Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 43 ). Delirium tremens mojego księgowego.


zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?

   Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz”  –  Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.

Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół  niedoli – i prowadzimy rozmowę.

Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :

 „ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.

Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.

Na korytarzu nikogo nie widzę.

Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.

Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:

 „ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.

Ja pytam:

„ A czem oni sowietujuccia?” .

On:

„ sowietujuccia  sztoby nas ubić”.

A za szto?

„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).

„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).

„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.

     Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.

Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.

Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:

„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).

Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.

Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.

Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.

Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.

Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.

Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.

Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?

Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.

Nigdzie go nie było.

Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.

Na dworze już dobrze rozwidniało .

Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.

Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.

Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.

I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.

Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.

Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.

Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu  u was się dzieje?

Konopielkę zabili pracownicy.

Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.

 A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.

Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.

 Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.

Mówią :

„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.

A on na to:

„ ty sam uszoł z uma ”.

Faktem jest, że stracił on rozum.

Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza  w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.

Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i  by tam się nim zajęli.

Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.

Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.

Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.

Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.

Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.

Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.

Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.

Było to  w rejonie.

Spotkanie było bardzo czułe.

Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.

 „ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).

Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł  ale w butelce nic nie zostało.

To było nasze ostatnie pożegnanie.

Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.

 Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i

 „ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”

jak on to mówił nie raz przy mnie. …