Nieustanna terapia Wiechem . „ Kot pocztowy” i moje zapiski na marginesie.

A może jeszcze raz „ powtórka z Wiecha „ ? Właśnie „spotykam go” na moście Kierbedzia, gdy zwyczajowo ucina pogawędkę z dorożkarzem ……  zdjęcie z netu ….

A może jeszcze raz powtórka z Wiecha ? Choć koledzy z innych stron kraju wolą swoje regionalne gwary , do których mają szacunek i sentyment –  którymi jak pisze Mariolka o swojej Wielkopolsce  „ posługiwali się Jej przodkowie „ ….

Nic dziwnego, moje serce też od razu ogrzane – gdy słyszę miękko wymawiane „ ł” u ludzi ze wschodu – bo  tak mówił mój Tato, czy gwarę góralską Matki – która z siebie zupełnie ją wypleniła – ale kiedyś z ciotkami zaczęła mówić tak jak one – niewiele z tego zrozumiałam  🙂

Choć do warszawskiej gwary czy Wiecha nie mam takiego stosunku emocjonalnego,  lubiłam w latach  80 ubiegłego wieku wracając z pracy w CZD wstępować w okolice ulicy Brzeskiej na Pradze i Bazar Różyckiego by posłuchać jak tam ludzie mówią – zachowali wiele z gwary warszawskiej.

Jurek tego teraz nie słyszy będąc w Warszawie, bo nie zapuszcza się na prawą stronę Wisły, gdzie pozostało wielu warszawiaków cwaniaków – wszak resztę miasta zburzono, mieszkańców zamordowano lub wypędzono…. Muszę kiedyś tam zajrzeć – także na ulicę Stalową, słynne Szmulki, gdzie spędzał ostatnie lata Stefan Wiechecki….

Biografia Stefana Wiecheckiego jest ciekawa i barwna. Był jak ptak rajski…… Przytoczyłam wybrane fakty we wpisach zeszłorocznych, więc powtórzę teraz istotne,  dla mnie  najbardziej soczyste . 

Po różnych jego perypetiach z dzieciństwa i  burzliwej wczesnej młodości można pisać całe tomy ,o późniejszych   aktorskich, teatralnych, a także literackich – także. Ale na kilka lat przed wybuchem II wojny światowej zajął się dziennikarstwem sądowym .

 Przesiadywał w sądzie grodzkim, który zajmował się niewielkimi sprawami natury raczej pieniaczej lub porachunkowej maluczkich.

Miał zapewne  niezły ubaw z miałkości  spraw tam poruszanych, z pyskówek oraz wielkiej galerii typów, nierzadko spod ciemnej gwiazdy, które przewijały się w salach tego sądu .  

Redakcje” Kuriera Warszawskiego” i „Kuriera Czerwonego” , która go wtedy zatrudniały nie żądały sprawozdań poważnych, akceptowały humorystyczne interpretacje i wymysły Wiecha. 

Notował –  zresztą zgodnie z prawdą –  że jego bohaterowie mówili ” musiem”, ”zamiaruje”, „ u nasz”,  „Żalibosz „.  Na ZUS mawiano  „ Chora Ubezpieczalnia” , a fikcyjni bohaterowie Wiecha –  Walery Wątróbka i Piecyk  – Urząd Stanu Cywilnego nazywali „ magistrackim kościołem ”, posterunkowego –” postronkowym”, fatamorganę przemianowali na „ fatamruganę”,

a przepity głos to był ….. „ sznaps- baryton”…..

Albo relacjonował też to,  co miało  miejsce ,  a oddawało naturę ludzi i powodowało, że człek się uśmiechał – np. :

„Po ogłoszeniu wyroku sędzia zapytał jeszcze pierwszego świadka :
– Panie Gołąb, dlaczego właściwie domagał się pan rozprawy przy drzwiach zamkniętych?
– Bo przeciąg był , a jak ja w cugu przemawiam, chrypki dostaje i migdały sie mnie powiększają. „

[ Na marginesie, tak sobie myślę, że może nasz Czcigodny Kolega Profesor Jurek Marcinkowski mógłby dodać inne zabawne historyjki z sal sądowych, na których bywa w charakterze biegłego od ponad 30 lat …choć to inne czasy i sprawy innej wagi  ]

       „ Stefan Wiechecki używał  pseudonimu Wiech, co wg jego żony- tak,  stale tej samej Ireny z teatru gdzie jako młody chłopak był cyganem a ona przed nim tańczyła – skrócił swoje nazwisko z prozaicznego powodu jakim było lenistwo J  On sam wyjaśniał, że chodziło mu o wiechę, którą murarze wieńczą najwyższe piętro wznoszonego budynku a pracodawca zaprasza ich na popijawę…..”

       Czas okupacji niemieckiej Wiech opisał w powieści „ Cafe pod Minogą” wydanej w 1947 roku. W 1959 roku na podstawie tej powieści zrealizowano film o tym samym tytule.

      Po wojnie Stefan Wiechecki nadal mieszkał w kamienicy na rogu Stalowej i Inżynierskiej, tj. na warszawskiej Pradze, na tzw. Szmulkach,  , gdzie prowadził niewielki sklepik ze słodyczami. Jak już wspomniałam, a co wszyscy i tak wiedzą, że Warszawa leżała w gruzach, mieszkańców zabito lub wypędzono i jedynie tam pozostali rdzenni warszawiacy a z pożogi wojennej ocalały kamienice . I właśnie tam jak w soczewce się skupił ocalały koloryt dawnej Warszawy.

Toż to był dla Wiecha istny raj, niewyczerpane źródło z którego czerpał pisząc swoje felietony. 

    Wówczas  pisywał  do „Życia Warszawy” i „Kuriera Codziennego” a następnie do „Expressu Wieczornego”, któremu był wierny aż do śmierci. Poszerzał galerię swoich bohaterów, chociaż fikcyjnych, ale jędrnych żywych i skupiających wszystkie charakterystyczne cechy warszawiaków. Do znanego sprzed wojny historyka – amatora – Teofila Piecyka dołączyli inni bohaterowie jak Walery Wątróbka komentator codziennych wydarzeń w stolicy i jego żona Gienia, brat Gieni – Piekutoszczak, wuj Wężyk z Grójca, ciotka Kuszpietowska oraz Apolonia Karaluch. Zbiory tych felietonów ukazywały się w odrębnych publikacjach np. „Ja panu pokażę” ( 1938). „Wiadomo- stolica” ( 1946), „Helena w stroju niedbałem „( 1949), „Ksiuty z Melpomeną „( 1963), „Śmiech śmiechem” ( 1968), „Dryndą przez Kierbedzia” ( zbiór felietonów sprzed II wojny światowej, wydany w 1990 r. )

 Po „ Express Wieczorny” z felietonami Wiecha ustawiały się pod kioskami kolejki…..

 I jeszcze jedna ciekawostka :

       Podobno  było tak , że gdy czytelnik tekstów Wiecha spotykał go na gruncie prywatnym czy zawodowym wpadał w osłupienie.

Otóż ten człowiek piszący gwarą ludzi z nizin społecznych, cwaniaczków z warszawskich przedmieść, był wytwornym , elegancko ubranym panem, czarował swoich rozmówców wyglądem i erudycją. Posługiwał się piękną, nieskazitelną polszczyzną….

Publicysta i prawnik Tadeusz Wittlin w książce „ Nad szarej Wisły brzegiem. Książka o Stefanie Wiecheckim – Wiechu i jego barwnej uroczej Warszawie” tak  opisywał swoje pierwsze spotkanie z Wiechem w przedwojennej redakcji „Kuriera Czerwonego”  :

” (…) widzę przez szybę siedzącego za biurkiem wytwornego pana w średnim wieku z monoklem w oku i z lekko zarysowanym wąsem, przyciętym brzytwą. Czarne ubranie z kamizelką skrojone idealnie, niewątpliwie na miarę, kremowa koszula za złotymi spinkami przy mankietach i granatowy w czerwone prążki krawat zawiązany z precyzją dopełniają nieskazitelnej całości.”

     Na Wiecha jeszcze nie przyszedł czas, tylko niektórzy jak mój syn, mają w swoich biblioteczkach , o czym się dowiedziałam niedawno – podniszczone, bo kupione w antykwariatach tomiki dawnych wydawnictw felietonów Wiecha…

Zdarza się też, że ludziska, nawet młodzi rzucają” wiechami”. 

Bo Wiecha czytywali nie tylko intelektualiści, ale też zwykli zjadacze chleba.  Długo królowały  na warszawskich ulicach Targówka, Woli, na bazarach Hali Mirowskiej czy Polnej  no i oczywiście Pradze jego powiedzonka takie jak:

„ – Wypotrzebował ją  – W ząbek czesany  – Znakiem tego  – Śmiej się pan z tego  –  Przypuszczam, że wątpię  –  Skoro jeżeli –  A to ci polka – Niech ja skonam..            „

A niedawno się dowiedziałam, że Wiech jest twórcą powiedzenia „ wiek trolejbusowy”, gdyż w pewnym czasie po Warszawie jeździły trolejbusy z numerami od 50-99  🙂

Ale o tym później…

 Może pamiętacie czas, gdy wprowadzono kod pocztowy  i ryby sprzedawano w baliach na ulicach a o oczyszczalniach ścieków prawie nikomu się nie śniło ? Dla młodych to jak bajka z epoki faraonów  ……a teraz tamte klimaty zatrzymane w kadrze ….

 Kopiuję to, co zamieściłam w blogu 31 grudnia 2016 roku . Tekst Wiecha przepisałam  w całości ze  starannym zachowaniem wszystkich gwarowych i wiechowych „ udziwnień „  🙂

 Właśnie nadchodził Nowy 1973 rok a Stefan Wiechecki czyli Wiech miał wtedy 77 lat i tak oto pisał:

<<  KOT POCZTOWY

No to Święta już na całe pare czuć w powietrzu. Nie byłoby wiadomo  detalicznie jakie, czy Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, gdyby nie handel, któren wcześniej w tem roku wyskoczył z choinkowem towarem.

Wszędzie bombek a bombek, zabawek a zabawek. Nawet dwóch świętych Mikołajów widziałem na ulicy. Oba zalane w bambus, przez MHD byli wyjęte do roznoszenia dzieciakom prezentów zakupionych przez rodziców.

No to kto świętego Mikołaja nie przyjmie kielichem i letką zagrychą? Ale to jest dopieru początek, prawdziwy ruch zacznie się za pare dni. Podobnież samych ryb ma stanąć przed warszawskiemy sklepamy sześćset dużych balii. Można bedzie  przebierać jak w ulęgałkach.

Taka przedsklepowa sprzedaż na ulicy ma jeszcze te dobre strone, że kupujący nie czuje, czem dana rybka podchodzi.

Bo niektóre rybki lubieją na przykład pachnieć naftą, insze znowuż dziegciowym mydłem. Są z zapachem świeżej choiny, starodrzewu albo wędzonego boczku. Tak zwany wachlarz jest poważny. Wszystko w zależności, jaka fabryka swoje ścieki do danej rzeki wypuszcza.

Najlepiej jest, o wiele robi to cukrownia, bo rybka wychodzi słodka w smaku. Rzecz jasna, że nie każden to lubi. Ale jest na to rada. Przyrządzić z takiego towaru karpia w szarem sosie z rodzynkami i migdałami. Najwięcej nawet oblatany po proszonych obiadach gość – nic nie sporutuje.

Z nafcianem albo dziegciowem zapaszkiem jest już gorzej, ale dobra gospodyni tyż sobie z tem poradzi. Zrobi chrzan mocniejszy i po krzyku.

Zresztą podobnież coraz więcej fabryk oczyszcza swoje pomyje przed wypuszczeniem ich do rzeki. Także ryb z dodatkowem zapachem kosmetycznem spodziewać się w handlu nie należy. Chyba żeby oczyszczalnia gdzieś nawaliła. To już mówi się trudno, wypadek losowy.

Także samo poczta szykuje się do świątecznego ruchu, bo kto ma ręce i nogi i jest jako tako piśmienny świąteczne pocztówki rodzinie i znajomem pcha. Po każdych świętach cały personel pocztowy, na dobre sprawe nadaje się do sanatorium wypoczynkowego.

Ale od nowego roku ma być podobnież lepiej. Każden jeden lokator  oprócz adresu : miasta, domu i ulicy otrzyma jeszcze swój własny numer pocztowy, po któren będzie go można poznać jednem rzutem oka na koperte. Taki numer ma się nazywać po zagranicznemu „ kod”.

Faktycznie nieraz takie kozaki ludzie na kopertach wypisują, że najlepszy aptekarz nie odczyta, numer już łatwiej bedzie zgadnąć. Chociaż po mojemu i to ma swoją kiepską zalete. Jak zapamiętać pocztowe numera znajomych, a nawet najbliższej rodziny, jeśli się ma jej, jak na przykład ja, osób osiemdziesiąt siedem?

O wiele na przykład obecnie taki szwagier nie może spamiętać, czy ja zamieszkuje pod numerem 43, czy 34 Kawęczyńska, to jak on spamięta, kto jakiego  ma koda?

Kota pocztowego będzie można z tem dostać, zaczem się przyzwyczajem. No, ale jak mus, to mus, kultura i sztuka tego od nasz żąda i musiem się poddać. Niejeden dwa tuziny koper zużyje, zaczem jak się należy bez pomyłki ten numer napisze, bo ma być cholerycznie długi. No, ale co, z podstępem technicznem bedziem walczyć? Dawać koda!

Za to podobnież o całe dwadzieścia cztery godziny wcześniej listy rodzina będzie mogła otrzymać, nawet o wiele wyjedziem z „ Orbisem” na Święta. Bardzo ciekawe lekrame żeśmy o tem przeczytali. Tylko się namyślamy, gdzie jechać. „ Batorem” na Wyspy Kanarejskie, do Indii czy Honolulu? Czy tyż spokojnie sobie samolotem do Egiptu, Konga czy może do Mozambiku?

Chodziem i kompinujem, ale chyba do wuja Mrówki pod Garwolin pojadziem. Taniej blisko, niemęcząco i jak coś gryzie, to najwyżej pluskwy, a w ciepłych krajach można być rąbniętem przez węża pytona albo inszego grzechotnika drania.

Zasuwamy do Garwolina.   >>

A może nawet Leszek zajrzy i przeczyta do końca, wprawdzie z niejakim niesmakiem, bo jak zauważył w naszej Grupie messengerowej – można czytać co innego – i się uśmiechnie, przynajmniej do mnie, jeśli nie do Wiecha  🙂

Przed dwoma laty byłam na spotkaniu z czarującym prof. Bralczykiem –  a właściwie czarującym tym o czym i jak opowiada – zadałam pytanie – co sądzi o Wiechu  wobec tak licznych kontrowersyjnych opinii  ? – zobaczyłam szeroki uśmiech Profesora i Jego – uwielbiam – usłyszałam …….

 

zdjęcia okładki z netu

przyrody jak zwykle własne . 🙂

Nieustanna terapia Wiechem.

Tyle tematów się tu ciśnie,  nowe teksty się rodzą w głowie, spływają do  laptopa, gdzie smacznie zasypiają .

Ale dlaczego metodą facebookową nie przypomnieć tego, co było rok temu ?

Tak pomyślawszy wróciłam do ukochanego Wiecha . Kopiuję swoje teksty, bo nie wiem, czy linki będzie się chciało komuś otwierać .

Może wspólnie się uśmiechniemy  gdy przemówi Wiech ? Ale to będzie nieco  później …

Opublikowane w Styczeń 6, 2017

Terapia Wiechem. Dlaczego? Dlatego. (1)

Stefan Wiechecki ” Wiech” – zdjęcia z Wikipedii.

Terapia Wiechem .

Kolejne święta Bożego Narodzenia za nami, radość dymnie się rozmyła, zapach piernikowej choinki spowszedniał . Minął  tamten  sen.  Nowy Rok wkroczył  tanecznie ,  zawirował a teraz  jakby oklapł w radości. Tak to jest zawsze. Oczekiwanie piękne i potem normalność. Niby się kręci to życie  w kółko , ale ruchem posuwistym do przodu. Kolejne urodziny imieniny etc.

A tu dookoła skrzeczy rzeczywistość. Po chwilowej ciszy i ciepłej wodzie w kranie nagle kleisty ukrop się leje na głowę. A uciekać nie ma dokąd. Schować głowę jak nasze pieski w czasie hukowej nocy w garderobiane ciuchy i przetrwać. Na nic nie ma mamy wpływu, więc pozostaje ucieczka  w słowo. Dlatego  w tej gęstej atmosferze niepokoju, grozy nawet , zawirowań na świecie, złych prognoz, rozdarcia kraju, szczucia, podsłuchiwania, śledzenia, karania i tylko Bóg wie czego jeszcze,  rozpaczliwie poszukiwałam leku. Choćby  krótko działającego , ale dającego  chwilę relaksu.  I znalazłam Wiecha, jego teksty sprawiły, że się zaczęłam uśmiechać  a wczoraj nawet moja młodzież załapała temat.

Ale najpierw po  kolei. Było tak.

Jak wiecie, a może nie wiecie, bo nie zajrzeliście do tamtego blogowego wpisu , niedawno wędrowałam z „Królem” Twardocha po starej warszawskiej Woli.

I nagle  zapragnęłam lektury, która będzie też o tym mieście i jego kolorycie. O ludziach których już dawno nie ma i o czasach zapomnianych .

Gdy tak główkowałam , co by tu przeczytać, byle nie było długie i nudne, naszpikowane wiedzą historyczną, nagle zaśpiewał mi w głowie Wodecki „ Zacznij…” –  mam, złapałam wątek : Zacznij od Wiecha!  .

I pognałam do  michałowickiej biblioteki i wypożyczyłam dwa niewielkie tomiki felietonów tego autora zatytułowane  ” A to ci polka” i „Wiech na 102. ”

Wiech pisywał jeszcze w  czasach które wiązały się z naszą dojrzałością ( zmarł w roku 1979)  ,  ale jakoś wówczas nie budził mojego zainteresowania . Wtedy w ogóle mało czytałam ( poza tekstami medycznymi ), byłam mocno zajęta innymi sprawami, dużą  rodziną i  intensywną pracą . Zresztą nie kupowaliśmy Expressu, gdzie Wiech zamieszczał swoje felietony. A nawet jeśli je kiedyś przeczytałam, nie porywały ,  bo opisywały codzienność –  a tę mieliśmy za oknem. Poza tym raziła  gwara warszawska, a jak niektórzy twierdzą – zmodyfikowana mocno  przez autora tychże felietonów. Był to jeszcze okres kiedy  walczono na wszystkich frontach z naleciałościami językowymi, jak np. z gwarą śląską , uważając że zanieczyszcza nasz piękny polski język. Miał być on nieskazitelny, poprawny, wszystko miało być jednakowe, jak mniemam chciano by zapomnieć o zaborach itp.  Wtedy niektórzy  mówili  o Wiechu źle i niechętnie. W poprzednim okresie lat 50 ubiegłego wieku był wykluczony przez cenzurę, nawet wydano nakaz wycofania jego książek z bibliotek.

Potem się odmieniło, ale jednak byli krytycy jak   Zygmunt Lichniak czy Jacek Bocheński , który w latach 60 ubiegłego wieku pisali:

„ Wiech paskudzi język polski”

Od kilku lub kilkunastu lat jest inaczej. Wróciły dawne sentymenty, klimaty, Kaszubi wprowadzili nawet napisy ulic w ich języku, co widziałam w Jastarni. Tak, wzruszały mnie te dwudzielne tabliczki  –  polskie i kaszubskie .

Jednym słowem przyszedł do nas wreszcie czas  odkrywania  swoich korzeni, poszukiwania wiedzy o przodkach. I to jest fajne.

Wspomniałam o negatywnej krytyce, ale od początku pisania Wiech miał  licznych wielbicieli,  znamienitych , uznanych ludzi kultury. I tak Julian Tuwim nazywał go

„ Homerem warszawskiej ulicy i warszawskiego języka ” i w swoich „Kwiatach Polskich „ zamieścił o nim strofę.

Zachwycał się jego pisaniem Stefan Kisielewski, z chęcią czytywał Karol Szymanowski, cenił  przebywający w Ameryce Jan Lechoń, uwielbiała Pawlikowska- Jasnorzewska i Melchior Wańkowicz .

Gdy w 1937 roku zgłoszono Wiecha do Nagrody Akademii Niezależnych, Antoni Słonimski tak uzasadniał tę nominację :

„ Wolę książkę , która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia”. Fajne, prawda?

Ponadto Michał Choromański pisał,  „O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem”.

Wystarczy tych ocen , podsumowań i dowodów uznania? Wystarczy – by poczuć się raźnie w gronie tak znakomitych wielbicieli Wiecha  – oczywiście w charakterze szarej myszki podgryzającej w kąciku stare annały.

Przed wielu laty nasz zaprzyjaźniony wiekowy sąsiad działkowy, wielki erudyta, wszechstronnie uzdolniony, istny człowiek renesansu – nestor ortopedii – prof. Witold Ramotowski – lubił mówić „Wiechem.”  Znał wiele jego tekstów na pamięć. Wygłaszał je więc w różnych okolicznościach, zaśmiewając się i zarażając nas tą radością. Miał przyjemny głos i super interpretował. Zostało to w moich wspomnieniach – bo gdzieś głęboko w czułość zapadło.

Teraz wszystko to ożyło, chyba dojrzałam, by docenić  specyficzny rodzaj humoru  Wiecha, jego  uśmiech bez sarkazmu czy wyśmiewania, różnorodność scenek z życia i obszerną galerię typów, a właściwie ludu Warszawy- tego dawnego zasiedziałego i nowego powojennego który tu przybył z różnych stron.  Ponadto  lekkość stylu Wiecha i  chwytająca za serce, już zapomniana, wymieszana w tyglu , ale jędrna i wiecznie żywa gwara warszawska. Może nie są to nasze korzenie, bo wileńskie i beskidzkie daleko, ale 50 lat mieszkania w Warszawie zrobiły swoje.  Co tu mówić,  wrosłam w to miasto. Pierwszych 18 lat życie spędziłam w Gorzowie nad Wartą, zaledwie trzy lata w Poznaniu a potem już tylko tu gdzie teraz jestem.  Więc jak się teraz mówi, słoikami, czyli przybyszami  jesteśmy, ale już dobrze spleśniałymi i nadgryzionymi zębem czasu…to tutaj urodziły się nasze dzieci , wnuki, no i prawnuczka ….

Tak więc siedząc sobie w ciepełku z pieskami córki, myślami bujam nad Bugiem, gdzie stary wspomniany Profesor namiętnie bywał i my młodsi i nasze dzieci. To se ne vrati, jak mawiają Czesi- zresztą to też ulubione powiedzonko naszego starego Profesora….

Jak na razie nie wznawiano  książek Wiecha, nawet w e- antykwariacie aktualnie nie ma, ale zamówiłam  „Dzieła zebrane”  i czekam.

Wobec tego ,  jak wspomniałam wcześniej, podreptałam ci ja do michałowickiej biblioteki , sięgnęłam na półkę z literaturą polską i wydobyłam Wiecha. Spośród wielu pozycji jego autorstwa, wybrałam na chybił trafił dwa tomiki zatytułowane” A to ci polka” i „Wiech na 102”.  Trafiłam przednio.  Oba zostały wydane w 1974 roku, który pamiętamy dobrze. To lata naszej młodości  utrwalone, szarobure wprawdzie i przaśne ale opisane z humorem, uśmiechem bez sarkazmu i kąśliwości. Gdzieś już ukryte, zapomniane. Teraz przypominam sobie jak było, uśmiecham się i odlatuję od aktualnej skrzeczącej rzeczywistości.

Zapraszam Was do tego wspólnego lotu…..

zdjęcie z wnuczką Majusią ….niebawem rozpoczniemy czytanie ….

 

Terapia Wiechem.

Kochani. Zacznę trochę refleksyjnie- jak ten czas leci. Ale fajnie jest, bo żyjemy, możemy się spotykać ( przynajmniej tutaj), a wiosna poważnieje. Zieleń już dojrzała, ma smak lata, tylko jeszcze niektóre ptaszęta , widać spóźnione w zalotach , szaleńczo, obłędnie śpiewają . Jest pięknie…Już  wczoraj wrócił do mnie temat, zarzucony przed pół rokiem. Bo może pora na uśmiech…tak więc jesteśmy w rozdziale Terapia Wiechem.

Kopiuję to, co tutaj napisałam zimową porą, ot, gwoli przypomnienia. A potem przepisany detalicznie tekścik samego Wiecha. Zapraszam :

 

WiechRozmawiającyDorożkarz.jpg

Wiech , dorożkarz i Warszawa. Zdj. z netu

To co poniżej już tu było , ale gwoli przypomnienia. Uśmiechnijmy się do starych tekstów, one o to proszą…

 

Barwy życia mojego Terapeuty

   Za oknem styczeń śnieży, chałupka jeszcze śpi, jest cichutko, najciszej. Ja w szarym zacisznym ciepełku przed laptopem. Żyć nie umierać powtarzam.

A w dodatku umówiłam się  z Wiechem. I wiecie co,  kochani ?.

Przyszedł i jestem z nim i czuję wśród zamętu na świecie jego terapeutyczną dłoń i uśmiech. Mówi, odleć ze mną z tego świata, do mojego. Jest bezpieczny kolorowy pogodny ciekawy i wystarczająco daleki by ochronić przed złem wszelakim.

Zapraszam i Was na ten seans terapeutyczny. Będzie fajnie!

        Miało być słów parę o Terapeucie, ale tak się nie da. Bo trzeba obszernie, zamknąć wszystko co się da w tekście, wszystko ma znaczenie. Bo życiorys ten okazuje się bogaty i barwami nasycony.

I tu się kłaniam  panu Tomaszowi  Urzykowskiemu (ach to imię mojego dziadka i także Pierwszego Zauroczenia, opisanego tu detalicznie w Opowieści Sylwestrowej).

Pan Tomasz  Urzykowski 12 sierpnia ubiegłego  roku, z okazji 120 rocznicy urodzin Wiecha zamieścił  bardzo ciekawy artykuł w Wyborczej. Starannie zebrał dane z książek o pisarzu i z jego autobiografii i pięknie  opracował.

Jeżeli nie czytaliście, Kochani, postaram się podać tu w skrócie, dodając jeszcze inne informacje oczywiście znalezione w necie. Zamierzałam uczynić skrót, ale jak widzę, niestety mocno skrócić  nie da, bo wszystko w nim ważne.

       Podobno  było tak , że gdy czytelnik tekstów Wiecha spotykał go na gruncie prywatnym czy zawodowym wpadał w osłupienie.

Otóż ten człowiek piszący gwarą ludzi z nizin społecznych, cwaniaczków z warszawskich przedmieść, był wytwornym , elegancko ubranym panem, czarował swoich rozmówców wyglądem i erudycją. Posługiwał się piękną, nieskazitelną polszczyzną….

 

WiechNa102.jpg

 

Własnoręcznie przepisałam kilkanaście tekstów Wiecha, bo nie znalazłam ich w necie, a tę książeczkę  pożyczyłam z michałowickiej biblioteki, więc należało ją oddać. Jak na razie nie mam odpowiedzi z e-antykwariatu , gdzie zamówiłam wszystkie tomiki, kiedyś wydane….

 

” TRUBADZIADAK

 

   Gienia pasjamy lubi uczęszczać do teatru Wielkiego na placu Teatralnem. Spodobają się jej zwłaszcza te antrakcje, czyli przerwy w przedstawieniu. Kiedy może sobie po froterowanej posadzce pochodzić, marmurowe ściany, kryształowe żyrandole, publiki i dobrze zaopatrzone bufeta obejrzyć.

   Chociaż nie powiem, samem przedstawieniem także samo sie interesuje, tylko że nie zawsze można sie połapać, o co sie faktycznie rozchodzi.

    Bo sztuki są śpiewane i każden artysta jeden przez drugiego stara sie głośniej melodie zasuwać, chromoląc tak zwane libretto, czyli streszczenie. Derekcja drukuje co prawda w specjalnej książce detaliczny opis tego, co sie na scenie wyprawia, ale nie można nigdy zdążyć przeczytać , bo już sie ciemno na sali robi.

    My z Gienią zaczem zdążem prześlabizować pierwsze odsłone pierwszego aktu, już jest trzecia drugiego, tak że w informacji znajdujem sie stale i wciąż mocno do tyłu.

    Zwłaszcza trudno sie nam było rozebrać w ostatniej premierze, na którą pare dni temu w tył Gieniuchna mnie zaciągła, pod tytułem „ Trubadur”. Tyle tylko żeśmy sie koniec końcem połapali, że jest dwóch braci hrabiów, którzy do jednej ciziuli imieniem Leonora uderzają. Jeden z tych braciszków został sie jako małoletnie dziecie porwanem przez Cygankie i nie wiedząc, że z hrabiowskiej rodziny pochodzi, za trubadura sie zatrudnia. To znaczy, że za zapiewajłe jest w cygańskiej orkiestrze i do taktu na gitarze brzdąka.

    Ta bliżej nie znana dziewica Leonora woli Cygana od naturalnego hrabiego, któren tak sie nazywa jak te kino na Marszałkowskiej …” Bajka”, nie „ Bajka”.. nie „ Luna”. Otóż więc ten ów hrabia Luna porywa te dziewice z klasztoru i na siłe chce noc poślubne uskuteczniać, ale Trubadur na czele cygańskiej orkiestry „ niebiesko- białych” naparza sołdatów hrabiego i Leonore mu odbiera.

     Ale na tem nie koniec, hrabia Luna znowuż jest na wierzchu. Wsadza do mamra Trubadura, starą Cygankie, jego przybraną mamusie, i paru członków orkiestry. Oczekując gimzy, czyli kary śmierci, siedzą w ciemnej celi i śpiewają na głosy smutne tango „ Ostatnia niedziela”. Słysząc to Leonora wychodzi z lasu i przyrzeka swoją rączki Luńkowi, pod waronkiem, że takowy ogłosi amnestie dla wszystkich Cyganów. Ale jest to lipa. Leonora nigdy nie zostanie sie za Luńkową. Z powodu że w pasztetowej kiszce czy też z flaszeczki ( po ciemku nie było widać) zażywa trucizny.

   Jest to trucizna z opóźnionem działaniem, bo kiedy Leosia przybywa do celi, żeby oznajmić Trubadurowi, że bedzie on wolny, zaczem skonała, zdążyła jeszcze odśpiewać półgodzinną arie z dzwonkami, bębnem i czynelami. I to jak zaśpiewała- aż kryształy w żyrandolach dzwonili. Dopiero po pierwszorzędnem wykonaniu kładzie sie wygodnie na ziemi i spokojnie umiera.

    Wskutek powyższego Luniek cofa amnestie, egzekucja sie odbywa , a stara Cyganka kończy sztukie slfoksem pod tytułem „ To był twój brat”.

    Sztuka i owszem, bardzo sie nam spodobała. Gienia  nawet łzy w oczach, chociaż do końca żeśmy sie nie dowiedzieli, po kiego oni faktycznie cholere tyle trupa nakładli i dlaczego stara Cyganka nie powiedziała hrabiemu i Trubadziakowi, co i jak jest?

     Ale na szczęście po zasłonięciu na dobre kurtyny okazuje sie, że wszyscy żyją. Pokazują sie publice, otrzymują bukieta kwiatów, całują sie i wienszują sobie cudownego ocalenia.

    Cała sala bije bis i zadowolniona udaje sie do autobusów.

     Jakeśmy wracali do domu. Gienia powiedziała, że w Zielone Świątki musiem jechać na Bielany, chce porozmawiać z Cygankami, które tam wróżeniem sie zajmują- może od nich dowie sie cóś więcej o tem całem Trubadurze.”

 

 

gulczewo,1999.jpg

Terapia Wiechem. ” Lot nad Szmulkami” i moje takie tam….

Terapia Wiechem. „ Lot nad Szmulkami”  i moje takie tam.

Kartkuję niewielką książeczkę z felietonami Wiecha zatytułowaną ” A to ci polka”. Jeszcze jej nie oddałam do biblioteki, bo przepisuję sobie te teksty i za każdym razem gdy ją otwieram, uśmiecham się i odlatuję. Zapraszam  Was, oderwijcie się jako i ja się odrywam od tego co nas oblepia, zadziwia i przeraża. Dziś , Kochani będzie o ” luku” z nieba na Warszawę. I zaraz potem takie tam moje gadanie wspominkowe.

Są lata 70 ubiegłego wieku, lata naszej dumnej chmurnej ale i lekkiej jak piórko przeszłości. Pan Wiech tak sobie gawędzi. Najpierw musi zwyczajowo napisać o tym co się wtedy działo, czyli o meczach piłkarskich. Może być to smakowite dla pasjonatów tego sportu, jak np. dla pana Pilcha, pewnie dla nas niekoniecznie Ale w drugiej części felietonu  znajduję to, co dla mnie fajne. I już lecimy  samolotem a pod nami Warszawa:

 

WarszNaPierzynieZMgłyTVN.jpg

Takie cudne zdjęcie znalazłam w necie, w portalu TVN. Zatytułowano je: Warszawa na pierzynie..”. I nic to, że niewiele widać…oddaję głos Wiechowi, on nam opowie:

 

„                                     LOT NAD SZMULKAMI

 

   Że żone mam niemożebną sportówkie, to wszyscy wiedzą, bo nieraz już o tem zaznaczałem. Totyż  nikt sie nie zdziwi, jak nadmienie, że przez pare godzin nie wstawała od telewizora, podczas tych meczy z Bułgarią i Turkamy, gdzieśmy , jak wiadomo, jednych naleli dwa do knota, a drugich dwa do kółka. Pokazało sie, że dobre jesteśmy na błoto, co?

    Troszkie nam było nieprzyjemnie wobec Bułgarów, że to demokracja demokracje w kostkie kopie i w mokre trawe przewraca, ale sport jest sport. Za to jeżeli się rozchodzi o Turków, to grzeliśmy ich z czystem sumieniem za Wołodyjoszczaka , za Baśkie i pana Zagłobe. Sobieski lepiej by się z niemi nie obleciał

     No, ale w ciepłem pokoju przy telewizorze siedzieć, pyzy ze słoninką opychać i na mecz kapować, to każden potrafi. Ale samemu jakiś wyczyn sportowy zasunąć , to już rzecz druga. A Gienia zasunęła i mnie jeszcze z sobą zabrała.

    Za tak zwanych bohaterów przestworzy żeśmy się zostali po sześćdziesiąt złotych z łebka. Nie na długo, na piętnaście minut, ale dla mnie wystarczyło na większą ilość cykorii. Jednem słowem, wzięliśmy udział w lotach nad Warszawą.

     Ja na razie chciałem pryskać już z autobusu, któren wiózł nasz na Okęcie, ale Gienia wskazała mnie na dwóch chłopaczków, które razem z rodzicami jechali na ten lot, i mówi:

     – Jak ci nie wstyd, dzisiaj małe dzieci samolotami podróżują.

     – Mały dzieciak frajer jest, wszystko go zabawia, sprawozdania z niebezpieczeństwa sobie nie zdaje, bo gazet nie czyta. Ale my się dzieciakami trajlować nie potrzebujem, bo oboje wiemy, że jest sie czego bać. Jednakowoż stolice z tak zwanego lotu ptaka warto zobaczyć.

     Najgorzej, że nie wiedziałem , jak sie pod względem żołądkowej diety zachować, bo jeden znajomy lotnik radził, żeby wsunąć przyzwoity obiad z trzech dań z komputem. A znowuż niejaki Gwizdek Alojzy, którego wujo za woźnego w Locie sie zatrudnia, powiedział, że nie ma nic gorszego , jak z pełnym bancem w taką nadpowietrzną podróż się wypuszczać. Znakiem tego, wybrałem sie na czczo, wziełem tylko z sobą przyzwoitą wałówkie, to znaczy pół kila suchej kiełbasy i pare ogórków.

    Ale okazało sie to niepotrzebne, w europlanie o jedzeniu ani przez minutę sie nie myślało. Oczy żeśmy tylko wytrzeszczali, żeby się tej naszej Warszawie z wierzchu przypatrzyć. Faktycznie jest taka więcej przepiękna. Widoczek jak rzadko. Brudnego śniegu na trotuarach z góry prawie nie widać, to jest raz, taki Bazar Różyckiego, wygląda jak wiszące ogrody Semiramidy z 1001 nocy, to jest dwa.

   W ogólności Szmulki najwięcej się nam spodobali. Gienia nawet raban podniosła i zaczęła krzyczeć do pilota:

   – Panie motorniczy, zjedź pan troszkie niżej nad ulice Ząbkowskie, bo chce sie sąsiadce Mordzielakowej pokazać. Niech zżółknie z zazdrości.

   Ale pilot się spieszył, bo jeszcze pół Warszawy miał nam pokazać. Obejrzeliśmy sobie wszystko detalicznie. Z większych starszych budynków spodobał sie nam Dworzec Główny utrzymany w tak zwanem stylu barakowym.

   Za to całkiem nowocześnie i ze smykałką są wybudowane przystanki kolejowe Ochota i Powiśle. Dopieru z lotu ptaka widać,  jak to jest primo woto zaprojektowane. Łamane dachy w podobieństwie faworków dają gwarancje dużego bezpieczeństwa. Wyglądają tak, że jakby w razie, broń Boże, wojny nadleciał tu nieprzyjacielski lotnik, z miejsca sobie pomyśli:

   – To już było bombardowane- i poleci do cholery.

   Nie zdążyliśmy sie jak sie należy wszystkiemu przyjrzeć, a europlan spuścił sie już na ziemie i trzeba było wysiadać. Gienia w krzyk i nie chce. Musieliśmy jeszcze jeden kurs oblecieć, ale Mordzielakowej znowuż w oknie nie było.

    W najbliższą niedziele Gieniuchna zamiaruje odbyć nowy lot nad Szmulkami.

    – Musiem ją koniec końcem przytracić- musi się rozchorować- mówi.

   A ja się zgadzam, bo wycieczka jest tak pouczająca , że sie o cykorii zupełnie zapomina „

 

 

 

BR1967.jpg

 

Zdj z netu. Widok z lotu ptaka na Bazar Różyckiego

 

z8219442Q,Pyzy-z-rozyca.jpg

Pyzy gorące pyzy, flaki…..zdjęcie z netu, ale z czasów późniejszych niż opisywane, bo choćby torba pasiasta , parasol i plastikowe pojemniczki.  Za to ten typ paniusi oferującej przysmaki taki sam, odwieczny, ponadczasowy….

 

A teraz pora na ” moje takie tam” zapowiadane w tytule tego wpisu? A więc zaczynamy:

 

 

Kochani. Najpierw będzie przydługi wstęp. Już dobrze mnie znacie i wybaczycie.

 Uwielbiam ucieczkę od złego nastroju, skisłej codzienności, obrzydliwościami kapiącej polityki, i w ogóle od tego co obmierzłe na tym świecie.

Uwielbiam także tę porę jeszcze ciemną o tej porze roku, kiedy dzień się zbliża  a ziewająca noc idzie spać. I za chwilę ma wstać nowe z radością witane, bo na własnych nóżkach wstanie z łoża, co w wieku trolejbusowym ( tu Wiech się kłania) jest wyczynem i powodem do zachwytu.

Wówczas też odwiedzają mnie jakieś cienie z przeszłości, przed świtem bardziej intensywne, zmaterializowane, trójwymiarowe nawet , jednym słowem po prostu żywe. To są dobre cienie, złe zostawiam za progiem, więc te ostatnie zniechęcone odchodzą w niebyt.

Ponadto uwielbiam dygresje. Wciskają się na klawisze tupią blokując płynność tekstu. Ulegam, bo po co walczyć. Ważne, że główny wątek się snuje.

Moje  zapowiedziane w tytule „takie tam „ będzie swoistym miksem o moim zakochaniu w Bazarze Różyckiego, pyzach itp.

     Dzisiaj, jak zwykle przed świtem,  miałam miłego gościa. Niespodziewanie odwiedził mnie sam pan Wiech. Zaskoczona i ucieszona przywitałam się grzecznie. Był szarmancki, wytworny jak ponoć zawsze i zwrócił się do mnie najpiękniejszą czystą polszczyzną. Ażem się wzdrygnęła. To jest ten pan, którego pisanie jest tak różne od jego mowy, którą właśnie usłyszałam, bo w tekstach używa bazarowych i starowarszawskoulicznych gwar.   Dziw nad dziwy.

Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam dlaczego tak pisał. Bo wiesz, dziecinko ( poczułam się młodziutka, zaopiekowana gdy tak mnie nazwał ),  zakochałem się w  warszawskich gwarach jeszcze w dzieciństwie. Tak mówił nasz dozorca z Poznańskiej- Wicuś Pijak. Potem był Kercelak, gdzie czułem się jak ryba w wodzie i wreszcie moje Szmulki, gdzie osiedliśmy z żoną jeszcze młodzi oczarowani sobą i zakochani. Tam, po prawej stronie Wisły, na Szmulkach , na tej  starej Pradze, mieszkali ludzie, którzy byli solą tego miasta i ocaleli po wojnie, tylko tam ocaleli, gdy miasto umarło.

      Czy pan wie, że ja jeszcze zanim pana poznałam, też zakochałam się w Pradze. Mieszkaliśmy  na Żoliborzu. Ale tam takich klimatów nawet na obrzeżach dzielnicy , czyli pod Hutą Warszawa ani na Marymoncie nie było.

     Pierwszy raz byłam na Pradze, po ślubie z M., potem długo nie. Gdy tak dziergam swoje wspomnienia, przychodzi mi na myśl, że warto w nich grzebać. Bo dotychczas wydawało mi się, że  M. nie pokazywał mi Warszawy. Owszem, bywaliśmy w  parkach, ogrodach na Starówce, w teatrach, kinach, ale teraz przypomniałam, że jednak był też Bazar Różyckiego! Widać coś w moim mężu drzemało, nie pytałam z kim odkrywał to miejsce. Bo i po co? Po co  zastanawiać się nad przeszłością , wypytywać,  odkrywać co było i jak było, bo potem może być tylko ból.

   Więc w tym 1968 roku, cała naiwna, zauroczona, oszołomiona, młodziutka, ale już z obrączką na palcu  poznałam Bazar Różyckiego.

 Gdy byliśmy tam z M.,  wówczas po raz pierwszy ( wszystko wtedy było po raz pierwszy ) ,  zachwyciła mnie na tym Bazarze grubaśna baba z wielkim koszem, która wołała pyzy, gorące pyzy, flaki. Mam w oczach miejsca, gdzie przesiadywały te baby, bo były co najmniej trzy.  

Zatrzymaliśmy się, poprosiliśmy o dwie porcje. M. już tam bywał,  znał te smaki,   nie miał oporów, więc i ja nie miałam. Może teraz mielibyśmy lęki że brudne , zatrute to jedzenie, czy choćby zakażone jakąś salmonellą lub inną cholerą. Wówczas z ufnością poprosiliśmy od dwie porcje.

Babina odkryła coś, co przykrywało kosz, może jakąś derkę, nie pomnę , pojawił się wielki gar z którego zdjęła pokrywę i wówczas się rozniósł zapach przedni.

W tymże  garze ukrytym pod ową derką w koszu miała wyborną smakowitość. Podała nam dwie miseczki ceramiczne,  a może słoiki ( bo tak piszą w necie, gdy teraz studiuję ten problem)  bo jak wiecie, plastikowych jednorazowych pojemniczków jeszcze nie było i wówczas się zadziwiłam. Pyzy okazały się inne niż znałam do tej pory…

 Ale po kolei. W moim gorzowskim domu rodzinnym nie było tradycji lepienia takich różnych smakołyków. Mama jedynie piekła na święta serniki( palce lizać) i soczyste makowce. Żadnych więc makaronów ( potem kilka razy robiłam sama jak przystało na ambitną mężatkę, ale nie uzyskały żadnej opinii, przeszły niezauważone), żadnych pierogów, klusek czy pyz.

Pyzy jadałam w Poznaniu, gdzie studiowałam przez pierwsze 3 upojne lata.  Chodziłyśmy z Moniką do restauracji przy ulicy Matejki, która znajdowała się nieopodal Palmiarni. Westchnęłam, bo z Moniką straciłam kontakt po wyjeździe do Warszawy, a  była wspaniała nietuzinkowa, z polotem i częściowo dzięki niej  nią przetrwałami trudny rok pierwszy na AM. I stale hoduję w sobie żal, że nie mogę jej znaleźć spotkać i pogadać- gdzieś się rozpłynęła w wielkim świecie. .

Wczoraj zapytałam na FB, Tadeusza, syna kuzynów, który jest rodowitym poznaniakiem jak nazywała się ta restauracja. Odpisał, że chyba Zagłoba. Tak więc wchodziłyśmy z Moniką do tego podłużnego chyba, niewielkiego, dość mrocznego wnętrza ale buchającego ciepłem zwłaszcza w mroźne dni. Skostniałe z zimna, wygłodniałe jak wilki, z głową nabitą wiedzą, ale wolne jak te pticy, gnałyśmy  z pobliskiego Anatomicum, przez park, gdzie Palmiarnia i wpadałyśmy do Zagłoby. Rozsiadałyśmy się wygodnie , zamawiałyśmy to koronne danie,  niedrogie, bo nasze studenckie kieszenie były wiecznie dziurawe i chwilę czekałyśmy. Wkrótce pan kelner wnosił dwa parujące talerze z wielkimi bułami  dwiema może trzema polanymi czerwonawym sosem z drobinami mięsa albo kiełbasy.  Natychmiast zagłębiałyśmy w owych pyzach zęby, pokonując cieniutką lekko pergaminową  skórkę , zgniatałyśmy w zębach miąższ pulchny, elastyczny, drożdżowy. Sos myśliwski  miał smak wówczas niespotykany, a może spotykany, ale dla mnie nieznany, smak ostry kwaśnawy rześki , mniam mniam. Ależ to była uczta!

    Tak więc na Bazarze Różyckiego zadziwiłam się, że warszawskie pyzy to zupełnie co innego. Były  niewielkie, czarniawe z odcieniem błękitu, nie miały tej cieniutkiej gładkiej skórki jeno  chropowatość po wierzchu.  Gdy później zgłębiłam temat dowiedziałam się, że pyzy poznańskie są z mąki zwykłej , drożdżowe i gotowane na parze a warszawskie  ziemniaczane. Ziemniaki uwielbiam  od urodzenia, więc pałaszowałam z wielkim apetytem. Polane tłuszczykiem ze skwarkami i smażoną cebulką smakowały przednio….

      Oderwałam się od wspomnień, od monitora i zadarłam głowę  wypatrując gościa, któremu opowiadałam. Pan Wiech właśnie zmierzał w kierunku drzwi wejściowych. Zerwałam się, a nasza zielona herbata? Kiedy indziej, odpowiedział, chętnie skorzystam. Dzisiaj muszę iść dalej, bo obowiązki wzywają.  A ty, dziecinko, tak ładnie się rozkręcasz, wspominasz, piszesz  , może komuś dajesz chwilę oderwania od skrzeku codzienności, chwilę zapomnienia,  uśmiech pogodę ducha i spokój.

Jest dobrze. Tak jest dobrze. Moja misja spełniona…..

 

PoznanskiePyzy.jpg

Pyzy poznańskie…

 

Pyzy Warszawskie.jpg

 Pyzy warszawskie.

zdj z netu

Terapia Wiechem. ” Wszystko pokasować” i mój margines.

trolebus.jpg

Warszawa trolejbus i ludzie….rok 1946…zdj z netu

 

 

Najpierw będzie felieton Wiecha przepisany własnoręcznie z tomiku” A to ci polka”: A potem moje pogaduszki…zapraszam do wspomnień…..

 

”                                  WSZYSTKO POKASOWAĆ

 

   Pare dni temu w tył pojawiła sie w prasie cóśkolwiek przerażająca wiadomość o tem, że trajlebus „ 56” ma być podobnież skasowany. Zwłaszcza mokotowiaki mocno zdrefili.

 – Czem bedziem jeździć, jak pragniem zdrowia?- mówią  jeden do drugiego.- Autobusy chodzą, jak jem wygodniej, albo po cztery razem, albo żadnego. Dostać sie- przeważnie senne marzenie. W zime jem za zimno, a lato za gorąco, w deszcz za mokro, w śnieg za ślizgo, cholera. A trajlebus zapycha w każdą pogode, co pare minut. Czem derekcja zamiaruje te parnaście tysięcy osób ze Starówki na Mokotów i nazad dwa razy dziennie przerzucać ?

   Tak właśnie martwią sie te pasażery z góry i płaczą rzewnemu łzamy na same myśl o tem skasowaniu. A po mojemu, martwić sie nie ma czem. Jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.

    A fakt jest podobnież faktem, że trajlebusy właśnie „ 56” mają niemożebną melodie do żarcia elekstrycznego prądu i tramwajom go sprzed nosa sprzątają, tak że te nie mogą rozwinąć tak zwanej szybkości, wleką sie ja przedwojenne dziady na odpust i korki komunikacyjne wytwarzają.

   Więc rzecz jasna, że trzeba to usprawnić i trajlebusy wont z trasy. A teraz co sie będzie działo, o wiele to nie pomoże? ( A nie pomoże na mur, bo to wszystko jest proszę derekcji MZK- bajer na Grójec).

    Jeżeli więc sie okaże, że tramwaje w dalszem ciągu ulice blokują i nie mogą sie na bok nastąpić, bo po szynach chodzą- trzeba będzie i tramwaje , i szyny na szmelc wyrzucić.

    Zostaną same autobusy, ale taki tłok się w nich wytworzy, że ludzie szyby łokciami będą wybijać i głowamy dziury w dachu. W tej sytuacji- jak mówi Wicherek- żeby Rady Narodowej na nieobliczalne straty nie narażać, wycofa sie i autobusy.

    Nareszcie luz sie na jezdni zrobi, lemuzyny będą mieli swobodny przelot. A i żywsze pasażerowie skorzystają.  Troszkie ruchu na świeżem powietrzu dobrze każdemu na płuca i insze podroby podziała. Klatkie piersiowe sobie wyrobi, muskuły na nogach, no i nerwowo wypocznie.

   A w trajlebusie różnie bywało. Sam widziałem, jak wsiadła raz do „ 56” staruszka z kijem od szczotki. Siedziała spokojnie i trzymała ten swój kij z boku, ale kto nowy wsiadł, zaraz zaczynał z nią sprzeczkie. Rozchodziło sie o to , że kij wyglądał na podpórkie należącą do trajlebusowego  urządzenia i jak trajlebus zarzucał na skręcie, kto stał bliżej , zaraz sie za niego łapał.

    Pierwszy dostał niem w szczękie jakiś dyrektor z teczką pod pachą. Ten powiedział tylko

„ o przepraszam” i odsunął sie do tyłu.  Staruszka spojrzała sie na niego  niezadowolniona i rzekła:

   – Trzeba  patrzyć, za co sie łapie.

   Na następnym wirażu złapał sie za kij jakiś bronet ciężkiej wagi w okularach. Wyrwał go staruszce, nabił sobie śliwkie na czole i przewrócił trzy osoby, co za nim stali. Na razie nie wiedział, co sie zrobiło. Myślał, że trajlebus sie wali, ale jak się zerwał z podłogi i oprzytomniał, dawaj staruszkie sztorcować, że jeździ z takiemy patykamy.

    Pani starsza tyż  nie była od macochy, więc odszczeknęła sie z miejsca:

  – Cztery oczy ma i jeszcze nie widzi, że to szczotka, ślepa komenda. Jeszcze się dziwi, że sie drążek na niego przewrócił. Filar spod mostu nie utrzymałby takiego słonia wilanowskiego.

    Pasażerowie mieli z tego śmiechu do diabła i troszkie i z przyjemnością czekali, kto będzie następny. Ale jak sie nacieła na kij jakaś paniusieczka z torbą gwarantowanych jajek eksportowych i pół trajlebusu jajecznicą opryskała, wszyscy powsiedli na staruszkie.

   Wtenczas babcia wyszła zupełnie z nerw, złapała swoją lagie w ręki i dawaj nią miłować, kogo popadło. Pierwszy dostałem ja, bo żem najbliżej stojał, aż mnie limon pod okiem wyskoczył. Większość pasażerów urwała sie w biegu . Dopieru pokotowie MO  odebrało pani starszej nadłamany drążek.

     Faktycznie porządek trzeba było czasem zaprowadzać, ale żeby aż kasować trajlebusy? W każdem bądź razie przyszłe rekordziści w biegach Starówka- Mokotów i nazad się na to nie zgadzaja. A cała Warszawa ich popiera.”

trolej157ObecnieRondoONZ60lataXXwieku.jpg

Rondo ONZ- takie puste pamiętam….i taki  trolejbus, autobus i samochody pamiętam też….zdj z netu

 

        Trolejbusy w Warszawie uruchomiono w 1946 roku i można je było oglądać na ulicach do 1973 roku. Początkowo były oznaczane dużymi literami, ale wkrótce przemianowano je na cyfrowe . Nosiły numery od  51- 90. I wtedy to Wiech ukuł fajne powiedzenie- wiek trolejbusowy. W tym felietonie  został uwieczniony  rok, kiedy trolejbusy umierały.  Wprawdzie w latach 80 ubiegłego wieku odtworzono linię z Mokotowa do Piaseczna, ale w 2000 roku ślad po tych środkach komunikacji bezpowrotnie zaginął.

Czy żal ich wtedy było, nie powiem, bo zwaliste były, mało ruchliwe, a w dodatku  skręcające po wielkim łuku bo przyczepione do podniebnej sieci elektrycznej . Podobno wielokrotnie dochodziło do przecinania się  trakcji elektrycznych tramwajów i trolejbusów.

Aż tak wielkich kolizji nie widziałam, ale pomnę , gdy  ich przyczep do linii elektrycznych nagle odpadał od tego zasilania i  dostojnie osiadał na dachu trolejbusu.

Od razu robiło się zamieszanie i kotłowanina. Ludziska  nerwowo wysupływali się z tłumu przeciskali do drzwi . wyszarpywali oba skrzydła i wyskakiwali z pojazdu setnie przy tym złorzecząc.  Kierowca zaś, klnąc na czym świat stoi, wysiadał, coś usiłował podnieść, robił się wielki korek i najczęściej gnaliśmy wówczas do innego środka komunikacji, gdyż duże odległości były trudne do pokonania per pedes ( chociaż  uwielbiałam i uwielbiam łażenie na własnych nogach).

Usiłuję przypomnieć sobie koloryt ówczesnych ulic Warszawy. I dziwne, bo wszystko widzę w szarych barwach, no może za wyjątkiem sukienek. Różnobarwnych, figlujących z wiatrem sukienek, uszytych często własnym sumptem, bo wówczas nie było takiej mnogości sklepów jak dzisiaj. Moda Polska i owszem, ale ceny były zawrotne, więc pozostawała własna inwencja no i ew. krawcowa. Pamiętam wszystkie moje sukienki z tamtych lat.

Ale tak ogólnie, to zakodowałam w głowie tę  powszechną szaroburość jak ze starych fotografii.

      To pyszne, że został nam Wiech,  wyśmienity kronikarz tamtej Warszawy, jej klimatów….wszytko wraca, nasz „ wiek trolejbusowy” nie ma teraz znaczenia. Znowu jesteśmy młode, podfruwajki jak kiedyś mawiano, soczyste dziewczyny z tamtych lat….jesteśmy znowu…

 BasenyLegiiŁazienkowska1.jpg

Baseny Legii, chyba wczesne lata 60 ubiegłego wieku, bo moja pierwsza bratowa ,  Grażyna nosiła taki kapelusik i spódnicę z drutami na dole, by był stale klosz …

 

.

 

    Czytam  felieton Wiecha” Wszystko pokasować” z tomiku „A to ci polka” i przenoszę się z uśmiechem w lata 70 ubiegłego wieku.

Ach trolejbusy i moje dawne lata bynajmniej  wtedy nie trolejbusowe. Nie to co teraz! No cóż, wiek trolejbusowy przyszedł, który przyjąć należy z pokorą. Wszystko już było.      

Teraz spotykam się  z Wiechem, hoduję wspomnienia i co jest cudem, bo  jeszcze się zachwycam  wieczorną Kasjopeą na szerokim michałowickiem niebie i radośnie witam świt. Jest dobrze.

      Wtedy były moje niepełne  22 lata, wakacje, V rok AM za chwilę , obrączka , lekkość i beztroska ciała, duszy, głowy i serca., ufność, przyszłość i przeszłość nieistniejące, łapanie, zachłystywanie się  tym co tu i teraz . .

    Nadal czuję zapach tamtej Warszawy roku 1968, właśnie  niedawno tu zamieszkałam na Żoliborzu. To miasto pachnie inaczej niż mój Gorzów, który kwitnącymi lipami się utrwalił w pamięci  i niż rogalowy świętomarciński Poznań.

Tak, Warszawa pachniała wtedy inaczej,  szczególnie wieczorem, gdy drzewa krzewy, a jest ich tak dużo, najintensywniej oddychają. Wówczas powietrze się jakby rozrzedzało, było lekkie delikatne nieco wilgotne i zielonkawe. Wielkie warszawskie przestrzenie, rozrzucone domy wtapiały się w  mrok i była tylko ciemność, światła i  my pod niebem bardzo szerokim, gwiaździstym ….

    I widzę siebie, tamtą, młodziutką, rozwichrzoną i roześmianą. Właśnie  wsiadam w zatoczce nieopodal  Dworca Gdańskiego w trolejbus linii 53 i jadę na Łazienkowską, na Legię, na baseny, gdzie ponoć śmietanka warszawska się zbiera. Nijakiej śmietanki wprawdzie nie widzę, ale jest Mundek, z którym umówił mnie mój mąż. Mundzio ma dużo wolnego czasu w odróżnieniu od męża. Wprawdzie nie wiem jak to się dzieje, bo  pracuje, ale pewnie umie się od roboty wymigać i tyle. Mawiano o nim  „Niedziałek nigdy w poniedziałek”, bo takie nosi nazwisko i zwyczajowo poniedziałki w pracy ma nieobecne. Jego piękna żona Marta, co w Mazowszu tańczyła  przesiaduje nad księgowymi tabelkami, a my się pławimy w basenowej wodzie i jesteśmy w raju. I nic to, że raj przykurzony , ale dla nas raj….

Potem był powrót trolejbusem, albo autobusem i szafa grała…..pięknie nam grała….

.Basenylegii2.jpg

 

basenyLegii3PolańskiWypatrzyłJolantęWyborcza.jpg

Baseny Legii, zdj z netu. Młodość, uroda, wielkie targowisko ciał, łowisko najpiękniejszych….

Terapia Wiechem. Dlaczego ? Dlatego.( 2).

WiechDoroĹźka2.jpg

Wiech  Warszawa i dorożka….

 

Barwy życia mojego Terapety

 

  Za oknem styczeń śnieży, chałupka jeszcze śpi, jest cichutko, najciszej. Ja w szarym zacisznym ciepełku przed laptopem. Żyć nie umierać powtarzam.

A w dodatku umówiłam się  z Wiechem. I wiecie co,  kochani ?.

Przyszedł i jestem z nim i czuję wśród zamętu na świecie jego terapeutyczną dłoń i uśmiech. Mówi, odleć ze mną z tego świata, do mojego. Jest bezpieczny kolorowy pogodny ciekawy i wystarczająco daleki by ochronić przed złem wszelakim.

Zapraszam i Was na ten seans terapeutyczny. Będzie fajnie!

        Miało być słów parę o Terapeucie, ale tak się nie da. Bo trzeba obszernie, zamknąć wszystko co się da w tekście, wszystko ma znaczenie. Bo życiorys ten okazuje się bogaty i barwami nasycony.

I tu się kłaniam  panu Tomaszowi  Urzykowskiemu (ach to imię mojego dziadka i także Pierwszego Zauroczenia, opisanego tu detalicznie w Opowieści Sylwestrowej).

Pan Tomasz  Urzykowski 12 sierpnia ubiegłego  roku, z okazji 120 rocznicy urodzin Wiecha zamieścił  bardzo ciekawy artykuł w Wyborczej. Starannie zebrał dane z książek o pisarzu i z jego autobiografii i pięknie  opracował.

Jeżeli nie czytaliście, Kochani, postaram się podać tu w skrócie, dodając jeszcze inne informacje oczywiście znalezione w necie. Zamierzałam uczynić skrót, ale jak widzę, niestety mocno skrócić  nie da, bo wszystko w nim ważne.

       Podobno  było tak , że gdy czytelnik tekstów Wiecha spotykał go na gruncie prywatnym czy zawodowym wpadał w osłupienie.

Otóż ten człowiek piszący gwarą ludzi z nizin społecznych, cwaniaczków z warszawskich przedmieść, był wytwornym , elegancko ubranym panem, czarował swoich rozmówców wyglądem i erudycją. Posługiwał się piękną, nieskazitelną polszczyzną.

Publicysta i prawnik Tadeusz Wittlin w książce „ Nad szarej Wisły brzegiem. Książka o Stefanie Wiecheckim- Wiechu i jego barwnej uroczej Warszawie” tak  opisywał swoje pierwsze spotkanie z Wiechem w przedwojennej redakcji „Kuriera Czerwonego”  :

 

” (…) widzę przez szybę siedzącego za biurkiem wytwornego pana w średnim wieku z monoklem w oku i z lekko zarysowanym wąsem, przyciętym brzytwą. Czarne ubranie z kamizelką skrojone idealnie, niewątpliwie na miarę, kremowa koszula za złotymi spinkami przy mankietach i granatowy w czerwone prążki krawat zawiązany z precyzją dopełniają nieskazitelnej całości.”

 

     Stefan Wiechecki urodził się w 1896 roku, w wielodzietnej rodzinie właściciela sklepu wędliniarskiego przy ul Marszałkowskiej.

Dom w którym przyszedł na świat, leżał poza granicami Warszawy , a okolica miała wtedy nieomal wiejski charakter i wymownie patriotyczny. Bo dom ów sąsiadował z kościołem św. Wawrzyńca przy ul. Wolskiej, który stoi na dawnej reducie powstania listopadowego, znanej z bohaterskiej obrony i śmierci swojego dowódcy gen. Józefa Sowińskiego. Nic zatem dziwnego, że malcowi zaszczepiono miłość do ojczyzny, której przecież wtedy nie było. A może odczuwał fluidy tej ziemi, sam, bez zaszczepiania.

Tak pisał w książce autobiograficznej zatytułowanej „ Piąte przez dziesiąte” wydanej w 1970 roku :

 

 „… dziecinne lata moje upływały w atmosferze bojowo- patriotycznej, w cieniu powstań narodowych, w ogniu walk rewolucyjnych roku 1905. Cień powstania listopadowego zaciążył już nad moim urodzeniem, gdyż przyszedłem na świat w małym domku na Woli.”

 

      Kiedy  miał półtora roku, rodzina przeniosła się do potężnej czynszowej kamienicy przy ul. Wielkiej 45 ( dziś jest to Lwowska, Poznańska i fragment pl. Defilad).

      To tu spotkał się po raz pierwszy z gwarą warszawską , którą mówił dozorca domu Wicuś Pijus. We wspomnianej autobiografii zanotował:

 

„Przez owego Wicusia, jak pseudonim wskazuje, znajdującego się przeważnie na tak zwanym gazomierzu, poznałem tajniki warszawskiej mowy wiązanej. Był on jednym z pierwszych moich wykładowców nadwiślańskiego dialektu (…) Muszę tu stwierdzić, że każde z jego wyrażeń stanowić by mogło prawdziwą ozdobę » Słownika Wyrazów Zelżywych «profesora Wieczorkiewicza”.

 

     Ale nie tylko  dozorca miał wpływ na późniejszego pisarza. Chłopak lubił przesiadywać w warsztacie szewskim, który mieścił się w oficynie kamienicy. Jego właściciel pan Dobrosielski, weteran Powstania Styczniowego opowiadał o licznych bitwach używając podobnego języka jak dozorca, Wicuś Pijak. Nie mniejsze wrażenie robiły na rosnącym dzieciaku podwórkowe występy magików z popisowymi numerami „ Człowiek- Wąż. „ albo „ Kobieta- Krzesło”. W  autobiografii tak opisuje tamten czas i miejsca starej , już nieistniejącej Warszawy:

 

„(..)  wyparte nieraz przez Wicusia z podwórza dzieciaki i na ulicy znajdowały wiele ciekawych rzeczy. Na rogu Siennej był sklep kupiecki pana Andrzejewskiego z chałwą i daktylami na wystawie. Obok mieścił się zakład tapicerski pana Mojżesza Ryndzuńskiego. Nieco dalej cukiernia pana Szczerkowskiego, demonstrująca w witrynie wspaniałe torty z fontannami czerwonego lukru. (.) Całą watahą wybiegaliśmy aż na Marszałkowską, gdzie, niedaleko Siennej, istniał magazyn materiałów artystyczno-malarskich pana Wadowskiego. (.) Tu budziły pierwsze niepokoje lekko zawoalowane biusty Franciszka Żmurki. Tu przyciągał nasze oczy obraz Kossaka przedstawiający szarżę Czerkiesów na tłum przed kościołem Świętego Krzyża”.

Podobne scenki jak z tego obrazu Kossaka Wiechecki widział na żywo. W pobliżu domu, gdzie mieszkał,  w tzw. krwawą środę 1906 roku bojownicy PPS starli się z wojskiem i policją, na ulicy leżały trupy. Stefan z bratem i krewnym ojca w ostatniej chwili uciekł do bramy przed nacierającym konno kozakiem….

 

      Pierwszy wydrukowany tekst Stefana Wiecheckiego był zupełnie inny od następnych. Gdy autor miał 12 lat, czyli w 1908 roku opisał  umierającego z nędzy pisarza i zatajając nazwisko wysłał ten tekst do małego warszawskiego  wydawnictwa czasopisma „Wiarus”. Uradował się wielce, gdy już po tygodniu  ujrzał swój artykuł wydrukowany i opatrzony

” mrożącą krew ilustracją „ 

       Wkrótce po opublikowaniu pierwszego tekstu, rodzina Wiecheckim przeniosła się z powrotem na Wolę, na róg Chłodnej i Okopowej, w pobliże ogromnego targowiska – pl. Kercelego, nazywanego Kercelak.  Tutaj młodzieniec już gruntownie zapoznał się z warszawskim dialektem. „. W swoich wspomnieniach tak pisze:

 

 „(…) Na tym wielkim placu, pełnym bud, budek, straganów, klatek z gołębiami i stoisk z psami, przysłuchując się rozmowom handlowców z kupującymi, poznawałem tajniki i niuanse tej szemranej mowy. Bo na Kercelaku, oprócz wymiany drobnotowarowej odbywało się coś jeszcze. Gwary poszczególnych dzielnic Warszawy zlewały się w jeden dialekt warszawski, który mnie tak zafrapował swoją oryginalnością i celnością, że już w szkole zacząłem nim pisać ćwiczenia z języka polskiego”.

   

Ojciec dbał o wykształcenie syna.  Wysłał go do Gimnazjum Filologicznego Wojciecha Górskiego przy ul. Hortensji 2 ( dziś ul. Górskiego). Było to jedyne gimnazjum w Warszawie z polskim językiem wykładowym. A trzeba tu wspomnieć, że Polski wówczas nie było !  Tutaj przyszły Wiech miał szczęście spotkać polonistę, który zadawał uczniom zadania na tematy dowolne lub o Warszawie. To wtedy Wiechecki rozpoczął swoje pisanie gwarą. Nauczyciel nie tylko nie tępił tej swoistej maniery, a nawet  zachęcał chłopca do poznawania folkloru miasta. .Jednak  ogólnie nie był zadowolony z ucznia. Późniejszy pisarz tak opowiada we wspomnianej  autobiografii „ Piąte przez dziesiąte” :

 

Nauczyciel   „Mawiał zwykle, oddając moją pracę: – Pan Wiechecki, jak zawsze, prześlizgnął się po temacie, ale, że zrobił to nieźle – trzy plus. Poza owe trzy plus nie udało mi się nigdy w szkole wyskoczyć, ale na ten gwarze ślizgam się już kilkadziesiąt lat i chwalę to sobie” .

 

      Tadeusz Wittlin wspomina, że Wiechecki mając 13 lata zapuścił wielką iście lwią grzywę, by upodobnić się do „ prawdziwego literata”. Dyrektor Gimnazjum, Górski tępił takie fryzury, więc skarcony Stefan szedł do łazienki, wsadzał głowę pod strumień wody i zaczesywał włosy. Ale ledwie „Góral” się oddalił, chłopak mierzwił czuprynę i wyglądał gorzej niż wspomniany już słynny dozorca Wicuś Pijus. Ostatecznie niepokorny uczeń został uroczyście zaprowadzony przez woźnego do fryzjera, gdzie został ostrzyżony i co dzisiaj wydaje się  dziwne- zabieg odbył się na koszt gimnazjum !

        Poza karierą literata  chłopiec marzył o karierze aktorskiej. Grywał w amatorskich teatrach , początkowo w rolach uczniów, sierot, pikolaków. Ale z czasem dorósł do roli drugiego amanta. Wówczas przybrał sceniczny pseudonim Stefan Gozdawa. Podczas występu w Teatrze Popularnym w Sali Związku Rzemieślników Chrześcijan spotkał piękną brunetkę Leokadię Fałdoską używającą imienia Irena. W sztuce „ Cyganie” Józefa Korzeniowskiego on wcielił się w cygańskiego wodza a ona – w tańczącą przed nim dziewczynę. Nic więc dziwnego, że ich poniosło. Zaiskrzyło. Zakochanie przetrwało przez całe ich życie, nawet gdy zostali małżeństwem.

      Gra w teatrze nie sprzyjała edukacji szkolnej i pewnie także ta wzbudzona namiętność spowodowała, że Stefan oblał maturę, choć  zdał ją w następnym roku w Gimnazjum im. Mickiewicza a i ukochana miała bardzo mierne oceny.
      W 1916 roku zaciągnął się do Legionów Polskich  i po 2 latach  wyszedł do cywila.

Wkrótce  wrócił do wojska by bronić kraju przed bolszewikami. Walczył z zapałem i zaangażowaniem tak wielkim, że po zwycięstwie przywiózł do domu Krzyż Walecznych.         

       Otrzymał dobrze płatną pracę w referacie prasowym Polskiego Czerwonego Krzyża.        I dopiero wtedy matka Ireny, uznała, że jest odpowiednim kandydatem na męża jej córki.  

Ślub wzięli w 1923 roku i zamieszkali  po drugiej stronie Wisły, w prawobrzeżnej Warszawie, najpierw przy ul. Wileńskiej 59 a potem przy Stalowej 1. I tam czuł się rozkosznie, wśród specyficznych mieszkańców tzw. Szmulek.

      Wkrótce potem Wiech porzucił pracę w PCK i z pomocą finansową ojca założył własny teatr. Mieścił się w dwóch połączonych mieszkaniach na pierwszym piętrze kamienicy przy ul. Wolskiej 32. Nosił nazwę Popularny, na pamiątkę sceny , na której się poznali zakochani. Pierwszą sztuką tam wystawioną były Dzieje salonu” Kazimierza Wroczyńskiego. Tadeusz Wittlin pisał

 

„sala wypełniona była po brzegi, a widzowie śledzili akcję na scenie z zainteresowaniem i bawili się szczerze”. Reagowali śmiechem, wykrzykiwali „ dobrze mu tak” gdy winny został ukarany, etc.

 

Dodatkową atrakcją powodującą, że zjeżdżali się ludzie z całej Warszawy był fakt , że serwowano tam  golonkę i bigos z pobliskiego baru Pod Cyckami.

      Na spektakle przybywali też gangsterzy ze słynnej grupy Taty Tasiemki z Kercelaka. Nie kupowali biletów a gdy mijali sprawdzających bilety mówili” Miesięczny”, rozchylając nieco marynarkę by pokazać broń. Wpuszczano ich bezszmerowo, bo byli  przydatni. Słynni

„ tasiemkowcy” stanowili swoistą ochronę. W przypadku próby wyczynów chuligańskich czy pijackich na widowni, ci  panowie  wstawali ze swoich miejsc na widowni i w miarę dyskretnie wyprowadzali niegrzecznych. Po krótkiej chwili słychać było donośny rumor spadającego ze schodów ciała.  

 

„. Incydent był wyczerpany, kończyło go definitywnie zjawienie się w mojej kancelarii funkcjonariuszy straży porządkowej, którzy meldowali: – Panie dyrektorze, wszystko w najlepszym porządeczku. Barłoga odpłynął!” – wspominał Wiech.

 

    Na spektaklach pojawiały się też znakomitości polskiej kultury jak : Leon Schiller, Józef Węgrzyn, Stefan Jaracz czy Jan Kiepura, który kiedyś  odśpiewał tam arię Jontka z opery Halka.

    Rozochocony Wiechecki wystawiał co tydzień nowe premiery. Były to głównie farsy i melodramaty, ale czasami też sztuki bardziej ambitne  wg Fredry, Bałuckiego czy Żeromskiego.

Sam Wiechecki też pisywał sztuki tam odgrywane. Były poważne o tematyce historycznej, jak np.” Bitwa pod Radzyminem” czy „Śmierć generała Sowińskiego”.

Wykazywał też spryt o czym świadczy następujący fakt. Pewnego dnia się dowiedział,  że ukończono film „Trędowata” i niedługo będzie premiera w kinie Kometa. Od razu kupił tę powieść Mniszkówny i w swoim teatrze wystawił wg niej sztukę, wyprzedzając o 2 tygodnie premierę filmową .
        Jednak pomimo wysiłków dyrektora Teatr Popularny przegrał konkurencję z kinami. Aktorzy domagali się wysokich honorariów, na które nie było Wiecheckiego stać.

I w 1926 roku Teatr zamknięto.

        Wiechecki zaczął się rozglądać za pracą dziennikarza. Poszukiwania rozpoczął od redakcji szacownego „Kuriera Warszawskiego” przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie drukowano samego mistrza-  Bolesława Prusa.

 Ówczesny redaktor naczelny, Tadeusz Kończyc zamówił u Wiecheckiego reportaż na temat wieczoru pod choinką w Domu Akademickim. Chyba się mocno zdziwił, gdy otrzymał felieton w formie rozmowy kandydata na reportera  z mistrzem murarskim Miętusem o sprzedaży choinek na Kercelaku. Roiło się tam od zamierzonych błędów stylistycznych, gramatycznych  a nawet ortograficznych.

Miętus mówił:

 

„ (…) murarz przyzwyczajony za to i tamto w zimie sie łapać. Na Boże Narodzenie choinkami sie handluje, a na Wielkanoc znowuż baranki odchodzą i jakoś musi być. O wiele mnie sie rozchodzi, to do handlu się nie kwalifikuje, za miętkie serce posiadam”. Dalej jest opowieść jak to Miętus za darmo oddawał choinki biednym dzieciom.

 „ Obciachane to, nagie i bose, ale aż jem sie oczy do krzaków świecą (…) No, to miałem ich słuchać i greka udawać ?- Mata, chłopaki- mówię – choinkie i zmiatajta do domu”.

Redakcja „Kuriera” ten tekst  wydrukowała, ale wycięła  i wygładziła to, co było jego solą, wyrzuciła  gwarowe określenia, zwroty i tym samym ogołociła artykuł ze specyficznego niepowtarzalnego  klimatu.

Nic więc dziwnego, że obrażony Wiech postanowił szukać innego czasopisma. Akurat powstała popołudniówka „ Kurier Czerwony” i tam Wiech skierował swoje kroki. Redaktor naczelny od razu przeczytał przyniesione felietony  zaśmiewając się przy tym  do łez a na koniec powiedział „ Do szybkiego zobaczenia”

Od tej pory niedawny dyrektor teatru jak z rękawa sypał felietonami z życia miasta, jak zwykle ubrane w warszawską gwarę. Drukowano je też w innych pismach. Ostatecznie zajął stałe miejsce felietonisty w„Expressie Wieczornym „ a w jego dodatku „ Dzień Dobry” jako Józef Gawęda udzielał porad dla nieszczęśliwie zakochanych,

         Po kilku latach zajął się dziennikarstwem sądowym. Przesiadywał w sądzie grodzkim, który zajmował się niewielkimi sprawami natury raczej pieniaczej lub porachunkowej maluczkich. Miał zapewne  niezły ubaw z miałkości  spraw tam poruszanych, z pyskówek oraz wielkiej galerii typów, nierzadko spod ciemnej gwiazdy, które przewijały się w salach tego sądu .  Redakcja” Kuriera Warszawskiego” i „Kuriera Czerwonego” nie żądała sprawozdań poważnych, akceptowała humorystyczne interpretacje i wymysły Wiecha.  Notował, zresztą zgodnie z prawdą, że jego bohaterowie mówili ” musiem”, ”zamiaruje”,

„ u nasz” „Żalibosz.  Na ZUS mawiano  „ Chora Ubezpieczalnia” , a fikcyjni bohaterowie Wiecha-  Walery Wątróbka i Piecyk   Urząd Stanu Cywilnego nazywali „ magistrackim kościołem ”, posterunkowego –” postronkowym”, fatamorganę przemianowali na

„ fatamruganę”, a przepity głos to był „ sznaps- baryton”…

        Stefan Wiechecki używał  pseudonimu Wiech, co wg jego żony- tak,  stale tej samej Ireny z teatru gdzie był cyganem a ona przed nim tańczyła- skrócił swoje nazwisko z prozaicznego powodu jakim było lenistwo. On sam wyjaśniał, że chodziło mu o wiechę, którą murarze wieńczą najwyższe piętro wznoszonego budynku a pracodawca zaprasza ich na popijawę…..

       I przyszła II wojna światowa, która odmieniła losy świata.

      Podczas Powstania Warszawskiego publikował teksty w dzienniku „ Powstaniec”.

Czas okupacji niemieckiej Wiech opisał w powieści „ Cafe pod Minogą” wydanej w 1947 roku. W 1959 roku na podstawie tej powieści zrealizowano film o tym samym tytule.

       Po wojnie Stefan Wiechecki nadal mieszkał w kamienicy na rogu Stalowej i Inżynierskiej, tj. na warszawskiej Pradze, na tzw. Szmulkach,  , gdzie prowadził niewielki sklepik ze słodyczami. Warszawa leżała w gruzach, mieszkańców zabito lub wypędzono i jedynie tam pozostali rdzenni warszawiacy a z pożogi wojennej ocalały kamienice . I tam jak w soczewce się skupił ocalały koloryt dawnej Warszawy.

Toż to był dla Wiecha istny raj, niewyczerpane źródło z którego czerpał pisząc swoje felietony. 

    Wówczas  pisywał  do „Życia Warszawy” i „Kuriera Codziennego” a następnie do „Expressu Wieczornego”, któremu był wierny aż do śmierci. Poszerzał galerię swoich bohaterów, chociaż fikcyjnych, ale jędrnych żywych i skupiających wszystkie charakterystyczne cechy warszawiaków. Do znanego sprzed wojny historyka- amatora-Teofila Piecyka dołączyli inni bohaterowie jak Walery Wątróbka komentator codziennych wydarzeń w stolicy i jego żona Gienia, brat Gieni- Piekutoszczak, wuj Wężyk z Grójca, ciotka Kuszpietowska oraz Apolonia Karaluch. Zbiory tych felietonów ukazywały się w odrębnych publikacjach np. „Ja panu pokażę” ( 1938). „Wiadomo- stolica” ( 1946), „Helena w stroju niedbałem „( 1949), „Ksiuty z Melpomeną „( 1963), „Śmiech śmiechem” ( 1968), „Dryndą przez Kierbedzia” ( 1990)

 Po wydania „ Expressu Wieczornego” z felietonami Wiecha ustawiały się pod kioskami kolejki.

      Wiech nie tylko pisał o sprawach doraźnych, ale też bardzo zabawnie przedstawiał swoją wersję historii Polski. W tomiku wydanym w 1949 roku zatytułowanym „ Helena w stroju niedbałem , czyli królewskie opowieści pana Piecyka” np. pisał  że legendarna Wanda to „ ta co nie chciała folksdojcza”, Zygmunt III Waza- „ w charakterze słupa stajał”, a Stanisław August Poniatowski „ lubiał wrąbać cóś dobrego i niezależnie stołówki w łazienkach prowadził”.

Tu na marginesie muszę wspomnieć, że ostatnio zapytałam mojego syna o Wiecha, natychmiast zniknął , pognał w stronę regałów z książkami , wybrał jedną . Nieco sfatygowana, ale wzruszenie. Przydało się synowi  namiętne odwiedzanie antykwariatów w czasach licealnych. A teraz  podziwiam jego uporządkowanie, bo wiedział gdzie jej szukać. W odróżnieniu ode mnie, wszystkie moje  książki chaotycznie rozproszone po całym mieszkaniu, zawstydziłam się. Wręczył mi właśnie ową Helenę- otwieram teraz i widzę, że to jest pierwsze wydanie!!!

      Wiech swoje monologi pisał dla Polskiego Radia  i czytał tam swoje felietony.

Zmarł nagle na serce 26 lipca 1979 roku i został pochowany na Cm. Powązkowskim.

        Pożegnałam się z panem Wiechem. Odszedł cicho tak jak przyszedł. Ale mnie nie opuścił, bo zawsze mi towarzyszy. Poczytuję to, co napisał i zawsze się uśmiecham. Tyle w nich  warszawskich wydarzeń które pamiętam i o których tylko słyszałam, spektakli teatralnych ….

     Na Wiecha jeszcze nie przyszedł czas, chociaż bywa, że ludziska, nawet młodzi rzucają

” wiechami”.  Bo Wiecha czytywali nie tylko intelektualiści, ale też zwykli zjadacze chleba.  Długo królowały  na warszawskich ulicach Targówka, Woli, na bazarach Hali Mirowskiej czy Polnej jego powiedzonka takie jak:

„ – Wypotrzebował ją  – W ząbek czesany  – Znakiem tego  – Śmiej się pan z tego  –  Przypuszczam, że wątpię  –  Skoro jeżeli –  A to ci polka – Niech ja skonam..            „

A niedawno się dowiedziałam, że Wiech jest twórcą powiedzenia „ wiek trolejbusowy”, gdyż w pewnym czasie po Warszawie jeździły trolejbusy z numerami od 50-99.

Ale o tym później…

 

Terapia Wiechem. Dlaczego? Dlatego. (1)

WiechRozmawiającyDorożkarz.jpg

Klimatyczne zdjęcie z Wikipedii. Wiech rozmawiający z dorożkarzem zmierzającym na Pragę, w tle Wisła i Warszawa..

 

Kolejne święta Bożego Narodzenia za nami, radość dymnie się rozmyła, zapach piernikowej choinki spowszedniał . Minął  tamten  sen.  Nowy Rok wkroczył  tanecznie ,  zawirował a teraz  jakby oklapł w radości. Tak to jest zawsze. Oczekiwanie piękne i potem normalność. Niby się kręci to życie  w kółko , ale ruchem posuwistym do przodu. Kolejne urodziny imieniny etc.

    A tu dookoła skrzeczy rzeczywistość. Po chwilowej ciszy i ciepłej wodzie w kranie nagle kleisty ukrop się leje na głowę. A uciekać nie ma dokąd. Schować głowę jak nasze pieski w czasie hukowej nocy w garderobiane ciuchy i przetrwać. Na nic nie ma mamy wpływu, więc pozostaje ucieczka  w słowo. Dlatego  w tej gęstej atmosferze niepokoju, grozy nawet , zawirowań na świecie, złych prognoz, rozdarcia kraju, szczucia, podsłuchiwania, śledzenia, karania i tylko Bóg wie czego jeszcze,  rozpaczliwie poszukiwałam leku. Choćby  krótko działającego , ale dającego  chwilę relaksu.  I znalazłam Wiecha, jego teksty sprawiły, że się zaczęłam uśmiechać  a wczoraj nawet moja młodzież załapała temat.  

Ale najpierw po  kolei. Było tak.

Jak wiecie, a może nie wiecie, bo nie zajrzeliście do tamtego blogowego wpisu , niedawno wędrowałam z „Królem” Twardocha po starej warszawskiej Woli.

I nagle  zapragnęłam lektury, która będzie też o tym mieście i jego kolorycie. O ludziach których już dawno nie ma i o czasach zapomnianych .

Gdy tak główkowałam , co by tu przeczytać, byle nie było długie i nudne, naszpikowane wiedzą historyczną, nagle zaśpiewał mi w głowie Wodecki „ Zacznij…” mam, złapałam wątek : Zacznij od Wiecha!  .

I pognałam do  michałowickiej biblioteki i wypożyczyłam dwa niewielkie tomiki felietonów tego autora zatytułowane  ” A to ci polka” i „Wiech na 102. ”

     Wiech pisywał jeszcze w  czasach które wiązały się z naszą dojrzałością ( zmarł w roku 1979)  ,  ale jakoś wówczas nie budził zainteresowania  Wtedy w ogóle mało czytałam ( poza tekstami medycznymi ), byłam mocno zajęta innymi sprawami, dużą  rodziną i  intensywną pracą . Zresztą nie kupowaliśmy Expressu, gdzie Wiech zamieszczał swoje felietony. A nawet jeśli je kiedyś przeczytałam, nie porywały ,  bo opisywały codzienność, a tę mieliśmy za oknem. Poza tym raziła  gwara warszawska, a jak niektórzy twierdzą,  zmodyfikowana nieco przez autora tychże felietonów. Był to jeszcze okres kiedy  walczono na wszystkich frontach z naleciałościami językowymi, jak np. z gwarą śląską , uważając że zanieczyszcza nasz piękny polski język. Miał być on nieskazitelny, poprawny, wszystko miało być jednakowe, jak mniemam chciano by zapomnieć o zaborach itp.  Wtedy niektórzy  mówili  o Wiechu źle i niechętnie. W poprzednim okresie lat 50 ubiegłego wieku był wykluczony przez cenzurę, nawet wydano nakaz wycofania jego książek z bibliotek.

Potem się odmieniło, ale jednak byli krytycy jak   Zygmunt Lichniak czy Jacek Bocheński , który w latach 60 ubiegłego wieku pisał:

„ Wiech paskudzi język polski”

Od kilku lub kilkunastu lat jest inaczej. Wróciły dawne sentymenty, klimaty, Kaszubi wprowadzili nawet napisy ulic w ich języku, co widziałam w Jastarni. Tak, wzruszały mnie te dwujęzyczne –  polskie i kaszubskie tabliczki.

Jednym słowem przyszedł do nas wreszcie czas  odkrywania  swoich korzeni, poszukiwania wiedzy o przodkach. I to jest fajne.

     Wspomniałam o negatywnej krytyce, ale od początku pisania Wiech miał  licznych wielbicieli,  znamienitych , uznanych ludzi kultury. I tak Julian Tuwim nazywał go  

„ Homerem warszawskiej ulicy i warszawskiego języka ” i w swoich „Kwiatach Polskich „ zamieścił o nim strofę.

Zachwycał się jego pisaniem Stefan Kisielewski, z chęcią czytywał Karol Szymanowski, cenił  przebywający w Ameryce Jan Lechoń, uwielbiała Pawlikowska- Jasnorzewska i Melchior Wańkowicz .

Gdy w 1937 roku zgłoszono Wiecha do Nagrody Akademii Niezależnych, Antoni Słonimski tak uzasadniał tę nominację :

 „ Wolę książkę , która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia”. Fajne, prawda?

 Ponadto Michał Choromański pisał,  „O Wiechu można nawet powiedzieć, że jest wielkim filozofem”.       Wystarczy tych ocen , podsumowań i dowodów uznania? Wystarczy by poczuć się raźnie w gronie wielbicieli, oczywiście w charakterze szarej myszki podgryzającej w kąciku stare annały. 

      Przed wielu laty nasz zaprzyjaźniony wiekowy sąsiad działkowy, wielki erudyta, wszechstronnie uzdolniony, istny człowiek renesansu lubił mówić „Wiechem.”  Znał wiele jego tekstów na pamięć. Wygłaszał je więc w różnych okolicznościach, zaśmiewając się i zarażając nas tą radością. Miał przyjemny głos i super interpretował. Zostało to w moich wspomnieniach bo gdzieś głęboko w czułość zapadło.

     Teraz wszystko to ożyło, chyba dojrzałam, by docenić  specyficzny rodzaj humoru  Wiecha, jego  uśmiech bez sarkazmu czy wyśmiewania, różnorodność scenek z życia i obszerną galeria typów, a właściwie ludu Warszawy- tego dawnego zasiedziałego i nowego powojennego który tu przybył z różnych stron.  Ponadto  lekkość stylu Wiecha i  chwytająca za serce, już zapomniana, wymieszana w tyglu , ale jędrna i wiecznie żywa gwara warszawska. Może nie są to nasze korzenie, bo wileńskie i beskidzkie daleko, ale 48 lat mieszkania w Warszawie zrobiły swoje.  Co tu mówić,  wrosłam w to miasto. Pierwszych 18 lat życie spędziłam w Gorzowie nad Wartą, zaledwie trzy lata w Poznaniu a potem już tylko tu gdzie teraz jestem.  Więc jak się teraz mówi, słoikami, czyli przybyszami  jesteśmy, ale już dobrze spleśniałymi i nadgryzionymi zębem czasu…to tutaj urodziły się nasze dzieci i wnuki….

    Tak więc siedząc sobie w ciepełku z pieskami córki myślami bujam nad Bugiem, gdzie stary wspomniany profesor bywał i my młodsi i nasze dzieci. To se ne vrati, jak mawiają Czesi- zresztą to też powiedzonko naszego starego profesora….

Jak na razie nie wznawiano  książek Wiecha, nawet w e- antykwariacie aktualnie nie ma, ale tam zamówiłam  „Dzieła zebrane”  i czekam. 

Wobec tego ,  jak wspomniałam wcześniej, podreptałam ci ja do michałowickiej biblioteki , sięgnęłam na półkę z literaturą polską i wydobyłam Wiecha. Spośród wielu pozycji jego autorstwa, wybrałam na chybił trafił dwa tomiki zatytułowane” A to ci polka” i „Wiech na 102”.  Trafiłam przednio.  Oba zostały wydane w 1974 roku, który pamiętamy dobrze. To lata naszej młodości  utrwalone, szarobure wprawdzie i przaśne ale opisane z humorem, uśmiechem bez sarkazmu i kąśliwości. Gdzieś już ukryte, zapomniane. Teraz przypominam sobie jak było, uśmiecham się i odlatuję od aktualnej skrzeczącej rzeczywistości.  

Zapraszam Was do tego wspólnego lotu…..

 

Terapia Wiechem.” Kot pocztowy”

 

Kochani, zakończmy ten Stary Rok i zacznijmy Nowy 2017 z uśmiechem dobrego starego Wiecha.

Odkryłam go na nowo i pokochałam za dobrotliwy humor, bezkąśliwość, różnorodność scenek rodzajowych, obrazki starej Warszawy , barwę jej mieszkańców i ocalenie starych gwar warszawskich. Za to, że dał nam zatrzymany czas , pulsujący, wiecznie żywy i radosny. Nie tylko czas przedwojenny ale i ten nasz, który pewnie pamiętamy….

O tym, jak dotarłam do tego punktu napiszę potem.

Na razie poczytajmy, odprężmy się i przytulmy ludzi.

Niech się Szczęści Nowy Rok!!!!!!!!!!!!

 

 

 

 Stefan_Wiechecki_20-113.jpg

Właśnie nadchodził Nowy 1973 rok a Stefan Wiechecki czyli Wiech miał wtedy 77 lat i tak oto pisał:

 

<< 

 

                                        KOT POCZTOWY

 

      No to Święta już na całe pare czuć w powietrzu. Nie byłoby wiadomo  detalicznie jakie, czy Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, gdyby nie handel, któren wcześniej w tem roku wyskoczył z choinkowem towarem.

     Wszędzie bombek a bombek, zabawek a zabawek. Nawet dwóch świętych Mikołajów widziałem na ulicy. Oba zalane w bambus, przez MHD byli wyjęte do roznoszenia dzieciakom prezentów zakupionych przez rodziców.

      No to kto świętego Mikołaja nie przyjmie kielichem i letką zagrychą? Ale to jest dopieru początek, prawdziwy ruch zacznie się za pare dni. Podobnież samych ryb ma stanąć przed warszawskiemy sklepamy sześćset dużych balii. Można bedzie  przebierać jak w ulęgałkach.

      Taka przedsklepowa sprzedaż na ulicy ma jeszcze te dobre strone, że kupujący nie czuje, czem dana rybka podchodzi.

       Bo niektóre rybki lubieją na przykład pachnieć naftą, insze znowuż dziegciowym mydłem. Są z zapachem świeżej choiny, starodrzewu albo wędzonego boczku. Tak zwany wachlarz jest poważny. Wszystko w zależności, jaka fabryka swoje ścieki do danej rzeki wypuszcza.

     Najlepiej jest, o wiele robi to cukrownia, bo rybka wychodzi słodka w smaku. Rzecz jasna, że nie każden to lubi. Ale jest na to rada. Przyrządzić z takiego towaru karpia w szarem sosie z rodzynkami i migdałami. Najwięcej nawet oblatany po proszonych obiadach gość- nic nie sporutuje.

     Z nafcianem albo dziegciowem zapaszkiem jest już gorzej, ale dobra gospodyni tyż sobie z tem poradzi. Zrobi chrzan mocniejszy i po krzyku.

     Zresztą podobnież coraz więcej fabryk oczyszcza swoje pomyje przed wypuszczeniem ich do rzeki. Także ryb z dodatkowem zapachem kosmetycznem spodziewać się w handlu nie należy. Chyba żeby oczyszczalnia gdzieś nawaliła. To już mówi się trudno, wypadek losowy.

     Także samo poczta szykuje się do świątecznego ruchu, bo kto ma ręce i nogi i jest jako tako piśmienny świąteczne pocztówki rodzinie i znajomem pcha. Po każdych świętach cały personel pocztowy, na dobre sprawe nadaje się do sanatorium wypoczynkowego.

     Ale od nowego roku ma być podobnież lepiej. Każden jeden lokator  oprócz adresu : miasta, domu i ulicy otrzyma jeszcze swój własny numer pocztowy, po któren będzie go można poznać jednem rzutem oka na koperte. Taki numer ma się nazywać po zagranicznemu „ kod”.

      Faktycznie nieraz takie kozaki ludzie na kopertach wypisują, że najlepszy aptekarz nie odczyta, numer już łatwiej bedzie zgadnąć. Chociaż po mojemu i to ma swoją kiepską zalete. Jak zapamiętać pocztowe numera znajomych, a nawet najbliższej rodziny, jeśli się ma jej, jak na przykład ja, osób osiemdziesiąt siedem?

     O wiele na przykład obecnie taki szwagier nie może spamiętać, czy ja zamieszkuje pod numerem 43, czy 34 Kawęczyńska, to jak on spamięta, kto jakiego  ma koda?

     Kota pocztowego będzie można z tem dostać, zaczem się przyzwyczajem. No, ale jak mus, to mus, kultura i sztuka tego od nasz żąda i musiem się poddać. Niejeden dwa tuziny koper zużyje, zaczem jak się należy bez pomyłki ten numer napisze, bo ma być cholerycznie długi. No, ale co, z podstępem technicznem bedziem walczyć? Dawać koda!

      Za to podobnież o całe dwadzieścia cztery godziny wcześniej listy rodzina będzie mogła otrzymać, nawet o wiele wyjedziem z „ Orbisem” na Święta. Bardzo ciekawe lekrame żeśmy o tem przeczytali. Tylko się namyślamy, gdzie jechać. „ Batorem” na Wyspy Kanarejskie, do Indii czy Honolulu? Czy tyż spokojnie sobie samolotem do Egiptu, Konga czy może do Mozambiku?

   Chodziem i kompinujem, ale chyba do wuja Mrówki pod Garwolin pojadziem. Taniej blisko, niemęcząco i jak coś gryzie, to najwyżej pluskwy, a w ciepłych krajach można być rąbniętem przez węża pytona albo inszego grzechotnika drania.

    Zasuwamy do Garwolina. >>

 

Wyjęte z tego tomiku:

A to ci polka!Wiech1974.jpg