Nasza Julka…

Jula z dyplomem zda się, frunie ….sama usportowiona radość …..

Na chwilę musiałam przerwać wrzucanie tu Pamiętnika Kolegi, bo w zamyślenie nad Jego dziejami, nad dziejami naszymi, lekarskimi   wdarła się radosna  aktualna Młodość !!! Stało się to za przyczyną Julki, jak wiadomo naszej trzeciej Wnuczki, która właśnie się obroniła – wcześniej pisząc bardzo wartościową pracę- mamy oceny dwóch recenzentów, kwalifikujących ją jako prawie magisterską i stawiających ocenę bardzo dobrą, a przed 3 dniami zdała egzamin i już jest inżynierem” pełną gębą „ J Wprawdzie do pełni jeszcze pełniejszej zostały studia magisterskie, ale to już jeden duży skok. Dziewczyna ma poukładane w głowie, co nie zawsze idzie w parze z urodą. W tym wypadku tak jest !!! Dwa w jednym J

A WSZYSTKO zaczęło się tak. Oczywiście opowieść moja, babcina, może nie zgadzać się z prawdą, ale zawsze mogę poprawić, jeśli uznacie, że było inaczej….albo wpisać swoje w komentarzu- pożądane !!! dla przypomnienia- gdy się kliknie na tytuł wpisu to on się podkreśla a na dole tworzy się miejsce na komentarze J

Otóż w tym samym co na zdjęciu powyżej,  dostojnym gmachu  Politechniki Warszawskiej, pięknego dnia – pewnie latem to było-  zebrali się świeżo upieczeni studenci wydziału Inżynierii Lądowej . Pewnie, jak to na Politechnice, w przeciwieństwie do np. Akademii medycznej, dziewczyny były okazami rzadkich kwiatów. Nieco starsi, już zaawansowani w edukacji koledzy postanowili się wybrać pod tablicę, gdzie ogłaszano wyniki, by obejrzeć młody narybek. Oczywiście , jak wszyscy się domyślają nie chodziło o narybek płci męskiei  🙂

I tak do pewien drągal, choć o sylwetce sportowca i urodzie aktora filmowego dojrzał uśmiechnięte piękne, słodkie dziewczę , jak zawsze radosne,  o  oczach jak płonący wielki błękit, mieniący się zielenią .  W tych oczach dało się wyczytać wszystko: i ogromne czułe serce, i dobroć i umiłowanie piękna i smutę nagłą …… I on, doświadczony już wilk morski, najnormalniej zatonął w tym  jarzącym się błękicie  🙂

I tak się zaczęła Ich znajomość, pewnie i przyjaźń a przede wszystkim Wielka Fascynacja , Zauroczenie i Miłość ….

Nie byli gotowi do wczesnego zawierania więzów małżeńskich, pewnie mieli chwile zwątpień, ale dali radę 🙂

Któregoś upalnego dnia, lub nocy, na brzegu Morza Egejskiego, wśród starożytnej scenerii pobliskiej Troi, Efezu itp., gdzie mieszkają jeszcze duchy dawnych Greków a teraz najnormalniejsi Turcy, dwie komórki tej pary postanowiły się spotkać. Dwie maleńkie,  mikroskopijne komórki , może przypadkowo lub nie ( zastanawiające), postanowiły stworzyć maleńką istotkę , w dodatku Dziewczynkę….

…..I tak to one, te dwie zakochane w sobie, ciupeńkie  komórki, zdecydowały, że  ślub Ewy i Marcina był iście królewski. Ten drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia stał się dla Nich i dla nas istnym majem, wiosną życia…. Odbył się w małym, krągłym kościółku, przy ul. Gdańskiej, który ufundował Jan Sobieski swojej Marysieńce. Romantyczne  to miejsce wypełnione tą legendarną miłością, posadowione  na wzgórzu nazwanym potem Marymont ( w tłumaczeniu : Wzgórze Marii)  , patrzące na Wisłę, szeroką, trochę leniwą miejscami, ocierającą się przymilnie o przyniesione z nurtem  piaszczyste łachy, lecz  nieustannie płynącą  do swojego morza. Ta piękna, całkiem nieuregulowana królowa naszych rzek, była wtedy jeszcze widoczna ze wzgórza zda się u stóp zakochanych, choć oddzielona osiedlami chałupek i nowych wieżowców  , położonych  w dole, w  pradolinie którą sobie przed milionami lat wyrzeźbiła ta rzeka….

…równie piękne przyjęcie w dużej Sali przy Teatrze Komedia- wszystko jak z cudownego filmu….całość ubarwiała trzyletnia może dziewczynka, która ganiała pomiędzy dorosłymi , tylko jej płowe włosięta fruwały, a gdy zaczynali grać- pierwsza biegła na parkiet. Znad stołów widać było tylko jej fruwające kudełki… To była pierworodna córka Justyny, Weronika. Od tej pory, a może już wcześniej bardzo pokochała chłopaka, a potem męża Ewy –Marcina, drugiego w naszym rodzinnym kręgu  i chyba z wzajemnością, bo wprawdzie  już nie siada mu na kolanach, jak kiedyś,  ale stale jest ciepło pomiędzy nimi…

….Gdy jesień już była w rozkwicie , a może właśnie  mierzyła się z zimą, nie pomnę, wychodząc do pracy, usłyszałam ciuchutkie wołanie Ewuni – mamo…. Cofnęłam się od drzwi wyjściowych, otworzyłam drzwi pokoju skąd dochodził głos – z niejakim lękiem- o co chodzi ? Na tapczanie , po lewej stronie pokoju leżała jeszcze, bo był bardzo wczesny poranek-  nasza mała córeczka – zawsze mała, choć miała wtedy już swoje lata- przysiadłam obok , a ona szeptem nieomal, jakoś lękliwie , powiedziała- jestem w ciąży. Jakże się ucieszyłam, wyściskałam. Nieomal ze łzami mówiłam, że to wielkie szczęście, taka wiadomość, bo dziecko to najpiękniejszy Dar. Córeczka chyba została uspokojona, a ja pognałam do swojego CZD, bo daleko było, na skrzydłach z tą wiadomością w głowie, sercu i oczach…..

….Gdy lato było już za drzwiami, wracałam sobie najspokojniej ze Zjazdu w Sztokholmie , spokojnie , bo do terminu porodu Ewci jeszcze chyba były dwa tygodnie, gdy na lotnisku Mirek i chyba nasz syn- takoż  Marcin witając mnie , oświadczyli, że Ewa już w  szpitalu. Tradycyjnie, jak wszystkie nasze Wnuki, tam lądowały ich brzuchate jeszcze Mamusie . Oczywiście, wszyscy wiedzą gdzie…ano nad Wisłą, przy ul. Karowej, w Klinice Położniczej, gdzie jak nasz Rodzinny Anioł Stróż czuwała Magda Broś. Ta młoda adeptka sztuki położniczo- ginekologicznej, o wielkiej sile osobowości i niesamowitym nosie położnika, wprowadzała  na ten świat nasze rodzinne pisklęta.

Już nie chciałam do domu, tylko z lotniska pognaliśmy czterema kołami prosto do szpitala. Ewunia miała bóle, jej mąż, Marcin czuwał w pobliżu i z dala równocześnie i zda się, że jednak był zdenerwowany- ale na pewno przejęty. Już nie pomnę detali…..pobyłam jakiś czas przy Ewuni mojej, ale nadeszła pora by wpaść do domu i przynajmniej schronić się pod prysznicem. Zostawiłam więc moje Dziecko, które oznajmiało, że chce znieczulenia nadoponowego- co wówczas dopiero wchodziło tak szeroko jak teraz, w praktyczne użycie. Ja, stary pediatra miałam jakieś lęki , że poród wtedy jest jakby nienaturalny ( no cóż, przeżyłam swoje cztery bez takich ułatwień) . Tak dalece nie byłam pewna jej decyzji, że ostatecznie po prostu stamtąd uciekłam, zapewniając, że niebawem wrócę. Zresztą z naszego Żoliborza daleko nie było, więc faktycznie wróciliśmy po niedługim czasie. Ewunia leżała wprawdzie na łożu boleści, ale z szerokim uśmiechem na buzi, co oznaczało, że już jest” pod wpływem „ leków o które prosiła… samej akcji porodowej nie widziałam, bo pewnie znowu gdzieś wybyłam- tylko potem już Maleństwo , jeszcze ocieplane w cieplarce, choć otrzymało , jak trzeba 10 punktów….śliczna byłaś Juleczko, śliczna od tych pierwszych dni……

A teraz nam wyrosłaś na dorosłą , choć jeszcze bardzo młodą kobietę….niech Ci się darzy w życiu, w Miłości, w zawodzie który wybrałaś,  z rodzicami którzy Cię kochają najbardziej i  z przystojnym i mądrym Bratem Michałem,  a także z całą naszą niemałą rodzinką ,  wśród  ludzi tylko dobrych , niech Ci się darzy…..

Jula z bratem Michałem ….ile mogli mieć wtedy lat ???? ….nieco szaleństwa i siła spokoju  ? 🙂 zdj ze zdjęcia 🙂

Ślub Ewy i Marcina Gregorowicza….

a to wspomnieniowo….myślę, że i wybaczycie, ale tak mi przyszło by pokazać to zdjęcie……

Jedno z ostatnich wspólnych Świąt Bożego Narodzenia ze Stefanią Łukaszewicz z d. Jakubiec  ( ur. 1907-zm.2000) , Wacławem Łukaszewiczem ( ur. 1908- zm. 2002). Od lewej stoją Mirek Konopielko ( ur.1935- ), w tyle Marcin Konopielko ( ur.1973- ), Ewa Gregorowicz z d. Konopielko ( ur.1970- ) z opisaną tu Julką na rękach ( ur.1995- ),  za nią fragment Justyny Jędrych z d. Konopielko ( ur. 1969- ), przed Justyną Paulina Rosińska z d. Konopielko ( ur.1979- ), za nimi Marcin Gregorowicz ( ur.1968 – ), potem Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ( ur. 1947- ), z Dorotką  ( ur. 1993- ) na rękach , w prawym dolnym rogu- Weronika Jędrych ( ur.1991- )

Oczywiście jeszcze wtedy nie było pozostałych członków Rodziny, których tu wymieniać nie będę, bo wszyscy wiedzą z kim się spotykamy w każde Święta  Bożego Narodzenia i jest to dzień Najważniejszy cementujący rodzinę………….

 

Śladami mojego Taty. Witold ….

Mój kuzyn – Witold  był chłopcem rozumnym, to pewne, ale Kazachstan wycisnął na nim swoje piętno, które dopiero po latach udało się uciszyć.

Po raz pierwszy spotkałam go we wczesnych  latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przyjechał kiedyś z ciocią  do Gorzowa. Był dzikusem, chował się po kątach. Nadpobudliwy i lękowy, mówił niewyraźnie z trudem opanowując liczne tiki i jąkanie. Ciotka i pedagodzy włożyli mnóstwo pracy w opanowaniu tej sytuacji . Myślę, że gdyby nie jego silna wola i chęć powrotu do normalności, nigdy by się to nie udało. Wyrósł na wspaniałego młodego człowieka o bardzo dużych zdolnościach w dziedzinie elektroniki. Konstruował radia, i telewizory. Ukończył politechnikę . Opowiadała mi Basia, że gdy już był schorowany chcieli się go pozbyć w pracy, bo czekali już młodzi na to stanowisko. Wysłali więc go na kurs doskonalący, znany ze swojej surowej dyscypliny, licząc, że nie zda końcowego egzaminu. Ale mój Witek wrócił z cenzurą na maxa.