Potęga naszych genów


Urodziliśmy i jesteśmy to zasługa genów naszych przodków !!!

Bo kolejne pokolenia przed nami, protoplaści nasi nie tylko przetrwali czasy licznych tragicznych epidemii a także wojen ale też nas spłodzili. Nas, pięknych i mądrych 🙂

Damy radę Kochani i teraz w tym trudnym czasie !!!. 

Tak sobie dziś pomyślałam współpracując  od kilku miesięcy nad podręcznikiem higieny. Zatrzymałam się w XIV wieku, przy pandemii dżumy bo zachwyciłam się mądrością naszych przodków, ich myśleniem które nam przekazali no i siłą genów naszych.

Już w czasie pierwszej epidemii dżumy, jeszcze w VI wieku, ludzie lubili handel i pewnie tak jak my przygodę. Wędrowali więc przez kontynenty i któregoś dni przywlekli do Europy zarazę zwaną wtedy „ czarną śmiercią”. Pierwsza fala dżumy jakoś minęła. Przetrwali nasi czego jesteśmy dowodem 🙂

A gdy otworzył się w XIV wieku wielki gęsto uczęszczany szlak wiodący z Chin na nasz kontynent, razem z futrami  przywędrowały ciekawskie pchły. I nie ich wina, że miały w swoim przewodzie pokarmowym bakterię- pałeczkę o dźwięcznym zawołaniu- Yersinia pestis   i bardziej ponurym- dżuma.  I nie pchły winne, że musiały podgryzać człowieka, czy wydalać do przygotowanych potraw swoje resztki niestrawione- bo tak je bozia stworzyła. . Po prostu nie ich wina.

Jeśli wina, to człowieka-  bo myślał, że świat jest bezpieczny ( zresztą jak my przed obecną pandemią), nie słuchał rad mędrców, którzy być może tak jak wirusolodzy na całym świecie od lat przestrzegali przed nadchodzącą pandemią nazywając  ją jeszcze w 2016 roku  pandemią nieznanym wirusem X.

A więc wędrowaliśmy, lataliśmy do oporu, już miejsc na świecie brakowało by zwiedzać. Pozostawały zawsze coraz większe i coraz bardziej wyizolowane od dookolnego nierzadko pełnego głodu świata- enklawy hotelowe dla bogaczy ale też tych o średnim statusie materialnym, gdzie można się było pławić w basenach z bajerami, używać do woli alkoholowego all inclusive ….

Uprawialiśmy swój hedonizm choćby przejadając się (epidemia otyłości ma się  u nas coraz lepiej) , wyrzucając tony jedzenia, nie patrząc na biedę innych, za to kłócąc się namiętnie o politykę, poglądy,  jednocześnie beztrosko niszczyliśmy naszą zieloną  planetę, z rzadka podnosząc głos by ją chronić- zresztą nie słyszalny przez decydentów. Pozostawało więc tylko zadziwienie że nie wiedzą, czy nie rozumieją, czy władza i pieniądz jest ważniejsza niż zdrowie i życie choćby własnych dzieci…. Tak sobie żyliśmy do czasu obecnej pandemii…. Zanim wrócę do dżumy muszę jeszcze na marginesie tego co napisałam rzucić swoją myśl. Wszyscy zadają sobie pytanie jaki będzie świat po tej pandemii. Radowałam się patrząc na spontaniczne pomocowo- opiekuńcze akcje społeczeństwa ale ostatnie relacje o tym, że pojawiają się zachowania dyskryminujące pracowników służby zdrowia walczących na pierwszej linii frontu z zarazą nakierowuje myślenie w stronę mrocznego cienia ludzkiej odwiecznej natury, tak dobrze poznanej w tym XIV wieku…..

Dżuma XIV wieczna została  dokładnie zilustrowana rycinami ale też ówczesnymi zapiskami. Wystarczy poczytać  w naszym języku ojczystym kroniki Jana Długosza  herbu Wieniawa (łac. Ioannes Dlugossius, Longinus; ur. 1 grudnia 1415 w Brzeźnicy, zm. 19 maja 1480 w Krakowie). Oto jego zapiski:   „Głód, mór i zaraza okropne panowały tymi czasy nie tylko w Polsce, ale i w całym prawie świecie”. Podaje też jak po raz pierwszy w Polsce ale i świecie władze w 1472 roku  zaczęły zwalczać epidemie – „Burmistrz, rajcy miejscy zostawiali na piśmie zarządzenia, wskazówki dotyczące ochrony przed zarazą i sposobów jej leczenia”.

Zasady postępowania tak zadziwiająco są podobne do naszych.

Nie dysponując aplikacjami w smartfonach, co u nas powszechne, posługiwali się metodami prostymi takimi jak malowanie białych krzyży na domach w których znajdował się zakażony. Wtedy wszyscy widzieli, że  mieszkańcy tego domu  podlegają  kwarantannie, nie mogą się kontaktować z innymi, co skutecznie zapobiegało  rozprzestrzenianiu się choroby. Ciała zmarłych wraz z ubraniami i rzeczami był palone.

To wtedy też wprowadzono  kwarantannę (z łac. quarantena, wł. quaranta giorni, czyli 40 dni), czyli  czasowe, przymusowe odosobnienie. Jak dawno zapomniane a naszym pokoleniom w ogóle nie znana to metoda została powołana do życia, na naszych oczach ożyła dawna historia. Nagle sobie uświadamiamy, że ludzie kiedyś myśleli jak my i że zasady higieny są ponadczasowe. W Wenecji władze miasta nakazywały wywozić zakażonych do utworzonych szpitali na  wyspach Lazzaretto Vecchio i Lazzaretto Nuovo. Stąd właśnie pochodzi używana przez wieki nazwa lazaret ….

W różnych poradnikach czasu XIV wiecznej dżumy zalecano ludziom zachowanie spokoju, pogodę ducha, nie rezygnowanie z pracy, ale też cieszenie zmysłów oglądaniem przyrody czy pięknych obrazów, czytanie książek, gry w warcaby, szachy, grę w piłkę i … poranne spacery.  Nie zalecano tańca, by nie zarażać innych. W poradnikach tych radzono jak prać ubrania w co się ubierać na czas zarazy- wskazując na pożyteczne tkaniny takie jak len i jedwab- podawano że na nich zarazki się nie utrzymują i odradzano noszenie futer i wełny gdzie zarazki pozostają dłużej.  Jednocześnie gdy ktoś kichał- używano zaklęcia zapobiegającego chorobie „ na zdrowie”.  Przetrwało we wszystkich językach do dziś !

Prawda jak zachwycająco  mądrzy byli nasi przodkowie ? Bez tej wielkiej nauki którą my dysponujemy, obserwując tylko świat- wyciągali wnioski które są nadal aktualne.

Możemy być z nich dumni

Czerpać siłę

Przetrwamy !!!

A może by tak po urodę, miłość, dobry seks i walkę z zarazą razem z…niewinnym krokusem :)


By na chwilę odparować od wszechobecnego tematu, którego rozwijać nie będę, nie należy nawet,  pochylam się na krokusikiem, który jeszcze zakwita jakby nigdy nic w moim ogródku. Jego uroda i radość jest ponad wszystkie człowiecze problemy. Nic dziwnego, bo już przeżył wszystko co ziemskie.

Bo jest zaklętym  w krokusa śmiertelnym młodzieńcem  o imieniu- Krokus ( Krokos),  stale zakochanym bez pamięci w nimfie o imieniu Smilaks. Która właśnie  czuwa w moim ogródku,  nieopodal, bo została  przemieniona w cis.  Stało się to kiedyś, dawno  z powodu gniewu bogów, którzy jak widać nie lubili miłości a może, co jest pewne-  zazdrośni o swoje nimfy rzucili klątwę na zakochanych. I na nic ich gniew, bo kochankowie trwają, odradzają się , przywędrowali ze starożytnej Grecji, jak opowiada przytoczony mit,  i pokazują, że Miłość jest nie tylko Ponadczasowo Piękna, ale też Nieśmiertelna!!!

       Zakwita więc w moim ogródku, pojedynczo się wychyla spomiędzy niezagrabionych liści. Liście umarłe już nie pamiętają swojej zielonej młodości a krokus ożywa. Czaruje, patrzy w niebo a może śni swój sen grecki czy perski. Może wpisały się w jego geny tamte odległe czasy ale też teraźniejsze ?

Kiedy uprawia się go nadal, nazywając szafranem, by zbierać  górne części słupka zwane znamieniem w czasie gdy przyjmują padający na nie pyłek, jeszcze przed zapłodnieniem, by robić z nich przyprawy czy barwniki mające wielką moc.

Szafran to najdroższa przyprawa świata !!! .  Potrzeba aż 150 000  kwiatów, by uzyskać 1 kg znamion !!!!

Dowiaduję się dopiero teraz, zainteresowana tematem, że ten niewinny krokusik to nie zwykły kwiatek, ale nie lada „ ziółko”. Sporo narozrabiał na świecie, nie tylko rozsiewał swój czar i urok….

        W XIV wieku Czarna śmierć w Europie gwałtownie podniosła zapotrzebowanie na szafran. Uważano, że jest jedynym lekiem na tę chorobę i epidemię. Ponieważ jednak umarli jego  europejscy plantatorzy , sprowadzano go z wysp Morza Śródziemnego, np. z Rodos,  na weneckich i genueńskich łajbach.  Jak podają historycy był to tak cenny towar, że grupa szlachciców ze swoimi wojami napadła na jeden ze statków, rabując towar  wart  420 tys. obecnych euro. Od tej pory rozpoczęła się walka z piractwem szafranowym, która przybrała charakter regularnej „wojny szafranowej”, trwającej 14 tygodni.  Po jej zakończeniu ustanowiono Bazyleę nowym centrum  europejskim produkcji szafranu, przeniesiono je potem do Norymbergii. Poznanym zjawiskiem było fałszowanie tego bogactwa i wówczas  powstał tzw. kod szafranowy wg którego fałszerze mogli być karani nie tylko grzywną, więzieniem ale też śmiercią.

         Ale cofnijmy się o dalsze setki lat. Otóż ludzie starożytni uważali, że szafran jest symbolem elegancji i bogactwa. Klasy panujące starożytnych imperiów przyprawiały nią potrawy, farbowano nim szaty a nawet perfumowano sale balowe !!!.

      Aromatem szafranu zachwycili się Grecy. Wkrótce odkryli, że barwi ich czarne włosy na jasny kolor, więc stosowali  w tym celu mieszankę kwiatów szafranu i wody potasowej.   Skosztowali też jak smakuje, zachwycili się  i od tej pory doprawiali nim potrawy.

Uwiecznili zbiory szafranu na słynnym fresku w pałacu Knossos a Krecie. Zadziwiające, że fresk przetrwał do dziś od swoich lat urodzenia czyli od roku 1600-1500 przed naszą erą!!!

      Egipcjanie podawali swoim faraonom  szafran uważając, że jest najsilniejszym afrodyzjakiem, ale też używali go  w formie perfum-  do kąpieli, domów, świątyń. Pod koniec hellenistycznego Egiptu kobieta wszechczasów, słynna Kleopatra kąpała się w szafranie stwierdzając że po niej staje się demonem seksu 🙂 .

     W starożytnej Persji, jeszcze w X wieku p.n.e.  uprawiano szafran na dużą skalę, a ich władca Dariusz I Wielki ( 500 r. p.n.e.) wydawał rozkazy swoim satrapom by sprawdzali, czy jest uprawiany w dalekich regionach jego imperium tj. na Kaukazie. Ciekawostką jest to, że po wiekach zaleziono w starożytnych dywanach czy całunach pogrzebowych- wplecione nitki-  szafranu.  Widać miał  znaczenie magiczne i terapeutyczne gdyż wchodził w skład rytualnych ofiar dla bóstw, ale też uważany był jako lek. 

Aleksander Wielki podczas azjatyckich kampanii zawsze zabierał ze sobą szafran , dodawał do ciepłej kąpieli , wierzył bowiem, że wyleczy jego rany.  Używano go też do herbaty, ryżu. W okresie około 500 roku p.n.e. szafran dotarł z Persji na wschód Indii.

Po śmierci Buddy podjęto postanowienie, by szaty kapłanów buddyjskich zawsze były barwione szafranem.

Szafran wędrował po świecie razem z handlarzami,  wszędzie zachwycając  ludzi swoim czarem. Najpierw, do roku 100 p.n.e., był  eksportowany z Persji do Chin, razem- uwaga-  z ogórkami, cebulą, jaśminem i winem. Oczywiście Rzym także importował swój szafran z Persji.
       Podczas upadku Cesarstwa Rzymskiego, uprawa szafranu została zaprowadzona przez Maurów w Europie – najpierw w Hiszpanii, a później w części Francji i południowych Włoszech.                

Na marginesie zadziwiające jest to,  że do tej pory szafran nie został podany jako panaceum na obecną pandemię 🙂

Może dzięki tej odgrzebanej z archiwum różnych portali, bo przecież nie z mojej głowy, opowieści, zakwitnie nam w głowach krokus, rozda swą moc szafranową, przyniesie nie tylko ucztę dla oczu ale też uspokojenie swoim pięknem i wielką historią.

Przyniesie też Optymizm i Nadzieję- przetrwamy, Kochani ten zły czas i odrodzimy się tak jak ten mały piękny kwiatek każdej wiosny….

Korzystałam z licznych stron internetowych, ale głównie z : https://szafrankrokus.com.pl/historia-szafranu/

Liścik z kluczem :)

L

Wczoraj  dostałam maila od Ewy, koleżanki z poznańskiego czasu  studiów, piękne zdjęcia etc. Zapytała co robię.

Odpisałam, że przed laptopem długie godziny, bo piszę z kolegą profesorem  JTM podręcznik i że daje mi to dużo radości.
Za chwilkę przyfrunął od Niej kolejny mailik w którym pisze,

„ to pewnie jesteś dumna i szczęśliwa”.

Otworzył tym pytaniem – kluczem –  wytrychem klapkę w mojej głowie.

I wyfrunęły upchane w wielkim tłoku innych, stłamszone i chyba nieszczęśliwe.

Wyfrunęły i zaszumiało pogniecionymi skrzydłami i zapachniało wolnością, wiatrem we włosach i morzem . Po chwili  zmęczone przysiadły na klawiaturze i napisała się odpowiedź. Przydługa. Ale taka musiała być.
Ewuś
Dumna to nie mam być z czego
Szczęśliwa ?
To wszystko ucieczka przed złem tego świata, monotonią życie
Lękiem przed nieznanym końcem
Wystarczy ?
Wystarczy
Pewnie bym więcej czytała
Więcej pisała swojego ble ble
Więcej filmów może
No już nie wiem..

Wsiąść do pociągu byle jakiego !- jakie to proste a niewykonalne 🙁

Takie małe marzenia
Zobaczyć jak ucieka horyzont
Stać w oknie
Morze zobaczyć tak dawno nie oglądane 

Ale i tak jest pięknie, żyjemy, mamy wspomnienia – choć prawdę mówiąc jeszcze starych zdjęć z wypraw nie obejrzałam

Nie skopiowałam tego z blogu by na papier przerzucić, zostawić,  by potem ktoś najzwyczajniej oddał na makulaturę

Och życie
Uruchomiłaś moje gadulstwo
Wybacz
A co  Was?

Stale nadaję o sobie

Aha czytam, bardzo wolno, za wolno Jacka Cygana  Odnawiam dusze. Mówi że swoje teksty układał pod muzykę  którą mu przysyłali. Mistrzostwo !!!

Zresztą pewnie wiesz

No już

 pozdrawiam Cię  ponownie
I nie zanudzam
Zosia

Miasto naznaczone.


Opowieść to chaotyczna ale pisana sercem ….

Tę noc pamiętam jakby zdarzyła się wczoraj

Czuwanie przy łóżku męża w zielonym Aninie

Zaproszenie na kawę nocną, w maleńkiej przerwie całodobowej pracy naczyniówki.

Rozmowa w mroku. Nagle o tym, gdzie mieszka. Mówi, dotychczas przy Anielewicza,  nie mogę przebywać z duchami, nie pozwalają mi spać albo mam koszmarne sny,  wyprowadzam się.

Ja uszy nadstawiam, jest ktoś, kto tak samo czuje jak ja.

Dr K. który walczył dzielnie z naczyniami wieńcowymi nie tylko nam bliskimi.

Twardziel

Nieustraszony w pracy

Zdecydowany

Dr K. czuje duchy getta , dawnego, ale stale obecnego wśród nas

Żydów nie poznaliśmy, ale ich cierpienie jest wokół

Dawne, nieme

Domy Muranowa na wzniesieniach, jak mawiał śp. Nasz Wielki Przyjaciel, prof. Witold Ramotowski, który uczestniczył w odbudowie,  bo wtedy wszyscy tak, poza pracą lekarza, odgruzowywał to miasto zda się umarłe, widział, jak domy budowano ze zmielonych na miejscu starych cegłach i tu  odtwarzanych. Gruzów nie dało się usunąć, zasypano piwnice, w których zostały niepoliczalne może ciała obumarłe już, zasypano pamięć, wzniesienia – to ich groby na których zakwitło nowe życie. Nowi mieszkańcy nie wiedzą o tym, kochają się, rodzą i umierają a może wiedzą , ale nie czują nic , może…zawsze jest kolejne może….

Dr K. wie i czuje

Ja też

Tramwaj zgrzytając w tych latach niemiłosiernie, gna przez obecną ulicę JP II, wtedy Marchlewskiego. Opuszczam Żoliborz, gdzie wejście do kanałów , tamtędy na Starówkę Powstańcy Warszawscy, kwiat inteligencji,  który odszedł nie zostawiając następców.

Po lewej Pawiak, resztki jednego pawilonu i bramy, jeszcze wtedy zielone drzewo, patrzyłam jak umiera. Teraz metalowe z obciętymi kikutami gałęzi. Widzę tamto, zielone, które wszystko pamiętało. Po prawej głaz- tu był Pawiak kobiecy. I wesołe domy Muranowa po obu stronach, na niewielkich linijnych wzniesieniach…..

Wysiadam przy Siennej. Tu mój szpital już nieistniejący ze swoją pamięcią wszystkiego – dawnych lekarzy z Korczakiem, wykształconych co najmniej w Berlinie, reżim sanitarny i zwyczajowy – bo dzieci odbierane w Izbie Przyjęć rodzicom już ich nie mogą oglądać czasem przez długie tygodnie hospitalizacji. Wszędzie duchy tamtych, biednych dzieci żydowskich,  dla których bogaci Berson i Bauman zafundowali ten szpital, dzieci getta, którym dr  Alina Blady- Szwajgier  podaje morfinę, bo była zawsze wtedy , by zasnęły śniąc o kolorowym dzieciństwie ulicznym . Umierają przed dniem wyjazdu do Treblinki. Lekarka uratowana z getta przez litościwą duszę zza muru, wyjeżdża z pamięcią tego co zrobiła do Szczecina, gdzie długo leczy polskie dzieci. Pisze książkę I nic więcej nie pamiętam  zgodnie z sugestią przyjaciela- Marka Edelmana , by opowiedzieć a może się oczyścić…. Czytamy, a wokół tłoczą się przezroczyste , mgliste tragiczne duchy …

https://www.jhi.pl/blog/2016-07-13-adina-blady-szwajger-i-jej-nadludzka-medycyna

Zagubienie w wielkim mieście ?


„Budynek zaprojektowany przez Wolfganga Triessinga i Macieja Nowickiego oddano do użytku w 1992. Budynek z kopułą nawiązuje formą do narożnej kamienicy z przełomu XIX i XX wieku. Jego cechą charakterystyczną jest urozmaicona kolorystyka elewacji. Budynek hotelu otrzymał tytuł „Koszmar sześciolecia 1989–1995” w plebiscycie publiczności…. Zdjęcie z internetu

Kiedyś,  gdy zastanawialiśmy się nad tematem referatu na konferencje zdrowia psychicznego przyszedł mi do głowy pomysł będący w jakimś stopniu kontynuacją poprzednich naszych podobnych o wpływie sztuki na psyche człowieka .  Oczywiście pierwszym autorem jest osoba, której najbardziej zależy na publikacjach, a ja mogę pozostać  na drugim planie. Temat dotyczy wpływu architektury na dobrostan człowieka.  Ale tu piszę sobie to,  co czuję inaczej niż w tej pracy, bo tu jest moje miejsce….dokąd zawsze najserdeczniej zapraszam….drzwi do tego blogu zawsze stoją otworem…. 🙂

Architektura jest naszym rodzinnym konikiem.

 Kilku profesjonalistów już  mamy w drzewie genealogicznym, Tato też projektował , choć głównie drogi kolejowe i mosty ale też malował i wytwarzał piękne miniatury, o czym już kiedyś pisałam. Nasz domek na wsi tak zaplanowałam, zupełnie  zmieniając wnętrze  gotowego projektu, że jest taki jak wymarzyłam –  bardzo funkcjonalny i stale śliczny.

        Gdy teraz docieram do centrum stolicy i oglądam nowe budynki, czuję nie tylko przytłaczającą ich wielkość, ale też monotonię form, jakby ich powielanie, a właściwie przerost formy nad treścią, bo niewiele mówią. Są dla mnie  jednakowe, a cechą wybijającą się jest to, że brakuje im  duszy. W takim mieście, gdyby nie zieloność, człek nie miałby żadnego punktu odniesienia dla swoich zmysłów.

Z radością zaczepiam oko nawet na domach handlowych Ściany Wschodniej , które powstały już  za mojej tu bytności ( 1962- 1969), trochę szokowały prostotą i nie grzeszą urodą. Ale stoją, są symbolem jakiejś trwałości. To człowiekowi potrzebne. Poczucie, że świat nie zmienia się za szybko, że nadążymy….

W 1972 roku nagle wyrósł jak żyleta wcinająca się w pejzaż miasta brązowy wielookienny Hotel wtedy nazwany Forum. Ponoć  był to produkt wzorowany na szwedzkich architektach , wywoływał zdziwienie ale też jakby odrazę. Wrósł w krajobraz miejski, zmienił nazwę i koloryt ale jest. Stoi jak niegdyś, tylko nie samotny, bo wtopiony w tło szalejących coraz wyżej i gęściej wieżowców….

Identyfikacja z miejscem, przyzwyczajenie,  poczucie że jest coś stabilnego na naszym szalonym, by nie rzec, oszalałym świecie to ważne dla naszego samopoczucia. Zresztą piszą o tym mądrzy architekci i psycholodzy. Obok pędzą tłumy ludzi, bezimiennych , obojętnych a te budynki stoją. Są  kotwicą w naszym galopującym świecie.

Inne, odbudowane wg starego stylu cieszę oko, więc tam zmierzam by się nasycać .

Jest pięknie. Życie jest piękne i zachwyca różnorodnością.

Badacz ludzkiego szczęścia wśród mieszkańców różnych nowojorskich dzielnic- Charles Montgomery, w książce „Happy City: Transforming Our Through Urban Design” wydanej w 2014 rok, zauważył  że  żyjący w miejscach o zabudowie nawet  chaotycznej  i wśród  bylejakości architektury  są szczęśliwsi, bardziej radośni i empatyczni niż mieszkańcy eleganckich , wytwornych, grzecznych,  monotonnych części miasta. Coś w tym jest.

Kiedy zda się pędziliśmy tak bardzo ku nowoczesności, zachłystywaliśmy się strzelającymi w niebo, lśniącymi , budowlami świata , nagle, w 1992 roku otrzymaliśmy Hotel  o dumnej nazwie Sobieski. Jak był odbierany przez mieszkańców świadczy tytuł jaki od nich otrzymał w plebiscycie  „Koszmar sześciolecia 1989–1995” ….

..  tak bardzo krytykowany wtedy stale jest dla mnie punktem odniesienia , dla mej radości, zwykłej dziecinnej,  zachwyca mnie od zawsze gdy stanął,  uwodzi swoją kopułką, skrzydlatym układem , jakby obejmujący człowieka ramionami przytula do piersi ( przenośnia)  i pomalowany na pastelowo barwami czaruje . Jest trochę kiczem, ale takim który lubię.

Jestem wtedy jak dziecko zachwycone różnorodnością, barwami ale też przyjaźnią bryły i tym, że jest, że czeka gdy wysiadam z kolejki WKD na przystanku Ochota…..

” Ballada” o naszym świecie…

zdjęcie własne sprzed roku- może symbolizuje nasz świat- zlodowacenie, roztopienie, zieloność bo nieśmiała nadzieja ….

Medycyna profilaktyczna- współczesne wyzwania – ostatnio zmienione na  – Zagadnienia wybrane)

Mamy napisać podręcznik o takim tytule. Nie podręcznik ale książkę  i to niezwykłą – jak mówi redaktor naczelny. Czyli co ? Jaką ma przybrać formę ? Poruszyłam tony ( tzn. hektogigabajty internetu) by wyszukać to, co ciekawe. Okazuje się że wszystko dla mnie ciekawe, wiele nowego, też przypomnienia. Tło historyczne  wszystkich problemów – frapuje – bo to jak było, jak dojrzewała myśl na przełomie wieków –  to towarzyszenie od kołyski. Od korzeni wszak wszystko się zaczyna. Oczywiście wiele jest niewiadomych i pozostanie nie zbadanych, ale to już tak jakbym znalazła się w siodle – och, jak nie lubię tego obrazka – gdy biedny koń dźwiga jeźdźca – ale tak mi się napisało – bo poczułam się pewniej, że wiatr w żagle, że tak trzeba – obszernie  i od początku. Ale słowo pisane w dzisiejszych czasach coraz mniej pożądane. Więc obrazki – tylko jakie ? i znowu moja myśl, że obrazy mistrzów –oni widzieli więcej, przewidywali – jak to artyści-  bez echa ze strony rednacza. Nie będzie łatwo…. Wracam więc do słów….

Jak na razie tylko esej wklepał się przez klawiaturę….. Oto on.

Nie jest łatwo. Świat coraz bardziej biały i czarny – ze wskazaniem – na czarny.

Wokół brudna polityka, kłamstwa w ustach wybranych, kościół omijany łukiem, zagłada globu na własne życzenie- już w naszym kraju  wyraźne ocieplenie klimatu, brak wody, Antarktyda się roztapia, cyklony , smog w Polsce, ludzie uciekają z ziem gdzie wojny, gdzie pragnienie  i choroby zabijają,  przybywają tam gdzie im się uda dostać- do starej dobrej Europy.

Uchodźcy – nie robale  , tylko ludzie, tacy jak my.

Nie chcą się asymilować, bo po co, bo widzą, że to oni mogą zmienić nasz świat, rodząc dzieci, nosząc chusty , modląc się do swoich bogów, tkwią w braku empatii  i agresji do Innych, którymi my dla nich jesteśmy .  To my jesteśmy tymi Innymi …..

To oni, uchodźcy  wytrzymają wszystko co się zdarzy w Europie, bo mają geny przetrwania, bo już doświadczyli pragnienia i głodu,  bo nie mają nic do stracenia.

 Nie są tak, jak myślimy, nic nie czującą masą. Oni swoim pierwotnym instynktem i wiedzą im stale dostępną – bo mają oczy uszy i internet – czują i widzą jak stacza się w dół nasza cywilizacja.

A my,  Europejczycy – cóż – społeczeństwo się starzeje, bo nie chcemy rodzić dzieci.

Połowa z nich przychodzi na świat poza związkami małżeńskimi, inne są opuszczane, bo rodzic właśnie przeżywa kolejne  fascynacje, żyją w nowych rodzinach patchworkowych , bezradne, z poczuciem że to ich wina – jak to dzieci, bez stabilizacji i bezpieczeństwa, bez miłości skierowanej tylko do nich.

Idą do szkoły, która po ostatniej reformie w naszym kraju przeżywa zapaść i dawno przestała być autorytetem. Chyba że prywatna. Więc rodzice przenoszą  tam swoje dzieci , bo lepiej, spokojniej, może mądrzej. Tworzą się – jak czytam-  enklawy wokół takich szkół – hodowli intelektualistów, ludzi którzy in spe mają zdobywać świat a obok szkoły publiczne i wrogość wobec tych wybranych. Rozwarstwienie coraz większe…

Dzieci widzą bliskich na zatłoczonych SORach, które niedawno powstały i są niewydolne, bo lekarze zdesperowani wyjechali, pielęgniarki także a pieniędzy na zdrowie mało a potrzeby i oczekiwania coraz większe. Ich dziadkowie umierają w przechowalniach, poza domem, bo nikt opiekować się nimi nie może. A rodzice czasem, coraz częściej popełniają samobójstwa.

Dzieciaki szukają więc szczęścia w smartfonach, które są artykułem pierwszej potrzeby o czym świadczą dane liczbowe.

Tam odnajdują przyjaciół których nigdy nie poznali w realu i ulegają ułudzie, że to bliskość, grają w gry w których mogą zabijać i nie widać krwi  a bohater ożywa,  przeżywają swoją seksualność – jakże często odmienną , bo homo – w samotności, bo w Polsce kwitnie brak tolerancji, uprawiają seks niewiele wiedząc o miłości nauczeni filmami pornograficznymi, które oglądają już kilkuletnie dzieci ( o czym świadczą dane socjologów) , mając bezpośredni, niekontrolowany dostęp do internetu,  ba, nawet myślą na ich podstawie że właśnie tak powinni być zbudowani oni i ich partnerki czy partnerzy, i tak powinien wyglądać seks- mechaniczny bez uczuć, nie uczą się zachowań prozdrowotnych – wracają choroby weneryczne, już dawno zapomniane, stale rodzą się dzieci nastoletnim rodzicom. Bo rodzice ogłupiali poglądami kościelnymi ale też rządu nie życzą sobie edukacji seksualnej w szkołach. Jakakolwiek by nie była, zawsze jest lepsza niż filmy porno, czy molestowanie .  Dorośli chowają głowę w piasek , nie chcą widzieć problemu . Niektórzy, nie wszyscy. Ale jak przekonać dorosłych ? Zatwardziali w swoich poglądach, także politycznych , pozamykani w swojej szklanej bańce na dyskusję,  są niedostępni dla zwykłej ludzkiej rozmowy.

Młodzi  są manipulowani reklamami- więc wymuszają na rodzicach zakupy , piją piwo, bo zdrowe jak w reklamie , zaglądają do  portali gdzie namawia się do samobójstwa. Więc popełniają, coraz częściej, dzieci- już nie tylko zdesperowani mężczyźni którzy utracili pracę czy młodzi po zawodach miłosnych . Kobiety pogrążają się w depresji.

Antyszczepionkowcy zdobywają poklask i naśladowców. Przychodzą epidemie, jak ostatnio odra. Przyjdą następne.

A co jest jasnego w naszym świecie ?

Jasna jest MIŁOŚĆ , której zawsze, odwiecznie czekamy

Zawsze ważny  DOTYK , którego  matki już się nauczyły  ,  kangurując-  mając nowonarodzone na swojej piersi czy brzuchu,  kołysząc swoje dzieci w ramionach a nie w wózku, jak to było z naszymi- bo taki model wychowania panował. Teraz jest inaczej, lepiej.

Dzieci opanowały tajemnicę  smartfonów-  czerpią wiedzę, której nie dostały w zatłoczonej szkole,  taką prawdziwą też – filmy biologiczne, geograficzne oglądają, znają nazwy planet i potrafią tak skonstruować obwody elektryczne , że wytwarzają prąd z cytryny jak ostatnio wnuk lat 11. Pięknie malują, wycinają, sporządzają kostiumy z papieru – jak drugi 7 latek.

 Nadal  sporządzają tradycyjne  laurki dla ukochanej babci czy dziadka.

 I czytają pasjami – biblioteki świetnie zaopatrzone są im  odrębnym tajemnym światem.

Potrafią mówić, kocham cię, bo już nauczone, że tak trzeba. Więc nie jest źle.

Współczesna medycyna profilaktyczna ma wielkie pole do działania .

Bo odpowiednio sporządzony filmik promujący zdrowie dotrze do wielkiej liczby odbiorców. Tylko jak to zrobić technicznie ?

Wiemy przecież o co chodzi w tym utrzymaniu zdrowia. Tematy są znane i treści, ale przekaz ? Nie mamy pieniędzy na opłacanie solidnych mądrych i frapujących kampanii reklamowych . 

Jak przekonać rządy, że zdrowe społeczeństwo powinno być celem nadrzędnym.

Że od tego zależy nasz byt na naszej planecie ?

Było i jest ….

zdjęcie własne nieba nad Michałowicami …

Jest na Fb  strona zatytułowana Kiedyś było jakoś fajniej . Ludzie pokazują zdjęcia starych,  już dziś nieznanych przedmiotów, zabawy dzieci jakich współczesne nie doświadczają – wszystko w tonacji szaroburej jakim wtedy był nasz powojenny świat. Inni się wzruszają oglądając.

Rozmyślam nad swoim wtedy życiem, to była młodość z której  człek nie zdawał sobie sprawy. Trudy życia pokonywał z wyskoku tak jak wrzucał piłkę do kosza grając wtedy dość namiętnie. Było kolorowo i zwyczajnie. Było, minęło. Teraz –  oglądane z perspektywy lat wydaje się nieprawdziwe.

Bo jest tu i teraz. 

Dzień wypełniony skurczonymi do emerytalnych wymiarów zajęciami, poranne wyprawy po zakupy z plecaczkiem, bo sklep daleko, jeszcze  nieużytki czarują teraz uśpionymi trawami, samolotami podróżują ludzie w dalekie kraje- może po miłość, może  po rozpacz a może nie wiem po co.

I jest pięknie bo życie trwa, krew pulsuje a myśli wyfruwają w przestrzeń  wolne jak ptaki szybujące po niebie…

Danuta Pupek – Musialik, żywa i piękna w opowieściach kolegów z poznańskiej Akademii Medycznej ( 1965- 1971)

Profesor Danuta Pupek- Musialik , V Ogólnopolskie Dni Otyłości

07.04.2017 – 08.04.2017 ; Poznań ; zdjęcie z internetu

NEKROLOG
Ze smutkiem informujemy, że w nocy, z 15 na 16 grudnia 2019 r. zmarła Pani Profesor Danuta Pupek-Musialik, wieloletni Lekarz Kierujący Oddziałem Nadciśnienia Tętniczego i Zaburzeń Metabolicznych.

Prof. Danuta Pupek-Musialik była znakomitym lekarzem, naukowcem i dydaktykiem. Absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu wychowała wiele pokoleń lekarzy i studentów. Była prezesem Polskiego Towarzystwa Kardiodiabetologicznego i kierownikiem Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zaburzeń Metabolicznych i Nadciśnienia Tętniczego Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi i medalem za Długoletnią Służbę. Jest autorką około 330 prac z zakresu medycyny oraz członkiem licznych towarzystw naukowych.
Rodzinie i bliskim przekazujemy wyrazy współczucia.
Msza święta rozpocznie się o godz. 11 w Kościele Chrystusa Dobrego Pasterza w Poznaniu, a uroczystości pogrzebowe odbędą się na Cmentarzu Jeżyckim przy ul. Nowina 1 w Poznaniu, w czwartek (19 grudnia) o godz. 11.40.

Była Damą. Już wtedy, 18 letnią- Damą,  gdy wchodziła do sali wykładowej z futrem niedbale zarzuconym na ramiona, wzrokiem błądzącym gdzieś poza nami – myszowatymi i z dumą na nieruchomym obliczu. Bywało że defilowała przed wypełnioną salą aż do pierwszego rzędu w którym siadało niewielu z nas. Tłoczyliśmy się w odległych rzędach i chichotaliśmy. Wszak niektórzy mieli zaledwie 17 lat…
Zawsze była sama, odrębna i smutna w swej dumie. Taką ją zapamiętałam z tych pierwszych lat studiów na poznańskiej AM.
Od tej pory minęło ponad pół wieku kiedy to nagle , przy smutnej okoliczności śmierci Danusi temat ożył  w naszej messengerowej  Grupie . I warto było żyć dłużej bo nastąpił nagły zwrot mojego pola widzenia. Nagle zajaśniał obraz przedstawiony poniżej przez kolegów . I jestem szczęśliwa że tak się stało. Bo jak w przypadku Krzysia Szereszewskiego który-  ponurak niezbyt urodziwy na studiach okazał się poetą, felietonistą, chłopakiem pełnym niezaspokojonej miłości do ludzi, kobiet…
A Danusia okazała się nie tylko to ważnym i bardzo poważnym lekarzem i profesorem   ale cudowną wrażliwą pełną ciepłą kobietą. I zobaczyłam jej ludzką opromienioną twarz … Mam nadzieję że przeczytają opowieści kolegów, które poniżej – inni z naszego roku i może ktoś tak jak ja pomyśli, że nigdy, jak pisze Leszek , nigdy nie należy wierzyć pozorom …..

Mariolka Nowakowska
masz rację Zosiu –  też pamiętam Ją siedzącą we futrach , samą, w pierwszym rzędzie sali wykładowej  – też odbierałam Ją wówczas jako niedostępną. Dopiero po latach, na zjazdach okazała się miłą empatyczną osobą z którą dało się porozmawiać o wszystkim. Coraz częściej słyszymy że ubyło kogoś z nas- przykre to !


Hirek  – Hieronim Głowacki
W czasie studiów Danusia Pupek  była bardzo akuratna, pracowita i sumienna. Jej notatki z wykładów były pierwszorzędne. Ja miałem z nią dobre koleżeński układ. Jak coś potrzebowałem, zawsze pomogła bez sprzeciwu. W szczególności z jej notatkami. 
Pamiętam na jednym z naszych spotkaniu opowiadała o studentce, która była w ciąży. Ona przyszła do niej na egzamin. W czasie egzaminu, a może przed, studentka  dostała bóle porodowe. Ona jej ten egzamin zaliczyła. Postarała się o porodówkę i parę godzin później  dziecko  było na świecie. Ona to opowiadała z niesamowitą radością. Jej cała twarz promieniowała podziwem dla tej studentki. 
Niestety po studiach mieliśmy bardzo mało kontaktów. Tylko na spotkaniach. Dzięki Piotrowi Janaszkowi

Leszek Milanowski
Przed chwilą Jurek wysłał zawiadomienie. Przyjaźniłem się z Jej Mężem, laryngologiem w Raszei . Wydawała się wyniosła a była w rzeczywistości I w życiu prywatnym bardzo ciepłą , życzliwą kobietą. Niestety NIE będę na Jej pogrzebie…
Z powodu Jej „niedostępności”,  „wyniosłości” I futrom nawet nie chciałem się z Danusią Pupek-Musialik zaprzyjaźnić I rozmawiać. Ot, kilka przypadkowych spotkać. Chyba otrzymała czerwony dyplom z Krzysiem Urbańskim  do którego mi zabrakło trójki z farmakologii od późniejszego członka naszej rodziny, zresztą słusznie. Po latach dopiero prywatnie kontakty otworzyły mi oczy jak głęboko życzliwa, znająca swoją wartość I wcale nie wyniosłą kobietą Ona była. Nie oceniajmy nikogo po pozorach.  Żałuję, że nie kontaktowałem się z Nią częściej, również dla własnego zdrowia. Niestety nie dojadą na Jej uroczystości pogrzebowe.

I jeszcze jeden nekrolog z dnia 10.01.2013
Z głębokim żalem zawiadamiamy o śmierci naszego drogiego Kolegi i Współpracownika
ś+p
dr. n. med. Ryszarda Musialika
Zmarły był wieloletnim pracownikiem Oddziału Laryngologicznego Szpitala im. F. Raszei w Poznaniu,
doskonałym specjalistą-laryngologiem,
prawdziwym Przyjacielem chorych i wspaniałym Kolegą.
Oddział nasz poniósł niepowetowaną stratę.
Ordynator, Lekarze, Pielęgniarki Oddziału Laryngologicznego
Żonie i Córce
składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Ryszard był  też naszym kolegą z roku i mężem Danusi . Poza kilkoma słowami na jego temat które napisał  Hirek –  Ryszard Musialik stał zawsze w 3 rzędzie, nie pchał się do przodu. Skromny, zawsze uśmiechnięty. Niestety, więcej nie pamiętam.  , może ktoś jeszcze coś opowie o tym skromnym towarzyszu życia Danusi  ? zobaczymy ….nadzieja zawsze powinna być ……

Wnuczka opowiada o obrazie pradziadków.


to ten obraz …..
Kochana moja babciu. Pani nam zadała , a muszę przypomnieć że jestem już  w 5 klasie- masz tyle wnucząt i prawnuczkę że może zapomniałaś . Otóż  pani nam zadała bym opowiedziała coś o pamiątce rodzinnej. Długo się zastanawiałam i nagle spojrzałam na ten obraz. Wszystko sobie przypomniałam co mi babciu opowiadałaś. I to spisałam. Jeśli zechcesz poprawić czy coś dodać, napisz…

Oczywiście przeczytałam, wzruszyłam się podwójnie, bo wróciły opowieści moich Rodziców i ich ostatnie chwile na tym padole łez – ale wzruszyłam się  przede wszystkim dlatego,  że tak pięknie nam Wnuki rosną, są mądre i nasze opowieści nie padają na tzw.  jałowy grunt, tylko pięknie kiełkują..
Bez poprawek – bo cóż tu poprawiać ? –  zamieszczam  pracę Wnuczki


Moja prababcia Stefa była góralką. Urodziła się we wsi blisko dużej góry która nazywa się Skrzyczne. Do lasu który rósł na zboczach chodziła ze starszą siostrą na jagody. Wspinały się

 wysoko po dużych  kamieniach. Któregoś dnia prababcia spadła a miała wtedy 6 lat. Spadała w dół aż zatrzymała się na wielkim drzewie . Na szczęście nic jej się nie stało. Gdy wracały zawsze moczyły sobie zmęczone nogi w strumieniu którym płynęła bardzo zimna woda.
Gdy prababcia została nauczycielka wyjechała bardzo daleko do pracy. Było to aż za Wilnem. Jechała  pociągiem i dorożką w Warszawie z Dworca Głównego na Dworzec Wileński gdzie miała przesiadkę, a potem dalej furmanką.  Uczyła w szkole W Rakowie i tam poznała mojego pradziadka Wacława. Bardzo się zakochali i w 1932 roku wzięli ślub. Pradziadek wiedział że jego ukochana bardzo tęskni za swoimi górami a szczególnie za tą jedną najwyższą na której zbierała jagody. Kupił jej w prezencie ślubnym ten obraz , aby sobie oglądała gdy będzie smutna. Ale smutna nie była tylko szczęśliwa z pradziadkiem. Dopiero gdy wybuchła II wojna światowa , Niemcy aresztowali pradziadka często płakała bo miała wiele powodów. Zawsze wtedy patrzyła na ten obraz który do niej mówił by się nie martwiła bo wszystko będzie dobrze. Tak jak ta góra jest silna a strumień stale płynie.
Po zakończeniu wojny prababcia z synem wracała wagonem towarowym do Polski. Nie mogła dużo zabrać bo w wagonie miała tylko malutki kącik. Obok było bardzo dużo ludzi. Nie zapomniała o obrazie. Zapakowany leżał wysoko nad wszystkimi tobołami na których też stał tapczan. Pewnej nocy a jechali 2 tygodnie obraz spadł i uderzył o róg tapczanu. Został trochę uszkodzony. Nigdy nie zalepiano tej dziury bo była też pamiątką. Pradziadkowie spotkali się w Polsce a obraz zawsze wisiał w ich mieszkaniu na bardzo ważnym widocznym miejscu. Przypominał im młodość i siłę gór a także to, że pomimo uszkodzenia jest nadal piękny. Tak jak ich życie.
Obraz wędrował  razem z pradziadkami gdy zmieniali mieszkanie i potem przenieśli się do Warszawy.
W Warszawie wisiał naprzeciwko ich łóżka by mogli oglądać przed snem i po przebudzeniu.
Gdy umarła prababcia pradziadek leżąc w łóżku mówił. O widzę moją góralkę  jak siedzi na tym kamieniu. I był wtedy bardzo szczęśliwy że ją widzi w swojej wyobraźni bo nikt inny góralki tam nie widział.
A teraz obraz wisi w naszym mieszkaniu. I my sobie oglądamy bo bardzo kochamy góry i …widzimy nasza Prababcię jak zbiera jagody, spada z góry, moczy nogi w strumieniu i odpoczywa na tym wielkim kamieniu. My to widzimy bo też mamy wielka wyobraźnię tak jak nasz pradziadek.

Z Marią Rodziewiczówną w tle…

Moja Mama zdjęcie z ok 1923 roku

W 1772 roku Polska przestała istnieć. Ziemie, gdzie urodziła się  w 1907 roku Stefania Łukaszewicz z domu Jakubiec ( nasza Mama, Babcia, Prababcia ) już od 135 lat  znajdowały się  pod Zaborem  austriackim( do 1918 roku ) . Pomimo , że ten zaborca należał do stosunkowo najbardziej liberalnych jeśli chodzi o wynaradawianie, i były polskie szkoły. Jednak brakowało ludzi, którzy mogli oficjalnie dzielić się zwłaszcza z wieśniakami swoją wiedzą o Polsce.

A oto odnaleziona niedawno opowieść mojej Mamy ( nie żyje od 2000 roku) , którą zapisała na zeszytowych kartkach nasza Madzia …. Przepisałam, bo to tak, jakby spotkanie z Mamą. I widzę Jej rozjarzone wielkim błękitem oczy i piękne dłonie, które zapamiętałam niestety chłodne już … teraz wszystko ożyło…bo Mama opowiada……

  • Urodziłam się w podgórskiej wiosce w 1907 roku ( Godziszka w Kotlinie Żywieckiej- przyp. Z.K.) . Mając 10 lat odwiedziłam w sąsiedniej wiosce dalekiego krewnego Ojca, który zaprosił nas na Jasełka. Poznałam jego 20 letnią córkę , która prowadziła gospodarstwo z rodzicami. Raz w tygodniu wyjeżdżała do Białej ( wtedy było to odrębne miasto , teraz Bielsko Biała – przyp. Z.K.) sprzedać jajka,  masło, sery. Z części pieniędzy kupowała książki Rodziewiczówny. Miała ich sporo. Jedna z nich była „ Na wyżynach”   i pożyczyła mi ją . ( wydana w 1896 roku- przyp. Z.K.).   Pierwsza książka w moim życiu,  którą jednym tchem przeczytałam. Poszłam po następną.  Dostałam wszystkie. Jej książki czytała młodzież tej wsi. Zapisywała  w zeszycie nazwisko czytającego, tytuł , datę pożyczenia i wyznaczony termin zwrotu. Przeczytałam wiele. Za rok byłam w Podstawowej szkole Wydziałowej im. Królowej Jadwigi w Białej. Tam była polska biblioteka. Zobaczyłam portret Rodziewiczówny i jej życiorys . Urodziła się w Rosji w bogatej rodzinie . Ubierała się po męsku. Nosiła spodnie, krawat wiązany, jeździła konno. Paliła cygaro. Była ładna. Miała wielu starających się . Wszystkim odmawiała. Z biegiem lat nastał w Rosji komunizm. Uciekała. Osiedliła się blisko granicy polskiej.

  • Przed kilku laty w radio usłyszałam męski głos. Rodziewiczówna uciekała przed bolszewikami do Polski, dojechała do Warszawy, do swojej rodziny. Niektórzy z sąsiadów nie wiedzieli kim jest ta starsza pani mieszkająca obok . Niemcy poszukiwali ją za książkę „ Między ustami a brzegiem pucharu”  i nie znaleźli. Zmarła w Warszawie u swego przyjaciela i pochowana na starym wielkim cmentarzu Powązki. Powązki to stary wielki cmentarz na którym leżą żołnierze z I Wojny Światowej , Bohaterowie z Powstania Warszawskiego. W innej części artyści, aktorzy jak np. śpiewak  Kiepura Jan, przywieziony z Ameryki , aktorka Smosarska i wielu wielu innych. W pewnej części inni znani Polacy jak np. rzeźbiarz Dunikowski, polscy generałowie z tablicami „ pomyłkowo zginął”. Znajduje się pomnik „ Oficerom zamordowanym w Katyniu ” ….
  • Po wojnie uczyłam w szkole w Gorzowie Wielkopolskim, Przyjechał do nas Rodziewicz z matką  z Wilna. Jego ojca zamordowali bolszewicy . Podobno był krewnym rodziny matki Rodziewiczówny, Później uczył się w Poznaniu i z ekipą prof. Michałowskiego wyjechał do Egiptu jako fotograf wykopalisk.
  • Przed paru laty usłyszałam w radio po Polsku „ Polacy starali się o pozwolenie wkroczenia na teren ZSRR i szukania miejsc, gdzie ginęli Polacy. Nikt nie chciał dać pozwolenia. I usłyszałam głos – pracownika bolszewików. „ Jestem Polakiem. Nazywam się Rodziewicz-  w prostej linii krewny polskiej pisarki Marii Rodziewiczówny. Cieszę się, że pozwoliłem pojechać Polakom na teren bolszewicki „ . Po jego wystąpieniu , po kilku tygodniach usłyszałam w radio, że ten Rodziewicz  po swoim wystąpieniu został zastrzelony na ulicach Moskwy.
  • Już jako nauczycielka przeczytałam  ze młodzi Polscy pisarze ogłosili, że powieści Rodziewiczówny są słabe i nic nowego nie przynoszą. Nasz sławny pisarz Stefan Żeromski odpowiedział im na to w prasie. Że bardzo się mylą, bo gdyby nie książki Marii Rodziewiczówny , które trafiały pod strzechy chłopskie to nasza młodzież nie umiałaby czytać. I jej to zawdzięczamy i dziękujemy !!!!

Ta opowieść uruchomiła moje myślenie, by uzupełniać, wyjaśniać. Ale po co ? wszystko jest w necie. Choć jedno warto dopowiedzieć. W 1923 roku Mama wyjechała jako młoda nauczycielka na Kresy. W Rakowie , nieomal przylegającym do ówczesnej granicy z Rosją ( teraz teren Białorusi)  poznała młodego chłopaka, który został moim Tatą J a opowieść o pokrewieństwie Jego Mamy a mojej Babci Stanisławy z Marią Rodziewiczówną pozostała w rodzinie.  

I tak koło się zamknęło tej opowieści…….