Opowieści mojej Mamy. Zakochanie…

 

Mama trzy lata przed ślubem…niestety zdjęcie jest uszkodzone, ale starannie wklejone do rodzinnego albumu i opisane ręką Taty..

 

 

Ale nie tylko praca pochłaniała czas i uwagę młodych nauczycielek.

Sąsiadujący z Rakowem  pułk żołnierzy przygranicza organizował dla swoich podoficerów i oficerów potańcówki w kasynie. Ponieważ większość z nich była kawalerami, zapraszano młode dziewczyny z miasteczka, najchętniej nauczycielki. Wszak stanowiły one miejscową elitę i były pożądane w towarzystwie. Oczywiście potańcówki były otwarte i mogli przychodzić także miejscowi kawalerowie. Mama nie przepadała za takimi imprezami. Może była nieśmiała, może nie bardzo miała się w co ubrać, gdyż znaczną część wypłaty wysyłała rodzicom i spłacała zaciągnięty dług w funduszu Seminarium Nauczycielskiego, przeznaczany na wyjścia do teatru i na wycieczki. Oszczędzała bardzo, żywiąc się skromnie , najchętniej ziemniakami i kwaśnym mlekiem.

Tego dnia jednak uległa namowie koleżanki, która pożyczyła jej swoją bluzkę i pomaszerowały na tę potańcówkę.

I tam właśnie podszedł do niej królewicz z bajki. Młodzieniec delikatnej szlachetnej urody i nienagannych manier. Ten rakowski młodzieniec nie był Mamie znany, bo odbierał nauki w Wilnie i do domu przyjeżdżał sporadycznie.

I tak to się zaczęło od ich nagłego olśnienia , zakochania od pierwszego wejrzenia…..

Na medycznej ścieżce. Mieszkam z Bajką

 

    Przed domem cioci Bajki na poznańskim Junikowie. Przyjaciółka po prawej …mamy 19 lat!!!

 

Jak dobrze, że pani, u której wynajmowałam niewykończony jeszcze pokoik na poddaszu, zechciała  tam ulokować swoją krewniaczkę, która przyjechała do Poznania  na studia.  Ciążyła mi samotność na tym Osiedlu Warszawskim, położonym bardzo daleko od centrum. Od ostatniej pętli tramwajowej musiałam dość długo wędrować niewielkimi uliczkami. Tam już prawie diabeł mówił dobranoc, chociaż  na szczęście go nigdy nie spotkałam. A w pokoiku na górze czekał na mnie tylko jedyny towarzysz niedoli i niemy świadek zakuwania- szczątkowy kościotrup.

    W tym czasie skontaktowałam się z dawną przyjaciółką z gorzowskiego podwórka, Bajką. Właśnie dostała się na wydział biologii Uniwersytetu Poznańskiego, miała ciocię w Poznaniu i zaoferowała mi wspólne zamieszkanie. Bardzo się ucieszyłam, bo byłam towarzyska i lubiłam Bajkę. I od tej pory jeździłam tramwajem na Junikowo , wysiadałam przy cmentarzu, nigdy nie czując lęku.

W domku cioci było miło, zawsze nas witał kręcąc zabawnie kuprem pies, bokser o imieniu  Bary.

Po zajęciach, Bajka przesiadywała w dużym fotelu z ulubionymi orzechami laskowymi w czekoladzie i rozłożoną książką. Zakuwała straszliwie, nasza anatomia wydawała się pestką przy systematyce roślin.

Ja wymykałam się na długie spacery z Jerzym , który mieszkał niedaleko i był moim kolegą z grupy. Gnaliśmy przez cudne lasy aż do Rokietnicy czy Kiekrza, w obie strony pieszo. Gdy wracałam późnym wieczorem, ciocia Bajki mnie oglądała podejrzliwie. Potem zrozumiałam, że posądzała nas o jakieś niecne zabawy. A my z Jerzym tylko urządzaliśmy sobie niewinne wielokilometrowe spacery.

     Gdy wchodziłam do naszego pokoju, Bajka w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiałam, smacznie spała nad książką.

Ja , wypoczęta i zrelaksowana oraz napełniona świeżym leśnym powietrzem, zwalałam się  do łóżka, nie zapominając jednak o tym, by nastawić budzik na godz 3 i zasypiałam snem kamiennym. Budziłam się bez problemów , uczyłam się intensywnie do 5 , potem nastawiałam budzik na 6. I  zasypiałam ponownie. Gdy wstawałam o 6 , czułam, że się przespałam  z wiedzą , więc została ona  ugruntowana i dobrze zachowana.

     Taki system nauki zdawał egzamin, co się wyrażało w niezłych ocenach i przetrwał do lat, kiedy się uczyłam do egzaminów specjalizacyjnych….

 

 

Przed domem cioci Bajki. Na trzepaku. Zdjęcie wklejone do starego rodzinnego albumu. Rok 1966.