Na medycznej ścieżce. Szpital -Sienna- klub na korytarzu.

Klub na korytarzu

 

W czasie przerwy kawowej z reguły rzadko schodziliśmy do wspólnej dyżurki na parter. Panował tutaj zwyczaj przesiadywania na korytarzu, gdzie było wyniesiony stolik i kilka krzeseł, więc czuliśmy się tam jakby w miniklubie. Przypominam, że były to zgrzebne czasy drugiej połowy lat 70 ubiegłego wieku i tylko nasza wyobraźnia ubierała różne surowe wnętrza. Tak więc i tym razem wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy co najmniej w kawiarni Hotelu Europejskiego. Tym bardziej, że rozmowy były fajne, luźne i człek czuł się tam swobodnie. Nie było zwyczaju omawiania w porze kawowej pacjentów ani zwyczaju poruszania spraw służbowych. Po prostu fajny 30 minutowy luz…

Dr Truchanowicz opowiadała o swojej młodości. O tym, ze wyszła za mąż za wspaniałego człowieka- wdowca z dwiema córkami. Młodsza córeczka tego pana zakochała się z wzajemnością w swojej pani doktor, którą była właśnie dr Zofia. Ta miłość udzieliła się jej ojcu i postanowili się pobrać. Było to bardzo czułe i troskliwe stadło. Mieli jedynie problem ze starszą córką, która nie akceptowała macochy. Sprawiała im sporo kłopotów, ale gdy dorosła i wyszła za mąż, sytuacja zmieniła się diametralnie. Nagle wróciła do domu, była dobrą kochającą miłą córką i miała świetny kontakt z macochą. Ta opowieść do mnie powracała, gdy miałam kłopoty z moją pierworodną i była dla mnie optymistycznym pocieszeniem….

Z Panią dr Truchanowicz wiąże się jeszcze jedna Jej śmieszna opowieść. Gdy nadchodziła późno jesienna i zimowa pora Pani Doktor przybywała w swoim nieśmiertelnym, zupełnie przyzwoitym  paltocie. Zawsze komentowała swój wygląd, oświadczając, że znowu nikt się nie włamał do jej mieszkania i nie wyniósł tego płaszcza. Bowiem marzy o tym by nagle zniknęło gdyż inaczej nie potrafi się z nim rozstać…

 

Na medycznej ścieżce. Kawowe spotkania w dyżurce.

W moim szpitalu, zgodnie z wieloletnim zwyczajem, przerwa w pracy była zasadniczo jedna . Wówczas można było na krótko opuścić swój oddział, oczywiście, jeśli nie było innych pilnych zajęć.

Było to około godziny 11, kiedy zbieraliśmy się  we  wspólnej dyżurce lekarskiej, zlokalizowanej na parterze, na wprost wejścia . Dopiero tam można było wypić herbatę czy kawę.

Staraliśmy się tam wpadać o tej samej godzinie, by spotkać się z kolegami z innych oddziałów.

Czuliśmy się tam jak wielka zaprzyjaźniona rodzina.

Nie było zwyczaju obgadywania koleżanek czy kolegów, z czym się spotkałam w następnej pracy. Nikt się uskarżał na to co go strzyka boli etc.

Spotkania w dyżurce były z reguły burzliwe. Uwielbiałam te klimaty. Siedziałam grzecznie w drugim rzędzie za stołem- ławą. Bezpośrednio przy tej ławie siadywali starsi. Słuchałam, bo mówili starsi. Obowiązywała hierarchia  i to mi odpowiadało.

W krótkim czasie omawiano sytuację polityczną kraju, rozprawiano  otwarcie o tym, co oficjalnie podlegało cenzurze i nie wszyscy się odważali  mówić głośno. Przecież były wtedy  Polsce czasy panowania władzy komunistycznej.

Właściwie nic już nie groziło za przekazywanie takich wiadomości, jak to było w latach 50 ubiegłego wieku, czasach terroru stalinowskiego, ale ludzie byli ostrożni.

Komentowano aktualne wydarzenia polityczne, nie szczędząc słów krytyki, ale przede wszystkim mówiono o książkach tzw. drugiego obiegu, wspominano wojnę, powstanie Warszawskie , które wówczas uważano za  hańbę narodową a także opowiadano o pobycie w obozach  koncentracyjnych.

W naszym szpitalu pracowały lekarki, które walczyły w Powstaniu a potem znalazły się Ravensbruck. Była to urocza pulchna duża blondyna dr Bielecka a także chudziutka i niebywale żwawa Zosia Madejczyk.

Inna lekarka, Krystyna  Derecka wspominała , jak przemycała do getta żywność. Mur getta był tuż za naszym szpitalem, przy ulicy Złotej, równoległej do Siennej. Pod tym wielkim murem wykonano niewielkie podkopy.  Przez te dziury przedostawały się na teren getta małe dzieci i one właśnie dostarczały zamkniętym tam Żydom jakieś jedzenie. Doktor Krysia była jedną z tych małych dziewczynek. Nie wiem, czy ich rodzice wiedzieli, czy się na to godzili. Może tylko jacyś sąsiedzi dawali im zlecenia, rodzice byli zajęci pracą, więc nie wiedzieli co robią ich dzieci.