Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 20 )

Potem wyszliśmy przed domek, gdzie mieszkała moja Stefa.

Ująłem Ją pod rękę i podążyliśmy  do moich rodziców.

Nasz dom tonął w kolorach ogródka i zapachach kwitnącego sadu.

Wiosenne drzewa wyglądały jak panny młode.

Zatrzymaliśmy się na progu domu , wdychając oszałamiający zapach kwitnących śliw.

Ale już ktoś nas zobaczył i po chwili wołano do nas , że obiad na stole.

Tam już  wszyscy  czekali . Rodzinka była liczna i kołem zasiadała wokół ogromnego stołu.

Weszliśmy w te gościnne progi.

Smakowite zapachy obiadowe aż kręciły w nosach.

Powitano nas serdecznie.

Mama przytuliła Stefę ciepło, a Ojciec objął ją szerokim ramieniem i widziałem że ma łzy w oczach.

Widać było, że bardzo lubi tę zagubioną w dalekim świecie dziewczynę, chce ją chronić i pokazać, że już należy do jego rodziny.

W czasie obiadu atmosfera była miła, rozmowy o wszystkim i o niczym.

Wieczorem poszliśmy do kościoła a potem na długi spacer brzegiem lasu sąsiadującego z granicą.

Śladami mojego Taty. Bardzo stare pocztówki.

Jaką drogę przebyła ta pocztówka, by się znaleźć w moich dłoniach?

 

Oglądam te stare pocztówki, ogrzewam w dłoniach. Ale ich nie trzeba ogrzewać, bo promieniują własnym stuletnim ciepłem. Napisał je własnoręcznie Witold, brat mojego Taty, ojciec Witolda urodzonego już po śmierci ojca na Kazachstanie do swojej babci, a naszej prababci Michaliny Rodziewicz z domu Dowhopouł. O tej babci i Bolku Rodziewiczu napisałam już wiele.

Teraz mam dowód, że była, z krwi i kości, najprawdziwszą na świecie babcią, ukochaną przez najstarszego wnuka – syna Staśki – Witolda. Ile tam czułości można wyczytać – czułości w kilku zaledwie słowach…