Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 24 ). Mołotowsk nad Morzem Białym – pierwszy stopień do sowieckiego piekła.


z Wikipedii zdj satelitarne tego miasta – jest położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym w obszarze wiecznej zmarzliny…

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Wysiadamy z wagonów. Skaczemy, zsuwamy się po podłodze do drzwi i opuszczamy na ziemię.

Konwojenci ustawiają nas w piątki. Ruszamy.

Po wyjściu z zabudowania kolejowego jesteśmy na drodze prowadzącej do naszego domu- baraku, znajdującego się w łagrze.

Pada komenda: „ Biegom!”.  Padają strzały z rakiet „ Buch, buch” to w lewej stronie to z prawej. Krzyczą konwojenci : „Podciągnij się”.

Znowuż strzały z rakiet : Buch buch buch!.

Światło obejmuje całą kolumnę. Istne piekło „ biblijne”.

Biegniemy co sił, padamy, i znów światło rakietowe i głosy : „ Biegom”, podciągnij się.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił mi brakuje.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił brakuje.

Ale oto nagle ucichły strzały i nikt już nie pogania. Komenda: „ Stać”.

Przed nami stoi NASZ RODZINNY BARAK  oświetlony reflektorem z zewnątrz i żarówkami wewnątrz. Wchodzimy do tego baraku. Jest ciepło. Stajemy.

Wydaje się, że jesteśmy w niebie.

Po chwili zjawia się przed nami oficer NKGB ze swoimi pomocnikami. Pozdrawia nas, mówiąc: „ Dzień dobry obywatele więźniowie. Ja jestem waszym naczelnikiem i będę wami kierował. Na pewno zmarzliście. „ Głosem przyciszonym odpowiadam „ Tak”.

„Czy macie jakieś życzenia na swoich tawariszczy kotoryje was obiżali. Mówcie, my ich teraz ukaramy” . Wszyscy milczą.

A ja szeptem do swego towarzysza mówię, który stał obok mnie. Oddaj buty –  które mi zabrałeś. A on na to, że wymienił je na chleb. Mówię do niego, że ty jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić. Jeśli w ciągu minuty nie oddasz mi butów, to ja zgłoszę to naczelnikowi. Stchórzył mój towarzysz niedoli i za pół minuty oddał mi buty.

Naczelnik ze swoją świtą opuścił barak.

My pozajmowaliśmy nary i sumki- torby położyliśmy u wezgłowia. Odpoczywamy.

Nie minęło dwudziestu minut jak dał się słyszeć głos: „ Wsie zakluczonnyje  pierechodzitie na druguju storonu baraka biez wieszczej – budziem sczytać.”  ( wszyscy więźniowie przechodzą na drugą stronę baraku bez rzeczy – będziemy liczyć )

Zostawiam swój sidor ( tłumok) z rzeczami i idę. Podliczanie odbywa się prędko.

Wracam i już jestem przy swojej narze i rzucam oczy na torbę. O rety, rozwiązana. Przyglądam się, czego brak. Nie ma butów, pary bielizny i kawałka kiełbasy. No cóż, stało się i nie odstanie.

 Ten wypadek zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie, ale i pouczył , że trzeba być czujnym i nikomu nie dowierzać.

Na kolację dali nam po pół litra zupy- bałandy-„ krupa krupu  ganiajet, szeja łamajet”  i po trzysta gram chleba, tu, w łagrze wypiekanego a więc niepełnowartościowego.

Po tej kolacji , choć chudej, ale ciepłej poczułem się nieco raźniej.

Długo nie rozmyślałem i zebrawszy swoje bogactwo pod głowę, nie zrzucając wojłoków z nóg, zasnąłem….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Karnalit- kwarantanna

Pierwsze 15 dni w łagiere.

    Obudził mnie głos pochodzący od rejki żelaznej, w którą dyżurny walił młotem na pobudkę.

Zerwałem się ze swej niżnej nary do toalety i umywalni.

Cały czas jestem ubrany w nową jesionkę. Bałem się zdejmować ją z pleców, bo mogli

” szakały ”- złodzieje pochwycić.

Na śniadanie też poszedłem w tym jesiennym palcie do stołówki. Po spożyciu półtoralitrowej zupy i 250 gram chleba wróciłem do baraku na swoje nary.

   Zjawili się u mnie dwaj cywile, a może więźniowie, którzy już kończą swój dziesięcioletni pobyt w obozie i pytają, czy ja nie chcę sprzedać „ osiennieje palto”?. Powiedziałem cichym głosem- „ Da” i poprosiłem ich przysiąść na moim łóżku, żeby się nie gapili obcy na nas.     

Jeden z kupujących nałożył na siebie palto a drugi obejrzał  go w palcie i powiedział :

 „ Dobrze leży”. „ Za skolko oddadzicie?”. „Za dwadcać rublej”- za dwadzieścia rubli. 

Nie zdejmując z pleców palta płacą dwoma dziesięciorublowymi papierowymi banknotami i szybko oddalają się, bo im widocznie nie wolno tu przebywać.

Ja pieniądze chowam głęboko do kieszeni koszuli, bo wiem, że tu jest pełno złodziei, którzy czyhają na dobra swoich towarzyszy niedoli, bo są głodni, no i mają już przyzwyczajenia bandycko- złodziejskie.

A i przyjaciołom głodnym nie można wierzyć .

Ten schowek, tj. kieszeń koszuli ,do którego złożyłem tę gotówkę, nie był gwarancją w nocy, bo złodzieje prędko mogą znaleźć.

Długo myślałem, gdzie te pieniążki schować.

Wreszcie wpadłem na pomysł, że najlepiej  przyszyć łatę do kalesony w rozkroczu- blisko organów- moszny.

Pomysł ten zrealizowałem i ruble umieściłem chyba w najbezpieczniejszym miejscu.

Przez dziurę w kieszeni w spodniach mogłem je wyciągać i chować do tajemniczego schowka.

Po sprzedaży palta wyszedłem z baraku, by oglądać zonę – łagier.

Jest w nim około dwudziestu baraków, piekarnia, kuchnia, pralnia, kancelaria, ustęp na pięć, dziesięć oczek i izolatka.

Cały ten obszar ziemi – 5 ha- zajęty przez łagier jest zagrodzony trzymetrowymi  słupami i powiązany kolczastym drutem. Między tym ogrodzeniem , co 50 metrów, stoją wyżki , dla obserwujących- pilnujących ruchu w zonie. Nad każdą wyżką palą się reflektory o mocnym napięciu i oświecają jasno całą zonę. Na każdej takiej wyżce stoją wartownicy z automatami załadowanymi i od zimna, kręcą się, ruszają, by nie zmarznąć.

    Tej obserwacji dokonałem stojąc na kładce zbitej z desek i ułożonych na poprzeczkach, które są przybite do słupków wpędzonych do torfu ( ziemi) tundry.

Miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierdodwińsk)  leży na południowym brzegu Morza Białego, łączącego swoje wody  z Morzem Barentsa.

W roku 1946 , kiedy tam mnie przywieziono – to miasto jeszcze budowało się na tej tundrze, ciągnącej się na południe, wschód i zachód po sto kilka kilometrów.

Ścieżki około baraków wyłożone są deskami- na słupach wbitych w ten torf głębokości od jednego do dwóch metrów. Drogi te wyłożone nazywają się leżniówkami, bo inaczej nie można by się poruszać w tym błocie.

Domy tu się buduje na słupach , które trzeba wbijać w ten torf.

Twarda gleba leży pod tym torfem. Łatwo jest wbić słup do głębokości gleby- ziemi, ale dalej w głąb idzie słup z wielkim trudem.

Dlatego też’ zakluczeni” tych słupów nie zagłębiają tak jak wymagają tego przepisy. Gdy tylko nadzorujący tych robót oddali się , zaraz że pracownicy ścinają ten słup o 30-50 cm – żeby nie trzeba było gnać go w glebę.

I dlatego domy zbudowane w tym mieście są przeważnie pochylone to w jedną to w drugą stronę, jakby były pijane. Słupy się pochylają, gdy nie są wbite do gleby- ziemi na głębokość co najmniej na jeden metr.

Oprócz tych drewnianych domów, domków, budują w tej tundrze „ wojenny goradki”- wojenne miasteczka- z cegły- piętrowe.

 Rzecz zrozumiała, że pod takie domy- kolosy- robią podmurówkę.

Najpierw usuwają słój torfu,  a następnie kopią głębokie rowy i zalewają je cementem. Materiały na budowę przywożą maszynami na prowizorycznie zbudowanych leżniowkach.

Tuż przy brzegu samego morza budują stocznię.

Cały obszar budownictwa otoczony jest druciastym płotem z wyżkami, na których stoją zmęczeni – zmarznięci żołnierze i uważnie obserwują , by któryś pracownik- uwięziony nie dał drapaka- nie uciekł.

Do tej pory nikogo nie wpuszczają bez przepustki , nawet cywilów, których tu zatrudniają.

To moje ogólne pojęcie o tych spostrzeżeniach o tym Mołotowsku. ( obecnie Siewierodwińsku)

Uwaga! Nie mylić miasta Mołotowsk z miastem Mołostow- na Uralu

c.d.n.

( wrzuciłam do blogu 22.07.2019)

Beskidzkie spotkanie z salamandrą plamistą.

 

Moja rozmówczyni na beskidzkiej drodze ku przełęczy Siodło wiodącej z Godziszki do Szczyrku

 

 

Nie lubię, jak mnie nazywają płazem ogoniastym. Wolę być salamandrą ale najbardziej jaszczurem ognistym lub jak mówili Persowie” żyjącą w ogniu” – powiedziała.

  Zwykła urządzać nocne imprezy ale tym razem wyszła na spacer w dzień. Może wiedziała, że się spotkamy…

Przypominała gumową zabawkę z mojego mglistego już dzieciństwa. Lśniła asfaltową czernią ozdobioną jaskrawożółtymi plamami na grzbiecie.

Gdy mnie zobaczyła, zachowała się jak zwykle. Nie uciekała. Znieruchomiała. Usiłowała  wtopić się w tło. Oczywiście na szarej drodze wiejskiej było to zupełnie niemożliwe. Zrobiłam zdjęcie.

Czułam się dziwnie, bo stale czułam jej wzrok.  Może usiłowała  mnie zahipnotyzować? Chyba jej się to udało, bo zaczęłam z nią rozmawiać…

– Jestem samotnym drapieżnikiem – powiedziała. – Wiem, że jestem piękna i niepowtarzalna. Na całym świecie żadna z nas nie ma takiego samego układu żółtych lub pomarańczowych plam. Mam rodzinę w różnych krajach Europy. Uwielbiamy Hiszpanię , Francję, Szwajcarię. W Polsce mieszkamy jedynie w niskich partiach nieomal wszystkich gór. Bardzo lubimy wilgotne lasy bukowe.

Nie lubimy podróżować, więc nie zapuszczamy się w północne okolice kraju. Zapytałam dlaczego, ale odpowiedzi nie otrzymałam.

Ale za to kontynuowała opowieść.

– Opowiadali mi dziadkowie, że Persowie nazywali mnie „ Żyjąca w ogniu”. Takie nazwy mi się podobają , podobnie jak nazwa jaszczur ognisty… Kiedyś polubiłam pewne miejsce pod Tatrami, w sąsiedztwie ciepłych źródeł. Miejscowi nazwali to miejsce Jaszczurówką. Jestem z tego dumna.

 W pewnej chwili ziewnęła szeroko i zobaczyłam  dwa rzędy drobnych zębów oraz zęby na środku podniebienia.

Przeciągnęła się. – Niedawno zbudziłam się z zimowego, dość długiego snu – oznajmiła.

– Jestem dość leniwa, nie poluję na ruchliwe owady, zadawalam się nagimi ślimakami.

Teraz dla ochłody zanurzę w wodzie strumyka  moje czteropalczaste przednie i pięciopalczaste tylne nogi. Nie umiem pływać, więc wybiorę jakieś płytkie miejsce na płaskich kamieniach…

 Chciałam się pożegnać. Wyciągnęłam dłoń. – Uważaj – powiedziała. – Moje gruczoły produkują jad. Dla ludzi nie jest groźny, ale może podrażnić skórę lub oko.

Mój jad podobno przyjemnie pachnie – rozmarzyła się. – Pachnie waniliowym ciastkiem. Moje toksyny mogą też pomagać w medytacji, ułatwiają wchodzenie w trans oraz powodują halucynacje.

 

Nie dotknęłam tej pięknej gumowej nibyzabawki, zjawiskowo kuszącej  asfaltową czernią i   żółtymi jaskrawymi plamami .

A może dotknęłam. Kto to wie? 

 

 

 

Śladami mojego Taty Rodzina brata mojego Taty- Witolda na Kazachstanie…

Nie zważając na błogosławiony stan Cioci, pozostawiono ją samą z tym brzuchem i nieletnią córką na pastwę miejscowych. To była inna forma zsyłki. Jedna polegała na wspólnym życiu zesłanych w barakach łagrowych a druga- to samodzielne egzystowanie wśród Kazachów. Sowieci zapędzili kilku miejscowych do wykopania dołu  pod ziemiankę dla przybyłych i sklecenie konstrukcji, która miała być ich domem. Oczywiście nie oszczędzano cioci- musiała pracować z innymi. Ale w końcu ich nowy dom powstał.