Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 14 ). Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem – część druga.

Najwyższa pora Leszku, by znalazła się tu Twoja opowieść o drodze ku medycynie.  Pierwszą część już można czytać w blogu. Teraz  drugi odcinek historii „ Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem „

Opowiadaj i wybacz moje uśmiechnięte ” buźki ” dodane w różnych miejscach Twojego tekstu : 

W moim rodzinnym Kutnie , w  Liceum –  Dąbrowszczaku, uczyłem się do matury.

Zamiast iść  na Studniówkę studiowałem „Fizykę” Piekary….

Na 2 miesiące przed maturą we wstępnym formularzu zapisałem, że będę fizykiem jądrowym.

Żaden z kolegów nie chciał zostać  lekarzem bo na tym zawodzie ciążyło przekleństwo „komuny” jako obcego klasowo.  ( był to rok 1965  – przyp. Z. K. )

Gdy na kilka dni przed maturą trzeba było wysłać papiery, zdałem sobie sprawę, że te jądra będę mógł rozbijać tylko w radzieckiej Dubnej a do partii nie chciałem się zapisywać.

W ostatniej chwili zmieniłem na medycynę bo przynajmniej będę mógł służyć ludziom.

Miałem też na myśli prawo, bo zawsze w szkole pełniłem rolę „adwokata uciśnionych”, ale to przeznaczenie tkwiące od dawna mną pokierowało i pewno wspomnienia Ojca – lekarza i Jego praca.

Chciałem do Krakowa, ale w Poznaniu był brat Ojca i Ciocia Ziuta (prof. Milanowska).

Poza tym tam studiowali moi Rodzice.

 W albumie rodzinnym było Ich zdjęcie na drzewie nad jeziorem w Sierakowie na obozie sportowym Profesora Pułkownika Piaseckiego. ( niestety, jak powiedział Leszek, wszystkie zdjęcia rodzinne zaginęły – przyp. Z.K.)

Byłem na  6-tygodniowym kursie przygotowawczym na „Wysrolu”. ( tak nazywano skrótowo Akademię Rolniczą w Poznaniu – przyp. Z. K. )

Popołudniami zaczytywałem się w książce „wielkiego” (w/g Profesora Miętkiewskiego) Brachet’a o budowie białka, komórki, DNA, działaniu białych krwinek, o odporności.

Wówczas postanowiłem zostać naukowcem, który znajdzie lek na raka.

CZEKAŁ NA MNIE NOBEL!

Dlatego praktykę po drugim roku miałem w laboratorium na Garbarach.  Trochę daleko od badania moczu do Nobla, ale od czegoś trzeba zacząć … 🙂

    Wszyscy wokół od dawna mówili, że powinienem  zostać chirurgiem jak Ojciec.  Dlatego w wakacje przed rozpoczęciem studiów przez kilka tygodni asystowałem przy operacjach. Chyba nie powinienem o tym mówić, ale przez pierwsze kilka dni za każdym razem mdlałem. Pierwszy raz, przy cholecystektomii do której trzymałem haki.  Padłem niespodziewanie na podłogę sali operacyjnej aż głowa jak garnek zadudniła. Widać  od tego czasu jestem taki „narwany”.  🙂

Potem była oddelegowana salowa, która za mną stała i pilnowała żebym bezpiecznie upadał.

Honor nie pozwalał mi nie stawać do stołu.

Kilka razy padłem przed upływem godziny, ale potem to przeszło.

Pamiętam do dziś  pierwsze trepanacje czaszki, rozlegle oparzenia, operacje prostaty metoda Milina, pęcherzyki żółciowe, wyrostki, diagnozę ostrego brzucha i …..

…….śmierć młodej pięknej dziewczyny z martwicą jelit po niedrożności trwającej kilka dni. Młoda kobieta wytrzyma każdy ból. Dlatego nie prosiła wcześniej o pomoc. Byłem potem przy Jej sekcji bo chciałem wiedzieć dlaczego…Czy chirurdzy popełnili jakiś błąd? Oczywiście że nie, ale chciałem wiedzieć jak uniknąć błędów. A poza tym czułem się blisko z Nią związany.  NIE MOŻNA WYGRAĆ Z PANEM BOGIEM.

Na marginesie, znacznie później – najdłuższa operacja którą  sam wykonałem  w Łodzi trwała 11 godzin – resekcja nowotworowej żuchwy z językiem i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi .  A najdłuższa – do której asystowałem –  to resekcja wątroby w Warszawie z naszym kolegą WÓJCIKIEM, którą robił przez 30 godzin profesor… z doc.   Zieleniewskim. Też motocyklowy bohater z Kutna, któremu trzeba było wycinać wątrobę po kawałku, by zostało jak najwięcej …… 

W wakacje po pierwszym roku znowu byłem na chirurgii w Kutnie tym razem z moim przyjacielem ze szkoły, Andrzejem Szewczykiem, który po pierwszym zaliczonym roku na biologii, (gdzie musiał liczyć nogi pająkom 🙂 ) zdawał na medycynę. Do niedawna był zastępcą ordynatora na laryngologii w Raszei . ( skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu im. Raszei – przyp. Z.K. ) .  Przyjaźnił się i pracował z naszym kolega śp. Musialikiem, mężem Prof. Danusi Popek.

Trafiła nam się koleżanka z klasy z liceum, cudna  blondynka KW ze złamaną miednicą. Motocykl oczywiście. Wtedy zakładało się tzw. portki gipsowe i asystenci oddziału kazali nam je założyć. Chyba złośliwie. Jak myśmy z Andrzejem się wstydzili  !  Ale ręce się nie trzęsły . Profesjonalnie  bez komentarza, śmiertelnie poważnie zrobiliśmy naszą robotę. Niestety jeszcze bardziej chyba to przeżywała nasza koleżanka, bo już nigdy Jej nie spotkaliśmy na Zjazdach. Krysiu ! naprawdę nie masz się czego wstydzić. Dla mnie masz nadal wspaniale ciało! Teraz po latach  mogę się przyznać, że obaj to zauważyliśmy.. Pierwsze spotkanie z tak pięknym, kobiecym ciałem o blond włosach. Była jak bogini, którą  my, dzielni rycerze mieliśmy uratować z więziennej wieży. Tylko, że wsadziliśmy jej tak ciężkie portki, których dziś się już nie zakłada ! Chciałbym Ją przeprosić…..

 PRZYSIĘGAŁEM SOBIE, ŻE NIGDY NIE BĘDĘ CHIRURGIEM !

 Nie żebym mdlał wcześniej ! 

Ale przecież bywało, że nawet w czasie Wigilii Ojca nie było z nami !

JAK ZWALCZYĆ NOWOTWORY? To miało być moje naukowe wyzwanie.

Do czwartego roku się tego trzymałem dopóki z Markiem Tuszewskim nie zacząłem trochę dyżurować na Przybyszewskiego. Wtedy pogodziłem swój zapał do walki z rakiem z immunologią i  chirurgią.

Najgorsze, że poza dostatecznym z farmakologii jedną z nielicznych czwórek dostałem właśnie z chirurgii.

To było jak wyzwanie. Musiałem to naprawić i nadal naprawiam.  🙂

CO NIE POKONA TO WZMOCNI…

zdjęcie Leszka z Facebooka

a pozostałe – własne – w mojej wyobraźni  symboliczne –  pierwsze – widok na Babią Górę od strony  Kotliny Żywieckiej , drugie – drzewa wspinające się na zbocze Skalitego …..