Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 4 ). Omdlenia na „wesoło” .

Ponownie to samo zdjęcie  które zamieściłam  w Pamiętniku  Jurka  – może to my , młodzi – jako te  ” brzydkie kaczątka” ?

Leszek Milanowski z Wnukiem zajęci pracą , głowa w głowę …. piękne, klimatyczne to Wasze zdjęcie …. Dzieci, Wnuki to najcenniejszy Dar otrzymany od Życia – kontynuacja …. .

Jerzy T. Marcinkowski, chyba w Bangkoku, z twarzą zwilżoną  złotą wodą ?. To może stąd ta wyśmienita kondycja ? Może kiedyś nam opowiesz o tej swojej wyprawie …. oczywiście zdjęcie jest własnością JTM. 🙂

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Może mi wybaczycie, lub po prostu czytać mojego nie będziecie . Ale muszę zwyczajowo pogadać, a może też chcę oddalić to co „ najsmaczniejsze”- podać na końcu- jak najbardziej wysmakowany deser – tak mam –  gdy czytając bardzo ciekawą, inspirującą myślenie i malującą w głowie obrazy – książkę – czynię to wolno, coraz wolniej – bo żal ją odłożyć na półkę ….

A więc zaczynam raz jeszcze :

Oj, Kochani wczoraj fajnie się tu działo.

Najpierw miałam przyjemność „ wrzucenia” pamiętnikowej opowieści Jurka Marcinkowskiego i przez cały dzień sobie „ fruwałam „ z tej radości – wprawdzie malutkiej  – ale  wszak z małych Radości składa się życie…

Byłam najnormalniej  szczęśliwa, że Nasz Profesor Dostojny Jurek , choć czasem  żartobliwy, ale w gruncie rzeczy chyba introwertyk  – uchylił nieco „ przyłbicę” – czy jak się TOTO zasłaniające twarz  nazywa w szermierce  którą to uprawiał we wczesnej młodości ( nawet był mistrzem polskich  juniorów ) ?.

 Dzień sobie trwał, na naszym Grupowym Messengerze dziewczyny gadały przeszkadzając Ewie w pracy a Leszek  odzywał się tylko czasami – choć raczej lakonicznie – głównie milczał i nie zgłaszał się do telefonu  – jak zdążył napisać  – był   mocno  zajęty operacjami w tej swojej Anglii . Jurek podobnie wędrował po meandrach  licznych zajęć i zaglądał do mess rzadko.

Ogólnie więc, było spokojnie, ba, nawet pogodnie nudnawo.  

Tradycyjnie poszłam spać” z kurami” i wstałam  przed świtem…

O tej porze, jak zawsze Cisza była dookolna i we mnie spała jeszcze Cisza – ale tym razem spała krótko. Bo niecierpliwy smartfon tak kusił i nęcił , jakby tylko czekał na ” zaopiekowanie „ i wzywał tak, że po chwili tuliłam i ogrzewałam go w dłoniach, jak bliskiego przyjaciela 🙂 . Gdy zajrzałam do tego, co chciał mi powiedzieć , najpierw smuta, że nie odebrałam późnego jak na mnie,  telefonu od Leszka ale niebawem, gdy tylko  „przekroczyłam progi” Messengera  „poderwałam się do lotu”.

Odkryłam bowiem późnowieczorną rozmowę Leszka z Jurkiem. ….

Leszek, pomimo tego, że praca kradła Mu czas 🙂 , zdążył przeczytać ostatnią , tu zamieszczoną , „ kartkę” z Pamiętnika Jurka Marcinkowskiego. I w dodatku napisać swoje. Nie tylko zdążył nam tyle opowiedzieć, momentami żartując  ( tak, po latach człek nabiera dystansu do siebie  i nawet tzw. czarny humor przefiltrowany przez nr Peselu – po prostu cieszy) ale też wysnuć mądry, choć odwiecznie prawdziwy  wniosek . Dzięki Leszku …..

A oto ta rozmowa – opowieść, kopiuję w całości, wrzucając ( może niepotrzebnie ?) jedynie swój „ uśmiech „ i wykrzykniki  :

 Leszek :

Ciekawa opowieść Jurka o omdleniu.

A jeszcze cenniejsze reakcja Jego Ojca.

Kiersz był głupi. ( to ad wspomnianego w Pamiętniku Jurka naszego asystenta na anatomii prawidłowej – przyp. Z.K.) 

Po pierwszym roku praktykę odrabiałem w Kutnie u Ojca na chirurgii. Pozwolił mi stanąć na czwartego do cholecystektomii. Wystarczyło trzymać ręce na stole. Po ok 45 minutach nagle ciemno przed oczami i walnąłem głową o posadzkę (to od tego uderzenia jestem zwariowany).  🙂

Ojciec nie komentował – jak następnego dnia znów stanąłem i znów walnąłem. Ojciec tylko kazał jednej salowej uważać –  co by za mną stała – bym więcej nie niszczył posadzki.  🙂

 Obok przygotowany był wózek na który mnie kładli z uniesionymi nogami.  🙂

Oczywiście pełnia śmiechu i kompromitacja (?) dla ordynatora.

Ich śmiech kazał mi pokazać.  Że się nie dam.

Po kilku dniach przeszło i się nie powtórzyło nigdy….

Nie zapomnę kilkugodzinnej trepanacji czaszki w czasie tej praktyki i zakładania koleżance z klasy gipsu na złamaną miednice. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywą kobietę i to jeszcze pięknej budowy.  🙂 To będzie inna opowieść …

Na złość losowi musiałem zostać chirurgiem.

W czasie operacji najlepsze jest to, że nic więcej Cię nie obchodzi.

Sam najdłuższą robiłem 13 godzin. Redakcja żuchwy z dnem jamy ustnej i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi. Oboje przeżyliśmy. J  Inna historia o której napiszę. Trzeba walczyć do samego końca.  ( !!! )

A najdłuższa, do której asystowałem w Warszawie to 25 godzin resekcja po kawałkach wątroby i częściowo trzustki z rekonstrukcją nowych dróg żółciowych motocyklisty z Kutna zresztą. Nie został dawcą organów.  ( !!! )

Jerzy

O, Leszku, ale piękna ta Twoja opowieść!!!

Leszek

Jurek, Twój Ojciec zrobił to samo co mój. Pozwolił Ci pokonać samego siebie.

Jerzy

No widzisz Leszku, podobnie nam się przytrafiało

Leszek

Dla mnie wniosek jak wychowywać swoje dzieci by same dawały sobie radę w życiu.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Ludwik Rydygier.

 

 

Porteret Ludwika Rydygiera z asystentami. Leon Wyczółkowski, 1897 rok.

 

Gdy pobiegliśmy na blok operacyjny, by sekundować chirurgom w czasie operacji naszego pacjenta, dowiedzieliśmy się, że w czasie tego zabiegu będzie zastosowana metoda Rydygiera.

Po powrocie do domu zajrzałam do encyklopedii i zadziwiłam się. Otóż  ten sposób leczenia wymyślił Rydygier ponad 80 lat temu.  Mimo postępu w medycynie, metoda okazała się ponadczasowa.

Z ogromnym zainteresowaniem poczytałam o tej postaci.

Ludwik Rydygier urodził się w 1850 roku, w Dusocinie niedaleko Grudziądza, w zaborze pruskim. Był synem właściciela majątku, który nosił nazwisko Riediger.

Uczył się w Pelplinie, Chojnicach a następnie w Chełmnie. Studia rozpoczął w Krakowie a   kontynuował je w Greifswaldzie( G).

Ludwik od wczesnej młodości demonstrował swoje polskie pochodzenie a teraz nawet zmienił swoje rodowe nazwisko Riediger na spolszczone – Rydygier.

Po ukończeniu studiów, obronił pracę doktorska i pracował w  Chełmnie, gdzie udało mu się otworzyć niewielką klinikę.  

Był bardzo aktywny nie tylko zawodowo, ale też naukowo. Nieustannie publikował liczne prace z zakresu chirurgii.

Powrócił do G. , potem przeniósł się do Jeny, gdzie uzyskał tytuł doktora habilitowanego. Ubiegał się o katedrę chirurgii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, ale miejsce to zajął za poparciem Theodora Billrotha – Jan Mikulicz – Radecki.  Nazwiska obu profesorów przeszły do historii medycyny.

Dopiero po kilku latach, gdy Mikulicz przeniósł się do Królewca Rydygier został kierownikiem tej krakowskiej kliniki.

Po 10 latach dostał propozycję objęcia nowej katedry i kliniki chirurgii Uniwersytetu Lwowskiego. Zgodził się i w 1897 roku został profesorem tego Uniwersytetu.

Był też dziekanem lwowskiego Wydziału Lekarskiego, wychował wielu znakomitych chirurgów, przyszłych profesorów. 

A w latach 1901/1902 został Rektorem Uniwersytetu Lwowskiego .

Należał do ścisłego grona najwybitniejszych ówczesnych polskich a także światowych chirurgów.

W 1880 przeprowadził pierwszy w Polsce a drugi na świecie zabieg wycięcia odźwiernika z powodu raka żołądka, a w 1881 pierwszy na świecie zabieg resekcji żołądka z powodu owrzodzenia. W 1894 roku wprowadził nową metodę chirurgicznego leczenie choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy za pomocą zespolenia żołądkowo- jelitowego.

Rydygier był autorem (1900) oryginalnej metody usuwania gruczolaka prostaty i wielu innych technik operacyjnych.  Niektóre wprowadzone przez niego metody operowania żołądka, raka odbytnicy, amputacji, kardiochirurgii, ortopedii, chirurgii plastycznej, urologii – są stosowane do dziś.

W 1889 roku zorganizował pierwszy w Polsce zjazd chirurgów.

Zjazdy te w 1921 roku dały początek Towarzystwu Chirurgów Polskich .

Nie opuścił Lwowa, gdy mu zaproponowano przejście na Uniwersytet Karola w Pradze.

W roku 1903 otrzymał tytuł szlachecki ( galicyjski) jako Ludwik Rydygier Ritter von Ruediger.

W czasie I wojny światowej kierował szpitalem wojskowym w Brnie.

Po zakończeniu tej  wojny powrócił do Lwowa.

W listopadzie 1918 roku brał udział w słynnej obronie  Lwowa przed  Ukraińcami.

W 1920 roku rozpoczął organizowanie szpitali wojskowych , był szefem sanitarnym Dowództwa Okręgu Generalnego „ Pomorze”, konsultantem i naczelnym chirurgiem Dowództwa „ wschód”. W 1920  został mianowany generałem  brygady.

Zmarł nagle, 25 czerwca 1920 roku. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim, później jego szczątki przeniesiono na Cmentarz Obrońców Lwowa.

 

Oglądam  postać Ludwika Rydygiera utrwaloną na portrecie namalowanym przez Wyczółkowskiego. To postać z której aż bije witalność i wielka energia. W tle grupka lekarzy płci męskiej.

Nie znamy jego relacji z kobietami w zwykłym życiu.

Ale pozostał we wspomnieniach jako wielki przeciwnik obecności kobiet w zawodzie lekarza, co przybierało formy pewnego dziwactwa. Na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenia: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”

W roku 1897 zagłosował przeciwko przyjmowaniu kobiet na Wydział Lekarski.

Ponoć wtedy, gdy  wchodził do jakiegokolwiek pokoju lekarskiego wołał od drzwi „ Szukam jakiegoś lekarza”. Po czym się rozglądał się dookoła i z zaciekawieniem  patrzył na pracujących przy biurkach lekarzy. Niestety widział tam wiele kobiet.

I wtedy zawiedziony powtarzał tęsknie „ Jakiegoś lekarza…”

 

Wg autorki felietonu zamieszczonego w  ostatnim numerze „ Gazety Lekarskiej” o utrzymujących się różnicach pomiędzy lekarzami wynikającymi z płci, można usłyszeć chichot ducha Rydygiera :„ A co nie miałem racji?”

Od  ponad 40 lat wielokrotnie przechodziłam żoliborską uliczką  Rydygiera. Wówczas nie zastanawiałam się nad jej imiennikiem. Zawsze gnałam tamtędy w wielkim pośpiechu, rozdarta pomiędzy pracą zawodową i problemami  rodzinnymi. Dobrze, że doczekałam tego momentu, w którym  przyszedł spokój i czas refleksji. I teraz wracam do dawnych studenckich czasów i przy okazji nadrabiam zaległości wiedzy. Mam uczucie, że nade mną zamyka się tajemny krąg. Jak dobrze, że nie jest za późno.

I przy okazji się zastanawiam nad życiem kobiety w zawodzie lekarskim. Zdarzało mi się myśleć, że kobieta lekarka nie powinna zakładać rodziny i pozostawać w stanie wolnym, jak zakonnica, by bez reszty poświęcać się tylko jednej sprawie. Walce o zdrowie i życie swoich chorych.

A może Rydygier miał jednak trochę racji …..

 

 

I jeszcze raz przedstawiam , bo  dla mnie niezwykły jest ten „Portret Ludwika Rydygiera z asystentami”. Leon Wyczółkowski, 1897

 

Na med. ścieżce. Praktyka po pierwszym roku studiów.

Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor  Drews.

Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe  medyczne życie. 

Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami  siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale  również zapewniano, że nauczymy się  wykonywania zastrzyków .

I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych  .

Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .

Obejrzeliśmy  mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.

 Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był  przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy.  A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i  poruszył palcami. To dopiero była radość.  Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane  !

Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz  tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…