I przerwa w Opowieści Sylwestrowej się wydłuża, bo przyfruwają inne tematy i bardzo chcą się tu znaleźć. Tak mam, jakiś wewnętrzny imperatyw przychodzi z którym nawet nie usiłuję walczyć. Ale potem wrócę do tamtego, co rozpoczęte czeka. Pewnie tamto wspomnienie będzie już wypłowiałe, ale to nic…..
Przed kilkoma dniami zadzwoniła Grażyna ( bratowa Mirka ) i otrzymałam od Niej „ głaski”. To ponoć określenie psychologów, jak mówi mój rodzinny, najmłodsza córka Paulina. Głaski są potrzebne, by żyć i czuć się dobrze. Oczywiście mogą być fałszywe głaski, ale nie chcę tak myśleć, odrzucam także teraz takie myślenie o tym co powiedziała Grażyna- Że lubi moje miękkie teksty w blogu ( bezwartościowe w mojej ocenie pisanie ) że czyta i coś Jej to daje. Chcę Jej wierzyć. Było też w rozmowie z Nią o książkach. Kiedyś butnie utworzyłam tu rozdział pt. Książki. Dużo czytam dzięki ukochanej michałowickiej bibliotece i przemiłym Paniom ( ukłon i podziękowanie w Ich stronę) , bo wyjmują książki z regału i mówią, że to dla pani….Potem się zacukałam, jak mawiają niektórzy i przestałam pisać o książkach. Bo wszak krytykiem nie jestem ani znawcą literatury. Nie mam prawa. Ale Grażyna mnie wsparła i namówiła. Pisz jak czujesz, tak też można. Ona jest osobą fachową, oczytaną, zorientowaną, dla mnie „ z wyższej półki” i w dodatku przez wiele lat była redaktorem PWN- wyjaśnienie dla młodych- bardzo poważnego Państwowego Wydawnictwa Naukowego. Tak więc gdy Grażyna mnie” głaskiem „ ośmieliła, piszę…. Tym razem będzie o „Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.

Jacek Dehnel upozowany na Autoportret Rembrandta…
Dzienników nie lubię czytać. Nie czytam bo nie lubię. A może nie lubię bo nie czytam. Przyznam, że nawet próbowałam Dąbrowskiej, Iwaszkiewicza a nawet Mój wiek Aleksandra Wata. Za trudne dla mnie, za dużo wiedzy której nie ogarniam. Niestety dziesięciolecia spędzone z „literaturą „ medyczną są stracone dla rozwoju. Może też natura nie dała mi pamięci do szczegółów: nazwisk, wydarzeń historycznych itp. Już na wstępie się w tym gubię …
Tym razem okazało się inaczej. Zabrałam się za Jacka Dehnela” Dzienniki roku chrystusowego”. Dehnela lubię po jego Lali, Saturnie i Matce Makrynie. I teraz mam za swoje. Galopuję za nim, usiłuję dopędzić tego 33 letniego młodzieńca i dostaję zadyszki. Jego dni wypełnione po brzegi. Może, gdybym kiedyś opisywała swoje też by tak było. Oczywiście się nie porównuję, bo porównywanie tych dwóch jakości i smaków życia byłoby świętokradztwem w stosunku do Dehnela.
I Dehnel pędzi przez ten swój wiek chrystusowy, młodzieńczy z urokiem i wdziękiem. Czego tam nie ma. Zmiksowane w każdym dniu . Złe określenie, zmiksowane. Tylko dobrze wymieszane tak jak się działo. Codzienność jedzeniowa, knajpiane barowe i wytworne międzynarodowe smaki, widać, że lubi się tym delektować , stroje, przebrania, szczegóły remontu starej pięknej kamienicy , spotkania autorskie w kraju i zagranicą różne, czasami z jednym słuchaczem który śpi albo w ostatniej chwili ucieka, bo okazało się, że to nie ten pokój do którego miał się udać. Czasami dyskusyjne, szerokie.
Życie w pociągach.
Podróże, barwne szczegóły pejzażu, kraje ( dla mnie niesamowite o Islandii i Indiach ) i miasta, które aż chciałoby się zobaczyć oczami autora, porównać z własnym oglądem a może podyskutować . Oj, gdybym była młodsza, pojechałabym Jego śladami z kopią tego co napisał. Ale tak nie będzie już, pozostaje klimat w oczach i pamięci.
I są tam ludzie, ludzie których i tak nie znam i nie poznam. Obcokrajowcy wpisani w swój krajobraz i spotykani w Polsce, nieznajomi z pociągów i przyjaciele . Czasami tylko ich inicjały, dla znajomych z tej Dehnelowej śmietanki pewnie do rozszyfrowania.
Ładnie o pisaniu Pawła Huelle ( lubię ), źle o Ninie Andrycz. I Brzydko , czego nie lubię, o „Ostatnim rozdaniu” mojego ukochanego i bardzo szanowanego Wiesława Myśliwskiego. Dlaczego? Pewnie szczerze, ale do bólu . Nie lubię tak, nie ma niczego o tej książce, co się podoba Dehnelowi . Jednostronna, prześmiewcza nawet opinia. No cóż, młodość krytyczna, bezkompromisowa. Skąd ja to znam. Jakieś cienie z przeszłości się kłaniają. Ale teraz myślenie, że przecież zawsze można znaleźć pozytywnego, choćby dla równowagi. Tutaj moja gwiazda przewodnia- Waga się kłania. Ale tu Dehnel nic dobrego o Myśliwskim . Szkoda. I pozostaje pytanie, czy młodzik 33 letni może zrozumieć dobrze , odczytać myśli, rozważania, problemy 86 latka jakim jest Myśliwski. Czy ma w ogóle prawo oceniać ?
I wracając do ksiązki o której miało być. Coś innego. Dehnel ciepło o Pietii , od 10 lat ich związek i czułość . Nie ma o seksie, więc nie myślę. Tylko romantyczny homoseksualizm. Zero brutalności, brzydkich słów i określeń. Tylko przytulanie i bliskość, przyjaźń, wspólne zainteresowania. Ładnie. Powoli przychodzi do mnie zrozumienie, że może być prawdziwa miłość do osoby tej samej płci .
I do tego bystry ogląd świata. O polityce i zakłamaniu kleru z czym się w pełni zgadzam . Aż dziw, że tak zapędzony nadąża, widzi, komentuje. No, cóż młody jest po prostu.
Poza tym ta książka jest pełna muzyki . Zanurzenie w muzyce. Zakochanie w niej od dzieciństwa. I zrozumienie muzyki, podobnie jak malarstwa, ubiorów.
Oj, czego nie ma w tym „ Dzienniku roku chrystusowego” Jacka Dehnela.
Jednym tchem trudno wymienić, bo zadyszka moja wiekowa się włącza. Ale brnę przez tę lekturę i czuję powiew młodości, skrzydło jej mnie muska . Nie drażni mnie niejaka zarozumiałość autora. Dużo już w życiu zdziałał , poezje, portale, organizacje, nagrody, powieści , więc ma prawo. Do tego prawo nieomylnej młodości . Tu znowu moja wrodzona wyrozumiałość, a może starcza, się włącza. Ale nie drażni mnie jego pewność siebie. Jest miły.
Ciekawe jaki będzie jego dziennik np. osiemdziesięciolatka, no może siedemdziesięciolatka , jeśli taki napisze .
Ale jedno jest pewne, że już tego nie przeczytam…..Na razie jest dobrze…..

Jacek Dehnel sprzed kilku lat. Zdjęcia z Wikipedii….pewnie takie lubi Jego matka. Sam pisze, że krytykuje te upozowane…
