Powrót do Japonii. U szoguna z wizytą.

SAM_9297.JPG

Pałac Nijo w Kioto. Rezydencja  szoguna .

 

 

 Niestety wieści z telewizyjnego okienka zaburzyły moje spokojne systematyczne opowieści o tej krótkiej, bo zaledwie 7 dniowej wyprawie do Japonii. Otóż ponoć cały internet żyje memami z zawołania naszego Prezydenta- „chodź szogunie”. Jak to było? Piszą o tym  nieomal wszystkie tytuły poważnych i niepoważnych gazet:

A oto cytat z  „ Faktu”: „  Prezydent Komorowski zaliczył wielką gafę. Podczas wizyty w japońskim parlamencie stanął na fotelu dla sprawozdawcy i krzyczał do jednego z członków delegacji: „Chodź Szogunie”

Prezydent Komorowski jest właśnie z oficjalną wizytą w Japonii. Jedną z jej części było spotkanie w tamtejszym parlamencie. Po rozmowach polska delegacja zwiedzała salę obrad. Co się stało?

W pewnym momencie prezydent Komorowski staje razem z Japończykami a szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisław Koziej robi im zdjęcie. Po chwili głowa naszego państwa kieruje się ku mównicy i …Komorowski staje na krześle dla sprawozdawcy! Głośno mówi do Kozieja: „Chodź Szogunie!” Japończycy są zdezorientowani.”

Z kolei  Niezależna.pl donosi:

Bronisław Komorowski „muzą”?! W internecie pojawiła się szydercza przyśpiewka po występach prezydenta w japońskim parlamencie. „Chodź szogunie, chodź szogunie mój” – śpiewają jej autorzy.”

       No cóż, my, pokolenie nieomal wychowane na serialu „ Szogun” jesteśmy z szogunem  za pan brat. I nas nie śmieszy ani nie oburza zachowanie i „odzywka”  naszego Prezydenta. Wprawdzie cesarzem Japonii nie jest, ale jest ojcowsko rubaszny. Uśmiechamy się tylko. Mogę sobie wyobrazić wielkie zdumienie Japończyków, ludzi poważnych  a nawet sierioznych ( jak mówią Rosjanie),  pieczołowicie pielęgnujących tradycję, konwenanse etc. Szogun? Jak to?  W Polsce? Nie wiedzieliśmy? Bo nie sądzę, że byli obrażeni. Może nie mam racji. Ale za to pokolenie naszych młodych wilków ma powód do wybornej zabawy i kpiny . Niech im będzie.

      A ja mam radochę, bo dzięki temu, że został wywołany temat szoguna wracam myślami do odwiedzonej przez nas pięknej dawnej stolicy Japonii.

I już jestem w Kioto. O podróży i o tym co zobaczyłyśmy z Kaśką jeszcze opowiem później .        Pora odwiedzić szoguna. To tutaj kiedyś mieszkał i pozostawił swoje ślady, którymi podążamy.

Ale najpierw słów kilka o tym, kim był siogun, shogun lub zwyczajnie szogun. Otóż  był wodzem naczelnym Japonii, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Początkowo , jeszcze w VIII wieku dowodził jedynie wojskami które brały udział w wyprawach wojennych mających na celu podbijanie terenów barbarzyńców, w IX wieku jego funkcja została zlikwidowana, by w XII wieku wrócić do tematu. Wówczas to, w 1192 r. cesarz Japonii ustanowił, że funkcja jest dożywotnia i dziedziczna, tak więc od tej pory przechodziła z ojca na syna.  Od pewnego okresu , gdy szogunami byli członkowie rodów Ashkaga i Tokugawa to oni  a nie cesarz sprawowali faktyczną władzę . W drugiej połowie XIX wieku  nastąpił koniec ery szogunów, kiedy to zniesiono tę funkcję.

    A teraz my, turyści mamy tutaj raj. Oglądamy z daleka rezydencję szoguna, zwaną Pałacem Nijo. Jest on  ładny, chociaż mało barwny jak na japońskie zwyczaje, w całości zbudowany z poczerniałego teraz drzewa cedrowego , stary i budzący jakiś szacunek oraz zadumę.

 Z tłumem( niestety) turystów  wchodzimy do środka .

Obowiązkowo zdejmujemy obuwie jak każe japoński zwyczaj.

Przemierzamy wewnętrzny szeroki korytarz biegnący wzdłuż zewnętrznej ściany. Docieramy do pokoi szoguna. Czujemy klimat dawnych czasów, przypominamy powoli różne okrutne sceny z filmu Szogun . Chociaż nie jest łatwo uwolnić się od tkwiącego w głowie po oglądaniu tego filmie wizerunku szoguna, który nieodmiennie nam się kojarzy z zupełnie nie przystającym urodą do Japończyków  wysokim, jasnookim aktorem Richardem Chamberlainem. I ostatecznie  nie byłoby nic dziwnego, gdybyśmy wyszły bez specjalnego wrażenia jakiejś grozy tego miejsca. Ale nie, tak nie jest.

W pewnym momencie przewodnik prosi o ciszę i proponuje byśmy szli pojedynczo tym korytarzem. Idziemy. Słychać delikatne granie. Każdy krok to granie.  Jakieś ćwierkania, poświstywania, gwizdy . Wyciągamy uszy. To gra podłoga pod naszymi stopami. Tak, oznajmia przewodnik. To gra podłoga. A raczej piszczałki ułożone pod deskami podłogi tego korytarza. Piszczałki, po co? Pytanie. Odpowiedź jest prosta. Szogun bał się zamachu na swoje życie. Zawsze się bał.  Kroki bosego zamachowca mogły być zupełnie niesłyszalne. Więc szogun wymyślił piszczałki. I kazał wyłożyć nimi przestrzeń pod deskami korytarza. I teraz już słyszał i wiedział , że ktoś idzie…..

I to było najsilniejsze wrażenie i pozostało skojarzenie- szogun to grające podłogi, skradanie się, zamachy, krwawa historia o japońskiej twarzy