Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Wstęp autorki bloga.

Kochani,  od dziś mam wielką przyjemność gościć w tym blogu moją Niezwykłą   Koleżankę z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, Wielce Szanowną i Poważaną panią doktor  Marię Jolantę Nowakowską, pediatrę, wieloletniego Ordynatora Oddziału Dziecięcego w Kępnie .  

Na marginesie tylko muszę dodać, że nie zapamiętałyśmy siebie nawzajem z czasów studenckich ( zresztą w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, o czym już w blogu wielokrotnie pisałam). Nasza znajomość i moja  fascynacja tą Dziewczyną  wybuchła nagle , zupełnie niespodziewanie. Ale po kolei.

Jeszcze niedawno, bo w maju tego roku,  Jurek Marcinkowski (JTM), którego pamiętnik  niedawno tu zamieściłam , napisał do mnie w kilku słowach ,  że nasz rok właśnie wraca z corocznego, odbywającego się od 25 lat zjazdu- wycieczki koleżeńskiej do Olsztyna i okolic i że siedzi w autokarze obok Marioli, z którą sobie mile gawędzi. Wprawdzie przebyła udar, ale jest w świetnej formie , choć twierdzi, że ma od tego czasu dziury w głowie.  Wtedy też  nic mi to nie mówiło- fajnie, że sobie gawędzą- a to ciekawe określenie, którego użyła też nie otworzyło we mnie żadnej klapki w mózgu- choć mi się spodobało. Bo spostrzegłam , że ma dystans do siebie i jakieś otwarcie na innych. Nie każdy tak ma. Bywa, że ludzie zamykają się w sobie, zwłaszcza po chorobie lub urazie. To, że wzięła udział w męczącej koleżeńskiej wyprawie też nie zapaliło we mnie żadnego światełka.   Nie kojarzyłam Dziewczyny. Obojętność, zamknięcie we mnie i tyle.

Potem , gdy  JTM stworzył ze swoich znajomych ( jak mówił , przypadkowo) grupę na Messengerze, zauważyłam, że jest tam też Mariola. Zapytałam więc Irenę, czy to Ta, z naszego roku- potwierdziła. Nadal zero zainteresowania z mojej strony. Mariola czasami się odzywała w Grupie, ja też coś wrzucałam. Było to raczej takie zwykłe ble- ble, jak kiedyś się mawiało. Ptaszki, kwiatki, niebo malowane stale inaczej. W mojej głowie, nieustannie krążył podtekst,  że wszystko to, co piękne na świecie to jest dzieło  Kogoś na górze i że jest celowo ułożone …Więc czasami wrzucałam taką myśl, która przechodziła w tym towarzystwie bez echa. Aż nagle…..stało się ….poczułam jak przysłowiowy grom z jasnego nieba” spadła” na mnie i zaistniała w moim życiu niezwykle intensywnie – Mariola,  do tej pory mi zupełnie obojętna . A stało się to za sprawą tego, co napisała , po moim lakonicznym –  wierzę w życie po życiu.  Poprosiłam o opowiedzenie. Po chwili dostałam tę krótką odpowiedź:

„No to było tak z udarem – zawsze byłam „ szkiełko i oko” a nie „ czucie i wiara” i nie wierzyłam w opowieści o zaświatach, a tu po udarze gdy byłam nieprzytomna, co wynikało z opowieści kolegów,  widziałam obok swojego łóżka szpitalnego wszystkich zmarłych kolegów i koleżanki ze szpitala- rysy znane ale przezroczyste- równo ubrani w jakieś zwiewne opończe, uśmiechnięci, ręce wyciągnięte po mnie dodawali mi otuchy- zaczęłam podnosić się by iść z nimi i spojrzałam na kolegę którego bardzo lubiłam ale nasze poprzednie , gdy jeszcze żył , rozmowy wyglądały na zaczepki. Widząc go teraz, też powiedziałam- odczep się nigdzie z tobą nie idę…Wtedy wszyscy uśmiechnięci odsunęli się w bardzo jasną świetlistą smugę- drogę . Gdy byłam w lepszej kondycji zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać o takich zjawiskach i wiele razy powtarzało się, że bliscy przeprowadzają na drugą stronę zmieniło mnie to trochę i nie jestem już taka ostro na NIE no i jeśli  tak jest   to nie ma się czego bać…………… „

Dotarło do mnie tak nagle, wyraziście,  jakby zobaczyła Anioła, że „stoję” przed  Świadkiem, jedynym jakiego znam, który dotknął Drugiej Strony Życia . Bo czytałam opowieści różnych ludzi, o podobnych doznaniach, które niektórzy tłumaczą zwykłym wytworem niedokrwionego mózgu .….a ja wierzę, że jest inaczej, że te opisywane przez wszystkich, którzy wrócili do naszego świata,  podobne doznania, obrazy i odczucia są prawdziwe , bo towarzyszyłam umieraniu trzech najbliższych osób, w domu- byłam przy Nich sama……ale to inna opowieść…..

            Teraz, po wielu mailach , które do mnie  napisała Mariola , wiem, że  jest  Osobą Pogodną, z Poczuciem Humoru, z dystansem do siebie , empatyczną i ma bardzo dużo do opowiedzenia. Pytana przeze mnie a  nawet nie-  wrzuca   historie ze swojego życia, które układają się w Pamiętnik – spisując je  na gorąco,  bo jak mówi-  otwierają się  klapki w Jej mózgu 🙂 trochę pozamykane przebytym udarem, ale też zwykłą naturalną ludzką-  często gdzieś ukrytą , przycupnięta, czekającą na ujawnienie- pamięcią zdarzeń…..

Dziękuję Ci, Mariolu, że pojawiłaś się w moim życiu i zechciałaś gościć tym blogu…..

Dziękuję też Jurkowi, bo  od Niego Wszystko się zaczęło i że jest  naszym Przywódcą  🙂

Zdjęcia własne.

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 5 ). Studium wojskowe na Akademii Medycznej.

Jerzy T. Marcinkowski chyba w okresie studiów, myślę, że ok. 1970 roku w roli  amerykańskiego bossa. Ponoć zdj. wykonane przy cmentarzu na poznańskim Junikowie a samochód  czyjś tam.  Jurek w berecie ułożonym w daszek i prochowcu- świetna kreacja 🙂 Jedyne zdjęcie z tego okresu które mi kiedyś przysłał…

A teraz cd Jego Pamiętnika :

Studium wojskowe

Podczas zajęć odbywanych w ramach studium wojskowego istniały 2 możliwości:

  1. W mundurach – odbywali je studenci, którzy posiadali kategorię zdrowotną A wg której nie mieli przeciwskazań zdrowotnych do odbywania tejże służby. Zajęcia te odbywali osobno mężczyźni i kobiety.
  2. Bez mundurów – czyli w cywilu, którą to służbę odbywali ci, u których stwierdzano przeciwskazania zdrowotne do odbywania tejże służby w takich warunkach, jakich odbywali ją ci w mundurach. Ta druga grupa była, jak pamiętam, liczna i zastanawiałem się nad tym, czy aż tak często stan zdrowia koleżanek i kolegów był tak zły, że dyskwalifikował ich od służby w wojsku. O ile pamiętam, to zajęcia wojskowe bez mundurów były koedukacyjne.

Sprawa płaszczy mundurowych

Odbieraliśmy z magazynów płaszcze, które szyte były wg takiego kroju, iż sięgały do połowy łydki a może i dalej.  Mój płaszcz, który odebrałem, był w słabej kondycji, bardzo wygnieciony i jak na niego spojrzała moja mama, to postanowiła, aby go poprawić, tj. wyprasować i trochę skrócić. Później, jak mieliśmy 1 zajęcia w mundurach, to dowódca kompanii, a były to osoby w stopniu majora bądź kapitana, robił przegląd przyglądając się, czy osoby nie powinny wzajemnie mundurów między sobą wymienić.  Ja wówczas bardzo drżałem o to, aby mi nie kazano oddać tak starannie przygotowanego munduru przez mamę, ale na szczęście to nie miało miejsca. Poza płaszczem mundurowym z magazynów dostaliśmy jeszcze czapki, na których było godło Polski, ale wówczas jeszcze bez korony, co większości z nas zdecydowanie się nie podobało. To były czapki polowe, a nie wizytowe, okrągłe i sztywne, w rodzaju rogatywek. Mundur noszony pod płaszczem też był polowy, drelichowy, z metalowymi guzikami. Do tego każdy z nas dostał nowy skórzany pas wojskowy i nowe buty skórzane wiązane na sznurowadła i zapinane wyżej na łydce na paski ze sprzączkami. Chcę tu podkreślić, że jakość tych butów była niezwykle dobra. Miały przyszytą podeszwę gumową z wrębami i trzeba tu mocno zaznaczyć, że tych butów nie można było zepsuć. Po zakończeniu służby wojskowej należało mundury i płaszcze mundurowe i czapki oddać, natomiast pozostawiono nam pasy wojskowe i buty. I ja te buty jeszcze po studiach używałem a później używali moi synowie i oni również nie zdołali ich zniszczyć. Taka to była dobrej jakości obuwie wojskowe, bo przecież pełni ono znaczenie strategiczne – cóż ma robić żołnierz na polu walki, skoro buty mu spadną lub się rozpadną. Dodam jeszcze, ze kolor tych butów i pasa był brązowy.

Podzielono nas   na kilka kompanii – wydaje mi się, że były 2 kompanie męskie i 2 żeńskie. I tutaj uwaga,  bardzo śmieszna, że mundury kobiet miały od tyłu tzw. klapy, co na początku wzbudzało naszą radość i różne uwagi.

Tajne zeszyty do notatek

To też dość ważny szczegół, bo część notatek mogliśmy prowadzić w zeszytach tzw. jawnych a część w tajnych. Każdy tajny zeszyt miał na sobie pieczęć okrągłą z godłem i drugą pieczęć z napisem „tajne”. Jego wszystkie strony były przeszyte i związane sznurkiem, na końcu opieczętowane. Po zajęciach te tajne zeszyty były zamykane w szafie pancernej. Trudno mi uwierzyć, żeby w tych notatkach były jakieś kwestie istotnie tajne i niebezpieczne, gdyby dostały się w ręce obcego wywiadu i raczej robione to było po to, aby nauczyć nas obchodzenia się z tajnymi dokumentami. W tych zeszytach pisaliśmy mnóstwo szczegółów, na jakie oddziały dzieliła się armia polska, amerykańska czy też RFN. Ile żołnierzy było tam w kompaniach, ile w drużynach, jaką broń mieli na wyposażeniu, jakie mieli armaty, haubice, czołgi, itp. Dzisiaj, po latach, nie sposób przypomnieć sobie tych szczegółów, ale jest to dobrze opisane w ogólnodostępnej bibliografii wojskowej, do nabycia w księgarniach bez żadnych przeszkód, wraz ze zdjęciami, szkicami, itd. Jeśli chodzi o broń, to przede wszystkim należy wspomnieć o karabinach maszynowych kałasznikowa – tych to właśnie, co zrobiły furorę na początku w armii czerwone, później w krajach demokracji ludowe, a od dziesiątków lat te „kałachy” to jest podstawowa broń terrorystów islamskich, z którą oni się nader chętnie fotografują. Tyle razy kazano nam rozkładać i składać te „kałachy”, że do dzisiaj potrafiłbym to w sposób płynny zrobić. Z „kałachów” raz po raz strzelaliśmy na strzelnicy. Oczywiście te stanowiska były przygotowane tak, aby nie doszło do nieszczęśliwych wypadków. Jak pamiętam strzelaliśmy w pozycji leżącej. To nie było takie proste trafić w środek tarczy. Wyniki tych strzelań były ogłaszane przez dowódcę kompani i trzeba przyznać, że była rywalizacja o to, komu uda się wystrzelać najwyższą liczbę punktów. Jeśli chodzi o broń, to pragnę dodać, ze już na obozie wojskowym strzelaliśmy jeszcze z pistoletów TT – bardzo znanych, które nosiło się w kaburze przytroczonej do pasa. Pamiętam, że podczas jednego z takich strzelań jeden z kolegów tak się ucieszył, jak trafił do tarczy, którą była sylwetka nieprzyjacielskiego żołnierza i po trafieniu przewracała się, że odwrócił się gwałtowanie i wypalił niechcący a kula przeszła tuż obok ucha majora, który zapewne był przyzwyczajony do takich sytuacji, ale wyraźnie zbladł. Kilka centymetrów dalej a byłby trafiony w głowę.

Kilka słów o kadrze oficerskiej studium wojskowego

Kierownikiem studium wojskowego za czasów naszych studiów był pułkownik Psuja a po nim pułkownik Góra. To byli bardzo mili lekarze i należało na początku zajęć po wojskowemu witać ich przed drzwiami studium wojskowego. Jak pamiętam, jeden ze studentów był wówczas wyznaczony do tej służby i siedział a raczej bardziej stał obok stolika do drzwi studium, patrząc uważnie, kiedy kierownik studium lub któryś z jego następców się pojawiał. Należało wówczas podejść ku niemu sprężystym krokiem wojskowym, następnie stanąć na baczność, zasalutować i złożyć raport, tzn. powiedzieć, że taki szeregowiec się melduje.

Kadra oficerska w studium wojskowym w części złożona była z byłych żołnierzy frontowych, który brali czynny udział w walkach i zdarzało im się potem udzielać bardzo praktycznych porad z tego zakresu, np. pamiętam majora Andrejczuka (spr), który bardzo się denerwował, jak leżeliśmy płasko na ziemi, celowaliśmy z karabinów a nasze stopy nie leżały przyłożone do ziemi, tylko podpieraliśmy się czubkami palców, przez co stopy sterczały. Major Andrejczuk mówił wówczas: Nie zdajecie sobie sprawy z tego, że jak będziecie pod ogniem nieprzyjaciela w tak głupi sposób leżeć, to nieprzyjaciel wam pięty odstrzela. Należy leżeć jak najbardziej płasko na ziemi. Po tym majorze widać było bardzo wyraźnie tą jego frontowość i znajomość żołnierskiego zachowania na polu walki.

Jak sobie przypominam, jeden z zastępców kierownika studium wojskowego był zastępcą ds. politycznych – czyli był „politrukiem”. Oj, to trzeba mocno podkreślić, że mieliśmy zajęcia właśnie z tymi oficerami politycznymi, którzy w sposób odpowiedni – tzn. zgodnie z ówczesną doktryną komunistyczną – opisywali nam 2 wojnę światową, w tym powstanie warszawskie. Oczywiście z tych wykładów jasno i niezbicie wynikało, że tylko PPR a następnie PZPR miała patent mądrości na wszystkie swoje postepowania a wróg polityczny, a szczególnie AK, jak i rząd tymczasowy w Londynie mylili się we wszystkim; nie przypominam sobie ani 1 podanego faktu, że w czymkolwiek postąpili słusznie. Tutaj trzeba też dobitnie podkreślić, ze jak zajęcia wojskowe rozpoczęliśmy w roku 1965 to jak byliśmy na 3 roku doszło do znanych wydarzeń antykomunistycznych na terenie Czechosłowacji. Pamiętam wtedy, jak bardzo nasilona była propaganda socjalistyczna, podkreślająca, że jedyną i słuszną drogą była interwencja wojskowa, w tym wojsk polskich, na terenie Czechosłowacji. My oczywiście w to nie wierzyliśmy, ale zdarzały się wśród nas takie jednostki, które miały odwagę wprost o tym mówić do oficerów. Pamiętam, że to kolega Michał Krzak bardzo ostro potrafił protestować, głośno mówił na zajęciach prowadzonych przez politruków, że nie było tak a tak a wręcz inaczej.

Obóz wojskowy w Kłodzku

Ci studenci, którzy odbywali zajęcia wojskowe w mundurach, to po 5 roku studiów byli kierowani na 6 tygodniowy obóz wojskowy w Kłodzku. Z tamtejszej jednostki pamiętam, że zakwaterowani byliśmy w typowych budynkach wojskowych, które otaczały bardzo duże podwórze. na tymże podwórzu stało ok. 60 transporterów opancerzonych
„SKOT”. W tychże Skotach byliśmy wożeni na zajęcia w terenie. Później docierały do mnie opinie, że tylko niektóre i to nieliczne  z tych transporterów miały zamontowane liczniki, które mierzyły czas pracy silnika i co za tym idzie zużycie paliwa. I ten fakt był wykorzystywany przez dowódcę jednostki w ten sposób, że od czasu do czasu zarządzał on ćwiczenie wojskowe, w którym brał udział ten transporter wyposażony we wspomniane liczniki. Tymczasem w oficjalnych sprawozdaniach wyliczano zużycie paliwa jak dla 60 transporterów, co miało pokryć różne lewe wycieki paliwa z jednostki. Trudno mi się odnieść do tego, na ile to było prawdą, ale sądzę, że prawdą być mogło. Jak nas w tych transporterach wożono na ćwiczenia, to raz po raz przejeżdżaliśmy przez bardzo ciekawe okolice, np. pamiętam, że przejeżdżaliśmy pod Bazyliką w Wambierzycach, ale oczywiście nikt nam nic na temat tego kościoła nie mówił.

Ćwiczenia w terenie

Pamiętam ćwiczenia, które w niektórych momentach były humorystyczne. Na przykład pamiętam mjr Dybasia (spr), który wszedłszy na niewielką górkę głośno mówił, że właśnie mówił i wskazywał palce, doszło do wybuchu broni atomowej. No i następnie opisywał, co się wtedy by mogło stać, jak wielu byłoby zabitych i rannych. Potem pamiętam inscenizację tych zajęć i utkwił mi fakt, że najwięcej było chętnych do udawania trupów na polu walki. Niektórzy mieli ciężkie zadania, bo np. musieli nosić „rannych” kolegów. Kilka z tych dni ćwiczeń spędziliśmy na polu w rozbitych namiotach. Namordowaliśmy się z rozbiciem a następnie z urządzeniem tych namiotów a potem w nich spaliśmy i najgorsze było to, że było wtedy bardzo zimno. Nałożyłem na siebie wszystko co mogłem, nie zdejmując butów. Taka sytuacja trwała kilka dni co skutkowało tym, że byliśmy niewiarygodnie brudni. Ale trudno było wówczas odważyć się rozebrać i umyć, bo takie było wszechogarniające zimno, pomimo, że to było lato.

Egzamin na oficera

Jak pamiętam, gdy przyjechaliśmy na obóz, to wszyscy byliśmy w stopniu starszego szeregowca poza kilkoma kolegami, którzy już wówczas mieli stopień kaprala (2 paski na pagonach) oraz tych, którzy za różne podpadnięcia na zajęciach ciągle byli szeregowcami. W trakcie tego obozu zdarzały się nominacje na wyższy stopień i niektórzy dostali starszego kaprala (3 paski) a nawet plutonowego (4 paski).  Ciągle byłem w tym okresie starszym szeregowcem. Bardzo istotne było to, że pod koniec obozu wojskowego odbywał się egzamin na oficera. Trudno mi przypomnieć sobie pytania, jakie otrzymywałem i oceny, ale egzamin zdałem i wydaje mi się, że chyba wszyscy obecni na tym obozie egzamin zdali. Potem miała miejsce uroczysta przysięga wojskowa i otrzymaliśmy wszyscy „2 gwiazdki”, czyli stopień oficerski podporucznika. Odnośnie przysięgi wojskowej chcę wspomnieć o pewnym fakcie. Jedna rzecz to to, kto co rzeczywiście wówczas mówił, bo w tej przysiędze były słowa o socjalizmie a druga rzecz to to, czy po złożeniu przysięgi złożył stosowny podpis. Zdarzyło się, że do nie składania podpisu nakłaniał dowódca kompanii major jednego ze studentów, który miał pochodzenie żydowskie (spr). I tenże kolega był skłonny tego podpisu nie złożyć myśląc, że dowódca kompanii dobrze mu doradza, ale w tym momencie kolega tegoż studenta Lesław Maziarz wytłumaczył mu dosadnie: „nie będzie twojego podpisu pod przysięgą, to nie zaliczą ci obozu wojskowego. A jak nie zaliczą ci obozu wojskowego, to nie zaliczą ci roku studiów i będziesz miał kłopoty”. Dzisiaj po latach należy bardzo negatywnie ocenić postawę tego majora.

Alkohol na obozie wojskowym w Kłodzku.

Osobiście nie piłem alkoholu w trakcie całych ćwiczeń wojskowych. Inna rzecz to picie alkoholu w drodze do Kłodzka – pamiętam, jak dojechaliśmy pociągiem do Kłodzka – jak wesoło było w pociągu i w pieszej wędrówce z dworca do jednostki wojskowej. W drodze powrotnej raczej nikt od alkoholu nie stronił. Ale zupełnie inna była sytuacja na obozie wojskowym, gdzie nas zdecydowanie ostrzeżono przez bardzo surowymi konsekwencjami picia alkoholu. Ja się do tego stosowałem i miałem wyobrażenie, że inni też, ale dopiero po wielu latach dowiedziałem się, że niektórzy koledzy pili i to razem z dowódcami – oficerami.

Może tęsknota za wojskiem ? Jerzy T. Marcinkowski ze statystami filmu realizowanego na poligonie w Biedrusku…

Jerzy T. Marcinkowski , Jego koń Juror i świetnie upozowany spaniel Tobi. Jak widać wszyscy dobrze się czują na planie filmowym na poligonie Biedrusko…

Jerzy T. Marcinkowski….jeździectwo, które było Jego pasją przez wiele lat….czyżby  romantyczna tęsknota za zwyczajami przodków – którzy  na pewno dosiadali koni, czy za poligonem Biedrusko, gdzie były ćwiczenia wojskowe w czasie naszych studiów….czy za wolnością wreszcie….nie wiem

Najbardziej lubię to zdjęcie…