
Zdjęcie z Wikipedii. Japońskie drewniane drapacze z okresu Nara ( VIII w.n.e.). Dla porównania wielkości na zdj umieszczono rolki obecnego papieru toaletowego.
Chętnie przystałyśmy na propozycję skorzystanie z wc, bo już była na to pora. Ta propozycja uruchomiła nasze pęcherze, które odpowiedziały, że są przepełnione wrażeniami i pragną opróżnienia. A tak naprawdę, to jeszcze mogłyśmy wytrzymać, ale gospodarz tak zachęcał, że podniecił naszą ciekawość.
Stefan z dumą pokazywał wszystkie funkcje, które spełnia jego wucet a właściwie tzw. washlet ( wc z bidetem) i próbował nas czegoś nauczyć. Oczywiście gapiłyśmy się jak przysłowiowa sroka w gnat nawet nie usiłując zapamiętać. Widząc nasze miny, gospodarz już tylko wygłosił krótki wykładzik na temat swojej „ maszyny” toaletowej. Tak więc można było zaprogramować ciepłotę wody do podmywania , i powietrza, które suszyło potem pupę, deska sama się unosiła dzięki specjalnym czujnikom i sama bezszelestnie opadała po odbytym akcie, można było włączyć funkcję samoczynnego badania moczu, co w przypadku mojej cukrzycy byłoby bardzo przydatne i można było włączyć muzykę czy nagrania śpiewów czy ćwierkania ptaków gdybym zechciała przytłumić odgłos siusiania. Japończycy dobrze wyliczyli, że tańsze jest montowanie takiego urządzenia niż marnotrawienie wody którą ludzie często otwierają nad umywalką w celu wygłuszenia różnych wydawanych dźwięków w czasie korzystania z toalety . Nie musiałam zapamiętać niczego , bo „oko „ toalety także samo widziało kiedy należy spuścić wodę.
Gospodarz oznajmił też, że można bezpiecznie siadać bezpośrednio na desce, bo ta jest stale odkażana , ma nieustanną kontrolę skażenia bakteryjnego i grzybowego i dlatego jest zupełnie bezpieczna.
Odetchnęłyśmy z ulgą, że nie musimy niczego pamiętać poza oddaniem moczu naturalnie. Gdy Kaśka i gospodarz opuścili tę „ świątynię dumania” , odważnie usiadłam na desce, oczywiście upewniając się, czy faktycznie klapa się sama otwarła. Jaka rozkosz, że nie trzeba było dotykać dłońmi ani przytrzymywać gdyby zamierzała opaść w niespodziewanym momencie, co czasami u nas się zdarza. Więc wszytko było jak trzeba.
Ale o jednej sprawie gospodarz nie wspomniał, chociaż zachęcając nas do skorzystania z wc uśmiechał się tajemniczo jakby nas czekała jeszcze jedna niespodzianka .
I oto ta nadeszła. Gdy umieściłam pupę na desce doznałam uczucia pierwszego i jak na razie takiego jedynego w życiu. Bo niespodziewanie deska była cieplutka, podgrzana, milusia, mięciutka . Siedziałam jak w kokonie i nie chciało mi się wstawać. Po chwili oprzytomniałam i opuściłam przybytek.
Wrażeń jak na ten dzień wystarczyło.
W czasie tego kilkugodzinnego pobytu w tym domu, kilkakrotnie korzystałyśmy z wc. I zawsze było tak samo miło.
Stefan opowiadał potem , że Japończycy najczęściej nie mają systemu grzewczego w mieszkaniach, gdyż uważają „ jest to bardzo zdrowe” gdy zimą temperatura w ich domach spada do 10 stopni C. Że japońscy bohaterowie uwieczniani w zapiskach historycznych lubili udowadniać swoje męstwo nie w działaniach bojowych a w wielogodzinnym staniu w lodowatej wodzie. Japończycy tak bardzo wierzą w zbawczą moc zimna i jego korzystny wpływ na rozwój układu krwionośnego malutkich dzieci, że przez cały rok nawet oseski są noszone z gołymi nóżkami. Dla ludzi z zewnątrz jest to widok przedziwny, gdy japońskie psy są ubierane w ciepłe kubraczki i czapeczki. Szkoda, że tego nie zauważyłyśmy, ale może ktoś z Was, kochani, zwróci uwagę na małe dzieci i pieski na japońskich ulicach.
Wracam jednak do ogrzewanej deski sedesowej. Jak wspomnę zimno w naszym nadbużańskim domku, to najbardziej dotkliwym miejscem jego odczuwania jest właśnie wucet. Siadanie na zimnej lodowatej desce dla mojej niezbyt rozbudowanej i nieotłuszczonej pupy jest cierpieniem. Gdyby mieć ogrzewaną deskę, pewnie byłoby łatwiej.
U nas wszystko już się zmieniło przez te dwadzieścia lat i pewnie wielu się nie dziwi siadając na ogrzewanej desce, którą sobie zafundowali. Ale ja nieustannie pozostaję pod wrażeniem. Pewnie zapamiętam do końca życia to, co mnie spotkało w domu Stefana…..
