





Obrady były zaplanowane na pełne trzy dni, potem miałyśmy jeszcze kolejne trzy dni na zwiedzanie no i może skorzystanie z zaproszenia naszego nowego znajomego z samolotu..
Tak jak zwykle na kongresach bywa, wieczorem zawieziono nas gdzieś poza Nagoję, do restauracji na powitalną kolację . Pawilon , pięknie położony w jakimś niewielkim jak tu wszystko parku na ciupkiej wyspie oczywiście sztucznego stawu , miał typowo bardzo surowe, skromne, pergaminowe wnętrze. Tak jest zresztą w restauracjach japońskich, które znacznie później widziałam w Warszawie( chyba pierwsza była przy ul. Foksal). Nie widuje się tu girland sztucznych czy nawet naturalnych kwiatów i innych podobnych ozdób, których nadmiar mamy teraz w Polsce.
Gdy weszłyśmy do sali, zaproszono nas do stołów. Rozejrzałyśmy się , gdzie te stoły ale ujrzałyśmy jedynie niskie stoliki jak w przedszkolu. Przy tych krasnoludkowych stolikach widać było siedziska i oparcia krzeseł. Jednak ze zgrozą zauważyłyśmy, że te krzesła nie mają nóg.
Widmo męki zawisło od razu, nieco psując nam humor. Usiadłyśmy więc , z trudem układając nogi, na szczęście byłyśmy jeszcze wtedy dość sprawne, więc udało się. Obserwowałyśmy jak inni układają nogi, wszyscy się wiercili, wszak większość to byli cudzoziemcy. Najpierw przysiadłam na podkulonych nogach, potem próbowałam układać je w bok, ale od razu drętwiały. W końcu , już nie wiem czy ja, czy siedząca naprzeciwko Kaśka wymyśliłyśmy, że należy je po prostu wyciągnąć przed siebie. Od razu ulżyło , należało tylko uważać, by nie uderzać sąsiada z naprzeciwka. W naszym przypadku raczej to nie groziło, bo miałyśmy stopy nieomal pod nosem jedna drugiej.
Rozpoczęła się uroczystość. Najpierw występy kolorowe, dziecięce, motylowe, szaty , instrumenty, śpiewy na świdrujących wysokich tonach i taniec. Piękne było , ale w końcu się skończyło. Potem Japonki stylizowane na gejsze roznosiły tace z jedzeniem, przy każdym człowieku przysiadając, gdyż jak wspomniałam stoliki były na wysokości chyba co najwyżej 30 cm. Bidulki musiały się nieźle nagimnastykować, my też. Ale cóż, tradycja, to tradycja. Pewnie dlatego tu wszyscy są zdrowi i sprawni, bo jedzą swoje morskie dziwolągi i zażywają dużo ruchu, obgadywałyśmy z Kaśką Japończyków.
Zajęłyśmy się podziwianiem tego co na tacach. Oczywiście wszędzie były motywy z kwitnącą wiśnią, gdyż taka była ta szczęśliwa pora zjazdu. Miseczki, talerzyki z finezyjnie poukładanymi mikroskopijnymi daniami tworzyły uroczą całość. Kaśka, która jest jedzeniowym fanem rozpoczęła obfotografowywanie tych dań. Zaczęłam ją naśladować, bo występy utrwaliłam, ale nie przyszło mi do głowy, by posiłki też uwiecznić. Już nie wiem, które przedstawione tu zdjęcia są wykonane przeze mnie czy przez Kaśkę.
Spróbowałyśmy nawet zupy , jakby innej niż tamta z zepsutej soi, ale z trudem się wstrzymałyśmy przed wypluciem pierwszej porcji. Poskubałyśmy trochę ryżowych kulek, jakieś zieleniny okazały się nawet pyszne . Wodorosty w długich płatach suszone bardzo smakowały , były chrupkie i pikantne, chociaż niosło od nich rybą. Wkrótce takie zakupiłam i przywiozłam do kraju by poczęstować bliskich.
Na szczęście niebawem wszyscy zaczęli się podnosić, z trudem rozprostowując zdrętwiałe kości. Impreza dobiegała końca….a wieczorem , w hotelu opychałyśmy się bułkami. No cóż nasze sadełka tego się domagały…
