic.

Skończono sprawdzanie.

Podchodzi naczelnik naszej brygady – grupy, do naczelnika okrętu.

Melduje, że jeszcze przyprowadził grupę więźniów do zabrania na okręt.

A ten mu na to:

„ Bolsze nie bieru, po spisku uże u mienia chwatajet”.

A więc naszej grupy nie przyjęto.

Radość to była niesamowita.

Wracamy do baraków.

Nie wiemy, co zrobią z nami.

Ta myśl nurtuje nas pozostawionych.

Co ma być, ale już gorszego nie będzie

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 34 ). Wysyłają na Kołymę


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony – Heleny z d. Wojciul

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Ten nowy NKGB- owiec, był człowiekiem młodym i gołym, nie miał swojej pościeli i dlatego przyszedł do kaptiorka , żeby wypożyczyć pościel .

Dałem mu: koc, poszewkę, prześcieradło i materac.

Po wręczeniu poprosiłem , by powiedział mi swoje nazwisko, gdyż miałem zapisać te rzeczy do ewidencji.

Podał nazwisko, ale chyba ten mój sposób postępowania nie podobał się jemu, bo się zemścił nade mną.

Sprawdzając zakład remontu odzieży poza zoną znalazł dwie pary moich  !!! spodni, które oddałem krawcom, by mnie z nich uszyli marynareczkę.

W tej sprawie wezwał mnie do swego gabinetu i tam udowadniał mi, że ja przywłaszczyłem sobie te spodnie.

Ja usprawiedliwiałem się tym, że nie wypisywałem sobie nowych spodni przez dwa lata.

Że chciałem z tych spodni uszyć sobie marynareczkę, bo już mam prędko opuścić łagier, że mnie zostało jeszcze 7 miesięcy – być w łagrze

Nie pomogło moje szczere wyjaśnienie.

Dał 5 dni karceru, no i zdjął mnie z posady kaptrioszczyka .

Sam kradł, a drugich za takie postępowanie jak moje karał i to  n i e s ł u s z n i e.

Mało tego, że mnie usunął z przechowalni, ale wbrew przepisom w y s ł a ł   n a   e t a p   d o   K o ł y m y , bym tam zginął .

Każdego roku robiono nabór na wywóz do kopania złota na rzece Kołymie za Morzem Ochockim.

Brano tam tylko więźniów do lat 45, a mnie już było w tym czasie 46 lat.

Więc i tu zemścił się na mnie , wysyłając na śmierć.

Zastosował on  stare prawo tajgi:

prokurator- niedźwiedź , sędzia- tajga.

W  r o k u   1 9 5 3   w   m i e s i ą c u   l i p c u  zabrano z naszego obozu 250 więźniów .

Z tajgi położonej za T a j s z e t e m w  k i e r u n k u   B r a c k a przywieziono nas w czterech wagonach do I r k u c k a.

W Irkucku stoimy cały dzień.

Upał niesamowity, dochodzi do 40 stopni ciepła.

Z nar wszyscy poschodzili.

Tarzamy się po podłodze.

Jesteśmy wszyscy w stroju adamowym.

Oddychać nie ma czym.

Ślina zasycha w ustach.

A tu jeszcze i brak wody.

Jesteśmy półtrupami.

Mało brakuje, a wszyscy wyzioniemy ducha.

Nareszcie pociąg rusza i przez szczelinki w wagonie przedostają się strumyczki orzeźwiającego powietrza.

Pociąg mknie i my zaczynamy się po trochu ruszać.

Pełzniemy na swoje nary i pod nary.

Mój sąsiad, m o s k w i c z a n i n i ja zajmujemy miejsca pod ostatnimi narami.

Pytam go,  j a k  o n  ż y ł  p o d c z a s   p a n o w a n i a   w ł a d z y   r a d z i e c k i e j. Ciężko westchnął i powiedział, że to nie było życie, a istna męka.

 Pochodził on z rodziny bogatych mieszczan .

I  t o   b y ł o   j e g o   n i e s z c z ę ś c i e. 

Rodzinę jego zamordowali, bo byli kontrrewolucjonistami.

On skończył gimnazjum i zaczął pracować w drogowym ruchu samochodowym w Moskwie. Cały czas pracy był pod nadzorem NKGB, na cenzurowanym miejscu- syn kontrrewolucjonisty.

Mieszkał w ojcowskim domu zmniejszonym o trzy czwarte.  Ożenił się i miał dwóch synów. Mimo dobrych wyników w pracy nie czuł się zadowolony.

Wciąż bał się, że go aresztują.

Po dwudziestu latach , w 1951 roku dościgła go ta nieszczęsna chwila – aresztowali go.

Na jego pytanie , dlaczego tego nie uczynili wcześniej?, otrzymał odpowiedź:

„ Potomu szto ty był nam nużen, a tiepier my imiejem swoich mołodych rabotnikow.

A tiepier wy możecie porabotać na rabotach potiażeleje. Wy swoim mołodym robotnikom raskazywali o swojej choroszej  osieni. „

 .

Ten mój sąsiad dodał: „ Po statii 56 – połucził dziesiać liet.  – isprawitielnych trudowych liet i sosłan na wiecznuju zsyłku na Sibir, Kazachstan, Nowosybirsk itd.”.

Wrócić do Moskwy nie może nawet po skończeniu kary zesłania.

Jak przestrzegali przepisów , że na Kołymę można wywozić więźniów o dobrej kondycji i to mających nie więcej jak 45 lat.

I tego moskwiczanina zabrali gdy miał 50 lat- sądziła tajga, a prokuratorem był niedźwiedź.

Największe katusze przeżywał ten mój kolega- moskwiczanin- gdy jeszcze normalnie pracując, musiał wysyłać  w nocy samochody dla NKGB, które szalało przez całe noce, podbierając wrogów narodu.

Całymi nocami drżał w pościeli i gdy coś gdzieś stuknęło, zrywał się i już był pewny, że zjawili się – wilki drapieżne po zdobycz.

Opowiadał, że jak w Moskwie i Leningradzie i w całym kraju ludzie- obywatele dzieli się na trzy grupy : 1) ci, którzy siedzą,  2) którzy siedzieli   i 3) ci, którzy będą siedzieć.

       Na pytanie, jakie było wasze życie?- odpowiada : „ syf, kasza, tiurma, papasza- eta żyźń nasza”.

Mimo rygoru, jaki stosowali NKGB- iści wobec swoich grażdan – obywateli, zdarzały się takie oto kawały :

 Na pudełku od zapałek można było widzieć Kalinina- ministra rolnictwa, ze zdobycznym cielęciem pod pachą – wracającego z kołchozu.

Zrozumiała rzecz, że aresztowano  pół  fabryki zapałczanej.

 Jak oprawcy stalinizmu wykonywali jego polecenia , niech będzie ten oto komiczny wypadek.

Stalin palił fajkę i założył ją za ucho ( taki u niego był zwyczaj) i zapomniał.

Wezwał on do siebie swoich pachołków i polecił tym stróżom, żeby natychmiast odnaleziono jego lulkę- fajkę.

Nie minęło 15 minut i już zgłoszono 47 złodziei  !!!! . 

Na pytanie Stalina, co to są za obywatele, którzy oczekują na korytarzu- odpowiedź brzmiała: To są złodzieje, którzy ukradli waszą fajkę.

Sięgnął ręką za ucho  mówiąc: czort z wami, etaż ” trubka” za uchem ….

Cdn.

zdjęcie własne

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 33 ). Dobra, choć krótkotrwała praca w magazynie odzieży .


zdjęcie własne – jakby symbol chwilowej jasności ( opisanej poniżej ) w życiu katorżnika

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Brygadzista dowiedział się o moim inwalidztwie, przyszedł do mnie i namawiał, bym chodził w dalszym ciągu na robotę, bo dużo zarabiam i pajka jest największa – 950 gram.

Przyrzekłem, że nie rzucę tej pracy.

I wyszedłem nazajutrz  razem z brygadą. 

W czasie pracy, rozmówiłem się ze swoim kolegą – naparnikom pracy – o tym, że ja jestem inwalidą.

Ten zrobił duże oczy i zapytał: „ Dlaczego ja jestem na robocie?”.

Namówił mię brygadzista”- odparłem.

Kolega na to: „ Tak, jemu choczetsia zarabatować bolsze procentow i mieć balszoju pajku. Wy jewo nie słuszajtie, a zawtra nie wychodzicie taskać szpały”.

 Idąc z pracy, rozmyślałem, jak postąpić?

Doszedłem do wniosku, że lepiej nic nie zarabiać jak przy pracy w tajdze, otrzymać małą pajkę chleba i przebywać w zonie- odpoczywać.

   Wieczorem powiadomiłem brygadzistę, że jutro do pracy nie wychodzę.

Wszyscy pracujący wyszli do pracy, a ja położyłem się na narze, żeby odpocząć.

Zdrzemnąłem się, i zacząłem myśleć, gdzie znaleźć pracę w zonie, żeby zarobić kaszy i choćby miskę zupy dodatkowo.

Kierownikiem gospodarczej części zony jest naczelnik – więzień. Więc udaję się do niego z prośbą o przydzielenie mi łatwej pracy w zonie.

Rzecz zrozumiała, nie poszedłem do niego z gołymi rękami. Wziąłem ze sobą kawałek słoniny i paczkę tytoniu.

Prezent ten z przyjemnością przyjął i powiedział, żebym jutro stawił się do jadalni i tam będę kierownikiem stołowej- jadalni.

 Obowiązkiem moim w jadalni było  zbieranie naczyń po każdym posiłku i odnoszenie ich do kuchni.

Po każdym posiłku zmywałem stoły i ławki.

Następnie sprzątałem podłogę i paliłem w piecu.

Podłogę szorowałem śniegiem i ścierałem ją szmatą.

Po wymyciu śniegiem podłoga była żółto- biała- jak po heblowaniu. Stoły także dobrze wyszorowałem śniegiem i wytarłem ścierką do sucha.

Do pieca przyniosłem kilka naręczy drzewa i zapaliłem w nim.

Praca się skończyła, jadalnia była gotowa do obiadu.

Mnie kuchnia nakarmiła do syta.

Czas po obiedzie upłynął mi na sprzątaniu naczyń i myciu stołów, ścieraniu ławek i paleniu po raz drugi w piecu.

Przed kolacją, a ściślej mówiąc, gdy była znowu gotowa kasza i zupa – karmiono mię.

Jednym słowem, karmiono mię przed każdym posiłkiem.

Dużo dawali ryby i to ryby nie byle jakiej- smacznej i tłustej.

Pracy nie brakowało, ale byłem syty.

Praca ta trwała dwa tygodnie.

Po tym zaszła zmiana i to niespodziewana …..

 Kaptiorszczyk – kaptiorka – przechowalnia.

 Oto wezwano mię do naczelnika obozu – pewnego wieczoru.

Idę i myślę, po cóż ja jemu jestem potrzebny?

Nie przyszło mi nawet do głowy, że zaproponują mi i wiele lepszą pracę. Pukam do drzwi, słyszę: „ Da, da”.

Więc wchodzę i mówię: „ zdrawstwujcie”.

On pyta: „ was zawut K. I. Wikieńtiewicz”( syn Wincentego).  Odpowiadam :„Da”.

„ Skażytie : mnogo u was w łagierie jest pryjatielej ?”.

Po sekundowym namyśle odpowiadam: „ Woobszcze u mienia ich niet”.

„ A czem wy zanimaliś na swobodzie?”. „ Rabotał uczycielem i  wioł maleńkoje choziajstwo : dzierżał korowu, kabańczyka ( świnię ) , kury i pczoł „.

Zwraca się do siedzącego na krześle towarzysza: „ no, szto, podchodzit?”.

 „ Tak, wot szto – zwraca się do mnie- wy grażdanin , ot zawtra budziecie  rabotać w kaptiorce” .

Ja, zaskoczony tym, mówię, „ a kto będzie pracował w jadalni?”, odparł  „ najdziom, nie zabotiś.”

    Mój przyszły opiekun zabiera mię ze sobą i prowadzi do kaptiorki.

 Otwiera ją i pokazuje co w niej jest i co ja mam z tymi rzeczami robić, jak gospodarować.

Pokazuje mi nową parę bucików, które ja sobie na kartce zapisuję, zapisuję również bieliznę nową: koszule, spodenki, podkoszulki, pościel nową, poszewki, prześcieradła i koce nowe.  

    Informuje mię, że będę wydawać nowe rzeczy, jeśli dostarczą więźniowie stare.

Zapisywać mam nazwiska tych, którzy otrzymali z kaptiorki nowe.

Praca moja zaczyna się każdego dnia o godzinie 6-ej rano do godziny 20- tej wieczór.

Po tej informacji wychodzimy z kaptiorki i on – mój bezpośredni przełożony oddaje mi klucz od przechowalni, którą ja własnoręcznie zamykam. Rozchodzimy się.

Nazajutrz o godzinie szóstej rano już jestem w kaptiorce.

Przychodzą niektórzy robotnicy, i proszą o wymianę bucików. Szukam wyremontowanych i zamieniam.

Przychodzą z prośbą o wymianę kufajek, bo te przepalone. Jeśli znajdę odremontowane- zamieniam. 

Taka zamiana rzeczy podartych na odremontowane trwa do wyjścia brygad na robotę.

Później przychodzą do przechowalni tylko pozostali w zonie. Mało bywało takich klientów.

    Do obiadu tego dnia robię porządki w kaptiorce.

Segreguję obuwie, stawiam je na półki.

Stare obuwie, nadające się jeszcze do remontu, wiążę w pary i będą odprawione przez mojego przełożonego do warsztatu naprawy, który znajduje się w zonie gospodarczej.

Tak samo robię porządki ze wszystkimi rzeczami nadającymi się do naprawy.

Po uporządkowaniu rzeczy w przechowalni,  zabieram się za mycie podłogi.

Do przyjścia brygad z pracy, wszystko w kaptiorce doprowadziłem do należytego ładu i czystości.

Jeszcze mam godzinę do powrotu brygad z lasu.

Wykorzystuję ten czas na obiad. Kucharz nalewa mi miskę zupy- kapuśniaku. Nalewa tak, żeby mi było więcej tłuszczu- oleju. Nakłada do miski kaszy owsianej dobrze polewając olejem. Nie zapomina mi włożyć do kaszy dobry kawałek ryby tłustej i smacznej. Jednym słowem, było się czym pożywić.

Z pełnym zadowoleniem wracam do swojego kaptiorka, w którym jest ciepło i dość przytulnie.

Kładę się na sienniku napchanym przez siebie samego starymi częściami buszłaków. Poduszkę też zrobiłem z tych starych kurtek. Przyjemnie było leżeć. Dawno już tak nie było mi przyjemnie.

Wróciły z pracy brygady.

Powstał ruch w przechowalni .

Klientów pełno, no nie wszystkich mogę zadowolić.

Niektórzy proszą o nowe spodnie, ale ich w ogóle nie ma.

Inni także proszą o zamianę kufajek. Nie ma połatanych, a także i nowych.

Taka kołomyjka przeciąga się nieraz do odboju- capstrzyka.

Praca ta podoba mi się.

Przełożony mój sprawdza moją robotę prawie codziennie.

Już zabrał parę paczek butów i kufajek porwanych.

Z pracowni przyniósł kilka paczek odremontowanych rzeczy…..

     On także przynosi do przechowalni i nowe rzeczy, które ja wydaję potrzebującym, ale jak już poprzednio zaznaczyłem – z wpisaniem do zeszytu.

Muszę zaznaczyć, że mój naczelnik przechowalni nie był bez grzechu, bo często zabierał nowe rzeczy , jak buciki, koszulki, spodenki, prześcieradła do swojej teczki – dla siebie.

On był obowiązany zdawać zużyte rzeczy do spisania.

Z tej swojej przechowalni przynosił już uznane do oddawania na szmaty.

Swoje rzeczy , które uznawał za zużyte, oddawał do kaptiorka . Były one celowo porwane w pewnych miejscach.

O rzeczy nowe dobijali się , prosili mnie, ale ja ich miałem za mało.

Dla mnie dobra była ta praca, bo od czasu do czasu mogłem zjadać cukierek czekoladowy , bo robotnicy nieraz kupowali w sklepiku i ze mną się dzielili, aby otrzymać lepszą rzecz z przechowalni.

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Cdn.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . upiorna meszka …. i mróz w tajdze …

zdjęcie własne – może to ślady katorżników w syberyjskiej tajdze ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . W tajdze da się żyć od końca kwietnia do połowy czerwca – wtedy nie wyfruwa meszka.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Praca przy składowaniu pni na sterty

   Było to już w miesiącach jesiennych.

Chociaż na dworze nie jest jeszcze chłodno, ale za to pełno błota.

Buty zrobione – uszyte – ze szmat i podszyte gumą ze starych zużytych opon spadają z nóg.

A tu trzeba uwijać się przy popychaniu bosakami długich kloców na stertę.

Ciężka to praca, ale wyjścia drugiego nie ma.

Męczymy się i odpocząć  – posiedzieć nie daje meszka , która napada i gryzie niemiłosiernie.

Chodzimy w siatkach od maszkary , ale to okręcenie  szyi i rąk przeszkadza w pracy.

Ta maszkar – meszka zaczyna działać od 15 czerwca do 10 stopni mrozu.

Chowa się od mrozu pod mech i tam wiosną wysiaduje maleńką meszkę, która w tajdze jest największą plagą – większą od siarczystego 50- stopniowego mrozu.

Ona się nie boi ni ognia, ni dymu , ni upału , trzeba uciekać w krzaki , żeby zjeść obiad- rzadką kaszę.

Toteż często chodzimy bez siatek na twarzy, ale za to mamy wianki z tej siatki na głowie . Gdy chcemy odpocząć, musimy się położyć na trawie plecami .

Meszka krąży o pięć cm nad nosem i już nie gryzie. A gdy tylko przewróci się człowiek na bok, już go gryzie.

Jej jest tak dużo, jakby ktoś sypał piaskiem w twarz.

Nie gryzie ona, ta meszka, gdy człowiek pomaże  się jakimś tłuszczem. Ale gdzie wziąć takie lekarstwo.

Wszyscy mieszkańcy tajgi chodzą w zielonych siatkach na głowie, ale my , więźniowie nie mamy takich , tylko takie: wszyty kawałek siatki w szmatę zakrywającą twarz. Głowa i szyja zakryte są tylko samą szmatą.

      Ta mszyca- meszka nie daje spokoju zwierzętom domowym. Gdzie nie ma sierści, gryzie niesamowicie. Dlatego też krowy, kozy, pasą się tu tylko wtedy , gdy zmierzch nastąpi. Koniom, na których pracujemy w lesie , wozimy kloce, smarujemy goliznę dziegciem – tego tłuszczu meszka nie znosi.

Do mieszkania ona nie wlatuje, ale na szybach okna z zewnątrz pełno jej.

Kobiety tutejsze nie chodzą tu w spódniczkach, ale w spodniach zapiętych aż po kostki stóp.

      W tej tajdze syberyjskiej można żyć tylko od końca kwietnia do 15 czerwca, kiedy ta przeklęta maszkara siedzi we mchu.

Wtedy tu unosi się aromat, słońce świeci jasno, nie jest gorąco, w powietrzu pełno żywicy i panuje cisza.

Tam warto pojechać na wczasy, tylko trzeba zabrać ze sobą dużo , dużo zachodniego pokarmu.

Tu w rzekach pełno ryb i to ryb bardzo smacznych .

Orzechów również nie brakuje.

Pełno drzew orzechowych , które my spiłowywaliśmy i jedliśmy ich smaczne owoce .

Zima w tajdze

  Zima w tajdze surowa. Nieraz mróz dochodził do 60 stopni. Ale trzeba pamiętać, że on nie taki groźny, jak nasz – 30 stopniowy.

On tu jest bez wiatru.

Cisza panuje, gdy on jest tu „ panem”.

Tylko, gdy dochodzi do minus 50 stopni albo i więcej, to drzewa nie wytrzymują , pękają- wydając strzały armatnie , jakby to była prawdziwa wojna.

Gdy mróz dochodził do minus 55 stopni – nas idących do pracy zawracano do domu.

S z c z ę ś l i w y   t o   b y ł   d z i e ń .

Gdyby nas nie wrócono , niejeden pomroziłby nogi i odmroził nos.

Na nogach mieliśmy wojłoki, a na głowie – uszatkę- czapkę, która zakrywała całą twarz i głowę, zostawiając tylko dostęp do ust i nozdrzy – otworków nosa.

Wszystko to było oblepione  lodem.

Gdy ślinę z ust wypluwałem, widziałem że ona natychmiast zmieniała się w lód.

Przy mrozie minus 45 stopni pracowaliśmy w lesie. Tę temperaturę można było wytrzymać, ale trzeba było mieć lepsze wyżywienie – więcej tłuszczów.  Tylko my nie mieliśmy …

W takich warunkach, jakie tu w krótkich słowach opisałem, przeżyłem sześć miesięcy – do następnej komisji lekarskiej , która szczęśliwym zbiegiem okoliczności uznała mię inwalidą i dała czwartą kategorię.

Zbieg okoliczności był taki , że pani lekarz , która mię badała miała takie nazwisko jak ja.

Najpierw zapytała mię , skąd pochodzę?. Odpowiedziałem , że z Mińska.

Rozmowa się skończyła.

Zapytała: „ Czem wy żałujetieś?” Powiedziałem: „ sercem”.

Dotknęła słuchawką do serca, spojrzała na mnie i powiedziała: „ Subkompensirowanyj porok serca-  inwalid” .

Na tym skończyła się nasza rozmowa.

  Teraz zastanawiam się, czy ona mi dała taką kategorię – inwalida, po znajomości, czy też dlatego, że biło u mnie serce bardzo mocno.

A biło, bo przebiegłem szybko jak mogłem – 200 metrów przed samym badaniem.

   To oświadczenie lekarza, że jestem inwalidą, bardzo mnie przeraziło. Pomyślałem, że już koniec ze mną, do niczego się nie nadaję. Idąc do baraku z tej komisji, wciąż myślałem, że już do zdrowia normalnego nigdy nie wrócę.

Ale, gdy odpocząłem pół godzinki, poczułem, że czuję się zupełnie dobrze.

A więc strach minął. 

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 31 ). Moja praca w tajdze.

zdjęcie własne

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Jan spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony, Heleny

 Wyrąb

  W okolicach  Tajszetu,   na południu Rosji , dokąd przywieźli nas, politycznych pociągami – znad Morza Białego , pokonując w 12 dni 4000 km , pracowaliśmy przy wyrębie tajgi ….  

 Po sporządzeniu przesiek i zrobieniu wyżek rozpoczął się wyrąb drzew – przede wszystkim modrzewi, sosny niewiele, jodły też, a najmniej drzew orzechowych.

Po przyjściu na miejsce pracy konwój obejmował straż – szedł na wyżki z automatami.

Naczelnicy konwoju z psami zostawali w budce stojącej u wrót przesieki.

Rozpalali sobie ognisko i czuwali nad swoim konwojem, by czujnie i pilnie wykonywał swoje zadania.

Nas, pracowników wpuszczano na wyrąb brygadami. Każda brygada miała swoje miejsce pracy : jedni ścinali drzewa piłami elektrycznymi i ręcznymi ( na jedną brygadę wydawano jedną piłę elektryczną). Inni ściągali – zwozili już zwalone drzewo do sterty. A tam układano je w sterty z podkładami.

Z tych stert zabierano je na samochody ciężarowe i odwożono na stację kolejową. A stamtąd ładowano do wagonów i odprawiano w głąb kraju. Sęki- gałęzie są palone.

Wszystkie te wyżej wymienione prace wykonywali więźniowie za pajkę chleba, jakże często za garantijke – to jest  650 gram chleba.

Gdyby  do tej pajki dodawali chociaż trochę więcej tłuszczów, choćby nawet roślinnych, praca byłaby wydajniejsza, no i korzystniejsza dla wszystkich.

     W 1949 roku wprowadzono w łagrach gospodarczy rachunek- chozrasczat.

 Państwo zabierało z zarobionej sumy 65 % , a łagru zostawiała 35%.

Łagier utrzymywał pracowników – więźniów, odziewał ich, a resztę , jeśli jakaś suma zostawała, rozdzielano ją między zakluczonymi, którzy wykonywali pracę powyżej 100%.

To była zachęta dla zdrowych pracowników, bo i na większą pajkę to też wpływało.

Pieniędzy zarobionych nie wypłacano na ręce, ale składano na książeczkę oszczędnościową. Po upływie terminu odbycia kary w obozie, książeczkę wraz z wkładem, zwracano adresatowi- więźniowi.

Ta zachęta z początku nie dawała pozytywnych rezultatów. Nikt nie wierzył, że kiedyś te zarobione pieniądze będzie mógł otrzymać.

Z tej oszczędnościowej książeczki można było podjąć 3- 5 rubli, na zakup słodyczy, które raz w miesiącu przywoził sklepik do obozu.

Wiadomem mi jest, że niektórzy więźniowie opuszczając łagier- obóz, otrzymywali książeczki z wkładem 1000- 2000 tys. rubli .

Ja nie zarobiłem w tym obozie, bo najczęściej wyrabiałem pracę tylko na pajkę chleba- garantijkę.

Praca w zonie nie wliczała się do prac, za które płacono gotówką.

 Sprawdzenie zdrowia

  Dwa razy do roku sprawdzano zdrowie uwięzionych .

Przyjeżdżał do obozu lekarz – wolny i on albo ona przy pomocy lekarza więźnia sprawdzali stan zdrowia wszystkich uwięzionych. Podczas sprawdzania wystawiali kategorię : I, II, III i IV- inwalida.

Lekarz cywil pytał : „Czym żałujetieś? „ ( na co narzekasz?).

Skazany najczęściej odpowiadał – na serce.

Lekarz dotykał słuchawką do serca i odpowiadał, że serce jest zdrowe.

Dalej oceniał stan odżywienia.

Obmacywał pośladki i jeśli ogon ( kości ogonowe kręgosłupa)  jeszcze nie wystawał , mówił: „ Pierwaja katiegorija”, a jeśli pośladki trochę wystawały i były chude: „Wtaraja katiegorija”, a jeśli już kości ogonowe między pośladkami mocno się uwypuklały, mówił: „ Trietija katiegorija”.

Gdy nadeszła na mnie kolej, też zapytał: „ Czem żałujeś ?”.

Odpowiadam: sercem.

Przystawił mi słuchawkę i natychmiast ją odjął mówiąc: „ Kompensirowanyj porok sierdca –  trietija katerorija, bez wychoda na rabotu za zonu”.

Ucieszyłem się z tego wyniku.

Nazajutrz do pracy za zonę już nie poszedłem.

Naczelnik zony- więzień- skierował mnie do pracy w zonie, do wywożenia fekalii z zony poza zonę.

Pierwszy wóz z beczką pociągnąłem i wywiozłem, ale przekonałem się, że ta praca nie jest na moje siły- za ciężka dla mnie.

Zameldowałem naczelnikowi zony- więźniowi – , że ja tak ciężkiej pracy – podejmowania ogromnej balii  z brudami nie mogę wykonać, ponieważ mam chore serce.

Podskoczył do mnie z pięściami i uderzył.

Ja upadłem.

Poleżałem pół godziny.

On- ten Fin- kazał mi znowu zabierać się do roboty.

Powiedziałem mu, że ty – faszyst ( ten więzień – naczelnik zony był Finem, a ten kraj współpracował z Niemcami w czasie wojny ) , sam pójdziesz teraz za mnie pracować, a ja idę ze skargą do pełnomocnika od spraw politycznych.

Ten przyjął mię i wysłuchał mojej skargi.

W końcu zapytał mię, czy ja będę mógł być pożarnikiem w zonie- strażakiem?- .

A co mam robić? Pilnować, żeby w nocy nie powstał pożar w barakach: a więc gasić ogień wieczorem w piecach baraków przed ich zamknięciem, napełniać wodą beczki znajdujące się przy barakach, całą noc do pobudki chodzić po zonie, i zaglądać do piekarni i kuchni , by tam nie kradli i ostrożnie obchodzili się z ogniem.

Zgodziłem się i zostałem pożarnikiem.

Oprócz mnie, więźnia,  w zonie każdej nocy przebywali dwaj strażnicy( bez broni) .

Oni także kręcili się po zonie, ale ze mną nie nawiązywali kontaktów- nie rozmawiali.

 Ich pouczano na każdym zebraniu komsomolskim, jak mają pilnie czuwać, będąc na swoim posterunku.

W czasie zimowym trudno było znosić mróz.

Toteż tak jak strażnicy, tak i ja zachodziliśmy do kancelarii, by się pogrzać.

Siedząc przy piecu, często zasypialiśmy na ławkach.

Ja często jeszcze kreśliłem karty dla sporządzania menu.

Brak było odpowiednich druków do sporządzania jadłospisów.

Za tę pracę sowicie mnie karmili kaszą i rybą.

Pewnej nocy, gdy skończyłem kreślenie tych kart do jadłospisu, wychodzę z pokoju kancelaryjnego do pieca, by się ogrzać.

Widzę śpiących na ławkach nadziratielej – wartowników.

Widząc, że w piecu dopalają się ostatnie kawałki drewna, sięgam po polano leżące przy piecu i podnoszę, by włożyć do pieca.

W tym momencie zrywa się jeden, a za nim drugi z ławki, na której spali, krzycząc:

” Szto wy chotieli nas ubić etom polanem?”

„ Niet, ja chaczu eto polano położyć na pieczku, potomu szto drewa w pieczku konczajetsia”- odpowiadam.

  Wyjaśnić im ten fakt  jest niemożliwością.

Oni są otumanieni przez swoich przełożonych i wierzą, że my czuwamy żeby ich zabić i uciec od nich.

Dalej mówię : „A jeżeliby ja zabił jednego z was, mienia by rozerwali na kawałki żywego jeszcze Wasi przyjaciele.

My tak samo chcemy żyć jak i wy.

Na mnie czeka żona z dwoma synami w Polsce. Synowie uczą się w liceach i myślą o ukończeniu uniwersytetu.

Wy przestańcie wierzyć we wszystko co wam mówią wasi naczelnicy o naszym stosunku do was- bolszewików- komunistów. Tu jest dużo kłamstwa. Pożyjecie więcej, dowiecie się więcej prawdy.”

Przypuszczałem, że oni nie powtórzą moich słów swoim, nawet bliskim.

Będą się bali przyznać, że rozmawiali ze mną i że zasnęli w czasie dyżuru w mojej obecności. Dawali mi do zrozumienia, żebym się nie wygadał przed pełnomocnikiem o tym zajściu, bo bylibyśmy mocno ukarani.

Zapewniłem, że o tym nikt się nie dowie.

     Inne noce upływały bez spotkania ze stróżami tych 500 ludzi – więźniów – którzy spali spokojnie po ciężkiej pracy.

Do snu przygrywało im dynamo stukając miarowo przez całą noc.

Reflektory jasno oświetlały całą zonę.

Ja, jak upiór kręciłem się między barakami.

Zachodziłem do kuchni, gdzie już była gotowa kasza, którą częstowano mię.

Razu pewnego, gdy kucharz nalał mi miskę pełną tego jadła, spożyłem ją i zapytałem:

czym ta kasza była przyprawiona, że tak mi smakowała?”.

 Odpowiedział:

„ tajgą syberyjską”- głodem.

     Miałem obowiązek zaglądania i do piekarni, która znajdowała się poza zoną dla więźniów, w zonie gospodarczej.

Tam zawsze obdarowywali  mię półbochenkiem chleba, gdy ich opuszczałem.

Pracę – stróżowanie – kończyłem, gdy dano sygnał na pobudkę.

Spałem tyle, ile chciałem, najczęściej do obiadu.

W dzień, w lecie tylko, od czasu do czasu zmieniałem wodę w beczkach pożarniczych.

Przy takiej pracy miałem lepiej niż stacjonarze. Więcej miałem chleba, bo mogłem za każdym razem otrzymać w piekarni co najmniej trzysta gramów chleba. Ryby miałem no i kaszy, też nie brakowało.

Taki odpoczynek dobrze podziałał i na moje serce:” kompensirowanyj porok serca”. Przybyłem na wadze za sześć miesięcy pięć kg.

A więc, na następnej komisji uznano mnie za zdrowego i dano mi d r u g ą  k a t e g o r i ę.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 30 ). Łagier w tajdze. Syberyjski klimat. Rodzinie podano, że jestem zaginiony …

zdjęcie własne, jakby symbol tamtego życia Jana

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Łagier w tajdze- w Syberii

O naszym obozie więźniów politycznych , napiszę parę słów, żeby można było zrozumieć, jak bali się NKGB- owcy tych więźniów.

Obóz – to kwadrat zieleni o boku 50 metrów, ogrodzony klocami jeden przy drugim z drew modrzewiowych na wysokość około 3 metrów.

Takich ścian z kloców zbudowano dwie – jedna od drugiej o 3 metry.

W środku tych ścian parkanu przeprowadzono drut kolczasty, a na zewnątrz zony jak i wewnątrz także drut kolczasty.

Pomiędzy tymi parkanami pobudowano co 25 metrów zwyżki, z których strażnicy w pełnym pogotowiu automata obserwują dzień i noc. ( praca ich nie do pozazdroszczenia).

Przy tych wyżkach stoją reflektory, które dniem i nocą oświetlają zony. Każdy łagier posiada swoje dynamo, które obsługuje i obiekty znajdujące się poza obozem.

Baraki, w których mieszkają więźniowie pozamykane są na noc.

Dwóch strażników- nadziratielej- dniem i nocą obserwują więźniów ( są oni bez broni). Oprócz tych obserwatorów – nadziratielej- w nocy jest więzień – pożarnik- który czuwa, by nie powstał pożar w baraku.

Ci dwaj obserwatorzy cywile- na pewno komsomolcy- nie rozmawiają z polarnikiem – więźniem, bo się boją, żeby ich nie zaczarował.

Pierwsze dni pracy w tajdze

   Minęły dwa tygodnie po przybyciu do nowego obozu.

Zrobiliśmy  sobie lepsze legowisko.

Odpoczęliśmy.

Wybraliśmy sobie brygadzistów i wyszliśmy na zbiórkę do pracy o godzinie 7-ej.

Jak zwykle , w bramie przeliczono nas, a za bramą sprawdził nas konwój, pytając o nazwiska, artykuł, termin i koniec pobytu w więzieniu.

Na przedzie ustawiło się trzech konwojentów z naczelnikiem i psem, po bokach konwój- po cztery osoby z automatami i z tyłu dwóch konwojentów z psem.

Idziemy piątkami.

Dochodzimy do miejsca pracy.

Zatrzymują kolumnę składającą się z pięćdziesięciu osób, a ich – konwoju – 16 osób.

Rozstawiają konwój i wsadzają tyczki do ziemi, które oznaczają, że nie wolno więźniowi wyjść poza tę linię.

Jeśli kto przekroczy ją, konwój strzela bez uprzedzenia- biez upredupreżdzienija.

Do wytyczonej zony wprowadzają nas, uwięzionych.

Pozwalają nam usiąść na pniach.

Kierownik prac – dziesiętnik – poinformował nas , że niektóre z tych pni, które tu widzicie, będą ścinane, bo są za wysokie i nie mogą znajdować się obok kolei żelaznej.

Rozdano piły, topory i zaczęła się praca.

Okazało się, że te pnie bardzo trudno jest skracać , mają drzewo – miazgę bardzo twardą.

Pnie te są przeważnie z modrzewia – listwienicy – a więc drzewa mocnego , a u nas drogocennego, a tu w tajdze budują z niego domy.

     Dyskusji na temat, że są trudne do ścinania nie ma.

Muszą być skrócone co najmniej o 5- 10 metrów.

Żeby jednak tę trudność pokonać, zaczęliśmy  ostrzyć piły pilnikami dostarczonymi przez kierownika robót.

Pogoda w pracy dopisywała.

Słońce syberyjskie i powietrze świetnie działają na nasze zdrowie- poczucie.

Te przeklęte pnie ścinaliśmy przez trzy tygodnie.

       Robienie przesiek

   Po pracy od obniżania pni, wzięto naszą brygadę do robienia przesiek, to jest wyrąbywania drzew dookoła działki leśnej, na  której mamy robić wyrąb wszystkich drzew.

Działka miała mieć długość 200 metrów i szerokość 25 metrów, i powinna być tak oczyszczona, żeby była dobra widoczność dla strażników z ich wyżek.

Między wyżkami  była odległość 30-40 metrów .

Takie wyżki też były budowane  w tym czasie , kiedy te pasy były oczyszczone.

     Najpierw spiłowywane były drzewa, a następnie ćwiartowano je na kloce odpowiedniej długości. Gałęzie – większe i grubsze odpiłowywano piłami ręcznymi albo i elektrycznymi. Gałęzie natychmiast ściągano do jednego miejsca i palono na ognisku.

Paleniem  gałęzi zajmowałem się ja – trzecia kategoria zdrowia.

Pierwsza kategoria więźniów spiłowywała ogromne modrzewie – listwienicy- sosny, jodły, świerki, brzozy i drzewa orzechowe.

Druga kategoria zakluczonych ładowała kloce na dwukołowy wózek i razem z zaprzęgniętym koniem ściągały z przesieki do wnętrza działki przeznaczonej na wyrąb.

Moja praca była lekka, a nawet i przyjemna, bo dni kwietniowe i początki majowych należały do najprzyjemniejszych – pełnych aromatu i słońca.

Pewnie, że praca innych kolegów była cięższa, ale za to oni otrzymywali pajkę większą- 750 gram chleba no i kaszę- naszą zacierkę – według gęstości 500 gram.

Nie czułem za to żalu do swoich brygadzistów , że wypisywali mi tylko garantijkę – 650 gram chleba.

Razem ze mną z Mołotowska przyjechała dla mnie paczka : groch, mąka, kawałek słoniny i mały słoiczek miodu.

To przysłała ciocia Elżbieta z bratem Michałem.

Tą paczką podtrzymywałem siebie , gotując swoją grochówkę.

Miód musiałem oddać więźniowi – naczelnikowi, który mi za to oddał pocztówkę znajdującą się w tej torbie, od syna z Polski- Mirosława.

Tą paczką bardzo się ucieszyłem, bo w niej znalazłem kartkę , w której było napisane parę słów od rodziny- żony i dwóch synów.

Dowiedziałem się, gdzie mieszkają i jak im upływa życie w tej Polsce.

Wyjaśniam, że ta kartka była adresowana na adres mojego brata Michała, który w tym czasie mieszkał w Czerniętach, które po wojnie znalazły się na Białorusi .

On się domyślił, że ją trzeba przysłać do mnie razem z paczką.

Ta paczka z tą kartką była ostatnią w obozie.

Na Syberię- do tajgi – rzadko dochodziły listy.

Przepisy mówiły, że można pisać dwa razy do roku do rodzin, nam uwięzionym.

Ale jak sam się przekonałem, będąc polarnikiem , listy wysyłane od nas były czytane przez konwojentów i rzucane do koszów po odklejeniu znaczków pocztowych.

     Od 1949 roku – gdy znalazłem się w tajdze syberyjskiej, żadne wiadomości nie docierały ani ode mnie , ani też od rodzeństwa, które mieszkało na Białorusi.

       A za granicę,  do swojej rodziny w Polsce, nawet nie było mowy o korespondencji.

       Z Białorusi, gdzie mieszkała siostra Marysia, przyszło powiadomienie do Polski, do rodziny, że słuch po mnie zaginął.

Nie mogę nie napisać, że w tajdze syberyjskiej :

s ę d z i ą   b y ł a   t a j g a ,  a  p r o k u r a t o r e m   n i e d ź w i e d ź .

Skargi przyjmował prokurator- niedźwiedź, a tajga sądziła.

Bezprawie było na każdym kroku i nic nie można było zrobić w tej głuszy syberyjskiej.

Na skargę – każdy niedźwiedź – zaczynając od brygadzisty odpowiadał: :

Bieri twoje dzieło po bolsze i brasaj po dalsze”.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 29 ). W 12 dni 4000 km pociągiem do tajgi bo my polityczni „ zagrażamy” przestępcom w Mołotowsku.


Gułagi w Rosji lata 1923 – 1964 . Opisany przez Jana Mołotowsk na północy, nad Morzem Białym ( koło pod biegunem północnym a Tajszet – do którego został przewieziony wraz z innymi politycznymi – na dole mapki .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Syberia- Sybir- tajga

W 1948 roku rozdzielono nas, wszystkich więźniów w zonie mołotowskiej na dwie grupy.

Na grupę politycznych więźniów – 56 artykuł  i innych.

Tych innych zostawiono na budowie miasta Mołotowsk, a nas – politycznych wywieziono w spicłagier na Sybir- w tajgę za miasto Tajszet  ( około 100 km w kierunku miasta Bracka).

NKGB uważało, że więźniowie osądzeni według artykułu 56 ( kodeks rosyjski) i  63 ( kodeks białoruski)  tj. polityczni są mocno niebezpieczni i mogą źle oddziaływać na tych innych tj.  bandytów- złodziei i żulików.

Taki był pogląd władz NKGB na politycznych więźniów.

Ja też byłem sądzony na podstawie art. 63- „ izmieszczyk rodziny”.

A g d z i e   b y ł a  m o j a  rodzina, o j c z y z n a ?

A więc i mnie wywożą do tajgi syberyjskiej.

Wiozą nas tym razem w wagonach osobowych, a więc mimo zimna syberyjskiego , jakie panuje w tym czasie – w styczniu i w lutym- minus 40-50 stopni , jazda jest do zniesienia.   

 Przedziały od przejścia są odgrodzone kratą żelazną.

Na korytarzu, przy każdym przedziale stoi jeden uzbrojony strażnik .

Idąc korytarzem widziałem w przedziałach pełno napchanych kobiet . Przez kratę rugały strażników nazywając ich stalinowskimi pastuchami.

Jechaliśmy przecież w ciasnocie , ale nie w chłodzie i głodzie.

Porcję- karantijkę – otrzymywaliśmy codziennie.

Droga trwała znad Morza Białego do Tajszeta około 12 dni.

W nocy pociąg się zatrzymał  w tajdze.

Wyładowano nas i pod konwojem prowadzą nas do łagra, który znajduje się o pół kilometra od przystanku.

Wreszcie jesteśmy u wrót swojej  siedziby – swojego obozu – łagru.

Światła jest pełno wokół zony i w barakach.

Wpuszczają nas do wnętrza zony, jeszcze raz liczą , ale szmonu ( rewizji ) już nie robią , tylko prowadzą do jednego pustego baraku .

 Drzwi otwiera dyżurny baraku i wchodzimy. Każą nam zajmować miejsca na narach – niesprawnych , przerwanych na dole a resztę w górze.

Włazimy od przejścia na górne albo dolne.

Ja gramolę się na górne.

Rzucam swoją torbę pod głowę, a sam opuszczam nogi na dół przed przejściem.

I idę oddać dług przyrodzie w sieniach baraku.

Sień, jak stwierdziłem była już zamknięta.

W baraku było nas około 60 osób.

Po tym „ spacerze” włażę znowu na swoje gniazdo bez materaca – siennika – i poduszki. Pod głowę kładę spodnie , wojłoki – swoje własne i torbę.  Na deski kładę swoją kufajkę i przykrywam się kożuszkiem, też jeszcze własnym, który, Kochana Żonusia, podała mi, gdy odjeżdżałem z Orszy – punktu przesyłkowego i zasypiam błogim snem.

Nie czułem, że domownicy- pluskwy czerwone cieszyły się moją krwią. Nazajutrz dopiero przekonałem się, że moc ich łazi po ścianach i narach.

Kwarantanna po przebytej drodze – 4 tysiące kilometrów.

    Pobudkę zrobiono nam nowoprzybyłym o godz. 7.00 rano. Po przemyciu oczu wyskoczyłem na podwórko, gdzie już jasno świeciło syberyjskie słońce. Chciałem sprawdzić, jaki jest duży mróz. Stoję minutę i mrozu nie odczuwam. Przecież czytałem, że tu są mrozy dochodzące do 50-60 stopni C.

Wracającego kolegę od termometru pytam : Ile jest stopni mrozu- Czterdzieści, odpowiada.

Cóż to jest, że on taki gościnny i nie mrozi mię?

Naokoło panuje cisza i nie drga ani jedna gałązka na drzewie. Tylko słychać stuk dynama, które daje światło dla całego obszaru, zajętego przez ludzi i domowe zwierzęta.

     Gdy tak postałem pięć- dziesięć minut w tej ciszy i słońcu, poczułem, że robi mi się zimno.

Tak, Syberyjska zima i mróz wstępuje do wojłoków i ubrania. To jego charakterystyczna cecha , że nie od razu palił zimnym ogniem. Ale gdy już znalazł się w butach lub odzieży, trudno było go się pozbyć.

   S y g n a ł  n a  ś n i a d a n i e

Ruszamy wszyscy z baraku do stołówki .

Otrzymujemy po 200 gramów chleba, miseczkę 500 ml zupy , 200 gramów kaszy.

Szybko to spożywszy wracamy do swojego baraku- chlewu zapluskwionego.

Co się tyczy śniadania, było ono lepsze od mołotowskiego . Chleb gęstszy – tj. można powiedzieć- zwykły. Gdy ręką się pociśnie pajkę – woda nie cieknie. Zupa kapusta z kartoflami, trochę czuć olej postny. Kasza także smaczniejsza.

Jednym słowem- wszystko smaczniejsze.

     Ale ten barak ze swoimi pluskwami – to okropność.

Coś trzeba zrobić, by to plugastwo wytępić.

Zaczęliśmy radzić.

Postanowiliśmy za zgodą władz obozowych wyparzyć pluskwy wrzątkiem.

A więc dzielimy ludzi na cztery grupy, po 15 osób w grupie.

Każda grupa wydziela po czterech ludzi do przywiezienia- spiłowania , przetransportowania , porąbania kloców na ognisko, które będzie grzało kocioł wody do oblewania pluskiew.

Po czterech ludzi z grupy będzie i składać i rozbierać  nary swojej grupy, z uwzględnieniem nar pojedynczych.

Reszta z każdej grupy będzie oblewała dziury wrzątkiem i wyparzała nary swojej grupy.

Po podzieleniu się pracą , grupy przystąpiły do działania.

Jedni rozpalają ogniska i przynoszą ogromny kocioł na wodę.

Inni jadą do lasu pod konwojem- spiłowują modrzew i przywożą go na dwóch parach kół do zony.

Ciężka to była robota, przyciągnąć drzewo o długości 20 metrów. Rozćwiartowali to na kloce i już palą  na ognisku. Kocioł jest pełen wody i za godzinę można będzie ją czerpać i nosić do baraków.

Już niektórzy niosą deski do baraków , by pokopać te przeklęte stworzenia – pluskwy.

Praca wre.

Pogoda dopisuje.

Mróz się zmniejszył o dziesięć stopni. Nikomu nie jest zimno.

    Między więźniami chodzą dwaj obserwatorzy – nadziratieli. Są oni bez broni. Każdy z nich to komsomolec. W rozmowę z nami nie wchodzą.

Ich nauczono, żeby pilnie czuwali, bo ci więźniowie umieją puszczać czary. J

Ta praca nad uporządkowaniem baraku trwała pięć dni.

Plugastwo zniszczono. Między narami zrobiono przejścia. A więc i samopoczucie się poprawiło.

Ale te kraty  żelazne w oknach baraku nadawały ponury wygląd z zewnątrz i wewnątrz. Przypominały one mnie ciemne więzienie w Wilejce , w którym spędziłem 17 miesięcy z nadzieją, że wyjdę z niego niewinny.

    Baraków w naszym obozie było około dwudziestu. W każdym z nich żyło po 50- 60 osób.

W tym obozie, który myśmy zajęli- przebywali przedtem jeńcy japońscy .

Pozostawili w tym baraku –w kąciku –swój ołtarz – wzgóreczek – ułożony kamieniami i upiększony kwiatami. Tam wierzący odprawiali swoje modły. Zwolniono ich do domu, ale ich miejsce modłów długo znajdowało się w naszym baraku – było pięknie urządzone. Po nich zostały i drewniaki , które nosili na nogach po przyjściu z pracy.

Ale czemu mieli takie nary spłosznyje?. Chyba dlatego, żeby pomieścić więcej ludzi w baraku – brak było miejsca.

     Widziałem brygadę jeńców japońskich wracającą z pracy. Wyglądali wszyscy naprawdę przyzwoicie. Każdy przy pasie miał biały ręczniczek, mimo, że wracali z brudnej roboty.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 28 ). Doznania nocy polarnej , gwałtowny wybuch wiosny pod kołem podbiegunowym, obawy buntu łagierników i święta w łagrze …


wieźniowie w Mołotowsku … zdjęcie z portalu gułag.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

      Noc polarna

   Jest koniec lipca 1947 roku.

Idzie nasza brygada pracować na nocną zmianę.

Jeszcze słońce zupełnie nie zaszło. Ale  tuż tuż, schowa swoje promienie.

Słońca już nie widać, ale światło na dworze jak w dzień, tylko odczuwa się jakąś ociężałość.

Niby dzień,  a nie dzień. Można czytać nawet gazetę, przy tym świetle polarnym. Próbowałem nawet i wszystko widziałem jak w dzień.

    W czasie obiadowym dały się słyszeć piosenki brygad kobiecych : „ Oj rabinuszka, rabinuszka…….Podmoskowskije wiecziera…….”.

 Gdy wracamy z pracy, nie poznajemy drogi , którą myśmy szli. Świtem nie było tu jeszcze zieleni, a teraz, po godzinach pracy  taka już duża trawa rosła.

Tak, tu przyroda żyje szybszym tempem.

Kartofle sadzą w końcu czerwca i wykopują po upływie 5-6 tygodni. Niesmaczne one są. Bardzo wodniste, można powiedzieć i niedojrzałe. ….

    Święta w łagrze

    Przed każdym świętem państwowym w łagrze zawsze puszczano pogłoskę, że będzie zmiana kodeksu albo amnestia.

Tę propagandę puszczał konwój.

Robił to w tajemnicy.

Tak ich uczono na zebraniu przedświątecznym przez ich władze obozowe, która się bała jakiegoś buntu lub ucieczek z obozu.

Takiej chytrości używali, by nas więźniów uspokoić i odciągnąć od zamiarów wystąpienia przeciwko im. I to w dzień święta państwowego.

Bali się naszych myśli buntowniczych.

A że tak było, świadczyły ich zapobiegliwe kroki.

 Robili w zonie i w barakach szczegółowe kontrole- szmony. Szukali podejrzanych  przedmiotów . Znaleziono łyżeczkę zaostrzoną na końcu, niszczyli lub zabierali i zakopywali poza zoną.

Jeśli taki szman odbywał się w czasie wolnym od pracy, wyganiano nas z baraku , robiąc jednocześnie kontrolę naszego ubrania, obuwia, a nawet zaglądali do ust i kazali robić przysiady czy u któregoś coś nie wypadnie.

Z tej stalinowskiej – bzdzitielności- czynności – kpiliśmy , mówiąc: Nie znajdziesz tego, czegoś nie położył.  

Kucharz w kuchni też gotował się do tego święta.

Przez cały tydzień odbierał po trochę od porcj i- mąki, cukru, kaszy, oleju, by upiec na ten dzień pierożek i by kasza była gęstsza i lepiej ocukrzona.

Myśmy się cieszyli tylko tym, że przez dwa a nawet i trzy dni, będziemy odpoczywali.

Ten trzeci lub drugi dzień wolny od pracy dodawali nam do święta, zabierając inne dwa dni naszego wychodnego .

W czasie świąt zaglądali do nas, do łagru nasi ciemiężcy – przedstawiciele specłagru z Ałma Aty- stolicy Kazachstanu.

Przedstawiciele NKGB w otoczeniu swoich przyjaciół odwiedzali baraki, obiekty gospodarcze no i zajrzeli do stołowej, w której był podawany obiad.

Na komendę: „Wstać” wszyscy się podnosili- wstawali. Przechodzą między stołami i zatrzymują się w środku jadalni. Przedstawiciel NKGB pyta: „ Czy może obywatele macie jakieś sprawy do mnie. Słucham ! „.

Panuje cisza. Mówi naczelnik : „ Pokuszali”- odpowiedź- „ Pokuszali „.

I nagle  słychać odpowiedź jednego więźnia : „ Daj chleba, tak skażu”. Konsternacja . Naczelnik : „ zapiszycie jewo”.

Z a p i s a l i  i  d a d z ą   m u   c h l e b a   3 0 0   g r a m    w   k a r c e r z e  n a   c a ł ą   d o b ę.

 Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś  samotnie w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę. Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami.

     Prawie każde święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia upływały mi na wspomnieniach o Was, Kochani.

W czasie poprzednich świąt Wielkiejnocy w 1947 roku, raczyłem się kaszą grochową zgotowaną z grochu przysłanego mi w paczce z moje rodzinnej wsi Kołpiei i Czerniąt.

Tak upływały mi dni świąt, że zawsze zalewałem się gorzkimi łzami….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska


zdjęcie własne ….symboliczne dla mnie …. jak te samotne świerki wspinające się mozolnie na zbocze Skalitego , by nigdy nie dojść do szczytu, do światła – było życie wielu łagierników …

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

         Były momenty, że już na drugi dzień pracy układałem przebieg , by sobie nogę uszkodzić łomem żelaznym, by pójść do szpitala . Bałem się robić tego, bo mogłem zostać bez nogi. Ale już było postanowione.

Tylko szczęście, że wieczorem podano do wiadomości, że już jutro idę do pracy z inną brygadą. A więc nie potrzebuję zadawać sobie cierpienia.

Do postanowienia skaleczenia siebie doprowadziła mnie beznadziejna praca – zlecono mi dłubanie dziury w fundamencie domu piętrowego dla przeprowadzenia kanalizacji. Dochodziłem do rozpaczy, bo w tym  murze- fundamencie – nie dawało się zrobić  w ciągu całego dnia dziury większej niż wielkość  głębokiego talerza .

     Nadchodziła już j e s i e ń  1 9 4 6  r o k u.

Chociaż było nieco lżej w tej nowej brygadzie.

Jednak  siły  mię opuszczały i musiałem często chodzić do przychodni po zwolnienie. Pierwszy raz dostałem trzy dni zwolnienia , bo miałem już popuchnięte nogi. A więc była cynga- brak witamin. Na lekarstwo dał mi doktór garść żyta paszowego. Zjadłem go z apetytem, będąc już wolnym od pracy.

Do tej cyngi przyplątało się mocne osłabienie- dystrofia.

O godz. 16, jeszcze przed przyjściem brygady z pracy , odczuwałem ból głowy i podnosiła się temperatura do 37,5 stopni C.

 Po trzech dniach zwolnienia, szedłem znowu do lekarza i ten powtórnie zwalniał mnie z pracy. Przy tym powiedział, że mam dystrofię ( niedożywienie) 2-go stopnia i że przyjdzie położyć mię w stacjonarze na trzy miesiące, jeśli ten stan nie polepszy się.

Zaznaczył przy tym, że zwolnienia więcej niż na 9 dni on nie może dać.

I wreszcie stało się to, do czego dążyłem przez cały miesiąc- zostałem przeniesiony do stacjonara na poprawę zdrowia na trzy miesiące.

       S t a c j o n a r-  z a k ł a d  l e c z n i c z y

W każdym łagrze był taki zakład leczniczy, w którym leczono zaburzenia odżywiania, powstałe  od słabego żywienia. Takie leczenie trwało przeważnie trzy miesiące, albo nieraz  i sześć miesięcy.

To zależało od poprawy – od przybycia na wadze pacjenta. Po każdym pobycie jednego miesiąca w stacjonarze ważono chorego. A po trzech miesiącach komisja badała i postanawiała co z pacjentem robić. Jeśli przybył na wadze, choćby 3 -4 kg, to go posyłała do pracy na zonę.

A jeśli chory nie przybył na wadze przez te trzy miesiące, pobyt jego w stacjonarze przedłużano jeszcze na trzy miesiące.

Po sześciu miesiącach już pacjentowi, choćby on i nie poprawił się, nie przedłużano leczenia. Pozostawiano go w zonie.

Jedzenie w stacjonarze było lepsze niż w brygadach.

Chleba otrzymywaliśmy po osiemset gramów , zupy i kasze były trochę lepsze- tłuściejsze. Cukru była ta sama porcja, którą dawali dla pracujących.

Całe szczęście dla nas, chudziaków – wycieńczonych do ostatnich granic  było to, że nas nie ganiano do pracy i dawano większą pajkę chleba- 800 gram.

 Leczenia żadnego innego nie było, oprócz odpoczynku na narach.

Właśnie ja, do takiego baraku- odpoczynku trafiłem.

O tym stacjonarze, ja długo marzyłem , bo nadchodziła okropna błotnista jesień , no i zima nie lepsza.

Oprócz odpoczynku w tym baraku, ja często chodziłem do pracy na kuchnię. Pomagałem tam obierać kartofle, myć naczynia kuchenne i sprzątać podłogę. Za te usługi otrzymywałem zapłatę – miskę kaszy , zupy i czasami kawałek ryby- tresoczki-  wątłusza- dorsza.

Spożywając swoją porcję wyżywieniową i dodatkowo w kuchni- ja prędko zacząłem poprawiać się.

Poczułem, że jeśli tak będę się odżywiał, prędko mogą mnie wypisać ze stacjonara.

A więc postanowiłem porcji chleba 300 gram nie jeść, a sprzedać ją.

Mój żołądek był zawsze pełny od tych zup i kasz, ale na wadze nie przybywałem. Postanowienie swoje realizowałem przez trzy miesiące.

Badałem swój ciężar każdego miesiąca i dochodziłem do wniosku, że na wadze przybywam bardzo powoli – po 300 -400 gram.

A wiadomym mi było, że jeśli za 3 miesiące nie przybędę co najmniej 3 -4 kg, ze stacjonara mnie nie wypiszą, a zostawią mię w nim jeszcze na 3 miesiące.

Kombinacja ta udała się.

Komisja uznała, że jeszcze muszę pobyć na leczeniu przez trzy miesiące.

Niezmiernie się cieszyłem z tego, że jeszcze będę odpoczywał i to w samą mroźną zimę.

W drugiej fazie mojego leczenia – odpoczynku- wziąłem się naprawdę leczyć- zjadać wszystko , co dawał stacjonar i kuchnia za moje usługi.

Ponadto zacząłem zaglądać i do swojej paczki, którą mi przysłała małżonka z Polski. Przysłała mi parę kilogramów cukru i mąki.

Był w paczce i czosnek , ale go w Moskwie wybrano- „ nie razreszajetsia” – ( niedozwolone).

Posiłki te, choć postne, ale dość obfite poprawiły moją kondycję.

Co miesiąc przybywałem na wadze po 2- 3 kg.

   Wreszcie minęły i te trzy miesiące.

Nadszedł koniec i ja musiałem pójść do pracy.

B y ł   t o  r o k  1 9 4 7

    Dni pracy po stacjonarze.

   Przydzielono mnie do brygady , która zajmowała się różnymi pracami w samym centrum miasta Mołotowsk. ( obecnie Siewierodwińsk)

W pierwszy dzień wygnano naszą brygadę na remont leżnikowki.

Wszędzie tundra, wiatr i to przenikliwie zimny, dmuchał tak silnie na tych polach , i ledwie można się było utrzymać.

Z wielkim trudem minął ten dzień.

Inny dzień był nieco lżejszy.

Pracowaliśmy przy oczyszczaniu brudów różnych toalet radzieckiej inteligencji – przeważnie leitenantów. Oddawali oni dług przyrodzie tam, gdzie znajdował się już dach na nowo postawionych domkach. Praca ta nie była męcząca, ale wstrętna.

Gdy trochę pocieplało na dworze, zaczęto nas uczyć, jak trzeba robić dachy na nowych  domkach fińskich . A więc siedziałem często na dachu i układałem – szyfier- obonit.

Praca ta nie była trudna i dość przyjemna.

Mogłem napatrzeć się na tundrę ciągnącą się setkami kilometrów w trzy strony: południe, wschód i zachód. Na północy widać było fale Morza Białego.

Tundra- to błotnista przestrzeń, porośnięta drobną roślinnością- jagodami różnego rodzaju- robiła smutne wrażenie.

Trudno tu żyć.

Może za parę lat, gdy wybudują tu Mołotowsk i stocznie i zahuczą tu syreny, ockną się tutejsi mieszkańcy i życie stanie się weselsze i przyjemniejsze.

 O b y  t a k  b y ł o  !

      Na razie jest tak, że morduje się tu dziesiątki tysięcy ludzi wolnych i uwięzionych. Wszyscy są półgłodni, a pracować muszą i pracują, bo żyć  pragną.

c.d.n.