A może tak trzeba….

Nie chciało się wracać z tego miejsca, oj nie chciało. Czasami Mamy wzywały nas wielokrotnie do domu na obiad, albo kolację, gdy zmierzch rozpoczynał swoje władanie naszym podwórkiem.

Któregoś dnia, moja Mama, ostrzegając wcześniej, że nie wpuści mnie do domu , jeśli będę zwlekała z powrotem, spełniła obietnicę. Niepomna przestrogi, radośnie wróciłam oczywiście mocno spóźniona i zastałam drzwi zamknięte. Dzwoniłam do oporu, bez efektu. Nasza klatka schodowa w tym czasie była zawłaszczona przez różne ciemne typki, które odwiedzały mieszkającą piętro wyżej zabawową sąsiadkę. Z perspektywy czasu wiem, że była to najprawdziwsza prostytutka. W jej mieszkaniu odbywały się balangi a panowie na schodach zostawiali ślady swojego upojenia alkoholowego , czyli cuchnące rzygowiny. Ktoś litościwy posypywał je popiołem, ale fetor zostawał. Zawsze wstępowałam na tę naszą klatkę schodową z lękiem,  ale tym razem strach uzyskał swój punkt kulminacyjny. Mama wiedziała, że się boję, ale była zasadnicza i nie ustępowała. Bo bezskutecznym dobijaniu się do drzwi naszego mieszkania, położyłam się na wycieraczce, zwinięta w kłębek i dygotałam. Chyba po pewnym czasie już nawet nie dygotałam, tylko znieruchomiałam w przerażeniu. Po chwili, która nie wiem jak długo trwała, otworzyły się drzwi z mieszkania naprzeciwko i wyjrzała pani Kolasińska. Ta litościwa kobieta spytała, co tutaj robię. Pewnie jej opowiedziałam, bo bez słowa wzięła mnie za rękę i zabrała do swojego mieszkania. Jak dobrze pamiętam ten moment uwolnienia i powrót bezpiecznego ciepła. Usadziła mnie na tapczanie i podała kubek bardzo ciepłej herbaty. Piłam łapczywie.  Po chwili wyszła i niebawem przybyła z  Mamą, która nadal obrażona, wzięła mnie za rękę i bez słowa zaprowadziła do domu. Od tej pory pilnowałam się bardziej by sytuacja się broń Boże nie powtórzyła.

To doświadczenie nauczyło mnie pokory i chyba było praprzyczyną , że potem już podporządkowywałam się Mamie bez protestów. Ale gdy przypominam tamten wieczór,  nadal czuję zimny dreszcz na plecach.

Gdy urodziłam swoje dzieci, postanawiałam nie stosować takich rygorów i jak już kiedyś napisałam, dostawały pełen luz, co nie zawsze było dobrą metodą wychowawczą- właściwie żadną. Całkiem niedawno opowiadała mi najmłodsza córka, że gdy bawiła się na podwórku, koleżanki oznajmiały, że o tej i o tej godzinie muszą wrócić do domu. I ona bidula, nie mając takich ograniczeń, też chciała im dorównać i zmyślała:  mama kazała wrócić ….

Magiczne miejsca z mojego dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

Magiczne miejsca z dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

 

Z tego okresu wspominam podwórko z cherlawym bzem nad śmietnikiem.

Śmietnik , położony prawie centralnie , był w zamierzeniu ulokowany pod ziemią i przykryty metalową płaską pokrywą z otwieranymi okienkami. I pewnie tak wyglądał w czasach kiedy miasto należało do Niemców.  Jednak w wydaniu Polski komunistycznej wypełniał się śmieciami po wręby i wyrastał wysoko ponad poziom, stanowiąc dla nas, dzieci szczególnie interesujące miejsce. Lokowałyśmy się z Bajką, przyjaciółką serdeczną, na konarach bzu i wpatrywałyśmy się w tę cuchnącą górę bawiąc się przy okazji, która z nas wypatrzy coś ciekawszego. A bywały tam przeróżne skarby. Różne kawałki chleba ciekawie pokryte  wzorami z pleśni, które próbowałyśmy rozszyfrowywać . Najczęściej owe wzory przypominały nowe lądy, co pachniało tajemnicą podróżniczą ale także nagle wyłaniał się zarys jakiegoś zwierzaka czy śmiesznego ludzika. Bywało, że zauważyłyśmy pojedynczy but na wykrzywionym obcasie. A więc od razu przypominałyśmy bajkę o Kopciuszku z zagubionym butem i Królewiczem. Czasami w papierzydłach zaszeleścił najprawdziwszy wąsaty i łysogoniasty stwór. Potem się dowiedziałyśmy, że był to szczur, stały mieszkaniec śmietnika.

Gdy już wyczerpałyśmy tematy związane ze znaleziskami na śmietniku, zajmowałyśmy się zrywaniem dorodnych liści bzu z których wyrywałyśmy różnokształtne dziurki, uzyskując wspaniałe serweteczki, nieomal takie, jakie wyszywała moja Mama.

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 ).

 

 

G.ŁadneWejscieKosGd.jpg

 

 

Tak wyglądało przed pięciu laty wejście do mojego pierwszego domu. Obok brama prowadząca na podwórko.  Po prawej zielony nasz dawny balkon i okna nad bramą z dużego pokoju i pokoju Zenona.

 

G.bramaKosGd.JPG

 

 

Jakże tajemnicze było owe metalowe zagłębienia, a właściwie dwa równoległe w bramie. Należało po nim przejść tak, by stopa nie trafiła na beton. Wówczas to był dobry dzień. Ot, takie dziecięce bardzo poważne zabawy :). Ta jeszcze poniemiecka instalacja zachowała się chyba przez 100 lat ( nie wiem, kiedy dom ten wybudowano),  stwierdziłam ze zdumieniem, odwiedzając Gorzów po 40 latach…

To są zdjęcia własne. Ale mam jeszcze piękniejsze, od goni, gorzowskiej bliskiej mi Osoby. Jeśli się zgodzi, to kiedyś też je tutaj zamieszczę.

 

 

Losy moich Rodziców. Czasy gorzowskie ( 1 )

 

Po kilku miesiącach Rodzice otrzymali ładniejsze mieszkanie, przy tej samej ul. Kosynierów Gdyńskich ale  pod nr 106.

Mieściło się na pierwszym piętrze jednej z okazałych kamienic, wybudowanych w jednym stylu i ułożonych w dwa szeregi.  Jeden rząd z trzema osobnymi klatkami schodowymi otwierał się na ulicę i podwórko, drugi na podwórko i cudny park.

Nasze mieszkanie mieściło się nad otwartą bramą wejściową z maleńkiej uliczki na teren podwórka, co powodowało, że było bardzo trudne do ogrzania. Panowały wówczas piece kaflowe, więc codzienne rozpalanie w paleniskach może nie było zajęciem trudnym, ale pochłaniało dużo czasu i zanim zrobiło się ciepło, dygotałam pod kołdrą.  Zdarzało się , że w kuchni zamarzała woda. Ale gdy tylko nastawała wiosna, duże okna wpuszczały mnóstwo światła i pokoje się rozjaśniały.

Było usytuowane na pierwszym piętrze, wchodziło się wygodną klatką schodową. Wejście od ulicy miało nad drzwiami ładne owalne, nieomal secesyjnie wyglądające okienko, które do tej pory można podziwiać. Wejście od podwórka było zwyczajne, ale za nim otwierał się mój dziecięcy zaczarowany podwórkowy świat, o którym już wiele opowiadałam. A w bramie zachowały się cudne metalowe płaskawe zagłębienia w betonie, które prowadziły pewnie koła jakiegoś wozu lub powozu.

Długi dość wąski mroczny korytarz łączył trzy duże pokoje wyłożone jeszcze poniemiecką tapetą , łazienkę i kuchnię.

Dobrze pamiętam to mieszkanie, mimo, że przybyłam do niego bezpośrednio ze szpitala gorzowskiego przy ul. Warszawskiej, gdzie ujrzałam światło dzienne po raz pierwszy. I mieszkaliśmy tam przez ok. 10 kolejnych lat.

 

 

Losy moich Rodziców. Pierwsze własne mieszkanie po wojnie.

Gorzów Wlkp. był miastem poniemieckim. Nazywał się w czasach przedwojennych i wojennych Landsberg. Położony nad piękną Wartą i rozłożony na zielonych wzgórzach został w 25 % spalony przez wojska radzieckie w 2 tyg. po wyzwoleniu. Wypalone zostało centrum, uratowała się  XIV katedra. Ale pozostało dużo domów, w których mieszkania były gotowe do zamieszkania.

Rodzice otrzymali mieszkanie przy ul. Kosynierów Gdyńskich 102.

Odwiedzałam kiedyś to miejsce. Wchodziło się w mroczną  bramę a następnie stromymi schodkami na niskie pierwsze piętro. Mieszkanie było ponoć niewielkie i ciemne, ale Rodzicom i tak się wydało przyjazne.

Przecież po wojnie nie mieli nic, nawet  własnego kąta…..

 

Losy moich Rodziców. Poszukiwanie miejsca na ziemi.

Poszukiwanie miejsca na ziemi

 

Rodzice od razu rozpoczęli dyskusję co dalej począć.

Tato już miał propozycję pracy w Warszawie, gdyż tam przybył bezpośrednio po wojnie jego pomagier w pracach projektowych, pan Balicki, który został wiceministrem komunikacji.

Któregoś dnia Mama się zebrała, załatwiła zastępstwo w szkole i pojechali do Warszawy. Jak wyglądała stolica tuż po wojnie nie muszę pisać.

Gdy Mama ujrzała straszliwie zniszczone miasto, od razu rzekła, że ma w sercu ruinę i mieszkać w ruinach nie chce. Tata też się nie kwapił, gdyż była tylko możliwość niezłej pracy, ale żadnych widoków na mieszkanie.

Dość podobnie wyglądał spalony Wrocław, który obejrzeli podczas kolejnej wyprawy w poszukiwaniu miejsca na ziemi. Tam już mieszkali kuzynowie taty- Dzierżyńscy z matką- Walerką, starszą siostrą Staśki, matki Ojca. Oni jakoś się tam już zaadoptowali, mieli nawet ładne duże mieszkanie, ale Rodzice nie chcieli tam mieszkać.

Pojawiła się kolejna propozycja – nie wiem dokładnie, kto proponował. Może to Nowiccy- tak to na pewno oni się odezwali z Gorzowa. MaryniaNowicka była jedyną córką siostry mojej Babci- Staśki, czyli kuzynką Taty. Nowiccy przybyli do Gorzowa wcześnie, zajęli ładne mieszkanie a właściwie pół poniemieckiej pięknej wilii , mąż Maryni- Władek, pracował w urzędzie, który się zajmował dysponowaniem poniemieckich mebli. Oczywiście sobie zorganizował też niezłe. Potem się dowiedział o możliwości pracy dla Ojca, oczywiście na ukochanej kolei i zaprosił Rodziców do Gorzowa. Jak długo trwały te wszystkie przymiarki, nie wiem. Jednak chyba i tak krótko jak na tamte czasy, gdzie sposób komunikowania się ludzi polegający chyba jedynie na korespondencji listownej, ale może jednak już były czynne telefony.

W efekcie Rodzice wylądowali w Gorzowie już w końcu 1946 roku.

Losy moich Rodziców. Aparat do pomiarów.

Aparat do niwelacji.

 

Ale najważniejszy dla Taty był  poniemiecki przyrząd do niwelacji, taki sam jakim się posługiwał w obozie dokonując pomiarów.  Był Jego miłością, moim nieustannym zachwytem i niestety obojętnym przedmiotem dla mojego Brata- Zenona.

Dobrze pamiętam do urządzenie. Mieściło się w niewielkiej skrzyneczce. Napisałam, skrzyneczce, ale to było coś przepięknego, niesamowitego. Miało wymiary może 50x 40x 30 cm. Całość była pokryta chyba jakąś masą plastyczną ,wyglądającą jak kość słoniową-  chyba nie była to prawdziwa kość słoniowa, a może? . Miało pokrywę zamykaną na niewielki lśniący zameczek. I całość była schowana w materiałowy futerał.

Tylko Tato mógł otwierać to kuferkowe pudło. Przysiadałam obok niego z zachwytem i wstrzymywałam oddech. Bowiem było równie piękne w środku. Wyłożone czerwonym aksamitem stanowiło obudowę dla dziwnego lufiastego przyrządu. Dobrze pamiętam to urządzenie, zawsze mnie zachwycało. Tato z namaszczeniem je wyjmował , objaśniał . Miało jakby krótką lunetę ze szkiełkami tajemnymi. Ponoć  miało zdolność obserwacji terenu i dokonywania pomiarów, na podstawie których Tato wykonywał swoje obliczenia pomiarowe. Przyrząd był lśniący , piękny i tajemniczy. Zresztą nadal pozostał dla mnie tajemniczy, gdyż wybrałam zupełnie inny zawód. Tato stale mnie namawiał na studia politechniczne, ale ja miałam już zakodowaną medycynę.

Tato widząc moją determinację w wyborze zawodu, nie walczył ze mną tak jak z moim bratem, szybko zrezygnował ze swoich planów. No cóż, zawiedliśmy Go z Zenonem  na całej linii.

Bo przyrząd właściwie był przywieziony z myślą, że przyda się Jego pierworodnemu Synowi. Tato sobie wyobraził, że on zostanie inżynierem. Oczywiście jak bywa z marzeniami rodziców, dzieci mają swoje ścieżki, czasami niezrozumiałe dla rodziców. Zenon popatrzył na ten cenny dar obojętnie, a może nawet nie zwrócił na to uwagi. Myślę, że serce Ojca się krajało i krwawiło. Aparat ten Tato kupił od Amerykanów za przydzielone więźniom kieszonkowe, oszczędzał więc i myślał o Zenonie.

Powitanie Ojca z synem, jak pisze Zenon było chłodne. Obydwaj zupełnie inaczej sobie siebie wyobrażali. Przez tyle lat rozłąki, powstały fałszywe obrazy istniejące jedynie w ich wyobraźni. Tak więc zawód na całej linii.

Do tego obojętność Zenona na ów przyrząd to był już początek wiecznej wojny Ojca z Synem.

Ale teraz jeszcze nie wiedzieli jak będzie dalej.

Tato jakoś przełknął  zachowanie syna i zajął się  rozdawaniem innych  darów, rozmowami z członkami rodziny Stefy, którzy zgromadzili się w chacie rodziców Stefy.

Wartość Stefy w oczach rodziny znacznie wzrosła.

Losy moich Rodziców. Jak święty Mikołaj…

Jak święty Mikołaj.

 Tak więc wreszcie  przybył do Godziszki mój Tato. Powiało wielkim światem. Wszak wracał z Zachodu.

Wszystkim się jawił jako nieomal św. Mikołaj.

Ubrany był nieźle, przywiózł  paczkę a w niej podarunki.

Był zawsze sumienny i zapobiegawczy, więc będąc w obozie przejściowym dla byłych więźniów skrzętnie zbierał jakieś drobiazgi których sam nie konsumował. Były więc kolorowe cukierki, jakieś konserwy , puszki z herbatą i kawą, czekolada. Większość z tych darów rozdał rodzinie Stefy, wzbudzając ich zachwyt i podziw.  

Jednak coś tam się uratowało.

Zapamiętałam z dzieciństwa przepastną szufladę w naszym gorzowskim mieszkaniu przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106 . W dużym pokoju był ustawiony piękny kredens, oczywiście poniemiecki, a w nim owa szuflada. W chwilach szczególnej łaskawości Mamy mogłam się dobierać do tej szuflady. A tam właśnie były srebrzyste płaskie puszki, piękne. Któregoś dnia jedną z nich otworzyłam i ujrzałam dziwny czarny proszek. Mama powiedziała, że to jest amerykańska kawa, którą przywiózł Tata z Niemiec. W naszym domu kawy się właściwie nie pijało, a pewnie ta była cenną pamiątką. Co się z nią w rezultacie stało, nie wiem. Pewnie Tata w zapale porządkowania ją po prostu wyrzucił. Tak jak zrobił z innymi pamiątkami z obozu. Już pisałam do różańcu, który sam sporządził z miedzianych cieniuteńkich drucików. Było to prawdziwe dzieło sztuki. Taki sam los spotkał większość listów , które przysyłał Mamie z obozu. Pozostawił jedynie pojedyncze, które już tutaj pokazywałam…

 

Losy moich Rodziców. Powrót Taty.

Powrót Taty

 

I wreszcie nadchodzi ten moment. Tak długo wyczekiwany, wyśniony po nocach. Ale to tylko moja interpretacja tych wydarzeń. Tak naprawdę nie wiem co czuje Mama, brat na pewno się cieszy- bo o tym napisał kiedyś w liście do mnie. Czy Mama czuje się na siłach, by podjąć nowe życie z tym człowiekiem, który właściwie stał się Jej obcy? Nigdy Mama o tym nie wspominała, a ja nie pytałam. Zresztą wówczas, gdy dorosłam do zadawania takich pytań, już tak wiele się działo w naszym życiu, że odpowiedź byłaby na pewno przefiltrowana przez gęste sito minionych lat.

Tak więc Tato wraca z obozowej tułaczki i po rocznym pobycie w Niemczech. Po rocznych lękach , niepewnościach i rozważaniach, o tym co go czeka w kraju, gdyż wieści o  prześladowaniach władz komunistycznych  a nawet aresztowania ludzi przybywających z Zachodu ( a on przecież był na Zachodzie) docierały do nich wszystkich, zgromadzonych tam wojennych rozbitkach.

I teraz wreszcie wysiada z pociągu i staje nieruchomo na peronie dworca w Bielsku. Jest blady i wyniszczony 6 letnim pobytem w obozie koncentracyjnym.

Na dworcu czeka na niego kobieta z nastoletnim chłopakiem.  Z trudem rozpoznaje znajome rysy, jakże inne niż zapamiętane z młodości. Widzi przed sobą  posiwiałą kobietę i jakiegoś chłopca , którego teraz trudno byłoby nazwać Nieniuś. Pisząc listy z obozu tak go nazywał, pewnie dziecko samo tak na siebie mówiło wtedy, gdy odjechał. Teraz to jest Zenon, wyrostek o pięknych oczach, które mu zostały do końca życia. Płonących , rozjarzających się światłem oczach  naszej Matki…

Mama stargana wojennymi przeżyciami, po stracie  dziecka – Wacusia, którego jej mąż nie znał, osiwiała w ciągu jednej nocy.

Pewnie Tata jest zdziwiony, ale oczywiście wrażenie pokrywa swoim zwykłym łagodnym uśmiechem. Ale w głowie  kołacze się jedna myśl. Co się z nami stało. ?  Gdzie się podziała jego hoża góralka  z pięknym uśmiechem, która powodowała przyspieszone bicie serca. Kiedy to było?- kiedyś było….

Może mimo wszystko tulą się do siebie. Może Mama w końcu wydobywa z siebie dawny uśmiech, nie wiem.

Może jednak powitanie jest chłodne,  oficjalne, bo przy świadkach, na oczach Jej zaciekawionych  braci.

Jadą bryczką do Godziszki, trzymają się za ręce, Zenon pomiędzy nimi uszczęśliwiony i jeszcze nie zdający sobie sprawy jak trudno będzie dalej…

 

Powrót do rodzinnych stron.

Powolna normalizacja życia

 

Jest rok 1945. Po wojnie i przymusowym opuszczeniu Wileńszczyzny, Mama z Zenonem zatrzymuje się  w swojej rodzinnej wsi Godziszce. Stefa jest honorowa, zawsze była i pozostała do ostatnich swoich dni. Nie chce niczyjej łaski , garnuszka cudzego i trudno się dziwić, że usilnie się stara o pracę. Na szczęście nie było większych problemów, i wkrótce Mama dostaje pracę w szkole w Rybarzowicach, oddalonych o kilkanaście km od Godziszki.

 O świcie wędruje pieszo do Łodygowic, trasą, którą kiedyś przebywała dojeżdżając do Seminarium Nauczycielskiego w Białej. To są trzy  lub cztery km do stacji kolejowej  a potem już tylko krótka trasa pociągiem. Pomimo pozornie stosunkowo niewielkiej odległości z Godziszki do Rybarzowic,  Mama czuje się zmęczona. I po dalszych staraniach dostaje pracę w godziszczańskiej szkole. Jest wzruszona, gdy po raz pierwszy przekracza progi tej starej szkoły już jako nauczycielka. Odwija Jej się film z całego życia. Gdy miała 6 lat- bo w takim wieku rozpoczynał się obowiązek szkolny, nieśmiała i przejęta też wchodziła tutaj, dokładnie do tego samego budynku. A potem jak szybko i właściwie tragicznie układały się Jej losy. I teraz wróciła, właściwie złamana życiem…do tej samej szkoły uczęszczał teraz Jej syn- a mój brat- Zenon. Jednak Mama nie myślała o pozostaniu tutaj. Kochała te swoje góry, ale nie miała własnego mieszkania, ani nawet widoków, by je dostać. Dopiero po latach wybudowano obok szkoły kilkupiętrowy budyneczek, w którym są mieszkania dla nauczycieli. Gdy odwiedzamy Godziszkę, zaglądam w okna tej szkoły, która się ładnie rozrosła i zawsze wspominam moją Mamę…

Praca dodaje Mamie skrzydeł, stopniowo poprawia się Jej samopoczucie. Już się nie czuje ubogą krewną wszystkich z tej dużej rodziny, jest samodzielna i samowystarczalna.

Jednym słowem powoli staje na nogach.

     Tato pisze listy do Godziszki z dalekich Niemiec. Już jest wolnym człowiekiem, ale ociąga się z powrotem do kraju.

Wprawdzie w listach zapewnia że kocha i tęskni. Ale dlaczego jeszcze nie przyjeżdża, tego Mama nie może zrozumieć. Pewnie  kłębią się w Jej głowie różne podejrzenia, wszak tyle lat rozłąki, inne środowisko, jakieś nowe znajomości może….

Jednak po roku przychodzi ostatni list.

Jak bardzo on cieszy. Zenon jest szczęśliwy, nie wyobraża sobie wprawdzie swojego Ojca, którego właściwie nie zdążył poznać , ale widząc radość Matki cieszy się podwójnie .

Mama jest dumna, odważniej patrzy ludziom w oczy. Jej mąż jednak do niej wraca.

Już ma dosyć podejrzliwych spojrzeń rodziny i szeptów po kątach, które słyszy, bo przecież ma dobry słuch. Podejrzewają, że została porzucona i węszą kłopoty…

 

Losy moich Rodziców. Komunistka wraca do domu.

Komunistka wraca do domu.

 

Opuściwszy piękną podkrakowską Rybną Mama z synem, tobołami i słynnym już tapczanem, na którym przyszedł na świat w Smorgoniach Paweł, syn Heleny i Jana Konopielko  a który długo nam jeszcze służył w Gorzowie, została zapakowana do kolejnego wagonu kolejowego . Nie wiem, jak zorganizowano tę podróż , ale pewnie Mama trochę umiała czarować, miała tak przejmująco błękitne bławatkowe oczy, że jacyś  pomocnicy się znaleźli  i niebawem  ujrzała znajome strony- Katowice, a potem Bielsko- Białą.

 Tam, u kresu tej wielomiesięcznej podróży z nieomal roczną przerwą w Rybnej odebrał Ją brat, Szczepan.

Potem jechali wozem przez bardzo szerokie i malownicze przestrzenie Kotliny Żywieckiej. A dookoła jak zwykle milczały góry , góry które kiedyś porzuciła witały ją ponownie a może nie witały, może była im obojętna. Ale trwały, były jak zawsze, odwieczne, skąpane w mgłach zieleniejące w słońcu, czasem śnieżne. Ale zawsze piękne, chłodne, dalekie i właściwie obce….

Nie wiem, co czuła wtedy  Mama.

Przecież zdawała sobie sprawę,  jak wygląda, że ma na twarzy wypisaną żałobę po przeżyciach wojennych i stracie wojennego dziecka- Wacusia. Czuje się właściwie  wrakiem człowieka, bo wszystkiego było na tej ziemi wileńskiej za dużo. Tyle przeżyć, walki o przetrwanie, byt i pod koniec wojny największa życiowa porażka, tragedia- wolno ziębnące rączki i nóżki własnego dziecka – to temat, od którego już nigdy się nie wyzwoli, nie zapomni i będzie o tym mówiła do końca swoich dni i przekaże to mnie , która na szczęście tego nie poznała, ale współcierpi ze swoją Matką, zawsze, na zawsze. Tak to było dużo, za dużo do dźwigania na jej ramionach. Tak się właśnie czuje. wracając w rodzinne strony.  Jak bardzo nie przypomina tej Stefy, która odwiedzała rodzinę jeszcze tak niedawno.

Nie przypomina tej dumnej , pewnej  siebie, eleganckiej światowej Stefy.

Cała wieś się schodzi, by obejrzeć komunistkę. Dla nich każdy, kto przybywa ze Wschodu jest komunistą. Z wozu schodzi  moja Matka  i staje przed nimi.

Przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy. Jest w starej marynarce Ojca przepasanej sznurkiem  i jego butach. Wszystkie ciuchy albo sprzedała Rosjankom, oficerszom, jak nazywano tam żony oficerów , by mieć na chleb dla dzieci albo straciła w pożarze, gdyż dom, w którym mieszkała był wielokrotnie bombardowany i ostatecznie spłonął .

Wita ich zdumione milczenie.

Ale nie ma co tak stać i trwać w rozpaczy , życie pędzi do przodu.

A więc powitanie z Rodzicami, rodzeństwem.

Pękają jakieś lody, przytulenia i wreszcie trochę ciepła czuje i krew żywiej krąży i wreszcie ulga, że jest wśród swoich, niezależnie jacy są…

Zenon też powoli się łapie kontakt z kuzynami. Bardzo lubi córkę Hani, prawie równolatkę Franię z oczami jak chabry w ciemnej oprawie gęstych rzęs. Frania do tej pory żyje i wspomina z ciepłym uśmiechem mojego brata, który od dwóch lat przebywa w zaświatach…

 

Mąż młodszej siostry Mamy- Hanki, Janek zabiera Zenona do Bielska, gdzie kupuje mu jakieś ubranie. Ten człowiek , chyba najuboższy z całej rodziny, bo ma liczną dzieci, jest w sumie najcieplejszy i najbardziej opiekuńczy. ..