Opowieść Sylwestrowa ( 4)

Dzisiaj przed świtem jeszcze, wyszłam przed domek. Mróz wielki panował a na ciemnym niebie jeszcze lśniły gwiazdy. Pomyślałam, że jest tak jak wtedy. Nic się nie zmienia, tylko nas już tamtych nie ma. I wtedy przyszło do mnie pytanie.  Dlaczego opisujesz to, co było tak dawno, że nieprawdą się zdaje? I przyszła też odpowiedź: dla siebie piszesz, by utrwalić tamten czas i  zamknąć tamte wspomnienia. Ale też dla wnuków piszesz, by wiedzieli że ich babcia , co dziś jest zupełnie niewyobrażalne, była kiedyś zwykłą dziewczyną. Może taką jak oni, może trochę inną bo świat się zmienia. I wracam do moich siedemnastu lat. lat niewinności i pierwszych wzruszeń serca…

 

Leśny Zamekzimastare.jpg

Pocztówka z netu. Sudety-Karkonosze. Śnieżka po prawej,Leśny Zamek gdzie  przed pół wiekiem przyszło do mnie pierwsze oczarowanie. Jedyne takie….

 

Nad ranem wyszliśmy z Leśnego Zamku , a On mnie odprowadzał. Byliśmy sami, tylko my, nie wiem gdzie się podziała reszta moich kolegów. Szliśmy bardzo wolno pod wielkim bardzo rozgwieżdżonym niebem, po skrzypiącym śniegu obok zamarzniętych przejrzystych kaskad potoku, w których odbijało się  światło księżyca, wśród migotliwych srebrnych lśnień, i gwiazd zawieszonych daleko i szeroko na czarnej sukni  nocy. Byliśmy sami pod tym niebem, zamknięci jak w zaczarowanej szklanej kuli.  

Objął mnie ramieniem jak później nikt. Pewnie potem też tak bywało z kimś innych. Ale to był ten pierwszy raz. Siedemnastoletnie moje zauroczenie. Co kilka kroków stawaliśmy przytulając swoje twarze i całował mnie, ledwie dotykając ust. Nie czułam żadnej namiętności, motyli w brzuchu, nawiasem mówiąc nie bardzo wiem jak i co się wtedy czuje, galopady serca ani porywów szaleńczych nie było. Było  tylko nieznane mi jeszcze piękno bliskości  i spokój.

Był też spokój i przejrzyste lodowate piękno przyrody, gór śniegiem zasypanych ze Śnieżką zadumaną, z nitką  wijącej się szosy i zamarzniętych strumyków, i łagodnie spływającego z gór nocnego Karpacza . I tej ciszy i tego piękna i tamtych pocałunków, które trudno nazwać pocałunkami nie zapomnę. Wracają do mnie , już stareńkiej tamte dni jako coś bardzo pięknego dziewiczego, jedynego w życiu…..

 

Opowieść Sylwestrowa (3)

LeśnyZamekStarezima.jpg

Stara pocztówka z netu….w 1890 roku wzniesiono w Bierutowicach obecnie Karpacz Górny, dom wczasowy początkowo zwany Villa Austria, potem Waldschloss. a w naszych czasach w naszych czasach Leśny Zamek. W dali Śnieżka.  Tam przyszło moje pierwsze zauroczenie…

 

Jak już wspomniałam, idąc w górę Karpacza czyli Bierutowic przechodziliśmy obok Leśnego Zamku. I któregoś dnia usłyszeliśmy anielskie pienia dobywające się z jego wnętrza. Śpiewały dziecięco kobiece głosy a wtórowały im basy. Stawaliśmy słuchając, bo muzyka była piękna i niezwykła w tym miejscu.

Wielkimi krokami zbliżał się Sylwester i wtedy nasz opiekun powiedział, że zabawa odbędzie się w tym Leśnym Zamku, ale dzień później, bo termin Noworoczny już zajęty. Na pocieszenie oznajmił, że będą się z nami bawili uczestnicy obozu poznańskiego  chóru Kurczewskiego. Nie zrobiło to na nas wrażenia, bo te cienkie głosy należały do chłopców. Słyszalne basy w czasie naszego zachwytu nie przyniosły refleksji, że mogą tam być też dorośli. Dopiero gdy znaleźliśmy się we wnętrzu Leśnego Zamku dzieciaków ani na lekarstwo, natomiast zobaczyliśmy grupę dorodnych młodzieńców.  Naszym dziewczynom zapaliły się oczy. Zagrała kapela i pary ruszyły w tany.

Ja już na początku imprezy zauważyłam, że leci mi krew z nosa. Byłam do tego przyzwyczajona  bo w tych latach zresztą jak i późniejszych często dopadała mnie ta przypadłość. Usiadłam więc w głębi sali, przy barierce oddzielającej ogromy parkiet i strefę stolików i trzymałam  przy nosie wielką chustkę. Siedziałam sobie spokojnie , beznamiętnie słuchając muzyki i od czasu do czasu zerkając na parkiet.

I nagle zobaczyłam spoza chustki jak samotnie idzie przez parkiet najprzystojniejszy z tych młodych. Był wysoki, szczupły, lekko przygarbiony z gładko uczesaną czarną czupryną . Kątem oka go obserwowałam i ze zdumieniem stwierdziłam, że młodzieniec ów wyraźnie zmierza w stronę naszych stolików. Obejrzałam się i stwierdziłam , że siedzi za mną kilka ładnych koleżanek. Więc od razu pomyślałam, że On zmierza do nich.

Jakież było moje zdziwienie, gdy wyhamował przede mną.  Zobaczyłam wielkie zielone oczy ładną twarz i uroczy trochę nieśmiały a może tylko tajemniczy uśmiech. Chłopak ukłonił się i  zaprosił do tańca. Nieporadnym ruchem pokazałam, że muszę mieć przy nosie tę chustkę. Nie zraził się, bo i tak ją musiał widział, gdyż pewnie jaśniała z daleka czarując krwistymi plamami . Spokojnie powiedział, że to nic, zaraz mi to przejdzie a on poczeka. Posiedzieliśmy chwilę po czym spróbowałam przestać uciskać skrzydełka nosa, odjęłam chustkę i o dziwo już nie krwawiłam.

I wtedy poszliśmy na parkiet. Tańczył wspaniale. Płynęłam w jego ramionach po raz pierwszy tak. Bo nie mogło się to dać porównać z tańcem z moim Tatą, który uczył mnie pierwszych tanecznych kroków ani z tańcem z kolegami z klasy na szkolnych potańcówkach. Byłam pod silny wrażeniem tego tańca i uroku chłopaka. Widziałam, jak zerkają na nas zaciekawione koleżanki z obozu, a szczególnie te starsze. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że zazdroszczą. Powiedziały mi o tym dopiero później, z niejakim podziwem, że ja zawojowałam najprzystojniejszego. A cóż to było za zawojowanie. To był tylko zawrót głowy….

 

Opowieść Sylwestrowa (2)

 

LeśnyZamekStarezimaNiemieckie.jpg

Pocztówka z netu….Leśny Zamek w Bierutowicach,,,widok z trasy do Świątyni Wang. Niewidoczny Karpacz w dole….

 

 

 

Karpacz powitał nas kopnym śniegiem wielkim mrozem i pokonał urodą. Był i jest położony w Sudetach i wspina się przez wiele kilometrów po ich zboczach, co stanowi widok malowniczy. Jego górna część w tamtych latach była zwana Bierutowicami.

Zamieszkaliśmy w jednym z domów wczasowych mniej więcej na początku Bierutowic i codziennie łaziliśmy w górę, a to do Świątyni Wang, a to na Śnieżkę i jeszcze nie wiem gdzie. Przechodziliśmy obok wyniosłego, widocznego z dołu obiektu, Leśnym Zamkiem zwanego. Zbocze nad którym górował oglądane z szosy spod naszego locum, było łysawe, ale teraz pokryte skrzącą śniegową pierzyną było urokliwe a pojedyncze świerki ubrane w śnieżne kombinezony przypominały tajemnych ludzi z kosmosu . Szosa biegła serpentynami a my szorowaliśmy buciorami po zlodowaciałym śniegu odkrywając małe strumyczki biegnące zboczem, które siłowały się z mrozem by nie zamarznąć. Szumu było przy tym co niemiara a i lśnień soplastych moc. Bo i słońce było z nami.

Jeszcze wtedy nie myśleliśmy, że napotykane obiekty zaprojektowali Niemcy i oni byli tu wieloletnimi mieszkańcami.

Takich myśli nie mieliśmy, ot, po prostu wszystko było  nasze. I góry z łagodnymi wierzchołkami i słońce i mróz i śnieg i nasza była młodość. Wtedy niedoceniana, właściwie nieuświadomiona.

Dopiero teraz czuje się jej smak. I dobrze że dopiero teraz czuje się jej smak. Że los dał, by można jeszcze czuć smak młodych lat, nie zatarł tamtych wrażeń w pamięci. Łaskawy los….