Ptakom podobni….

 

I minął ten barwny korowodowy dzień Trzech Króli.

A teraz rzeczywistość i normalność skrzeczy za oknem.

Wychodzę więc przed dom, by złapać pierwszy poranny przestrzenny oddech . A potem człapię naszą ulicą wypatrując czegoś, na czym by oko zawiesić, wzbić się ponad powszechną szarość a nawet gdzieś  pożeglować ….

A tu wszędzie mazowiecka smuta. Tylko na pobliskiej brzozie gromada ptaków odpoczywa. Gdy nadchodzę wzbijają się z wielkim szumem.

Patrzę, jak odlatują unosząc swoją wolność….

Nie widzę żadnego człowieka na horyzoncie nawet. O tej porze dnia zniewoleni przymykają samochodami do pracy a tylko czasem jakaś osoba wolna jak ja z pieskiem się pojawia.

Dziś jestem sama pod tym wielkim niebem. Otwiera się nade mną wielkie szerokie  zawsze zachwycające. Bo tam zwykle coś się dzieje, jakieś teatrum z aktorami światła, chmur i słońca.  I jestem szczęśliwa, że mogę  codziennie to oglądać, czekać na kolejne odsłony .

Jeśli natura jest łaskawa i pokazuje na niebie swoje fantazje, odczuwam wdzięczność i dziękuję jej sekretnie za ten dar, dar pięknych zmieniających  się jak w kalejdoskopie widoków.

Trudno się temu dziwić, bo  przez minione  prawie 40 lat byłam więźniem miasta. Widywałam tylko  fragmenty nieba powycinane przez  wysokie żoliborskie bloki.

A teraz mam całe niebo, mam je prawie na własność.

I dzisiaj też odrywam wzrok od ziemi i widzę pięknie  wyrysowane białe ślady po samolotach chyba wojskowych.

I  widzę pilotów tych samolotów, ludzi młodych,  pełnych energii, zapału, którzy  realizują swoje marzenia . Bo zanim zostali pilotami, na pewno najpierw mieli marzenia , romantyczne niecodzienne i bardzo młodzieńcze, by się oderwać od ziemi i sięgnąć nieba.

I nie chcę dopuszczać myśli , że dzisiaj pewnie zmęczeni minionymi świętami, niezbyt chętnie wyszli z domu o bladym świcie, a nawet może w typowych o tej porze roku ciemnościach, dotarli do swoich maszyn i  wystartowali z jakąś misją wojskową. Bo że niedawno przefrunęły  tędy  samoloty wojskowe nie wątpię, gdyż wielkie ptaki pasażerskie które widzą  czasami nawet gromadnie na niebie nie zostawiają żadnych śladów widocznych gołym okiem.  

Teraz już nie widać tych skrzydlatych stworów , przemknęły jak mgławica i gdzieś dalej penetrują podniebną przestrzeń. Zresztą nawet gdyby się tutaj  znowu pojawiły, byłaby to tylko jednostronna radość. Moja radość. Bo przecież oni, ci dzielni chłopcy w swoich latających maszynach nie widzą stamtąd takich jak ja  robaczków, które pełzają po ziemi.

Napisałam o podniebnej przestrzeni. Bo tak się mówi- podniebnej. A ja myślę, że oni są z niebem za pan brat…

I dalej pełznę sobie, człapię swoją drogą,  gapię na to dalekie niebo i często przystaję , by żaden szczegół mi nie  uciekł . Jak zwykle  mam przy sobie aparat fotograficzny, który teraz wyjmuję z kieszeni nieco zgrabiałymi palcami, bo mimo prawie wiosennej tego stycznia pogody jednak wyczuwa się przenikliwy wilgotny chłodek.

I zamiast monotonnej burej szarości naszej wsi widzę najprawdziwszy spektakl na niebie.

Nieśmiało wstaje słońce, siłuje się z ciężkimi chmurami, przegląda w kałużach  a ja szybuję w przestworzach i fantazje swoje rozwijam o romantycznych duszach ludzi ptakom podobnych, obcych światach i podróżach w przestrzeń daleką….

 

 

1.JPG

 

 

Ptaki.JPG

 

 

 

Ptaki1.JPG

 

 

1,1.JPG

 

 

2.JPG

 

 

3.JPG

 

 

4.JPG.

 

5.JPG

Trzej Królowie do Betlejem idą….

 

 

TrzechKrĂłli.JPG

Stara pocztówka z mojego pudełka.

 

 

Dzisiaj Święto Trzech Króli. 

Poranek. Za oknem słońce w pełnym nieomal blasku. A gdzieś tam , daleko na Wschodzie wędrują do Betlejem za gwiazdą, która im wskazuje kierunek, Trzej Mędrcy by oddać hołd Nowonarodzonemu.

W radio nieustanne audycje o tym dniu.  Jest to ponoć najważniejsze po Wielkiejnocy święto kościelne nazywane też Objawieniem Pańskim , nawet ważniejsze od Bożego Narodzenia?

Wychowałam się w tradycji wigilijnej, która tak budowała i nasycała emocjami, że Święto Trzech Króli pozostawało jakby w cieniu wydarzeń Bożego Narodzenia. Ale pora  się przystosować i uznać wyższość Święta Trzech Króli. Ale czy trzeba?

Jak na razie pozostaję przy ubieraniu choinki wypatrywaniu pierwszej gwiazdki na niebie i stole wigilijnym…

    Politycy wywalczyli dzień wolny od pracy, kolejny na bogatej liście takich dni. Ale może nikomu nie jest potrzebna praca , lepiej sobie posłuchać, pogrzebać w necie by dowiedzieć się o historii tego święta, potem pewnie obejrzeć w TV Orszak w Warszawie. Ten ogromny ruchomy żłobek ma cieszyć ludzi a zwłaszcza dzieci, ale nam już się nie chce tam wędrować, a co najwyżej pilotem złożyć zamówienie na obraz….

I tak oczekując na transmisję telewizyjną czytam, to co rozrzucone w necie i zapisuję swoimi słowami najbardziej interesujące mnie informacje. A oto one: kto chce, niech czyta….

     Otóż pierwszy opis  tego chrześcijańskiego święta znajdujemy w Ewangelii wg Świętego Mateusza. Dyskusje biblistów na temat faktycznego autorstwa  tego dzieła są stale otwarte.  Większość badaczy uważa,  że powstało w 70 roku po narodzeniu Chrystusa, chociaż niektórzy sugerują lata wcześniejsze. Z tego powodu wydaje się, że zawiera ono najbardziej wiarygodne informacje, bo powstało w czasach, kiedy jeszcze pamiętano dzień narodzin Mesjasza.

     Święto Trzech Króli, nazywane Epifanią co w języku greckim oznacza objawienie, ukazanie się,  jest związane z faktem przybycia do Betlejem Mędrców ze Wschodu.

Objawienie Pańskie należy do pierwszych świąt, które uznał Kościół .

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wyznaczało początek roku liturgicznego.

Wcześni chrześcijanie na Wschodzie obchodzili ten dzień jako święto Bożego Narodzenia . Do dziś w Apostolskim Kościele Ormiańskim obowiązuje ta tradycja.

W Kościele łacińskim od IV wieku rozpoczęto uważać, że jest do święto niezależne od Bożego Narodzenia.

Według chrześcijan Objawienie Pańskie symbolizuje pokłon świata pogan jak i ludzi z różnych warstw społecznych oraz narodowych, niedawno urodzonemu Zbawicielowi Świata.

Stąd późniejsze , bo datowane na XIV wiek , wyobrażenie Mędrców ( Magów)  – jeden jest przedstawicielem rasy czarnej,  a dwaj  prezentują młodość i starość. Podkreśla to uniwersalną rolę zbawienia  , ponad wszelkimi podziałami co jednocześnie nadaje wysoką rangę w Kościele powszechnym. Są też głosy, że użyto symbolicznej trójki, bo w tamtych czasach poznano jedynie trzy kontynenty-  Azję, Europę i Afrykę. I stamtąd mieli przybyć do Betlejem mędrcy czy królowie.

   Pod koniec XV wieku, wprowadzono zwyczaj święcenia w tym dniu złota i kadzidła . Kadzidłem była żywica z jałowca , którym okadzano domy i zagrody. Miało to zabezpieczać przed chorobami i nieszczęściami. W tym celu także  dotykano szyi złotem. Po uroczystym obiedzie podawano ciasto z ukrytym migdałem. Osoba, która go znalazła, nazywana była „ królem migdałowym”. Wtedy też pojawił się zwyczaj wędrowania dzieci po okolicznych  domach . Dzieci nosiły ze sobą gwiazdę , śpiewały kolędy  o Trzech Królach i obowiązkowo musiały w zamian otrzymać rogale, które nazywano„ szczodrakami”. Przy kościołach ustawiano stragany, gdzie sprzedawano kadzidło i kredę

    Dopiero w  XVIII wieku upowszechnił się zwyczaj święcenia kredy, którą następnie znaczono wejścia do domów, pisząc K+M+B  oraz datę aktualnego roku. Ta inskrypcja nie pochodzi o pierwszych liter imion przybyłych królów, ale należy ja czytać jako  Christus Mansjonem Benedicat ( niech Chrystus błogosławi temu domowi).

Święto Trzech Króli wyznaczało koniec okresu Godów (który rozpoczyna się w pierwszym dniu Święta Bożego Narodzenia) i rozpoczyna  karnawał.

Jest też prawdopodobne, że to święto wprowadzono w celu wyparcia popularnego wśród pogan święta narodzin boga Aiona  a także czerpano  ten zwyczaj z judaizmu.

     Wielu poważnych badaczy zajmuje się też opisywanym zjawiskiem na niebie, które w postaci Gwiazdy Betlejemskiej prowadziło Mędrców do Betlejem. Uznano, że właśnie w tym czasie, w VI wieku n.e.( bo ponoć tak naprawdę wtedy urodził się Syn Boski, a nie w roku 0)  wielokrotnie wystąpiło zbliżenie a nawet pozorne optycznie widoczne połączenie  trzech planet- Saturna, Jowisza i Marsa. To zjawisko bywa  obserwowane co 800 lat.

Jednak w Ewangelii św.  Mateusza możemy znaleźć opis gwiazdy, która pojawiła się na Wschodzie  a następnie szła razem z Mędrcami, aż zatrzymała się na miejscem, gdzie było Dziecię.

Według tego opisu mógł być to Merkury, który co trzy miesiące przez dwa dni staje się bardzo jasny po czym zmniejsza swój blask częściowo też z powodu zanikania w promieniach Słońca. Planeta ta mogła być dostrzeżona przez kogoś w Betlejem . W tamtych czasach ludzie nie mieli żadnych przyrządów optycznych, ale chętnie zajmowali się śledzeniem nieba, które było zawsze tajemnicze i frapujące, jak zresztą i dziś , rozwijała się astrologia.

Są też teorie , że wtedy  na niebie pojawił się meteor lub jasny bolid, tym bardziej, że tradycyjnie opisywano Gwiazdę Betlejemską ją jako kometę .

Ciekawe jest to, że w już w  świecie starożytnym bardzo często opisywano  motyw  gwiazdy, która zwiastuje zbliżanie się bardzo ważnych wydarzeń. Na przykład wg Wergiliusza  który żył w latach 70-19 przed narodzeniem Chrystusa, Eneasz wędrując z Troi do Lacjum jest też prowadzony przez gwiazdę.

     I tak to przewędrowałam po stronach Internetu, a teraz ponownie będę się zastanawiała nad wielkością tego święta. Muszę oczywiście przyjąć do wiadomości to wszystko co podają na ten temat. Ale tak naprawdę gdzieś głęboko zakorzeniony w moim bardzo dojrzałym i doświadczonym przez życie sercu jest dzień wigilijny i jeszcze gra mi w duszy kolęda Przybieżeli do Betlejem pasterze….

    Na takich właśnie smętnawych rozważaniach spędzam przedpołudnie.

     I nagle na zegarze wybija godzina 12 ……

Styczniowe pozdrowienie z mojego ogródka.

 

Groszek.JPG

 

.

 

Zanim przystąpię do opowieści,  chcę zaznaczyć, że mój ogródek na półkuli północnej jest i daleko od równika. W styczniu już zdążył zapomnieć jak wygląda wiosna, lato i jesień.

    Nasza działeczka ułożona na obrzeżach dość dużego  terenu  gdzie  zamieszkał nasz domek,  jest mikroskopijnej wielkości i zwykle dość zaniedbana, bo nasz entuzjazm uprawiania tam warzyw czy truskawek szybko wyparowuje.    

I tak na grządce , którą dzielnie wiosną skopał najstarszy przedstawiciel rodu posiałam wczesną wiosną zielony groszek. Dzieciaki uwielbiają wyjadać to co w młodych strączkach się rodzi i ja też poznaję wtedy smaki dzieciństwa, które są zawsze najpiękniejsze. 

Potem wyjechaliśmy, groszek pozostał zapomniany, opuszczony, aż smętnie wysechł . Jak można się było spodziewać, co nie jest takie trudne,  ja z wrodzonego lenistwa go nie zebrałam, by grochówę ugotować.

Minęła jesień, przyszła zima. Nie zaglądałam na te grządki , bo już nie było po co. Wyschłe badyle były jak wyrzut sumienia, a wyrzutów sumienia nie lubię.

     I któregoś dnia , jeszcze w grudniu moje spojrzenie przyciągnął niezwykły o tej porze roku bardzo długi zielonolistny pęd. Podeszłam bliżej i nagle uśmiechnął się do mnie najprawdziwszy groszkowy kwiatek. Potem już go obserwowałam systematycznie, czy nie zmroził go jakiś zimowy podmuch. Ale on trwał dzielnie, a nawet zafundował sobie siostrzyczkę. Tak więc oba kwiatki bardzo z siebie zadowolone a dumne nawet cieszyły moje oko.

Potem o moich kwiatkach zapomniałam, a może nie chciałam oglądać jak umierają z zimna.

    I oto dzisiaj, gdy  styczeń 2014 roku zapukał do naszych drzwi i już właściwie się zagościł, ponownie się wybrałam na tzw. obchód ogródka.

I wtedy usłyszałam cienki choć rześki głosik, który mnie zapraszał na grządkę. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Jedynym mieszkańcem naszego domku poza mną jest współmałżonek, ale jego głos jak na razie jestem w stanie rozpoznać.

Podążyłam więc w stronę, skąd przyszedł ten młodziutki głosik.

Poczem przetarłam oczy. Jednak to nie były jakieś wizje zmęczonego wzroku. Na zielonym groszkowy pędzie wiszą sobie spokojnie dwa całkiem okazałe strączki.

Zafalowały przyjaźnie i wyraźnie się ucieszyły  gdy się nad nimi nachyliłam, patrzyłam na nie przelekle z miłosną radością a potem wyjęłam aparat fotograficzny, który zawsze staram się mieć w kieszeni. I tym razem się przydał, zdjęcia zrobione, a strączki zadowolone, bo jak widać, lubią być uwieczniane na fotografiach. Wiedzą, że są bardzo fotogeniczne urocze i smakowite.

I w podzięce wygroszkowały  swoje życzenia noworoczne, upewniając się, czy nie za późno już . Gdy zapewniałam, że życzenia zawsze można składać, prosiły o przekazanie Wszystkim, żeby zdrowi byli, zimę przetrwali, która jeszcze na pewno nadejdzie, a patrząc na strączkowe styczniowe zdjęcia myśleli o cieple wczesnego lata…..

 

 

groszek1.JPG

 

 

groszek2.JPG

 

 

Boże Narodzenie.

 

choinka o.JPG

 

 

 

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, od wieków nieodmiennie piękne, czarodziejskie i radosne.

Może zanurzając się ich magii zapomnimy o  codziennych troskach, cierpieniu, czasem bezsensownej krzątaninie  i wrócimy do dzieciństwa….A przyjdzie wtedy sen w ramionach Matki, już nieobecnej może, ale zawsze czuwającej nad swoim dzieckiem…. Tę nadzieję i życzenia przesyłam Wszystkim Bliskim i Dalekim….

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

 

 

7 (2).JPG

 

 

W taki  letni  dzień wyobrażam sobie upalną plażę , palmę i rozmyślam o cieniu.

 

Właśnie wyleguję się w CIENIU  palmy.

Szumi morze, fala łamie się z delikatnym poświstem o piasek  muszelkowy , a potem gdzieś z oddali słychać  jej uderzenia a następnie wielkie mlaskanie. To igraszki skalnego potwora i ogromnej młodzieńczej bardzo niedojrzałej jeszcze fali…

Na plaży w  CIENIU innego wielkiego kamienia czulą się piękni  kochankowie, prawie nadzy i złotem pokryci…A ja samotna ale rozleniwiona i rozgrzana rozmyślam…

 

Lubię różne CIENIE…

 

Uwielbiam taki,  który przychodzi latem , nawet wymyślony ,  ożywiony tylko wyobraźnią, DOBRY CIEŃ dla leniwych lub zmęczonych. Obok szklanka pełna czegoś tam , i muzyka …

 

Czasem czujemy CIEŃ OCHRONNY  . Potrafi zniewalać, nie można go odpędzić ani mu umykać . Trwa obok nas i przeszkadza w rozwoju. To np. CIEŃ nadopiekuńczych rodziców lub cudzy cień, np. szefa , niepożądany i raczej niepotrzebny. Ale czasem doceniamy go po latach , gdy jego gęstość rozproszył czas, i wtedy czujemy wdzięczność , że był i cierpimy z powodu tego, że odszedł . We wspomnieniach przybiera formę ŁAGODNEGO CIENIA OPIEKUŃCZEGO i DOBREGO NAUCZYCIELA. Z dalekiej perspektywy  widzimy go jak wyprowadzał nas z meandrów nieśmiałości , wstydu, lęku i niewiedzy.  I wtedy myślimy, że był to prawdziwy  „ANIOŁA CIEŃ”…I nucimy tę łagodną piosenkę, usiłując przywołać. Ale on nie wraca….

 

Gdy marzymy o sławie , wielkiej urodzie , zdobywaniu najwyższych szczytów i zaszczytów ,  nagle wyłania się ogromny cień kogoś lepszego . Jest to CIEŃ DOMINUJĄCY . Chyba najbardziej nielubiany . Czasem poddajemy się i od razu padamy. Ale gdy uznamy Jego Wielkość obserwujemy jak powoli  staje  się naszym DOBRYM CIENIEM PRZEWODNIM. Czasem wystarczy uznanie jego plusów i poznanie minusów. Dostosowanie się, raczej nie walka. W tym dobrym cieniu możemy rozkwitać… ujrzeć dokładniej siebie , poznać swoje atuty i nawet wygrywać ….

 

Ale  ja najbardziej lubię wesołe zabawy   Z CIENIEM ZWYCZAJNYM , moim. Czasami wpada niespodzianie , zza jakiegoś drzewa, jest figlarny , bardzo ruchliwy. Niekiedy jest długi stateczny stały i wolno kroczy razem ze mną pustymi drogami. Gdy się odwracam , jest zawsze , za plecami lub gdzieś z boku. Nie czuję się przy nim samotna. Z reguły też pomaga  w złym nastroju…pokazuje swoje- czyli moje , bardzo długie nogi, czasami śmiesznie sfałdowane na nierównym terenie, moją nagle maleńką główkę a wielką rękę. Często się z nim  bawię, rozmawiamy , robimy sobie zdjęcia..

 

 Pozdrawiam wszystkich , zapraszam do zabawy

 

 Pędzę , bo właśnie moja wyobraźnia i mój cień gdzieś uciekają, jak niesforne  młode psiaki….

 

 

 

1,0.JPG

 

Zdjęcia własne, a tekst znalazłam w swoich dawnych zapiskach. Napisałam go kilka lat lat temu…

Różne. Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Stare dobre małżeństwo, czyli o czym mówią chmury.

Obserwuję obrazy malowane na niebie i rozmyślam…

Wokół mnie szeroka przestrzeń kotliny górskiej nasycona zapachami wielkich traw i szumnymi dźwiękami dzwonków fiołkowych.

Właśnie w trawach tych leżę i czekam na obraz, który dzisiaj namalują mi chmury. Dziwię się, gdy obrazy czasami się powtarzają. Widać, że nie tylko wiatr i słoneczne blaski, ale też okoliczne szczyty narzucają swoje pomysły chmurom. A chmury jak to chmury, ulotne, elastyczne, wrażliwe do bólu, spełniają wszelkie te pomysły. Układają się w dziwne wzory, a potem już w obraz i moje myślenie…

Tego dnia widzę wyraźnie, jak grzbietem góry idą powoli dwaj wędrowcy. Przygarbieni, strudzeni suną w kierunku szczytu Skalitego. Tam czeka wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach.

Dla mnie są parą starych ludzi. On i i dziwnie bujnowłosa ona. Nie wiem, które z nich prowadzi. Czy tak jak w życiu, czasem kobieta, czasem mężczyzna. To nie jest ważne. Ważne, że są razem. Że chcą być razem.

Teraz czas zatrzymuję i cofam. Widzę ich, młodych pięknych długonogich roześmianych i zakochanych. Wybrali siebie, a może los zdecydował. Nie wiem. Może tylko przypadek. Spotkali się na jakimś obozie sportowym czy w pociągu, na ulicy może na plaży. Coś się takiego wydarzyło, że ich oczy się rozpoznały, nie mogły się rozstać i zapomnieć. Przyciągały się wzajemnie jak magnes. Potem ciała bardzo tęskniące były. Noce parne i szepty miłosne.
Może były jakieś rozstania, ale i powroty.
Ich dzieci urodzone rosły.
Oni się starzeli, nie widząc swoich coraz bardziej niezdarnych ruchów, zmarszczek i przygarbionych sylwetek.

Życie już prawie za nimi, nie chcą go powtarzać. Już wszystko było.

Teraz idą bardzo wolno. Może to ich ostatni szczyt do zdobycia, a potem tylko wolność i rozpłynięcie w niebieskich przestworzach…

 

 Tekst własny zamieszczony kiedyś w MM- Gorzów pod nickiem Łuka- Klarka,

 

Informacja.

Jak zapowiada administrator serwisu Bloog.pl od  godziny 23 w dniu 2.06.2013 tj od niedzieli do 12 – 3.06.2013 będzie przerwa w odbiorze…tak więc pozostają grzyby- a jak dzisiaj podano w radio , podobno już pojawiły się borowiki. Ja zebrałam kilka koźlaczków z czerwonymi główkami…życzę pięknej pogody, miłej niedzieli i różnych przyjemności….do zobaczenia

Parę słów o czarnych łabędziach – ptakach, balecie, filmie i ludzkiej naturze.

 

 

 

 

 

 

 

Może zaraz zatańczą….

 

 

 

Niedawno gonia  pokazała w portalu MM- Gorzów zdjęcia cudnych śnieżnobiałych łabędzi. Wówczas przypomniałam sobie o swoim tekście, który zamieściłam w tym samym portalu w marcu 2011 roku pod nickiem Klarka.

Wydaje mi się, że od czasu, gdy wrzucałam tam swoje teksty minęły lata świetlne.

Oto ten tekst i zdjęcia przeze mnie wykonane w czasie pobytu w Ciechocinku.

Na stawie , w Ciechocinku mieszkają czarne łabędzie. Może noszą jakąś mroczną tajemnicę. Jak w „Jeziorze łabędzim” czy w najnowszym filmie „Czarny łabędź”.

Gdy zobaczyłam rzadko u nas spotykane czarne łabędzie, zebrałam trochę informacji.
Ojczyzną łabędzia czarnego (Cygnus atratus) jest Australia. Do Europy zostały przywiezione jako ptaki ozdobne.
Ale często uciekają z niewoli i bardzo rzadko rozmnażają się na wolności. Jest ich w świecie mało, bo ok. 60 tys.
Należą do rodziny kaczkowatych.( Anatidea) .
Mieszkają na wodzie, unikają miejsc, gdzie woda płynie szybko albo tworzy fale.
Mają czarne pióra, z białym obrzeżem lotek i czerwony dziób.
Młode ptaki są ciemnobrązowe, tak jak u innych blaszkodziobych .
Długość ciała sięga 110-140 cm, ale prawie połowa długości to głowa i szyja. Ważą ok. 6 kg.
Porozumiewają się głosem przypominającym dźwięk trąby .
Żywią się głównie pędami i liśćmi roślin wodnych, trawą i ziołami. Dzięki długiej szyi mogą sięgać dna na głęb 1 m.

Nie zawsze są monogamiczne, czasami żyją w zgrupowaniach.
Składają 4-5 zielonkawych jaj. Wysiadywanie trwa 30-40 dni . W przeciwieństwie do innych blaszkodziobych , jaja wysiaduje samica ale też samiec. Młode po 150-170 dniach potrafią latać. Dojrzałość płciową uzyskują w wieku 3 lat.
W Polsce są spotykane od lat 90 XX wieku w woj. dolnośląskim, małopolskim, wielkopolskim , warmińsko- mazurskim i zachodniopomorskim.

Patrzę na wielkie ptaki pływające z królewską gracją na stawie w Ciechocinku.
Są czarne z krwistymi dziobami. Budzą niepokój mrocznym wyglądem.
I przypominam sobie balet „Jezioro Łabędzie „ ze wspaniałą muzyką Piotra Czajkowskiego . Właśnie tańczą śnieżno białe łabędzie. Wśród nich , zamieniona w łabędzia panna o imieniu Odetta. Może ją odczarować zakochany w niej człowiek. Tak się staje, zostaje ukochaną księcia. Ale jest bal . Pojawia się dziewczyna, przebrana za czarnego łabędzia . Jest piękna , uwodzicielska i zła. Książę ulega jej urokowi a nawet wydaje mu się, że to jego ukochana  Prosi ją o rękę. Wtedy Czarny Łabędź ukazuje swoją ludzką twarz. Czar pryska . Biała dziewczyna ponownie staje się łabędziem i wraca nad jezioro. Książę widzi swoją pomyłkę , ale jest za późno, szuka ukochanej i tonie w wodach jeziora.

Jest tak jak w życiu . Miraże, pomyłki, złe wybory i drogi bez powrotu.

Ostatnio Warren Aronofsky zrealizował film pt  „Czarny łabędź „ Uzyskał wiele nominacji do Oskara, ale statuetkę dostała tylko Natalie Portman. To filmowa Nina , najlepsza z zespołu tancerek . Trwają przygotowywania do wystawienia baletu „ Jezioro łabędzie” . Nina jest doskonała w roli białego łabędzia , ale ma trudności we wcieleniu się w rolę tego złego, czarnego. Pojawia się rywalka, Lilly.
( Mila Kunis). Jest bardziej zmysłowa i uwodzicielska. Nina próbuje desperacko odnaleźć swoją mroczną stronę. W tym czasie pada ofiarą brutalnego gwałtu, zaczyna miewać omamy. Odkrywa w sobie ciemniejsze strony charakteru i dzięki temu może zagra obie role – białego i czarnego Łabędzia.

Filmu nie widziałam i nie wiem czy zechcę obejrzeć.

Pozostawiam rozważania nad splątanym życiem ludzi .
Wracam do Ciechocinka, nad spokojną wodę, gdzie senne czarne łabędzie z krwistymi dziobami.

Dlaczego nie odwiedzają ich białe królewskie ptaki.
I dlaczego one nie pojawiają się wśród białych?
Nie przeszkadzają sobie wzajemnie.
Białe i czarne mają swój świat.
Czysty świat ptaków.

 Ostatnia aktualizacja w portalu MM- Gorzów: 31-03-2011, godz. 08.41. Wiadomości z internetu.

 

 

 

List do goni

 

Zdjęcie plakatu do spektaklu

 

 

MM w filmie „Książę i aktoreczka”,1957 rok

 

 

Jest już nowy dzień, godzina 1. Właśnie wróciliśmy kolejką WKD z teatru. Spektakl był niezwykły.

Krystian Lupa napisał scenariusz i reżyserował sztukę pt. „Persona. Marilyn.” Od 3 lat, cieszy się ona powodzeniem takim, że do tej pory nie udało mi się zdobyć biletów. Moje wnuczki, Wera i Dora cieszyły się tak jak i my z tego, że wreszcie dopięłam celu. Wprawdzie nie było już biletów na miejsca w pierwszych rzędach, a szkoda bo dla lepszej słyszalności i pełnego odbioru niezbędne jest przebywanie blisko sceny. Z naszego 10 rzędu musiałam wyciągać uszy, a i tak pojedyncze słowa aktorów uciekły bezpowrotnie.

I teraz, na gorąco piszę do Ciebie o świecie, w którym zatonęłam i z którego wracam z trudem do rzeczywistości.

Otóż Lupa jest czarownikiem. Dla widzów warszawskiego Teatru Dramatycznego przygotował prawdziwą ucztę.

Na podstawie autentycznych wydarzeń z życia Marilyn Monroe ( MM-prawdziwe nazwisko Norma Jeane Mortenson) zbudował treść spektaklu.

Akcja toczy się tuż przed śmiercią aktorki, która żyła w latach 1926- 1962.

Właśnie rozstała się z kolejnym, ostatnim mężem Arturem Millerem. Miał on zaadaptować specjalnie dla niej sztukę Dostojewskiego „ Bracia Karamazow”, ale nie zrealizował planu z powodu rozstania z aktorką.

Ona jest w fazie rozbicia psychicznego, przygotowuje się do planowanej roli   Gruszeńki, której już nigdy nie miała zagrać.

Zadaje pytania, czego oczekują od niej widzowie, jaka ma być, by sprostać  wyobrażeniom. Te pytania pozostają bez odpowiedzi. Przecież każdy człowiek ma inne potrzeby i oczekiwania. Ona jest tego w pełni świadoma i czuje nieustanny lęk przed niespełnieniem.

Rozmawia ze sobą, zachwyca się dźwiękiem kropli deszczu  spadającej  na blaszany dach, czaruje urodą i pięknym słowem. Czasami pojawiają się ważne postaci z jej życia.

Jest to :

-Paula Strasburg, aktorka, żona Lee Strasburga , założyciela nowojorskiej Actors Studio, znienawidzona przez reżyserów i ekipy filmowe nauczycielka Marilyn Monroe, wraz z mężem jedyna wyrocznia Marylin w sprawach aktorskich, odgrywająca rolę jej opiekunki i  przyjaciółki, w czasach pracy na planie ostatniego filmu z udziałem Marylin „ Skłóceni z życiem”, chora na raka. W tej roli widzimy bardzo dojrzałą i znakomitą  Katarzynę Figurę.

– Andree de Dienes  fotografik amerykański pochodzenia węgierskiego, długoletni przyjaciel i portrecista Marilyn Monroe, autor wczesnych zdjęć Marilyn w naturalnych amerykańskich pejzażach, wykonywanych podczas wielu wypraw samochodowych oraz zdjęć z prywatnych momentów jej życia. Wykonane przez niego portfolio MM przyczyniło się w dużym stopniu do rozwoju jej kariery modelki a następnie aktorki. W tej ciepłej, lirycznej roli  jest  świetny Piotr Skiba.

– Francesko, właściwie przypadkowy kochanek. Nie zachwycił w tej roli Marcin Bosak, który wg mnie nie uwolnił się z serialowej sztampy.

– dr Ralph Greenson , znany amerykański psychiatra i psychoanalityk. To w realu postać dwuznaczna. Wg niektórych krytyków był  oceniany jako lekarz chorobliwie walczący o utrzymanie relacji z MM. Ona próbowała się uwolnić spod jego wpływu, zerwać z psychoanalizą. Prawdopodobnie przyczynił się do psychicznego załamania aktorki a podając jej mnóstwo leków uspokajających mógł, może nieświadomie, doprowadzić ją do  śmierci. Po tej tragedii przedstawiał swoją wersję, dowodząc, że było to  samobójstwo.

W tej roli Władysław  Kowalski był  niezbyt przekonywujący, grał niedbale, miałam trudności z odbiorem wygłaszanych przez niego tekstów, robił wrażenie człowieka zmęczonego, a może przytłoczonego fenomenalna grą Sandry Korzeniak.

Bo tak naprawdę w tej sztuce, jest tylko ona, Marilyn Monroe a tak naprawdę Sandra Korzeniak. To prawdziwa gwiazda, świecącą  blaskiem zaciemniającym inne postaci. Sandra Korzeniak jest aktorką nadzwyczajną. Cudnie operuje ładnym, często nagim ciałem i niezwykłym głosem, który trafia prosto do serca. Zachwyca prawie niezauważalnym przechodzeniem od zachowań miękkiej kocicy do małej dziewczynki albo rozbuchanej seksualnie pięknej dojrzałej kobiety.

 

Jak jedna chwila mijają 3 godziny spektaklu i już koniec wędrówki po świecie duchowych zmagań Marilyn. Dziewczyny, która dawno przestała być sobą. W nieomal schizofrenicznym rozdarciu już nie jest osobą, została przekształcana w personę. Modelowana przez różnych ludzi, czasy, wymogi sceny teraz zdejmuje kolejne maski, spod których pojawiają się następne, jednak ostatecznie odkrywa przed widzem swoje  prawdziwe pierwotne rozterki, wątpliwości i lęki.

 

I jak zwykle na koniec były brawa. Dość miałkie, gdy wszyscy aktorzy byli na scenie i gromka feeria, brawa na stojąco, gdy weszła tylko ona, Sandra Korzeniak, odtwórczyni głównej roli, samotna na wielkiej scenie, bardzo zmęczona aktorka, zupełnie wyżęta, zda się z trudem utrzymująca się na nogach, o udręczonej, poszarzałej twarzy.

Zdawało się, że owacjom widowni nie będzie końca.

Wyszliśmy oszołomieni tym spektaklem – ciekawym, napełnionym emocjami. W naszych głowach kłębiły się myśli, które do tej pory jest mi trudno okiełznąć.

Nie mogę się uwolnić od dręczącego mnie pytania, jak dalece aktor może ofiarowywać siebie, oddając się  bez reszty swojej roli, jak może żyć normalnie po wyjściu z teatru po takim spektaklu. To wielka tajemnica, której dotykają jedynie nieliczni, wybrani….

 

Muszę Ci jeszcze napisać o nagości. Pani w kasie, która sprzedawała mi bilety pytała, czy moje wnuczki są dorosłe, bo jest tam  dużo scen które mogą gorszyć. Były takie sceny, ale przypominały piękne obrazy dobrych artystów, były kosmicznie odległe od przyziemnej brutalności. Tak więc spokojnie mogę polecić tę sztukę osobom, które jeszcze nie są pełnoletnie.

Jedynym ograniczeniem może być jedynie niedojrzałość emocjonalna dla zrozumienia treści.

Mam nadzieję, że poczułaś się chociaż na chwilę tak, jakbyś była z nami w teatrze. Wiem, że interesują Cię wędrówki w głąb zakamarków duszy. Szkoda, że daleko mieszkasz i spotkania są właściwie niemożliwe.

Pozdrawiam Ciebie serdecznie, Twoja Z.

 

W tekście wykorzystałam informacje zawarte w Wikipedii i programie teatralnym

Przyszedł mi do głowy tytuł tego co napisałam „Marionetka pełna lęku i miłości”.

 

 

Sandra Korzeniak- zdjęcie z internetu

Gdy własny mąż jest moim kierowcą .

niedziela, 08 stycznia 2012 8:21

Wybieramy się w dość długą podróż.  Oczywiście, samochodem. Jestem starym kierowcą, ale  prowadzić nie mogę, bo są odgórnie narzucone zasady.

 

Kierowcą w tym wypadku może być tylko on, mój mąż. Potulnie siadam obok.  Trasa prosta i znana. Nie muszę szukać mapy a potem odpowiadać za źle wybraną drogę. Ulga.

Wyjechaliśmy za późno, bo mąż nie przewidział niespodziewanych trudności, a ja przecież  mówiłam….

Jedziemy. Pogoda jesienna, dzień krótki, nieuchronnie zbliża się szarówa, zaczyna siąpić, potem już pada równo.

Czuję jakieś skurcze w nogach od wciskania nie istniejących po mojej stronie pedałów. Potem zaczyna drżeć prawa ręka od obsługiwania mojego kierowcy. A to przecieranie szkieł okularów, podawanie butelki z wodą, ocieranie potu z czoła.

Wprawdzie potu nie widzę, ale za to skutecznie zasłaniam kierowcy pole widzenia. Lewy, całkiem zdrętwiały łokieć mam przyciśnięty do boku, by przypadkowo nie przekroczyć granicy jego królestwa. Bardzo pilnie obserwuję szosę, moja wyciągnięta szyja  przypomina szyję Masajki, a oczy pokrywa mgła od wypatrywania wszystkich znaków przydrożnych. Już dawno zachrypłam.

 

Jest źle. Kierowca coraz bardziej zdenerwowany. Zamiana miejsc nie wchodzi w grę. Jestem zbyt lękliwa, by wysiąść w biegu .

 

Gdy już z trudem hamuję narastającą falę mdłości, wyjmuję aparat fotograficzny .

Robię zdjęcia.

Wszystko odpływa.  Deszcz nadal pada, ale jest ślicznie. Czuję błogi spokój .

Wracamy bez problemów.

Mąż jakoś dziwnie zrelaksowany wysiada z samochodu.

Do wieczora nie opuszcza nas dobry nastrój .

W szampańskim nastroju opisuję tę podróż,  odpowiednio ją ubarwiając.

 

Teraz mam  zdjęcia z mokrej trasy i  praktyczne wnioski.

Może te wnioski komuś się przydadzą  w podróży:)