Na medycznej ścieżce. Zmiana pracy.

Temat zmiany pracy ożywa w niespodziewanych okolicznościach.

 

Temat ożył w zupełnie innych okolicznościach.

 Gdy urodziłam Palinkę i przeszłam na urlop bezpłatny, postanowiłam wykorzystać ten czas nie tylko na dyżury ale też na  staże do specjalizacji II stopnia, którą już otworzyłam.

Wiadomo było, z jakim trudem otrzymałam te poprzednie delegacje ze szpitala do I stopnia specjalizacji.

Cudem by było oddelegowanie mnie po powrocie z rocznego urlopu.

Ponieważ w czasie stażu był duży luz, można było się spóźniać , wychodzić wcześniej a nawet w uzasadnionych przypadkach nie przychodzić, wyobraziłam sobie, że czas urlopu jest do tego celu idealny.

Wybór CZD nie był przypadkowy, gdyż znając Anie i wiedząc o pobłażliwości  Pani profesor Wyszyńskiej mogłam liczyć na jeszcze większy luz stażowy.

Zadzwoniłam do Ani, oczywiście nie było problemu z miejscem stażowym i zgłosiłam się do tej sezonowej pracy.

Ale okazało się, że zażądano ode mnie skierowania z podstawowego miejsca zatrudnienia .

Wydawało się to zwykłą formalnością.

Ale okazało się progiem nie do przebycia.

Ufnie udałam się do Pani Dyrektor Oziemskiej, przedstawiłam prośbę i zupełnie nieprzygotowana na odpowiedź odmowną, dostałam przysłowiowym obuchem w głowę.

Otóż Pani Dyrektor oznajmiła, że nie może dać mi takiego skierowania, bo nie jestem jej pracownikiem.

 Zapytałam tylko, jak to, przecież czuję się bardzo związana z tym szpitalem, dyżuruję i tylko tutaj chcę  dalej pracować.

Nawet nie walczyłam , przecież prawo było za mną , gdyż pozwalało na odbywanie różnych studiów w czasie urlopu wychowawczego a cóż dopiero zwykłych staży.

Zachwiałam się i nieprzytomnie wybiegłam z gabinetu.

Nie wiem jak się znalazłam w mojej ukochanej dyżurce, rozryczałam, opowiedziałam o rozmowie i długo nie mogłam się uspokoić.

Ja, tak bardzo zakochana w Siennej, wierna do bólu nie jestem ich.

Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mnie spotkało.

Zostałam wykluczona…

O ile pomnę zbiegli się koledzy i bardzo mi współczuli, pocieszali…

Powoli dochodziłam do siebie, w tramwaju dojrzewałam, mam nadzieję, że nikt nie widział moich zaryczanych oczu.

Gdy wróciłam do domu, nie miałam już wątpliwości.

Nie mogę  wrócić na Sienną , nic mnie nie wiąże, nie jestem ich człowiekiem..

Pomimo braku skierowania rozpoczęłam staż, po zakończeniu uzyskałam podpis pani Profesor oraz  kolejną propozycję pracy w Jej zespole. Był to już ostatni dzwonek, gdyż pozostał tylko jeszcze jeden przydzielony etat dla tego zespołu. Przypominam, że CZD było jeszcze w trakcie organizacji.

Tym razem odpowiedziałam twierdząco.

Zanim udzieliłam tej odpowiedzi, Pani Profesor mnie namawiała , radziła, by zmieniać pracę, bo to sprzyja rozwojowi.

Przekonywała, że praca to nie ślub, który trudniej rozwiązać.

Że warto podjąć pracę w  tej ważnej wtedy placówce jakim było CZD,  rozejrzeć się po świecie, poznać to miejsce i najwyżej odejść.

Pani Profesor mówiła, że nawet jeśli popracuję u jej boku tylko przez rok, to i tak wystarczy by mieć pogląd.

Gdy się zgodziłam, miałam wrażenie, że jeśli wytrzymam tutaj tylko rok, to będzie dużo.

Ale jak się okazało, utknęłam w tym miejscu przez kolejne 23 lata, aż do emerytury .

Oczywiście praca w CZD była ciekawa. Taki był zwyczaj, że każdy z kolegów poza zwykłą pracą w oddziale otrzymywał zadanie by zajmować się dziećmi z określonymi problemami nefrologicznymi . Ja otrzymałam zadanie, by „prowadzić „dzieci u których występował objaw zwany krwiomoczem.

Zwykle  pacjenci byli już wcześniej diagnozowani w Przychodniach Nefrologicznych w całej Polsce lub w Oddziałach Dziecięcych a następnie po zaakceptowaniu przez Prof. Wyszyńską specjalnego wniosku na dalsze leczenie w CZD, otrzymywali termin wizyty w Poradni Nefrologicznej CZD .  

Pani Profesor dawała swoim asystentom dużą swobodę, kontrolując tak, że właściwie w ogóle tego nie odczuwaliśmy….

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Propozycja zmiany pracy.

Propozycja zmiany pracy

 

Ale muszę cofnąć się w czasie.

 Około 1977 roku odeszła z Siennej obecna profesor Anna Jung.

Jak już wspominała, w czasie pracy w oddziale żółtaczkowym zaprzyjaźniłyśmy się. Ponieważ została adiunktem w Klinice Nefrologii CZD, namawiała mnie na to, bym pomyślała o zmianie pracy.

Kilkakrotnie umawiała mnie na rozmowę z Panią Profesor Wyszyńską, która utworzyła w CZD Klinikę Nefrologii, ale nie mogłam się zdecydować na tę wyprawę do CZD. Odległość była duża. Z mojego Żoliborza do Międzylesia było to  ponad 30 km w jedną stronę.

Jednak w końcu, po ponownych naleganiach Anny , wreszcie  się zdecydowałam. Pokonałam trasę tramwajem i dwoma autobusami i do CZD przyjechałam wymięta i skrajnie zmęczona. Pani profesor Wyszyńska pamiętała mnie z egzaminu specjalizacyjnego, przyjęła z sympatią i zaproponowała pracę.

Podziękowałam , odpowiedziałam , że to trudna decyzja, że jestem przywiązana do Siennej i muszę przedyskutować z mężem.

Gdy wróciłam do domu, byłam szczęśliwa, że to koniec podróży w tym dniu i nawet sobie nie wyobrażałam codziennych takich wędrówek.

Odpowiedziałam Ani, że jednak się nie decyduję i sprawa przyschła.

Cieszyłam się Sienną, jej klimatem i świetnym położeniem w sercu Warszawy.

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w CZD.

Spotkanie w CZD

 

Minęło sporo lat,  pracowałam już w CZD, gdy pewnego dnia odwiedziła mnie moja Anulka. Wówczas nie było telefonów komórkowych a zwykłe słabo działały. Więc nie anonsowała swojej wizyty, tylko po prostu przyszła zawiadamiając mnie wewnętrznym telefonem z portierni CZD.

 Zjechałam na dół windą, zagarnęłam Anulkę do oddziału, usadziłam na kanapie dyżurnego i wówczas zobaczyłam nieodłączne plamki na jej sukni. Była ubrana jak zwykle  wytwornie, suknia nosiła ślady dawnej elegancji, jeno nad biustem widniały te niestety rzucające się w oczy plamki, szczególnie dobrze widoczne w świetle padającym z okna położonego naprzeciwko.

Oczywiście udawaliśmy z kolegą Jurkiem Kryńskim, z którym pracowalismy biurko w biurko, że tego nie zauważamy.

Gaędziliśmy mile, ale w końcu zapytałam, co ją sprowadza do nas.

Oznajmiła ze spokojem, że właśnie udaje się na rozmowę z dyrektorem Centrum w sprawie pracy w Rehabilitacji. Zaniemówiliśmy, bo dobrze znaliśmy naszą profesor Goncerzewicz, która była niesamowitą pedantką, zresztą przybyła do CZD z Poznania, więc komentować nie muszę.  Gdy codziennie wizytowała Izbę Przyjęć, zwracała uwagę pielęgniarkom, że wystaje im rąbek prywatnej spódnicy spod fartucha. Zaczepiała na korytarzu lekarzy niechlujnie zapiętych pod szyją. O sprawdzaniu przez nią czystości nie wspomnę.

A tutaj nasza Anula ma stanąć przed jej obliczem z plamkami. Pomyśleliśmy , porozumiewając się wzrokiem, że nie ma szans na zatrudnienie.

Nie wiedzieliśmy ja zareagować, nic już się nie dało zrobić, więc po prostu milczeliśmy.

Wiedzieliśmy, że Anulę protegowała jej ordynator dr Czachorowska, o której już wspominałam. Ponieważ właśnie niedawno powstał w centrum oddział rehabilitacji, uznała, że Anula ze swoją pasją nadaje się do tej pracy znakomicie.