Film ” Papusza” i moje rozczarowanie.

 

 

Nie mam prawa pisać o rozczarowaniu. Przecież niczego nie oczekiwałam, hodowałam w sobie tylko zapamiętane z dzieciństwa widoki szczęśliwych kiedyś Cyganów. …

Barwy, zapachy ognisk , muzyka, radość nad beskidzką rzeką Żylicą, potem smuta i marazm osiedlonych w gorzowskich kamienicach. I Papusza, poetka wyklęta przez swoje środowisko, jej gorzowska legenda, niewielki pomniczek przed Biblioteką, twarz stamtąd zapamiętana o ostrych surowych rysach i nieco zamglonych oczach patrzących w nieznaną nam dal….

    I jestem w Ciechocinku. Czuję bliskość tej poetki. Przecież całkiem niedaleko, w Inowrocławiu spędziła ostatnie lata życia, umarła i tu został jej grób.

    I miejscowa, ciechocińska  muszla koncertowa, gdzie festiwale muzyki cygańskiej, afisze o koncertach w miejscowym teatrze don Wasyla, który zamienił piękno muzyki swojego narodu w jakieś disco. Jakże banalna jest jego twarz, zupełnie inna, niż brata- Edwarda Dębickiego, którego widziałam w Gorzowie, gdy ten młody piękny Cygan na długich nogach stawiał długie, lekkie kroki, zda się nie dotykając ziemi, ze skrzypcami pod pachą a Mama mówiła, że uczy się w szkole muzycznej. Pomimo, że w tych latach pięćdziesiątych zmuszono Cyganów do porzucenia taborów, zamieszkania w przydzielonych mieszkaniach starych kamienic jedno było dobre. Mogli się uczyć, oczywiście nie wszyscy tego pragnęli, ale ci, którzy chcieli- mogli. Tak więc zwiewna motylopodobna  Randia, wykształcony już Dębicki i stworzony przez niego pierwszy w Polsce cygański zespół Terno otwierali zwykłym ludziskom świat cygańskiej pieśni i tańca. Niektórych zarazili miłością do swojej kultury i to im zostało do starości, tak jak np. mnie  i podwórkowej przyjaciółce Bajce. Tak więc mamy w oczach tamte czasy, tamtych Cyganów.

   I właśnie jestem tego grudnia w Ciechocinku i jakby na zamówienie informacja, że w miejscowym kinie film” Papusza” będzie. Łopot serca, zaskoczenie tą niespodzianką i oczywiście decyzja, by tam zajrzeć i obejrzeć. Przedtem nie miałam na to ochoty, by nie psuć swoich wspomnień, wyobrażeń, ale jakaś siła wyższa zadecydowała za mnie.

Kino odnowione, szkoda, że nie takie stare z zapachami kurzu, ale trudno orzekłam, sadowiąc się w wygodnym fotelu.

   I się zaczęło. Opowieść jakby czytana z kartek starego pamiętnika, pisana czarno białą smutą, odwracanie kartek i zaburzenie chronologii cofaniem się w czasie. Tak pokrótce wygląda wizja państwa Krauze a właściwie pani Joanny . Nosiła w sobie ten film ponoć od 7 lat. Miała czas na rozmyślania, podejmowania decyzji, zmiany. W efekcie powstał piękny film, obrazy pana Staronia wysmakowane, wycyzelowane, nakładane w tempie  odmierzanym jak w dokładnym zegarze. Sceny grupowe z prawdziwymi Romami pełne dynamizmu z  wspaniałą galerią postaci autentycznych naprawdę zachwycają. W roli męża Papuszy- Dionizego Wajsa, znakomity   Zbigniew Wardyś, aktor o cygańskiej urodzie który potrafił oddać zmienność zachowań bohatera od brutalności do ciepła , postać to prawdziwie człowiecza. Młoda Papusza  jest śliczna, pełna życia, prawdy, czuje się w niej cygańską duszę. Nic dziwnego, bo odtwórcą tej roli jest Romka o cudnym imieniu Paloma. Dość przeciętny w swojej roli jest Pawlikowski, który przedstawia Ficowskiego.

No i wreszcie tytułowa Papusza. Musiała być  inna niż wszyscy, bo jej oczy zamykały rozmarzenie, tęsknotę i cierpienie więc i twarz taka. Reżyserzy wyraźnie mieli problemy z dwoistością natury Papuszy- zwykłej Cyganki i poetki łaknącej wiedzy, książek ale zarazem leśnych pejzaży. I pewnie mieli problem ze znalezieniem osoby odpowiadającej tym warunkom. Właściwie nie wiadomo, kto był ojcem Papuszy, może jakiś poeta, czy inny artysta spoza tego narodu. Więc wybranie do tej roli pani Jowity Budnik, która jak sama pisała, nie przypomina Papuszy ani zewnętrznie ani emocjonalnie,  nie dziwi. Dla tych widzów, którzy Papuszy nigdy nie widzieli, jej typ urody nie powinien  budzić wątpliwości.

Mimo, że grała wspaniale, stale mnie uwierał jej brak cygańskiej autentycznej urody i duszy.  Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi w odbiorze wpatrywanie się w jej twarz w poszukiwaniu tego, co było moim wyobrażeniem. Często filmowany profil raził nie przystającym do tej twarzy nochalem i stale nieruchomo  zmarszczonym czołem. Wydawało mi się, że gra w masce.  Dopiero po obejrzeniu filmu, przeczytałam jeszcze jeden wywiad z Panią Budnik. I aż się zadziwiłam, bo powiedziała tam, że stale grała z przylepionym nosem. Nawet sprowadzono w tym celu speca z Hollywood. Po co to było? Doprawdy nie wiem. Przecież każda twarz ma organicznie przypasowany nos, jeśli ten aktorki był za mały, to czemu służył ten trik? I tak nie ma ona cygańskiego, papuszowego czoła, z którego jakby pięknie wyrysowaną linią spływa jej nieco orli nos. Twarz aktorki może przypomina zdjęcie Papuszy z młodości, ale czuje się jej sztuczność przez tę maskę .

Ale już koniec moich marudzeń.

Odtwórczyni głównej roli, pani Jowita Budnik poradziła sobie z tą trudną rolą  znakomicie. A ostatnia scena, gdy samotna Papusza patrzy z okna w stronę odchodzącego Ficowskiego, który był sprawcą jej tragedii poraziła mnie zupełnie, zniewoliła i wyzwoliła jednocześnie  z myślenia krytycznego.

    I jeszcze jedno na temat samej realizacji filmu. Żal mi było, że film nie spełnił mojego wyobrażenia, jaki powinien być. Powinien być kolorami grający, pełen autentycznej muzyki, wypełniającej obrazy szczęśliwych wędrujących Cyganów a potem przechodzący w smutną szarość albo sepię czasu ich  zniewolenia . Ale może wówczas obraz byłby cukierkowy, i pewnie tego pp Krauzowie chcieli uniknąć tworząc jedynie czerń i biel. Temu celowi miała służyć  zaburzona chronologia , która ponoć w filmie stopniowała emocje. Niestety tego nie dostrzegłam.

Ale niech tam.

Film wart obejrzenia, mimo, że ja zachowuję nadal to co się w mojej dziecięcej duszy utrwaliło przed przeszło półwieczem …