Śladami mojego Taty. Obiad.

 

Michalina usłyszała głos Bolka i dopiero wtedy oderwała się od swoich tajemnych zajęć na strychu. I już po chwili przytulała się czule do swojego męża.

Przetrwała legenda rodzinna o tym, jak wspaniałym małżeństwem byli ci moi przyszli pradziadowie – Michalina i Bolek.

Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet nie zastanawiali się nad przyszłością. Zachwycali się sobą i przeżywali swoją wspólną, radosną młodość.

Michalina była zadowolona, że wcześniej przygotowała obiad.

Wykonywała to sprawnie, bo w domu mama ją zaganiała do prac domowych. Nie przepadała za takimi zajęciami, ale teraz dla swojego męża stawała na głowie, by wszystko było smaczne. Uwielbiała jak ją chwalił i rozkoszował się jedzeniem.

Gdy obiad był ugotowany, kolejno zdejmowała garnki z płyty kuchennej i wstawiała je do tzw. dochówki. Był to rodzaj piekarnika umieszczonego nad kuchnią, który  nagrzewał się silnie przy okazji palenia w piecu. Dania tam przechowywane zachowywały swój oryginalny smak i były długo gorące.  

Teraz Bolek otaczał ją ramieniem, opierała głowę na jego barku, czuła jego miłe ciepło i chętnie zmieniłaby kierunek trasy. Ale zamiast do sypialni, Bolek poprowadził ją do kuchni. Po wczesnym, lekkim śniadaniu burczało mu w brzuchu i był ciekaw, jakie potrawy przygotowała jego żona.

Teraz zniknęła za kłębami pary, która się wydobywała po otwarciu drzwiczek  dochówki.   

Od razu podskoczył do niej Bolek i wyręczał w dalszych czynnościach. Garnki ustawiał ponownie na płycie kuchennej, nabierał wielką chochlą czerwony barszcz. Przełykał energicznie ślinę, bo barszcz uwielbiał, a ten, który gotowała Michalina był niepowtarzalny. Jedną z tajemnic był zakwas, który przywiozła z domu rodzinnego. Sama go przygotowała pod kierunkiem matki, używając poza surowymi burakami, razowego chleba oraz dużej ilości czosnku. Po kilku dniach, zakwas był gotowy i w przezroczystych butelkach wyglądał jak wino o niepowtarzalnym kolorycie.

Po chwili na stole kuchennym, ustawionym przy oknie, przy którym tak bardzo lubili zasiadać młodzi, w niedużej wazie parował gorący barszcz.

W misce piętrzyły się gotowane, dymiące jeszcze ziemniaki, a na półmisku mielone kotlety, które dzięki temu, że była mroźna zima, doskonale się przechowywały a były przywiezione jeszcze z domu mamy Michaliny.  

Obydwoje bardzo lubili kwaśne mleko, więc Bolek pomaszerował do spiżarni, gdzie w glinianym naczyniu, przykrytym lnianą ściereczką dojrzewało znakomite, prawdziwe wiejskie mleko. Dobrze, że pamiętał, by jeszcze przed wyjazdem na ślub, przynieść je w dzbankach od sąsiadów, którzy hodowali krowy.  Teraz ostrożnie zdjął grubą warstwę śmietany a potem warstwa po warstwie, jakby krojąc nożem, zbierał łyżką cudnie pachnące najprawdziwsze kwaśne mleko.

W tym czasie do domu młodych dotarł już ksiądz Eustachy, ciesząc się, że mieszkali blisko plebanii. Zasiedli więc za stołem i z zapałem zajadali przygotowane dania.

Ksiądz z przyjemnością oglądał młodą urodziwą panią domu i kątem oka obserwował  rozanielony wzrok Bolka, który też śledził poruszającą się z gracją żonę.

To była jedna z pięknych chwil, które spędzali razem, w harmonii, zdrowiu i przyjaźni.

Nie zdawali sobie sprawy, że ta chwila jest ulotna.

Niedługo później ksiądz zachorował i rzadko opuszczał plebanię…