
Uliczka w Kioto wiodąca do kompleksu świątynnego Kiyomizu-dera.
Czyżby prawdziwe gejsze?

Gejsza na makiecie przy uliczce


Na papierkach modlitwy wiernych

Widok z tarasu. W dali miasto Kioto. kwitnące wiśnie-Sakura u stóp
I jesteśmy w magicznym Kioto. To dawna stolica Japonii nieomal cudem uratowana przed bombą atomową. Zamierzałam opisać ten straszliwy sierpień 1945 roku, ale wyhamowałam. Bo i tak wystarczająco dużo mamy informacji o obecnej sytuacji w świecie, by się dołować jeszcze tym co było. Tak więc w skrócie. Minęły już trzy miesiące od zdobycia Berlina ale Japończycy nie chcieli podpisać kapitulacji. Słynęli z okrucieństwa wojennego , uporu i stałe bombardowanie ich miast przez Amerykanów nie odnosiło zamierzonego efektu. Podjęto więc decyzję użycia bomby atomowej. Przedtem sporządzono listę miast, na które ma być zrzucona. Na niej było właśnie Kioto. Amerykańscy stratedzy wiedzieli, że miasto jest zbudowane z drewna i impregnowanego papieru, gęsto zaludnione co sprzyjałoby planom zlikwidowania ogromnej liczby japońskich cywili. Właśnie o to chodziło. I w ostatniej nieomal chwili amerykański sekretarz wojny który był fiszą w komisji ustalającej cele przeznaczone do zniszczenia- Henry L. Simson, który przebywał z żoną w Kioto jeszcze w 1926 r. i zakochał się w tym mieście, spowodował, że zostało skreślone z listy celów.
Kioto zostało uratowane dzięki przypadkowi. Zdecydowały względy estetyczne ale nie humanitarne….
W tym uratowanym mieście znajduje się 1600 świątyń buddyjskich, 400 chramów shinto, liczne pałace, ogrody i oryginalna architektura. Większość obiektów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako „ Historyczne Zabytki Starożytnego Kioto”.
Idziemy w kierunku jednego z tych obiektów.
Krajobraz tu przepiękny, nad miastem wznosi się teren górzysty, pokryty soczystą zielenią lasów. Jakże inny niż tereny nizinne widziane do tej pory. Przed nami wznosi się góra zwana Otowa a na jej zboczu widać już z daleka wieżyczki ochrą malowane i zielone dachy zabytkowego kompleksu świątyń zwanego Kiyomizu-dera.
Wąską stromą uliczką podążamy w tym kierunku. Po drodze ustawiono duże makiety z wizerunkiem gejszy. Niestety żywej gejszy nigdzie nie widzimy a podobno w tym mieście są całe dzielnice tych kobiet wszechstronnie wykształconych kultywujących sztukę japońską.
Jest pięknie, powietrze rześkie, świeże niczym nasze górskie, pod warunkiem, że nie dymią kominy domostw opalanych byle czym, co w Polsce zwyczajne.
Miejsce jest niezwykle klimatyczne. Czuję ożywiona a nawet podniecona tak, jak kiedyś w Delfach . Zresztą podobne jest położenie obu tych tak odległych miejsc- gdzie Grecja, gdzie Japonia . Lesiste zbocze góry , i zda się , że z ziemi wydobywają się opary , które mogą przynosić halucynacje, czego choćby doświadczała słynna Pytia. Tu jest jakoś podobnie, może tylko ja to tak odbieram . Czułam, pewnie jak i ci, którzy zakładali te świątynie, że gdzieś blisko jest bóg. Pewnie dlatego też z uporem odbudowywano w tym miejscu świątynie. Ponoć Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem. Tego nie doświadczyłyśmy, ale to też wpisuje się w opisany klimat …
I już jesteśmy na miejscu. Przed nami na różnych poziomach rozłożyły się pawilony świątynne wybudowane w różnych wiekach.
Zaczęło się od tego, że w 794 r. mnich buddyjski otrzymał polecenie poszukania źródła krystalicznej wody, znalazł ją tutaj i zbudował pierwszą świątynię.
W tym samym roku cesarz Kammu przeniósł stolicę do nowej siedziby w Kioto, wówczas też pierwotny budynek podarował jednemu z wojskowych, który będąc wyznawcą Kannon, przekazał obiekt na główną świątynię bóstwa. Zabudowania niszczyły pożary, a ostatni w 1929 r. , był najgroźniejszy.
Odbudowywanie ponoć trwa nadal, chociaż nie widziałyśmy remontów ani bałaganu , który mógłby o nim świadczyć, co u nas nieomal zwyczajem jest.
W całym tym japońskim świątynnym kompleksie w Kioto najważniejsza jest wspomniana świątynia Kannon. To buddyjskie bóstwo dla jednych jest mężczyzną, dla innych kobietą. Wierni uzsadniają to tym, że ich bóstwo osiągnęło taki poziom doskonałości, na którym sprawy płci już nie odgrywają żadnej roli. Oj, gdyby żyli wtedy nasi wojownicy z gender , mieliby używanie…
Kannon jest uosobieniem miłosierdzia. Opiekuje się ludźmi potrzebującymi pomocy, a szczególnie chorymi, słabymi, ubogimi i matkami w ciąży. Przyjmuje trzydzieści trzy różne postaci . Do najczęstszych wyobrażeń należy Kannon o Jedenastu twarzach i Tysiącręka Kannon. Najważniejszym przedmiotem kultu jest posąg tego ostatniego wcielenia , umieszczony w tutejszej świątyni, jednak nie jest pokazywany zwiedzającym.
Nieopodal tej świątyni znajduje się wodospad o tej samej nazwie . Jego woda spada trzema strumieniami , które wpadają do odrębnych stawów. Woda każdego z nich zapewnia co innego- zdrowie, długowieczność lub wiedzę. W zależności od tego, czego pragną pielgrzymi, piją wodę z jednego z tych stawów. Wodospad widziałyśmy gapiąc się z wysokiego tarasu. Szkoda, że nie wiedziałyśmy o tych właściwościach wody, bo pewnie jak przystało na rdzenne Polki , wyżłopałybyśmy całą wodę ze wszystkich stawów . Oczywiście to miał być tylko taki nibyżart …
Obecny główny drewniany pawilon pochodzi z 1633 roku i posiada wspaniałe galerie widokowe, wsparte na sześciopiętrowej konstrukcji posadowionej na zboczu góry . Stąd podziwiamy panoramę miasta zatopioną w przedwieczornej mgiełce. Pachnie żywicą okolicznych lasów i drewna z budowli. Pawilon kryty dachem z drzewa cyprysowego. Tak właśnie, nie dachówką były kryte budowle będące kiedyś własnością władcy Japonii. A była to część pałacowa cesarza. Większość zabudowań kompleksu została zmodernizowana przez szoguna z rodu Tokugawa , też w r. 1633.
Na terenie Kiyomizu znajduje się jeszcze kilka świątyń. Między innymi shintoistyczna Jisu Jinja, poświęcona bóstwu miłości. Nieopodal jej znajdują się dwa kamienie. Jak wieść głosi pomagają w utrzymaniu szczęścia i powodzenia w związku a samotnym spotkanie ukochanej. Wystarczy przejść od jednego do drugiego głazu z zamkniętymi oczami, powtarzać imię ukochanej albo prośbę i wszystko o czym napisałam się spełni.
Chyba z nadmiaru wrażeń też tam nie dotarłyśmy. Jednak kilkugodzinna wizyta w Kioto, to za mało, by zrealizować wszystkie punkty wyprawy. Ale nic to. Może ktoś z naszych najbliższych lub dalszych znajomych tam dotrze i skorzysta z tego miejsca w sposób właściwy, nie tylko nasycając oczy…..
