Pora na wiesnuszki….

Pora na wiesnuszki ….

No cóż, Mili moi.

Piegowata Pipi – wymyślona i w 1945 roku napisana – niedawno obchodziła 70 urodziny 🙂 prawie jak ….

 

Czas odrzucić smutę, gdy Wiosna szaleje dookoła. Życie pędzi do przodu, niezależnie od nas, przyroda się corocznie odradza, ptactwo od 5 rana wyśpiewuje godowo. Moje ogródkowe kosy , które tu mieszkają przez całą zimę biegają- nie biegają bo skaczą w odróżnieniu od szpaków,  całe pięknie napuszone, z ogonkami filuternie zadartymi do nieba i  odświętnie pobudzone, prawie nie zwracają na mnie uwagi, mocno zajęte….

Ale dziś przypomniałam o wiesnuszkach….

Bo był taki czas, gdy Mama i Tata i ja kilkuletnia , może już pod 10 lat miałam, kiedy to Mama popatrzyła na mnie z czułością i rzekła- o, piegi- ileż ty masz piegów….wiosna była taka jak dziś, tylko już wszystko jest inne. Śladu po tamtych wesołych piegach już nie ma,  choć mocno sfatygowana skóra usiłuje je wydobyć, i spomiędzy zmarszczek wychodzą różne plamiste twory….

Tak jak wtedy i dziś, rzadko zaglądam do lusterka. Wówczas z powodu innych bardzo fascynujących zajęć oraz braku podręcznych lusterek a dziś wszystko jest pod ręką, ale…..no, powiedzmy że wolę oglądać moje kosy J

Mama wówczas rzekła z uśmiechem- że piegi po rosyjsku to wiesnuszki. Ładnie, melodyjnie i nawet ciekawiej niż używane powszechnie- co właśnie odkryłam w necie- „ pocałunki słońca”. Tak więc z owymi wiesnuszkami  na nosie i części policzków żyłam sobie radosna, beztroska , zachwycona światem…

Mama patrzyła na mnie z czułością i uśmiechem – mówiła- ooo już widzę wiesnuszki- i nagle pojawiał się na Jej twarzy uśmiech zadumy- gdy któregoś dnia zobaczyłam Twojego Tatę- oniemiałam- bo był piegowaty !

Tak więc warto przystanąć nad genetyką. Otóż skórę odziedziczyłam po Tacie, a jak pomnę również po Babci Stanisławie Rodziewicz- buzie miłe, lecz pomarszczone wcześnie i pewnie w młodości piegowate ….Bo jak czytam w necie ( och, ta skarbnica wiedzy wszelakiej- gąszczu prawidłowych i nieprawidłowych wiadomości w którym tak lubię buszować ), tam piszą iż piegi są uwarunkowane genetycznie i wiążą się z posiadaniem wariantu genu MCIR w locus 16q24,3 kodującego receptor dla melanokortyny która przyspiesza syntezę melaniny przez melanocyty. Dziedziczenie jest autosomalne dominujące…tak więc przeczytawszy, pełna powagi iż noszę ów nadzwyczajny gen, nie patrząc w lustro, unosząc swoje już zapomniane z racji dostojnego wieku- wiesnuszki na obliczu –  wychodzę do ogródka przywitać się z moimi kosami …

Jest cudnie….

 

Pierwszy podbiał w tym roku pozdrawia… uwielbiam te dziko sobie rosnące Uśmiechy- bezbronne bez liści jeszcze …..

WIELKANOC – noc CUDU ….

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

 

 

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

 

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….