Na medycznej ścieżce. Pierwsze dni, tygodnie i miesiące z Ewcią…

Zdjęcie wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz w dniu  7.02.1971 roku. Ewcia ma 6 tyg.

Justyna przyjęła Ewę radośnie, miała wówczas 1 rok i 2 miesiące, dreptała wokół łóżeczka z noworodkiem i powtarzała z zachwytem dzidzia, dzidzia.

Nam się wydawało, że jest już całkiem dużym samodzielnym człowieczkiem i niewątpliwie była przez nas traktowana jak bohater drugiego planu.  

Bo pierwszy plan zajęła  Ewcia. Ten maleńki człowieczek dawał się nam srodze we znaki.

Po powrocie ze szpitala wykonała wielki kich i wówczas  zobaczyliśmy z przerażeniem, że wykichała z nosa ogromny kłąb ropy. Ale ona się tym nie przejmowała, miała w dzień całkiem dobry humor, który kompensowała nocnymi rykami. Zmywałam makijaż etapami do godziny 24, od 3 zaczynałam malowanie powiek.

W międzyczasie usiłowałam nakarmić małą piersią, którą ona wypluwała z niesmakiem.  Zresztą awersję do mojej piersi demonstrowała już od 3 doby życia. Każda moja propozycja karmienia naturalnego kończyła się a właściwie zaczynała całkowitą odmową, wielkim wrzaskiem,  unoszeniem tułowia na piętach z podpieraniem na części potylicznej małej kształtnej główki. Uspokajała się natychmiast, gdy rezygnowałam z takiego sposobu karmienia. Ponieważ przy takim systemie odżywiania się, nie ubywała na wadze, było całkiem prawdopodobne, że troskliwe ciocie- pielęgniarki z oddziału noworodkowego dostarczały jej wielkiej przyjemności wlewając przez wielką dziurę w smoczku sztuczne mleko z butelki.

Ponieważ nawyk ten przeniosła na grunt domowy, po kilku bezskutecznych próbach podawania piersi, zrezygnowałam całkowicie, wlewając do jej dzioba mleko sporządzone z proszku. W tamtych czasach nikt nie słyszał o super mieszankach mlecznych, sterylnych i wymagających jedynie wsypania do butelki i zalania wodą. Wówczas było dostępne jedynie tzw. mleko niebieskie. Należało je długo mieszać z zimną wodą, potem gotować i na koniec cedzić, gdyż znajdowały się tam różne kluski ze źle rozmieszanego proszku a także dziwne czarniawe paprochy o trudnym do ustalenia rodowodzie. Tak więc każdą wolną chwilę spędzałam   w kuchni gotując tę strawę, albo uspokajając wrzeszczące niemowlę. Nie wspomnę już o  praniu i gotowaniu oraz prasowaniu pieluch tetrowych, których dziennie schodziło ponad 40.

Katar Ewci  minął  po miesiącu, a do tej pory wyciągałam gruszką ropę z nosa i odwiedzałam lekarkę rejonową, by oceniła stan dziecka. Ta uważała, że noworodek jest w znakomitej formie i żadnego leczenia nie wymaga. W końcu lekarka powiedziała, że jestem studentką medycyny i muszę sobie sama radzić, bo ona ma wielu pacjentów i jest zajęta. Od tej pory starałam się sama radzić sobie z problemami zdrowotnymi dzieci z różnym oczywiście skutkiem. No cóż, nauka nie idzie w las.:)

Na medycznej ścieżce. Pierwszy medyczny sukces.:)

Ponieważ katar czuł się dobrze w moim nosie, postanowiłam walczyć z nim dalej.   Przypomniałam sobie metodę leczenia wodą opracowaną przez księdza Kneippa, o której kiedyś opowiadała Monika. Jej siostra w ten sposób , wyleczyła sobie zapalenie przydatków.

Chyba gdzieś poczytałam na ten temat, resztę opracowałam sama.

Po pierwsze, odrzuciłam krople na katar.

Następnie wsypywałam do szklanki ciepłej wody łyżeczkę soli  i starannie mieszałam zawartość, by sól uległa rozpuszczeniu.

Potem przystępowałam do płukania nosa.

Musiałam wypatrzyć moment, gdy wszystkie koleżanki z naszej kołchozowej ul. Sieradzkiej dokonały ablucji i zostawiały łazienkę do mojej dyspozycji.

Zamykałam się w tym pomieszczeniu i z powagą i przejęciem , wierząc święcie w skuteczność metody, zajmowałam się swoim zabiegiem.

Technicznie było to proste. A mianowicie napełniałam dłoń słoną wodą  a następnie wciągałam wodę jedną dziurką nosa .

Zatrzymywałam oddech, wykonywałam okrężne  ruchy głową, by woda docierała w różne zakamarki nosa i po chwili energicznie wydmuchiwałam zawartość z nosa.

Potem przychodziła kolej na drugą dziurkę.

Zabiegi wykonywałam systematycznie, dwa razy dziennie.

I jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku dniach wydmuchiwana woda nie zawierała mojej nieomal odwiecznej ropnej treści.

Początkowo nie dowierzałam, ale ujrzałam na własne oczy to co ujrzałam i śmiało mogłam powiedzieć:

Mój katar ustąpił!!!

To było niezwykłe zawodowe doświadczenie.

 Jeszcze długo potem zalecałam  innym wykonywanie takich zabiegów  .

Zachwycałam się tą prostą i skuteczną metodą .

Jak dobrze, że kiedyś żyli ludzie , którzy potrafili obserwować przyrodę, człowieka , jego schorzenia i  odkrywali takie proste zależności- zalety zwykłej słonej wody.

Podziwiałam ich i w myślach składałam im hołd.

Dopiero po bardzo wielu latach , chyba około roku 1990 , uwierzyła w to zwykła medycyna.

I dzisiaj na szczęście  pierwszym zabiegiem w przypadku kataru jest nawilżanie i poprawianie ukrwienia śluzówki nosa poprzez miejscowe stosowanie słonej wody.

Przemysł farmaceutyczny poczuł bluesa  i  w aptekach możemy znaleźć wiele preparatów o tym składzie, pięknie opakowanych , o wymyślnych nazwach , i co jest niebagatelne – słonych cenach ….. 

Na medycznej ścieżce. Mój katar.

 

 W nieomal kołchozowych warunkach kwatery  przy ul. Siewierskiej w Poznaniu, naprawdę czułam się znakomicie.

Jednak nękała mnie przewlekła przypadłość zdrowotna. Od ponad roku miałam uporczywy ogromniasty ropny katar. Wprawdzie nie towarzyszyły mu żadne inne objawy, jak np. stany gorączkowe( wprawdzie nie mierzyłam temperatury) ani nawet bóle głowy, ale dolegliwość była przykra. Niejednokrotnie podczas zajęć musiałam opróżniać nos, przerywając monotonny ton wykładu hałaśliwym trąbieniem. Do tej pory się dziwię, że wykładowca wykazywał niezwykłą tolerancję i nigdy nie otrzymałam polecenia opuszczenia sali wykładowej .  

Kilkakrotnie odwiedzałam laryngologa w Gorzowie, otrzymywałam antybiotyki, najczęściej modne wówczas tetracykliny, wkrapiałam do nosa różne krople. Ale ta terapia nie odnosiła żadnego efektu.

Któregoś dnia uznałam, że jest to na pewno zapalenie zatok. Powędrowałam więc po raz kolejny do laryngologa, przedstawiłam swój punkt widzenia i grzecznie, ale zdecydowanie poprosiłam o wykonanie punkcji zatok.

Laryngolog wprawdzie się trochę opierał, twierdził, że wg niego zabieg nie jest potrzebny. Ale widząc moją zdeterminowaną minę  widocznie poczuł się zagrożony, że nie opuszczę gabinetu. Przygotował długie druty, strzykawki. Siedziałam na fotelu  dumna, że  ustaliłam ostateczne rozpoznanie i spokojnie czekałam na manewry laryngologiczne.  Wkrótce miałam te wielgaśne druty w nosie , nie zapamiętałam bólu i po chwili laryngolog pokazał mi nerkę, do której w moim mniemaniu zbierał treść opróżnianych zatok. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że nerka była pusta.

Lekarz obwieścił , że jak sugerował wcześniej, nie stwierdził zapalenia zatok.

Wyszłam z gabinetu z mieszanymi uczuciami.

Wprawdzie nie potwierdziła się moja diagnoza, ale zabieg się odbył, więc jeden etap diagnostyczno- terapeutyczny miałam za sobą….