Mili sąsiedzi ( 3 ).

Tekst własny zamieszczony w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka w  styczniu 2010 roku a zdjęcia  bałwanka z fajną tabliczką już nie mam . Wielka szkoda, że zaginęło w czeluściach moich folderów a może w ogóle skasowałam… na szczęście jest do obejrzenia w ww portalu….

 

 

Mili sąsiedzi ( 3 )

 

Sąsiadka Zuzia nie pojechała na ferie. Wczoraj ulepiła bałwanka. Dzisiaj byłam na spacerze i znalazłam  kartkę, którą trzymał śniegowy ludzik a na niej napis:   ”  Why so serious? smile 🙂 „.

     Zuzia ma kilkanaście lat i jest moją sąsiadką.  Hoduje siedem kotów i karmi ptaki w ogródku. Codziennie maszeruje do szkoły z wielkim plecakiem. Podziwiam, jak ostatnio dzielnie pokonuje zaspy , bo nasza ulica  jest prawdziwie wiejska i zaniedbana.

Wczoraj Zuzia rozpoczęła ferie. Dużo okolicznych domów opustoszało. Ale Zuzia  została w domu. Wieczorem obserwowałam, jak dziewczynka lepiła bałwanka. Dzisiaj rano, jak zwykle poszłam na samotny spacer. I obejrzałam bałwanka z bliska.

Stoi sobie przy drodze a w „rękach „ trzyma  kartkę starannie zapakowaną w foliową okładkę i dodatkowo przypiętą dużymi gwoździami. Przeczytałam i  natychmiast odzyskałam dobry humor i uśmiech….

Teraz wysyłam zdjęcie wszystkim bardzo ważnym , poważnym i smutnym z jakiegokolwiek powodu MM-kowiczom…..

 

 

 


 

 

 

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 2 ).

 

Mili sąsiedzi ( 2 )

 

 

 

Jak napisałam poprzednio ten michałowicki sąsiadujący z nami stary mały dość zaniedbany domek wprawdzie z ładną niewielką werandą z kilkoma towarzyszącymi budyneczkami nie tylko  nie budził mojego zaufania, ale byłam przerażona wyobrażając sobie, kto może tam mieszkać. Jednak Mirek rozwiał wszystkie moje niepokoje i lęki, odwiedził sąsiadów i wrócił stamtąd cały i zdrowy. Był bardzo  zadowolony, bo poznał miłych ludzi, którym miał okazję się przedstawić a nawet zaprosić ich do nas….Okazało się, że w tych zabudowaniach mieszkają dość młodzi ludzie z córką- Zuzią. Podobno Zuzia ma swój bungalow, a w drugim jest sala telewizyjna. Tak więc zrealizowali pomysł prawie amerykański, fajny….

 

Któregoś dnia przybyła do nas z rewizytą właśnie ta sąsiadka z córką . Była to pani Beatka z Zuzią. Posiedziały, pogadaliśmy, wypiły soczek , było nam miło, że nas odwiedziły….

 

A teraz opowiem kilka słów o rodzicach Zuzi:

 

     Mama Zuzi to  niewysoka okrągława kobietka o bojowym wyrazie twarzy ale i uśmiechu serdecznym  codziennie świtem śmigała  i nadal śmiga , nawet w czasie wielkich śniegów, na rowerze do pracy. Lubię ją spotykać, bo zaraża energią i budzi podziw tą rowerową jazdą nawet w ekstremalnych warunkach pogodowych. Spotkałam ją też w innych okolicznościach, ale o tym opowiem później…     

 

     Tata Zuzi jest szczupłym bardzo ruchliwym i towarzyskim człowiekiem. Gdy przemyka bardzo wcześnie rano obok naszego domku, pędząc do kolejki WKD, gdy mnie spostrzeże, bo wtedy przed domem badam pogodę, zawsze przystanie i chętnie opowiada o swojej pracy, rodzicach. A z pracy jest dumny, bo pracuje w ZOO. Już w czasie pierwszego spotkania proponował, że nam pokaże ZOO i swoje ukochane zwierzęta. Jakoś do tej pory tam się nie wybraliśmy, ale zaproszenie jest nadal aktualne. I to jest bardzo fajne. Gdy była wielka powódź przed kliku laty, Tata Zuzi, który zwykle przemierzał truchtem te dwa km ze stacji kolejki WKD,  tym razem  szedł wolno i zakomunikował, że jest bardzo zmęczony. Oczywiście zatrzymał się na krótką pogawędkę przez płot. Opowiadał z wielkim przejęciem, jak to wszyscy pracownicy ZOO śledzili z niepokojem jak przybiera gwałtownie wielka woda Wisły, która przepływa nieopodal ogrodu zoologicznego, za wałem przeciwpowodziowym. Wszyscy oni jak jeden mąż,  rzucili się z pasją do układania worów na tym wale , przenosili zwierzęta w miejsce mniej zagrożone, chociaż przypominając sobie położenie ZOO nie bardzo sobie wyobrażałam, gdzie mogło być takie miejsce. Tata Zuzi właśnie wracał po kilkudniowej nieustannej pracy i był dumny, że niebezpieczeństwo minęło i zwierzątka są już bezpieczne.  

 

Mirek nazwał tego pana Zoologiem. I tak zawsze o nim mówimy, nawet nie wiemy jak ma na imię.

 

O Zuzi napisałam kiedyś w portalu MM- Gorzów, co przedstawię w kolejnym wpisie tego blogu….

 

 

 

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

 

MichałDrogaDeszcz.JPG

 

Nasza ulica Szara sprzed może 5 laty. Gdy tutaj zamieszkaliśmy nie było żadnego  domu na horyzoncie….

 

Mili sąsiedzi ( 1 )

 

Mieszkają nieopodal nas. Zanim ich poznałam, miałam mieszane uczucia. Po pewnym czasie okazało się , że jednak to ciekawa i miła rodzinka . A oto historia naszej znajomości.

      Gdy się tutaj sprowadziliśmy nie sposób było nie zauważyć sąsiedztwa. Dookoła były jeszcze tylko puste pola i jedynym zabudowaniem było dziwne ranczo za naszym płotem. Ranczo wyglądało tak, że już na wyrost lękałam się  ludzi , którzy tam mogli mieszkać.

Owa nieufność pochodziła ze skojarzenia z obserwacjami z czasów mojej pierwszej pracy w przychodni rejonowej. Wprawdzie moi pacjenci mieszkali w dużych domach , na osiedlu o ładnej nazwie Wrzeciono, wywodzącej się od nazwy  ulicy zataczającej pętlę wokół wielkich bloków, ale gdy zachorował kolega wyjeżdżałam zamiast niego na wizyty domowe . Jego rejon znajdował się na jeszcze dalszym obrzeżu Żoliborza , pod Hutą Warszawa i poza nią , nieopodal Kampinosu. Były tam niewielkie ogródki działkowe i  małe stare zaniedbane  domki . Ponieważ było to dość daleko od przychodni lekarzowi przysługiwał  transport. Mieszkali tam z reguły  biedni zwykle starzy ludzie , ale wielu młodszych  stanowiło tzw. margines społeczny . Bywałam też tam w czasie dyżurów w pogotowiu i wówczas miałam przygodę,  którą już kiedyś opisałam, która na szczęście skończyła się dobrze.

A było tak:

Kiedyś zauważyłam, że kierowca karetki ma zwyczaj wjeżdżania na posesję tyłem , ale nie zastanawiałam się dlaczego. I któregoś dnia  się dowiedziałam . Gdy weszłam do domku, z którego zgłoszono wizytę wyszła na spotkanie całkiem rześko wyglądająca starowinka i powiedziała, że właśnie ona jest chora. Gdy podążyłam za nią do pokoju, nagle wypadł stamtąd silny byczkowatej postury młody mężczyzna z siekierą w ręku. Wiało alkoholem na kilometr. Ryknął, że mamusia jest zdrowa i co to za zwyczaje napastowanie jej w domu. Jeszcze wtedy nie miałam lęków bo i żadnych doświadczeń i zamiast brać nogi za pas i uciekać, stanęłam jak osłupiała. W pewnej chwili, pewnie to było jak mgnienie oka, poczułam, że ktoś mnie łapie za ramiona i nieomal porywając w powietrze, wrzuca do sanitarki. Ta natychmiast ruszyła ze świstem opon. Sanitariusz już dzwonił na milicję ( obecnie nazywaną policją ), informując o agresywnym mężczyźnie który pozostał w tym domku. Kierowca i sanitariusz to były dzielne doświadczone chłopaki i wiedzieli co robią, ustawiając samochód przodem do bramy wyjazdowej . Chyba uratowali mi życie, bo nie wiem do czego mogło dojść gdyby ów byczkowaty synek niby chorej mamusi użył swojej siekiery. Aż trach pomyśleć….

Tak więc mając już takie doświadczenia z przeszłości, nic dziwnego, że na rancho sąsiadów patrzyłam z niepokojem….

I właśnie Mirek postanowił odwiedzić tych sąsiadów , przedstawić się etc. Gorąco mnie do tego namawiał, ale się zaparłam. Ale Mirek jak to Mirek,  typowy uparty Koziorożec jak postanowił, tak zrobił. Nie zważając na moje protesty i próby łagodnej perswazji i ostatecznie błagalne nieomal prośby poczłapał do rancza. Zostałam w domu, nieco rozdygotana, nawet bałam się myśleć, co go tam może spotkać.

Ale ostatecznie wyszłam na wielką panikarę , bo po niespełna  godzinie mój mąż wrócił cały i bardzo zadowolony….Poczułam się głupio ….

 

 

domekzuzi.JPG

 

Właśnie wstaje słońce. Widok z naszego tarasu. W tle mały domeczek z kominem  to  jeden z elementów opisywanego rancza…