A może tak trzeba….

Nie chciało się wracać z tego miejsca, oj nie chciało. Czasami Mamy wzywały nas wielokrotnie do domu na obiad, albo kolację, gdy zmierzch rozpoczynał swoje władanie naszym podwórkiem.

Któregoś dnia, moja Mama, ostrzegając wcześniej, że nie wpuści mnie do domu , jeśli będę zwlekała z powrotem, spełniła obietnicę. Niepomna przestrogi, radośnie wróciłam oczywiście mocno spóźniona i zastałam drzwi zamknięte. Dzwoniłam do oporu, bez efektu. Nasza klatka schodowa w tym czasie była zawłaszczona przez różne ciemne typki, które odwiedzały mieszkającą piętro wyżej zabawową sąsiadkę. Z perspektywy czasu wiem, że była to najprawdziwsza prostytutka. W jej mieszkaniu odbywały się balangi a panowie na schodach zostawiali ślady swojego upojenia alkoholowego , czyli cuchnące rzygowiny. Ktoś litościwy posypywał je popiołem, ale fetor zostawał. Zawsze wstępowałam na tę naszą klatkę schodową z lękiem,  ale tym razem strach uzyskał swój punkt kulminacyjny. Mama wiedziała, że się boję, ale była zasadnicza i nie ustępowała. Bo bezskutecznym dobijaniu się do drzwi naszego mieszkania, położyłam się na wycieraczce, zwinięta w kłębek i dygotałam. Chyba po pewnym czasie już nawet nie dygotałam, tylko znieruchomiałam w przerażeniu. Po chwili, która nie wiem jak długo trwała, otworzyły się drzwi z mieszkania naprzeciwko i wyjrzała pani Kolasińska. Ta litościwa kobieta spytała, co tutaj robię. Pewnie jej opowiedziałam, bo bez słowa wzięła mnie za rękę i zabrała do swojego mieszkania. Jak dobrze pamiętam ten moment uwolnienia i powrót bezpiecznego ciepła. Usadziła mnie na tapczanie i podała kubek bardzo ciepłej herbaty. Piłam łapczywie.  Po chwili wyszła i niebawem przybyła z  Mamą, która nadal obrażona, wzięła mnie za rękę i bez słowa zaprowadziła do domu. Od tej pory pilnowałam się bardziej by sytuacja się broń Boże nie powtórzyła.

To doświadczenie nauczyło mnie pokory i chyba było praprzyczyną , że potem już podporządkowywałam się Mamie bez protestów. Ale gdy przypominam tamten wieczór,  nadal czuję zimny dreszcz na plecach.

Gdy urodziłam swoje dzieci, postanawiałam nie stosować takich rygorów i jak już kiedyś napisałam, dostawały pełen luz, co nie zawsze było dobrą metodą wychowawczą- właściwie żadną. Całkiem niedawno opowiadała mi najmłodsza córka, że gdy bawiła się na podwórku, koleżanki oznajmiały, że o tej i o tej godzinie muszą wrócić do domu. I ona bidula, nie mając takich ograniczeń, też chciała im dorównać i zmyślała:  mama kazała wrócić ….