Opowieść Sylwestrowa (5)

 

 

4aa733de8d1ce_o,size,933x0,q,70,h,aded52.jpg

Pogrzebałam w necie i znalazłam bardzo stare zdjęcie pana Kurczewskiego i jego chóru. Ale Tomasz, jeśli na nim był, to pewnie gdzieś z tyłu po lewej…

 

 

Tomasz, moje pierwsze zauroczenie.

Bo to chyba nie było zakochanie tylko zauroczenie, fascynacja. Otóż chłopak ten nazywał się Tomasz W. ( tak jak mój dziadek!) , był studentem pierwszego lub drugiego roku AM w Poznaniu , śpiewał w grupie basów chóru Kurczewskiego i jednocześnie był opiekunem młodych, bo taki mieli system w zespole. Spotykaliśmy się codziennie, zwykle wieczorową porą, gdy już jego mali chórzyści zmęczeni nieustannymi próbami szli spać a my wróciliśmy z wycieczek.

 Kiedyś siedziałyśmy w swoim pokoju i wtedy starsze dziewczyny a w tym Grażyna A. powiedziały, że właśnie idzie szosą. Wyjrzałam. Szedł sam, jak zwykle dużymi spokojnymi krokami nieco przygarbiony, z nausznikami na czarnej czuprynie czyli właściwie z gołą głową pomimo iście syberyjskiego mrozu.  Jak powiedział potem, sam się wybrał na Śnieżkę i wieczorem wracał.  Dziewczyny właśnie wtedy powiedziały, że mi zazdroszczą, że najprzystojniejszy etc. Ja byłam niewzruszona, nieprzyjęta, ot zwyczajność była dla mnie. Coś naturalnego.

Potem był koniec obozu, klimatyczny występ chóru i bal na pożegnanie . Rozstanie. Żadnych dziewczyńskich łez, czułości, przytulań. Wymiana adresów, bo nawet zwykłe kablowe telefony w tamtych czasach były rzadkością. Wnukom muszę wspomnieć, że w tym 1965 roku nikt nie słyszał o telefonach komórkowych czy o Internecie. Niemożliwe, prawda?

Gdy przyjechałam do Gorzowa, Mama chyba poznała , że coś mnie trafiło. Opowiedziałam o Tomaszu, oczywiście bez zbędnych szczegółów. Po kilku dniach przyszedł od niego długi list już nie wiem jakiej treści, zapamiętałam tylko, że  bez żadnych wyznań, ale tego wcale nie oczekiwałam, list chyba był miły a ponadto wypadło z koperty  małe legitymacyjne zdjęcie. Był śliczny. Spełniał wszystkie kryteria wybrańca które podawały moje starsze koleżanki jeszcze w trakcie zimowiska. Był wysoki, szczupły  czarny. A w dodatku miał piękne oczy i inteligentne spojrzenie. I to by było na tyle.

Nigdy potem już nie zwracałam uwagi na urodę i wzrost człowieka z którym się spotykałam. Byłam nasycona i jakby spełniona tym pierwszym zachwytem.

A po 3 latach od tamtego spotkania wyszłam za mąż za człowieka będącego przeciwieństwem tego ideału. Ale za to miał serce na dłoni, emocje pięknie wyrażał i od razu mieliśmy wspólny rytm porozumienia, rozumienia, radości i wrażliwości. A do tego miał wielkie niebieskie  oczy z zaraźliwą energią z nich bijącą. Uległam i już od 48 lat jest tak samo…

 

Zdjęcie-0791.jpg