Co się z nami stało….

 

Krokodyl;.jpg

 

 

Był koniec lat 60 ubiegłego wieku.

Warszawa jeszcze zachwycała specyficznym wieczornym zapachem, przepastnym ogromem i ukrytą w niektórych miejscach urodą.

Nasze studia jeszcze były w toku, moje  po przeniesieniu z poznańskiej AM.

Zawiązały się nowe znajomości z ciekawymi ludźmi, przetrwały przyjaźnie z niektórymi do tej pory.

I nadszedł  pierwszy nasz warszawski Sylwester 1968/1969.

Na Rynku Starego Miasta była dość kultowa wtedy  knajpa o ładnej nazwie Krokodyl. Nie pomnę kto zaproponował to właśnie miejsce balowe, a my jak zwykle byliśmy chętni do spotkań i różnych rozrywek.

Gorzowska krawcowa uszyła mi na tę okazję wąską krótką sukienkę z  falbanką  okalającą dekolt i drugą szeroko kończącą sukienkę nad kolanem . Była  z miękkiej, jak wtedy się mówiło lejącej się a przede wszystkim  zielonej , nieco lśniącej materii . Dobrze się w niej czułam , chciałabym ją obejrzeć raz jeszcze, dotknąć. Nie jest to możliwe, bo gdzieś się zapodziała. Ale któżby przechowywał przez te ponad 40 lat dawną sukienkę. W naszym małym mieszkaniu niewielka szafa ledwie mieściła codzienne ciuchy. A dzisiaj żal, że sobie gdzieś poszła…zielona świeża , taka jak nasza młodość…oj ta nasza młodość….

     Tak więc nadszedł Sylwester i czas Krokodyla. Nie znałam tej knajpy, ale koledzy wiedzieli jak tam jest. A było ładnie, tylko miejsca do tańczenia niewiele.  Zasiedliśmy  pod ocalałym z wojny piwnicznym ceglanym magicznym niskim sklepieniem , nad butelkowym stołem ….

I wtedy ktoś pstryknął to zdjęcie .

Przetrwało i zda się, że mamy dwadzieścia lat , jak wtedy….

I tak idąc wzrokiem od lewej strony zdjęcia widzę Anię o niespotykanie alabastrowej skórze , , dużego Macieja  obok  autorkę tych wspomnień w zielonej opisywanej i Mirka. Nasze twarze porysował czas, Mirkowi ładnie posypał srebrem głowę  a Maćkowi niedawno zaproponował przeprowadzkę w zaświaty.  

Czy myśleliśmy wtedy o przyszłości? Pewnie nie .

Niezależnie od tego myślenia czy nie myślenia  przeżyliśmy  kawał życia.

A teraz co się z nami stało? Nic wielkiego, po prostu  czas nam odbiera to co dał…ale  dzięki mu za to, że dał….

      I tylko Krokodyl jak niegdyś zaprasza na Stary Rynek i  ta stara fotografia przypomina naszą szumną dziką nieujarzmioną szaloną młodość…

Walentynki?- jestem za.

1.JPG

 

Wszystkim których lubię szczególnie ofiarowuję kwiatek z mojego parapetu…

 

 

 

 

 

Dzisiaj miało być zupełnie o czym innym, ale w radio o Walentynkach trzeszczą. Więc temat przyszedł sam. Nasza młodość minęła bez takich fajerwerków. Albo się ludzie kochali, albo nie. Dowodów miłości było niewiele i uważano, że powinny być ofiarowywane codziennie. W efekcie dzień był  szary podobny do dnia i jedynie jakieś kościelne czy komunistyczne patetyczne święta ubarwiały codzienność.

Od lat 90 XX wieku przyszły do nas Walentynki. Wielu z mojego pokolenia kręci nosem, że sztuczne, nie Polskie, czyli udawane. Ale ja lubię ten dzień. W mieście ożywienia się spodziewam. Tłumy młodych bardziej radosne będą. Więc niebawem się wybiorę do Warszawy, wprawdzie zajmować się wnukami będę, ale przy okazji nasycę wzrok tym co na ulicach, młodość swoją powspominam i będzie fajnie….

Bo dzisiaj jest święto zakochanych. Na własny użytek poszerzyłam jego zakres na ludzi których lubię szczególnie i  będę im mówiła, jak bardzo są dla mnie ważni , że pamiętam i z całego serca życzenia składam. Może niektórzy się szczerze ucieszą, bo już myśleli, że zapomniałam….oczywiście nie będę dzwoniła, listów pisała nie będę serduszek wysyłała, ale mały sms pewnie tak….

Nazwa tego święta pochodzi od św. Walentego. I cóż , że imię nieszczególnie piękne dla mnie, ale trzeba się przełamać , zapomnieć o marudzeniu i po prostu się cieszyć. Bo w codziennym zapędzeniu potrzebny jest taki przystanek .

Święty Walenty jest uznanym świętym przez nasz Kościół, ale w krajach takich jak Pakistan czy Indie uważa się , że obchodzenie tego święta jest sprzeczne z duchem islamu.

 Także wielu ludzi z wyboru nie pozostających w związkach , dla zapiekłych singli dzień ten wiąże się z „ tyranią bycia w związku” i z piętnowaniem osób żyjących  w pojedynkę. Dlatego niektórzy z  nich 14 lutego obchodzą „ antywalentynki”. Ostatecznie tak czy tak jest to święto pomimo, że przy okazji  bardzo komercyjne i krytykowane.

Ciekawe jest to, że ludziska południowej i zachodniej Europu obchodzą to święto już od czasów średniowiecza .

A  nawet w Cesarstwie Rzymskim w tym dniu obchodzono święto ku czci Junony ( rzymskiej bogini kobiet i małżeństwa) oraz Pana ( boga przyrody) zwane Luperkaliami i wówczas też szczególnie intensywnie poszukiwano wybranki serca, m.in. odbywały się losowania imion ze specjalnej urny. W mitologii święto wiąże się z wybranymi postaciami jak np. Kupidyn, Ero, Pan .

Tak więc odrzućmy wszystkie uprzedzenia i wątpliwości i cieszmy się z innymi.

Z takimi postanowieniami wyłączam  komputer i w miasto się wybieram, gdy tylko wstanie dzień….z uśmiechem i hasłem na ustach- kochajmy się !!!

 

 

Pierwszy śnieg tego roku…

 

Spóźnił się na Boże Narodzenie i nie przyszedł z Nowym Rokiem, ale dotarł pod Warszawę wczoraj i zakrył brud , ludzkie problemy wybielił i optymizm przyniósł…pierwszy śnieg tego roku….

 

Zapraszam do naszego domku, gdzie jeszcze jarzą się światełka na najprawdziwszej choince. Błądzić nie będziecie, bo bramka charakterystyczna a w ogrodzie drzewka, które się tu  z wyraźną radością kokoszą od kilku lat. Wyhodowała je z nasionka  a potem nam ofiarowała nasza gorzowska przyjaciółka. W tym celu musiała pokonać  odległość ponad 500 km dzielącą nas od  Gorzowa, miasta w którym się urodziłam i spędziłam wczesną młodość sprawiając nam swoją wizyta i prezentami niespodziankę i uciechę. Bo poza drzewkami mamy m.in.kostki  granitowe z likwidowanych gorzowskich traktów , cegłę  z rozpadającego się podgorzowskiego pałacu,  fragment muru z pięknym stiukiem, który spadł z ruiny, korę z wiekowego drzewa, które umarło nad Kłodawką- niewielką rzeką, która przepływa przez Gorzów i razem z wielką Wartą obejmuje ramionami centrum miasta. W ten sposób powstało  prywatne  Gorzowskie Muzeum  w Michałowicach. Gdy ostatnio 3 letni wnuk  wziął do ręki jeden kamień, jego 5 letnia siostra ostrzegła- nie wolno tego brać, bo to z muzeum babci:)

Tak tak goniu, chyba mogę Ciebie nazwać przyjaciółką. Nasza znajomość jest młoda,  zawsze fascynująca. Poznałyśmy się dzięki pisaniu do portalu MM- Gorzów. To było bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie – jak można było po sposobie pisania tekstów, komentarzy wyniuchać bratnią duszę. I co ciekawe , spotkania w realu potwierdziły , że spotkałam fajnych ciekawych świata, przyjaznych ludzi…pozdrawiam Ciebie goniu, Magmag, bodka , jamajkę, i-elę, i wielu innych, których nicki zapamiętam na wieki wieków- amen ….i jak zwykle zapraszamy do nas Was i Waszych przyjaciół i oczywiście naszych przyjaciół …pozdrowienia śnieżne …

 

 

Bramka.JPG

 

 

domek.JPG

 

 

Kasztanek.JPG

Gorzowski kasztanek ma się dobrze na ziemi michałowickiej!

 

Klonik.JPG

Klonik z Gorzowa , najmłodsze nasze ogródkowe dziecko

 

 

Lipka.JPG

Gorzowska lipka, będzie pięknie rozłożysta ( wnuki a może prawnuki nie będą miały problemów, by wdrapać się na gałęzie) ,  bo nie jest przycinana pomimo zaleceń „naczelnego specjalisty od drzew „- czyli goni, która te trzy drzewka sama wyhodowała  nieomal z nasionka i jak napisałam powyżej,  osobiście nam dostarczyła ….

 

Tak było wczoraj, gdy Trzej Królowie przynieśli młodzieńczą radość na ulice Warszawy.

Od pochmurnego poranka tego dnia w mojej duszy zda się minęły wieki.

Bo nagle coś się  wydarzyło, co rozjaśniło mroki, przepędziło ponure poważne myśli a także spowodowało, że ulice Warszawy, tak jak wielu innych miast w Polsce rozbłysły nowym światłem. I może nawet naiwnie uwierzyłam, że tak może być jeśli nie stale to przynajmniej częściej.

     Właśnie zegar pokazuje  południe a kalendarz – 6 stycznia 2014 roku.

To apogeum Święta Trzech Króli. Święta zapomnianego w mrokach komunizmu, może celowo zapomnianego. I już pozbyłam się myślenia o pretensjach do naszego sejmu, że dzień wolny od pracy zafundował. I teraz wstydzę się uśmiechu politowania, a nawet dookolnych kpin, gdy przed laty prezydent Łodzi- pan Kropiwnicki apelował o przywrócenie tego święta….

    Pora na obejrzenie transmisji z Królewskiego Orszaku.

Zasiadam przed telewizorem i chłonę i coraz bardziej się wyluzowuję, i czuję jak unosi mnie  ta wielka barwna fala.

I jest pięknie.

Ogromna liczba  młodych ludzi, którzy przez wiele miesięcy przygotowywali się do tego spektaklu dziś wyległa na ulice . Nie banda to przebierańców, ale  starannie przygotowywane przez wiele miesięcy barwne klimatyczne odzienie na głowach i grzbietach i sceny i korowody i wszędzie tylko płomienna radość…

    Bez polityków, władz , zjednoczona ponad dotychczasowymi podziałami  i wyzwolona młodość. Więc serce rosło i nawet rodziła się nadzieja, że może oni , ci młodzi kiedyś trwale zmienią nasz kraj. I raj się stanie zamiast narzekających rozeźlonych i nie uznających racji drugiego człowieka obywateli naszego pięknego przecież kraju. Pewnie to nadzieje płonne, ale postanowiłam być optymistką. Może się jednak uda….

    Tymczasem na ekranie monitora telewizyjnego tłumy, tłumy młodych wypełniające Plac Zamkowy, aż król Zygmunt ze swojej wysokiej kolumny oczy przeciera, dziwuje się też Zamek Królewski  a okoliczne kamienice wpadają w zachwyt. Potem św. Anna w swoim kościele wiruje w tańcu a nawet Adam Mickiewicz  marzy o zejściu z pomnikowego piedestału. A młodzi idą, po drodze zatrzymują się przy kolejnych scenach . A to wizyta w szałasie pasterzy, a potem u króla Heroda, do którego poselstwo Mędrców dociera szukając miejsca,  gdzie narodził się Ten, który ma zbawić świat a Herod zaczyna się niepokoić, bo przecież nie w jego pałacu. Potem wizyta w gospodzie gdzie odmówiono miejsca rodzącej Matce Boskiej i wreszcie stajenka uboga….

   A Plac Piłsudskiego długo czekał i nasłuchiwał co się dzieje pod Zygmuntem, na Krakowskim Przedmieściu aż wreszcie się doczekał i niecierpliwie wybiegł naprzeciw i cały ten kolorowy tłum przyciągnął a nawet przytulił do jakże smutnego Grobu Nieznanego Żołnierza. A cóż, że taka radość w tym miejscu może nie przystała. Niech się młode Żołnierzyki cieszą, bo nie dane im było doczekać, bo gdzieś na bezdrożach zostawili swoje ciała, a potem wrócili z ziemią tak licznych, rozrzuconych po świecie pól bitewnych. Dość już w tym Miejscu pompatycznych Wart Honorowych,  stukania wojskowymi butami, przemówień patriotycznych i dotychczasowych uroczystości nadętych. Przecież Wam, Żołnierzykom Kochanym, coście  życie dawno stracili,  o taką właśnie Polskę chodziło- wolną i radosną….

     A tymczasem w telewizorni  widzę jak Orszaki Królewskie idą  nie tylko w Warszawie, ale też w Lublinie, Zakopanym  i kaszubskiej wsi- Dziemiany. Zabrakło relacji z innych miast, pewnie w dzienniku będą migawki. Bo przecież  ta młodziutka, bo zaledwie istniejąca u nas od kilku lat fala Orszaków  Trzech króli rozlała się na około 200 miast Polski.

 Ulice Warszawy tętniły młodością, barwami, śpiewami, i zaczęły żyć pełną piersią, odetchnęły od tych licznych smętnych roszczeniowych marszów . No może sobie przypomniały niedawny marsz Niepodległości z Prezydentem Państwa na czele, który nieco radości wnosił.  Ale ten Orszak jest nieporównywalny, jedyny taki.

Doprawdy moje starawe  serce rosło…..pewnie się powtarzam, ale co tam! Doprawdy warto się powtarzać…

    Zdjęcia z monitora  w wielkim zapale robiłam, by utrwalić i w chwilach refleksyjnych  obejrzeć ku pokrzepieniu serca.

Ale doszłam do wniosku, że mimo wad technicznych wrzucę je tutaj.

Może ktoś nie oglądał tego największego w roku i najbardziej radosnego jedynego takiego ulicznego spektaklu . A nawet jeśli ktoś tam był, albo oglądał w TV może obejrzy ze mną .

I na chwilę będziemy razem…. I stanie przed nami Polska, inna bo wreszcie roześmiana…

Zapraszam moich wszystkich Bliskich a także tych, którzy w innych państwach i na innych kontynentach mieszkają …

 

 

.

 

ZamekPoPrawej.JPG

 

Plac Zamkowy, Zamek Królewski po prawej. Za chwilę wyruszy Orszak Trzech Króli

 

 

 

 

AnnaŚwKościólLewa.JPG

 

Już idzie młodość z Placu Zamkowego. Kościół Św.Anny po lewej

 

 

ZygmuntZdziwiony.JPG

Postój przed jedną ze scen. A w tle Król Zygmunt spogląda ze swojej kolumny z wyraźnym  zdziwieniem

 

 

MickiewiczSię Dziwuje.JPG

Adam Mickiewicz chciałby zejść z cokołu i dołączyć się do Orszaku

 

 

scenaPasterze1.JPG

Jedna ze scen. Anioł pasterzom mówił….

 

 

Smok.JPG

Hotel Europejski po lewej

 

 

PlacPiłsudskiego.JPG

Już Plac Piłsudskiego gdzie stajenka

 

 

KrĂłlowieDaryMatka.JPG

I Trzej Królowie przybyli z darami dla Maleńkiego…

 

 

Hołd.JPG

 

 Przybysz z Afryki oddaje hołd …

Nowy Rok bieży….

 

Tęcza.jpg

 

 

 

Nowy Rok bieży….

 

A ja Wam, Kochani nie fajerwerki, szampany i szatki balowe lecz  tęczę  przysyłam ….. .

 

Jeszcze jesienią ją upolowałam nad wydmą leśną nieopodal naszej działki nad Bugiem. Zawsze jest  piękna  zjawiskowa i niosąca optymizm….

 

To nie jest takie sobie zwykłe zjawisko optyczne i metorologiczne  już dawno opisane.  

To efekt szczególnej gry niebiańskiego światła słonecznego z kropelkami wody zawieszonymi w atmosferze.  Gra wielkiego Słońca z każdą pojedynczą kropelką wody. Nieustanna zabawa trwa , fale świetlne odbijają się od tej jednej kropelki, od jej wszystkich sióstr , każdej z osobna, które je załamują, rozpraszają na barwy które złożone są po prostu białe , właściwie niewidoczne, jedynie jasne a teraz krople wody  już kolorami nasycone zawieszają się na niebie tęczę tworząc. Cudne, dynamiczne to gry , stale się toczą a tęcza zupełnie spokojna, wielobarwna i  uśmiechnięta rozpościera swoje suknie na nieboskłonie….

To przez tę zjawiskowość, nieuchwytność, urodę wreszcie  w wyobrażeniach ludzi zamieszkujących różne miejsca na ziemi tęcza utrwaliła się w ich mitologii.

Grecy widzieli w niej drogę, którą przemierza posłanka bogów – Iris schodząc z nieba na ziemię, Chińczycy szczelinę w niebie, którą bogini Nuwa  zamyka szlachetnymi kamieniami i kolorami , dla Hindusów była łukiem boga błyskawic i grzmotów – Indry, Skandynawowie widzieli w niej most łączący świat bogów i ludzi. W Starym Testamencie była symbolem przymierza Boga z człowiekiem, obietnicą złożoną przez Boga Jahwe Noemu, że Ziemi już nie nawiedzi wielka powódź. Aborygeni uważali, że z „ tęczowego węża” narodził się świat a człowiek mógł zostać wciągnięty do nieba i stawał się płanetnikiem….o płanetniku już pisała nie będę, bo  ciekawie o nim Wikipedia opowiada…

 

I właśnie dlatego przesyłam Wam na ten nadchodzący Nowy 2014 Rok magiczną tęczę.

I wyobrażam sobie, że jesteśmy zbiorem niezliczonej liczby kropelek jednakowych, czasem przemarzniętych, samotnych i bezbarwnych.

I niech w tym rodzącym się właśnie Nowym Roku przyjdzie dobre Słońce i wybierze nas, każdego z osobna, tak jak każdą kropelkę wody, rozświetli , ozdobi barwami i ogrzeje ….i staniemy się jedną wielką kolorową tęczą na wspólnym niebie…

 

Poranne rozmyślania w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia…

Święta, święta i właściwie po świętach. Już drugi dzień od Bożego Narodzenia się rozpoczyna. Było jak zwykle ciepło i rodzinnie. Nieco zamieszania w naszym pustym już domu. Dzieciaki przybyły, jedzenie przyniosły, potem posprzątały i wyfrunęły do swojego życia. Kolędy były śpiewane i grane na pianinie przez babcię. Niestety jak na razie żadne z wnucząt nie wykazuje zainteresowania nauką gry na instrumentach. Wprawdzie kiedyś Julka ładnie na gitarze brzdąkała, malowniczo siadając na wysokim stołku, ale minęło. Mam wprawdzie nadzieję, że muzykowanie do niej wróci, tak jak do mnie wróciło po 40 latach. A pozostała czwórka wnucząt jeszcze wykluwa się z jajka nieomal, wypierza. I zobaczymy jak z nimi będzie. Wprawdzie z Majcią i Mikołajem rodzice chodzą do filharmonii na poranki muzyczne dla dzieci, które nadal prowadzi chyba nieśmiertelna ciocia Jadzia. Przecież i my bywaliśmy z małymi naszymi dziećmi na koncertach przez nią prowadzonych.

Tak więc wstaje dzień i niebo zaczyna grać kolorami, więc łapię aparat i zdjęcia jeszcze ciepłe tutaj wrzucam. Refleksyjny to poranek, bo najpierw leniwy, przejedzony wszak, a potem stopniowo myślenie „pod sufitem” się rozwija  o tym, że czas mija, jeden odchodzi a drugi przychodzi. A my jesteśmy, trwamy. Jak długo jeszcze ? Ale w tym miejscu muszę przerwać, bo dalsze rozwijanie tematu prowadzi na smętne tory. Więc przerywam, nie myślmy o tym co będzie, co los przyniesie. Cieszmy się każdym dniem który wstaje, chwilą ulotną daną nam na własność i myślmy pozytywnie. Podobno takie myślenie przynosi samo dobro.

Jestem z Wami Wszystkimi, Kochani – bierzemy się za ręce i tworzymy łańcuch bliskich sobie serc. Jesteśmy razem- czy też to czujecie?

 

 

Widok0.JPG

 

 

widok00.JPG

 

 

widok2.JPG

 

Właśnie wstaje dzień, drugi dzień od Bożego Narodzenia. Zapraszam do naszego domku, gdzie choinka czeka i otwarte serca dla Was, Kochani ….

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 7 ).

Jeden Taki Dzień ( 8 )

I oto opowieść o dniu pełnym wrażeń, jedynym takim w moim życiu,niepowtarzalnym,  dniu 66 urodzin dobiega końca.

 Wróciliśmy do domku naszego maleńkiego gdy zapadał  już wieczór. Przedsenna krzątanina, radosny gwar dziecięcy wypełniał ten domeczek, a serce nam rosło….

wkrótce Dzieciaki zasnęły snem kamiennym…

nie wiem co mi się śniło, ale ja z wrażenia nie mogłam zasnąć. Więc śniłam na jawie wielkie nieomal kosmiczne niebiańskie przestrzenie, jakieś samoloty, góry doliny, uśmiech Ojca Świętego i czarowny pogodny domek Pana Pilota Józefa Byrdy. Jego zadzierzystość góralską , przyjazne ciepłe  gesty….

rankiem wszyscy wstali w dobrych humorach.  Majusia poprosiła babcię, by kanapeczki przygotowała mówiąc przy tym , że takich pysznych nigdy nie jadła….a Ona wie co mówi, bo z powagą swoich nieomal 5 lat stale podkreśla, że kucharką zostanie….

jeszcze mały spacerek…

i wielkie toboły lądują w samochodzie- wszak nawet niespełna dwudniowa wyprawa z dziećmi to już prawdziwa wyprawa….

pożegnanie w południe i wkrótce wielka nad nami cisza…..

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 6 ). O Papieskim Pilocie Józefie Byrdy.

Spotkanie z panem Józefem , Papieskim Pilotem, stale we mnie żyje. Było  niezwykłe i dzień spotkania, moich 66 urodzin jedyny taki. Tak, tego Człowieka- Legendy zapomnieć się nie da…Szukam w necie, by wiedzieć więcej….

 

I oto co znalazłam w portalu Katowice.naszemiasto.pl. Zamieszczam w całości  wywiad z dwoma pilotami. Jednym z nich jest  nasz Niezwykły Znajomy ze Szczyrku Salmopola – pan Józef Byrdy.

 

 

Jana Pawła II zawieźli do Rzymu górale z Bielska-Białej

2002-08-23, Aktualizacja: 2004-12-18 00:18

Rozmowa z kpt. Alojzym Bylokiem i kpt. Józefem Byrdy, pilotami Boeinga 737 z Janem Pawłem II na pokładzie Kiedy dowiedzieliście się, że będziecie pilotować Boeinga 737 z Ojcem Świętym na pokładzie? Alojzy Bylok: Ja …

Rozmowa z kpt. Alojzym Bylokiem i kpt. Józefem Byrdy, pilotami Boeinga 737 z Janem Pawłem II na pokładzie

Kiedy dowiedzieliście się, że będziecie pilotować Boeinga 737 z Ojcem Świętym na pokładzie?

Alojzy Bylok: Ja jakieś dwa miesiące wcześniej. W Locie pracuję od 30 lat. Przy takich szczególnych okazjach tworzy się „listę starszeństwa”. Koledzy z większym stażem już pilotowali samolot z papieżem. Teraz przyszła moja kolej.

Józef Byrdy: Dowiedziałem się tydzień przed lotem. Kierownictwo firmy wybrało trzy załogi. Dwie były w rezerwie. Ojciec Święty to dla mnie człowiek nr 1 na świecie. To tak, jakbym wygrał los na loterii… Taki lot oznacza duże obciążenie psychiczne. Oczy całego świata patrzą na papieża. A jego los był w moich rękach.

 

 

 

 

Ale nie było najmniejszej turbulencji, wszyscy pasażerowie byli bardzo zadowoleni.

Często latacie razem?

A. B.: Nie. Ja zostałem kapitanem załogi. Pilotem lecącym był Józek, a drugim pilotem – kpt. Stanisław Ziębiec, pochodzący z Nowego Sącza.

Samolot został specjalnie przygotowany?

A. B.: W pierwszej części wymontowano standardowe fotele, a wmontowano poszerzone. Papież usiadł przy oknie. Naprzeciw miał piękny bukiet z żółtoniebieskich róż, na ścianie znalazł się herb papieski. W drugiej części siedziało m. in. 80 dziennikarzy z całego świata.

Jak przywitaliście Ojca Świętego?

A. L.: Papież był bardzo zmęczony. Proszono, aby z nim nie rozmawiać. Pocałowaliśmy tylko papieski pierścień. Potem, już przez głośniki, serdecznie przywitałem najważniejszego pasażera, przedstawiłem załogę. Następnie po angielsku powitałem pozostałych gości.

Podobno to piloci zaproponowali, aby pokazać papieżowi Wadowice?

J. B.: Dzień przed lotem wymyśliłem sobie, żeby przelecieć nad Wawelem, Wadowicami i Zakopanem. Dostaliśmy wszystkie zgody. Dlatego papież zobaczył krzyż na Giewoncie i Krupówki. Oczywiście wszystko z bezpiecznej wysokości, bo przepisy bezpieczeństwa stawiamy ponad wszystko.

A.B.: Wcześniej nad lotniskiem Balice zrobiliśmy dwa okrążenia i jedno wokół centrum Krakowa. Do Rzymu dotarliśmy trasą wiodącą nad Bratysławą, Wiedniem, Gratzem, Lublaną, Zagrzebiem i Adriatykiem. Przelatując nad każdym krajem nadawaliśmy okolicznościowe depesze do prezydentów. Lecieliśmy 11 tys. m nad ziemią, z prędkością 850 km na godz. Mieliśmy godzinne opóźnienie. Ale dzięki temu, we Włoszech ominęła nas zła pogoda.

J. B.: W Rzymie była burza. Ale ona jakby uciekła przed Ojcem Świętym.

Czy papież jadł na pokładzie?

A. B.: Oczywiście. Stewardesy podały pieczonego pstrąga i łososia w galarecie. Papież wypił sporo herbaty, a na deser zjadł ciasto tortowe. My poprosiliśmy tylko o butelkę wody mineralnej.

Podobno Jan Paweł II ma zwyczaj robić sobie pamiątkowe zdjęcie z załogą?

J. B.: Ale tym razem był bardzo zmęczony. Dlatego pamiątkowe fotografie mają tylko piloci i niektóre stewardesy. Po wylądowaniu Ojciec Święty poprosił mnie na fotel obok. Podziękował za lot. Powiedziałem, że to my, górale niskopienni lecieliśmy z Ojcem Świętym. Wspomniałem, że moja mama pochodzi z Kęt. Papież odpowiedział, że to krok od Wadowic… Byłem wzruszony…

Obaj pochodzicie z Bielska-Białej?

A. B.: Nawet chodziliśmy do tego samego liceum im. Kopernika. Ja zacząłem latać na szybowcach w 1960 roku. Potem przesiadłem się na samoloty sportowe, na końcu na pasażerskie. W 1973 roku zacząłem pracować w Locie.

J. B.: Łączy nas także to, że obaj byliśmy ministrantami. Służyłem do mszy w obecnej bielskiej katedrze św. Mikołaja. Zresztą większość pilotów to byli ministranci. W Locie pracuję od 1980 roku. Ale w sumie latam od 35 lat. Najpierw skakałem ze spadochronem, potem latałem na szybowcach. Pracowałem w aeroklubach. m. in. w Rybniku i Bielsku-Białej.

Wracacie czasami na Podbeskidzie?

A.B.: Bywam tu kilka razy w roku. Lubię latać szybowcem na górze Żar.

J. B.: W Szczyrku mam działkę. Na emeryturze chciałbym się tam przenieść na stałe.

Myślicie, że zdarzy się wam jeszcze kiedyś lot z papieżem?

A. B.: To był lot życia! Na pamiątkę każdy członek załogi dostał breloczek z wizerunkiem Jana Pawła II, różaniec i pamiątkowy medal.

J. B.: Życzymy Ojcu Świętemu dużo zdrowia! I żeby przyjeżdżał do Polski jak najczęściej. Ale my już dostaliśmy dar od losu. W czasie kolejnych wizyt polecą inne załogi.

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 5 ).

 

MikoMajaŁadne.JPG

 

Majka i Mikołajek zbierają jagody na przełęczy Biały Krzyż.

 

 

Jeden Taki Dzień ( 5 )

 

Opuściliśmy to magiczne miejsce. Nasyceni wrażeniami, bez smutku, bo z wiarą, że wrócimy, że zawsze będziemy tutaj wracać, jak tylko sił stanie….

I nadszedł ostatni punkt zaplanowanego przez organizatorów na ten dzień programu. Odwiedziny u Niezwykłego Człowieka.

Zjeżdżając w dół, w stronę Szczyrku, w Salmopolu wypatrzyliśmy Jego dom.   Gospodarz już oczekiwał , otworzył wierzeje bramy i zaprosił do środka. Dom to duży, nieomal przytulony do przepływającej przez Szczyrk szumnej Żylicy, wygodny. Ma nowoczesne obszerne wnętrza a jednocześnie jest przytulny.

Był poczęstunek , śliwki węgierki, ciasta, znakomita herbata, czekoladki i szampan oryginalny….

A teraz o tym Panu wspomnieć muszę. Otóż syn kiedyś go operował i wówczas zawiązała się ta znajomość i obopólna sympatia, co czuło się w czasie tego spotkania. W tym czasie szpitalnym prowadzili rozmowy , pewnie syn wspominał o ukochanych górach i okazało się, że Pan ów urodził się niedaleko gdzie miejsce urodzenia  Babci moich dzieci, a mojej mamy- Stefanii Łukaszewicz z domu Jakubiec.

Po latach edukacji zrealizował swoje marzenie i został pilotem  LOTU. ….ukoronowaniem Jego służby  zawodowej było pilotowanie samolotu, w którym Jan Paweł II opuszczał Polskę. Zaszczyt to dla pilota wielki, upoważniający do używania miana „ Papieskiego Pilota” . Miał przebyć trasę z Wrocławia do Watykanu. I nagle Pan Józef podjął decyzję a może ta myśl już w nim wcześniej dojrzewała, zmienił trasę i przeleciał nad ukochanymi miejscami JPII, Wadowicami i Tatrami. Oczywiście musiał mieć zgodę nawigatorów, którą uzyskał już tam, będąc na niebnym szlaku. Nie muszę opisywać jak bardzo się tą decyzją wpisał w papieskie serce. Oczywiście przypomniałam sobie to wydarzenie, bo wówczas w publikatorach pojawiła się ta  właśnie informacja….

Dzisiaj Pan Józef już nie lata, ale chętnie wspomina tamte czasy. Pędzi aktywne życie, czuje się spełniony i życzymy Mu długich lat w zdrowiu i radości….nie zapomnimy Pana nigdy, będziemy wspominali Pana i nasze spotkanie…..Pozdrawiamy nieustannie…

A na marginesie jeszcze jedna dość śmieszna historia. Otóż w domu Pana Józefa na ścianie wisi oprawione w ramkę za szybką zdjęcie z JP II i pięknym wpisem. Właśnie teraz je pokażę. Niestety światło zaburzyło  jakość mojej fotografii, ale można przeczytać. Podobno kiedyś, w czasie poprzedniego spotkania Majka, wówczas 3 letnia oglądając to zdjęcie spytała, czy kiedyś Pan Kapitan mnie zabierze do samolotu którym będzie kierował. Pan Kapitan odpowiedział, że już nie lata. Wówczas Majka spytała- a może ten drugi ze zdjęcia ? 🙂 …..

 

 

Pilot.JPG

 

 

 

 

 

Jeden taki dzień, moje 66 urodziny ( 4 )

Jeden Taki Dzień ( 4 )

 

I w tym dniu, dniu moich 66 urodzin, dalej było ciekawie i nietypowo …zgodnie z planem dzieci pojechaliśmy do Szczyrku, na Przełęcz Biały Krzyż, wiodącą do Wisły. Oczywiście kierowca symbolicznego kielicha w południe nie wychylił, dodaję gwoli ścisłości J

Kierowca już wcześniej zapowiadał, że odwiedzimy Niezwykłego Człowieka. Już kiedyś o Nim słyszałam, ale teraz miało się spełnić …Zapytałam, czy On wie o naszym przybyciu, usłyszałam odpowiedź, że nie trzeba się tam zapowiadać, zawsze jest serdecznie….I tak sobie jechaliśmy , pokonując liczne zakręty wiodące z Godziszki  w dół, aż do starej drogi na Szczyrk, która okazała się rozbabrana remontowo. Trzeba było przepuścić samochody nadjeżdżające z przeciwka. I nagle widzę i słyszę , że nasz kierowca uchyla  okienko i wymienia radosne okrzyki powitalne z kierowcą auta, które znalazło się obok nas.

Jakże niespodziewane było to spotkanie, zupełnie niezamierzone ( bo zamierzone na pewno by się nie odbyło dokładnie w tym miejscu) . Tym kierowcą w pojeździe nadjeżdżającym z naprzeciwka był ów Niezwykły Człowiek, którego dom zamierzaliśmy odwiedzić.  Już teraz wiedzieliśmy, że tej wizyty nie można przełożyć na czas późniejszy….bo On będzie czekał….

Dalej to wspinaliśmy się z lekką zadyszką na zbocze Przełęczy . Przesadziłam w tej relacji, bo oczywiście samochód zadyszki nie miał, ale wstrzymywaliśmy oddech gdy szosa nieustannie zawijała niebezpiecznie coraz wyżej i wyżej. Nawet Mikołajek się niepokoił i pytał, czy nie spadniemy…. Wkrótce pokonaliśmy te liczne serpentyny i ujrzeliśmy Przełęcz Biały Krzyż w pełnej krasie. Pogoda była cudna, widoki zapierające dech, szczególnie podziwiane z szerokiej drogi wiodącej w lewo za Krzyżem i biegnącej brzegiem góry w kierunku Malinowej Skały a dalej Skrzycznego. Po prawej , w tle dumna Czantoria witała, potem w dole Wisła Czarne i dużo dużo gór, wypełniających daleki horyzont. Tam już była Słowacja….Dzieciaki czuły się rozkosznie, dzielnie maszerowały- oj to piechury są prawdziwe piechury zaprawione w rodzinnych kilometrowych wyprawach . W drodze powrotnej, bo głód już przyciskał i był czas posiłku ,  jeszcze się wdrapały na zbocze góry, bo ujrzały krzaczki czarnych jagód. Oczywiście wynalazły całkiem smaczne jeszcze owoce i nie zważając na przepisy sanitarne nakazujące mycie a nawet sparzanie tych owoców jadły, aż im się uszy trzęsły. Rodzice pozwalali, więc babcia taktownie milczała….

Potem rozsiedliśmy się w uroczej autentycznej starej chacie góralskiej z klimatycznym wnętrzem i jedzeniem niezmiennie smakowitym…Tam nie ma ani krzty jakiejś stylizacji, sztuczności tak często spotykanej. Otaczały nas ściana z ogromnych bali, w niej maleńkie wzruszające okienka z podwójnymi szybkami . W centralnym miejscu izby, w której zasiedliśmy znajduje się wielkie zadaszone  palenisko  a w nim  osmalone  i żarzące się jeszcze ogromne głownie . Przyciąga ono  wzrok jak magnes, tym bardziej, że niebawem buchnął prawdziwy radosny pierwotny ogień….kwaśnica od lat smakuje jak nigdzie pod słońcem, bigos to rarytas, placki ziemniaczane pyszne i do tego skwarki, ale jakie skwarki- rozkosz dla podniebienia niebiańska. Tak więc najedzeni, nasyceni tą niepowtarzalną atmosferą opuściliśmy jak zwykle z żalem tę Chatę , oczywiście mówiąc do widzenia, do zobaczenia….

Jeszcze rzut okiem na krzyż ulokowany nieopodal Chaty. Wielki, postawiony przez ewangelików, których w tych stronach dużo. Ukrywali się kiedyś przed prześladowaniami religijnymi, teraz rozsiewają czystą nieskażoną brudem  swoją moralność , przeciwieństwo tego, co widujemy w naszym kościele . Ci ludzie uczciwość i skromność noszą w sercach i tak żyją. Powinniśmy ich naśladować, ale droga daleka i nie widać końca….żal…

Tak więc jak zwykle stęskniona widoku Ukrzyżowanego Chrystusa z szeroką bliską mi twarzą górala beskidzkiego, który zawsze zachwycał wzruszał , uniosłam wzrok w górę…i zamiast tej białej kwadratowej nieomal twarzy z czarnymi  jak głęboka noc włosami i brwiami ujrzałam całą sylwetkę Jezusa powleczoną złotą farbą. Lśniła z daleka tym dziwnym w tym miejscu metalem, stała się obca  a nawet nieprzyjazna. Chcę zapamiętać taką jaka kiedyś była…bliska, budząca wiele uczuć : nieco trwogi i szacunku , wielkiego współczucia i jednocześnie refleksji nad  własnym życiem. Tak, kiedyś tam naprawdę chciało się modlić, nawet ci, którzy nigdy tego nie robili, przeżywali wielką tajemnicę Ukrzyżowanego w nabożnym skupieniu. Postanowiłam to co kiedyś było zapamiętać na wsze czasy, zresztą zapamiętałam….