zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?
Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz” – Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.
Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół niedoli – i prowadzimy rozmowę.
Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :
„ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.
Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.
Na korytarzu nikogo nie widzę.
Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.
Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:
„ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.
Ja pytam:
„ A czem oni sowietujuccia?” .
On:
„ sowietujuccia sztoby nas ubić”.
A za szto?
„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).
„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).
„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.
Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.
Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.
Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:
„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).
Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.
Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.
Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.
Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.
Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.
Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.
Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?
Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.
Nigdzie go nie było.
Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.
Na dworze już dobrze rozwidniało .
Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.
Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.
Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.
I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.
Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.
Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.
Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu u was się dzieje?
Konopielkę zabili pracownicy.
Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.
A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.
Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.
Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.
Mówią :
„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.
A on na to:
„ ty sam uszoł z uma ”.
Faktem jest, że stracił on rozum.
Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.
Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i by tam się nim zajęli.
Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.
Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.
Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.
Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.
Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.
Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.
Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.
Było to w rejonie.
Spotkanie było bardzo czułe.
Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.
„ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).
Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł ale w butelce nic nie zostało.
To było nasze ostatnie pożegnanie.
Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.
Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i
„ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”
jak on to mówił nie raz przy mnie. …
