„ Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 94-97 mój brat opowiada o Henryku Krysiaku. Chcę ocalić od zapomnienia tego niebanalnego człowieka, zdolnego, o poplątanym życiorysie i ostatecznie tragicznym losie i dlatego wrzucam w całości ten tekst.
Zastanawiam się nad tym, jak dalece sami układamy sobie życie, kierujemy swoimi dziejami a może jesteśmy tylko liściem , który kiedyś spada i miota nim wiatr po bezdrożach…….
<< Henryk Krysiak
Mało go kto z pewnością pamięta , nie wie, iż w dziejach gorzowsko- zielonogórskiej prasy codziennej jego nazwisko w minionych latach pojawiało się dość często, sygnując teksty publicystyczne i reportażowe. Poznałem go bodajże we wczesnych latach sześćdziesiątych , gdy jeszcze redagowałem „ Stilon Gorzowski”- gazetę zakładową, obejmującą jednak swoim zasięgiem miasto, a zwłaszcza jego problemy kulturalne. Przyjechał z Łodzi z dyplomem inżyniera włókiennictwa i został asystentem dyrektora naczelnego Gorzowskich Zakładów Włókien Sztucznych „ Stilon”. Była to niezła fucha, bardziej reprezentacyjna aniżeli pracochłonna. I odpowiadała mu w zupełności , gdyż daleki był od technokratycznych aspiracji. W imieniu dyrektora udzielał informacji prasie , reprezentował go na różnych konferencjach i imprezach. Od razu zauważyłem, że ze względu na wszechstronne zainteresowania humanistyczne właśnie taka praca najbardziej mu odpowiada, nie związana bezpośrednio z produkcją. Do tego miał odpowiednie predyspozycje – zawsze elegancko ubrany, elokwentny, umiejący wzbudzić zaufanie. W krótkim czasie zaczął pisywać na różne tematy w mojej gazecie, został członkiem kolegium redakcyjnego, żywo uczestniczył społecznie w redagowaniu pisma, chociaż i upominanie się wyższe honoraria nie było mu obce. Po prostu był pragmatykiem , cenił swoje możliwości, dopracowywał się coraz lepszego, sprawniejszego pióra. Z czasem też zdałem sobie sprawę, że jest to człowiek obdarzony talentem dziennikarskim i literackim, że z konieczności i bez zbytniego entuzjazmu przebywa w tym zakładzie , którego produkcja tak naprawdę go zbytnio nie interesuje. Ale zarazem pełnienie funkcji reprezentacyjnych w owym okresie prosperity zakładu wymagało uczestniczenia w suto zakrapianych alkoholem przyjęciach, organizowanych dość często dla miejscowych władz i gości z łódzkiego zjednoczenia lub z jakiś resortowych ministerstw. I Henryk Krysiak ani się spostrzegł , jak zdołał się przyzwyczaić do tego wystawnego trybu życia , do tych hojnie serwowanych koniaków, jak uzależnił się od alkoholu. Nie dostrzegł w porę wynikających stąd zagrożeń dla zdrowia.
Poznaliśmy się bliżej podczas pewnej eskapady za miasto. W tymże bowiem czasie w podgorzowskiej Kłodawie mieszkał Zygmunt Trziszka , późniejszy dziennikarz „ Gazety Zielonogórskiej „ i autor wielu książek prozatorskich. Był tam nauczycielem, kiedyś jego debiutancki tekst wydrukowałem w „ Stilonie Gorzowskim „. Gdy zjawił się w redakcyjnym pokoju podczas kolejnej wizyty, a był przy tym akurat Henryk Krysiak , zgadaliśmy się iż warto by było się udać w zbliżającą się sobotę na wiejską zabawę do Kłodawy, aby zobaczyć jak też bawią się ludzie na wsi. Decyzja zapadła. I oto w późne sobotnie popołudnie , wsiedliśmy z Henrykiem d taksówki , aby udać się do Kłodawy. Na miejscu rachunek opiewał gdzieś na około 300 złotych i został uregulowany przez mego współtowarzysza podróży pod warunkiem , że kiedyś zwrócę mu połowę kwoty. Niestety, nigdy już nie nadarzyła się ku temu sposobna okazja…
Świetlica w Kłodawie była wspaniale ozdobiona kolorowymi lampionami, Zygmunt Trziszka z żoną czekali już przy stoliku, dużo dobrego jadła i wódki. I wcale niezły zespół muzyczny. Zygmunt tańczył prawie cały czas z żoną, my- zdani tylko na siebie, gdyż jakoś dziwnie nie było przy sąsiednich stolikach urodziwych dziewcząt do tańca- rozmawialiśmy na luzie o literaturze, o własnych fascynacjach twórczością wybitnych pisarzy. Krysiak był bardzo oczytany i wygłaszał kompetentne opinie. Rozmowa z nim należała do prawdziwych przyjemności. Zarazem uznaliśmy, że nie będziemy wznosić specjalnych okazjonalnych toastów , tylko po prostu każdy z nas może napełniać sobie kieliszek gorzałą, kiedy tylko zapragnie. Obserwując kątem oka salę, dostrzegłem zarazem, że Krysiak coraz częściej sięga po flaszkę. Było to tempo zbyt duże nawet dla mnie, na miarę ówczesnych możliwości. Faktem jest, że ranek powitaliśmy w mieszkaniu Trziszki w raczej żałosnej kondycji. Chociaż Krysiak, młodszy ode mnie, jakby lepiej zniósł tę zabawę….
Wkrótce potem wyjechałem do Zielonej Góry, a niebawem przyjechał do niej Henryk. Rozwiódł się, porzucił intratną pracę, zapragnął zawodowo „ załapać” się w dziennikarstwie. Niestety, ciągnęła się już za nim legenda tęgiego pijaka. I chociaż nieźle znał się na ekonomii , sprawnie władał piórem, miał spore kłopoty z uzyskaniem etatu. Przez pewien czas był przedstawicielem „ Trybuny Ludu” , a później dostał się do „ Gazety Zielonogórskiej „, gdzie opublikował sporo tekstów publicystycznych chyba niezłej jakości. Niestety, zbyt częste alkoholowe periody powodowały zaniedbywanie dziennikarskich obowiązków i po pewnym czasie Krysiak musiał opuścić redakcję. To jednak nie opamiętało go- było już po prostu za późno. Pił coraz więcej, chodził coraz bardziej zaniedbany , niedożywiony, a jego mieszkanie przy Ptasiej coraz bardziej przypominało melinę. Przy końcu życia egzystował na marginesie środowiska. Żył zapewne już tylko z tego, co udało mu się sprzedać. Pewnego razu, po dłuższej libacji z pewnym zielonogórskim fotoreporterem , serce Henryka Krysiaka zatrzymało się na zawsze. I nawet nie wiem, czy jego zwłoki spoczywają na miejscowym cmentarzu. Odszedł w pełni sił twórczych człowiek zniszczony przez alkohol, o niewątpliwych zdolnościach dziennikarskich i nieprzeciętnej inteligencji. A przecież mógłby zostać wybitnym publicystą, znanym reporterem lub znakomitym redaktorem funkcyjnym. A może znanym i uznanym pisarzem?
A tak, pozostawił p sobie wiele tekstów , opracowanych niekiedy na kanwie własnych doświadczeń, m. in. cykl przejmujących relacji o dramatycznych przeżyciach alkoholika, opublikowanych w „ Stilonie Gorzowskim „ już po moim wyjeździe z Gorzowa, niezły reportaż „ Jeden dzień inżyniera”, wyróżniony w konkursie ogólnopolskim na reportaż o tematyce współczesnej, związanej z regionem zorganizowanym przez Komitet Organizacyjny „ Święto Prasy” , Wydział Kultury WRN, oddział ZLP, LTK i redakcję „ Nadodrza” w 1976 roku. I pozostał pewien reportaż…Zbigniewa Ryndaka, którego bohaterem jest właśnie Henryk Krysiak. Będąc już na rencie, zaprosił do siebie Ryndaka, ten wziął pół litra wódki i magnetofon. I nagrał wstrząsającą relację Henryka własnej poplątanej biografii. Tekst Ryndaka, zatytułowany „ Aria na strunie G” został po latach również nagrodzony, a następnie w wersji skróconej i poprawionej opublikowany w jednym z magazynowych wydań „ Gazety Nowej”, tym razem pod tytułem „ Inna barwa księżyca”. >>
