Gdy własny mąż jest moim kierowcą.

 Ten tekst zamieściłam w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka 21.09.2009 r. Jest więc stary ale jary. Dzisiaj go znalazłam….uśmiechnijmy się!

 

0.JPG

 

 

 

Wracaliśmy samochodem. Jak zwykle prowadził mąż, a ja, stary kierowca siedziałam obok. Topór wisiał w powietrzu. Uratował nas aparat fotograficzny.

Wybieramy się w dość długą podróż. Oczywiście, samochodem. Jestem starym kierowcą ,  ale teraz prowadzić nie mogę, bo są odgórnie narzucone zasady. Kierowcą w tym wypadku może być tylko on, mój mąż. Potulnie siadam obok. Trasa jest prosta i znana. Nie muszę szukać mapy, a potem odpowiadać za źle wybraną drogę. Ulga..

  

 Wyjeżdżamy za późno, bo nie przewidział trudności, a ja przecież mówiłam… Jedziemy.

Pogoda jesienna, dzień krótki, zbliża się szarówa, zaczyna siąpić, potem już pada równo.

 

Czuję jakieś skurcze w nogach od wciskania nieistniejących po mojej stronie pedałów. Potem zaczyna drżeć prawa ręka od obsługiwania swojego kierowcy : a to przecieranie okularów, podawanie butelki z wodą, ocieranie potu z czoła.  Wprawdzie potu nie widzę, ale za to skutecznie zasłaniam kierowcy pole widzenia.

 Mój lewy łokieć już całkiem zdrętwiał  przyciśnięty do boku, by nie przekroczyć granicy jego królestwa. Bardzo pilnie obserwuję szosę, więc moja szyja przypomina szyję Masajki, a oczy mgłą zachodzą od wypatrywania znaków przydrożnych.

 

Już dawno zachrypłam. Jest źle.  Atmosfera gęstnieje. W powietrzu wisi topór.

Zamiana miejscami nie wchodzi w grę. Wyjść w pełnym biegu też trudno. 

I  gdy już z wielkim trudem hamuję kolejną falę mdłości, wyjmuję aparat fotograficzny. Robię zdjęcia.

  

Wszystko odpływa. Deszcz nadal pada, ale jest ślicznie. Błogi spokój. Dojeżdżamy bez problemów.  

Mąż jakoś dziwnie zrelaksowany wysiada z samochodu.

A  ja mam swoje deszczowe, dla mnie bardzo klimatyczne zdjęcia..

 

 

2.JPG

 

 

1.JPG

 

 

5.JPG

 

 

6.JPG

 

 

3.JPG

  Bielsko Biała zza deszczowej szyby. Piękny odrestaurowany dworzec austriackiego cesarza Franciszka Józefa – będąc obok, warto zajrzeć do wnętrza i obejrzeć zjawiskowy sufit….

Losy moich Rodziców. Ślub …

Moją przyszłą Mamę- Stefę, pogrążoną w bezdennej rozpaczy, zupełnie nieobecną  ubrali w suknię ślubną i poprowadzili przed ołtarz.

Poddawała się biernie, z apatią.

Wacław udawał, że wszystko jest w porządku.

Zresztą wszyscy udawali, bo cóż mieli innego robić.

Gdy znalazła  się w kościele i usłyszała cudne niebiańskie organowe dźwięki pękły nagle lody w sercu Stefy.

Nie mogła się powstrzymać. Łzy same płynęły , zalewając twarz. Usiłowała hamować szloch, może nawet jej się to udało, może nie.

W pewnej chwili usłyszała cichy głos księdza Żuka, zaprzyjaźnionego z nią katechety, który łagodnie przywoływał ją do tego świata. Chyba to podziało orzeźwiająco, bo uroczystość przebiegała zgodnie z planem.

 

Pod koniec uroczystości zaślubin  wyjrzało wielkie słońce  i zagrało w witrażach.  

Ludziska zwrócili na to uwagę i wszyscy uważali, że  litościwe niebiosa zesłały tak cudną chwilę, na osłodę  osobistego dramatu panny młodej. Przecież jej przeżycia znali wszyscy, bo to było małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali i wszyscy wszystko o sobie wiedzieli.

Przyjęcie ślubne było piękne, w domu Łukaszewiczów.

Rodzice nie opowiadali o tym, jak wyglądało.

Jednak Tato lubił wspominać poranne wydarzenie.

Było niesamowite.

Czerwcowy  ciepły poranek powitał wielki rzęsisty czerwcowy deszcz.

Przyszedł nagle i był ogromny.

Oczyścił powietrze i ustąpił tak nagle jak przyszedł.

Wtedy wszyscy wyszli przed dom ,  zdjęli buty i na bosaka tańczyli w deszczu…