Mój kuzyn – Witold był chłopcem rozumnym, to pewne, ale Kazachstan wycisnął na nim swoje piętno, które dopiero po latach udało się uciszyć.
Po raz pierwszy spotkałam go we wczesnych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przyjechał kiedyś z ciocią do Gorzowa. Był dzikusem, chował się po kątach. Nadpobudliwy i lękowy, mówił niewyraźnie z trudem opanowując liczne tiki i jąkanie. Ciotka i pedagodzy włożyli mnóstwo pracy w opanowaniu tej sytuacji . Myślę, że gdyby nie jego silna wola i chęć powrotu do normalności, nigdy by się to nie udało. Wyrósł na wspaniałego młodego człowieka o bardzo dużych zdolnościach w dziedzinie elektroniki. Konstruował radia, i telewizory. Ukończył politechnikę . Opowiadała mi Basia, że gdy już był schorowany chcieli się go pozbyć w pracy, bo czekali już młodzi na to stanowisko. Wysłali więc go na kurs doskonalący, znany ze swojej surowej dyscypliny, licząc, że nie zda końcowego egzaminu. Ale mój Witek wrócił z cenzurą na maxa.
