Na medycznej ścieżce. Jestem dumna, że pracuję w takim zespole.

Oddział neuroinfekcji, którego ordynatorem przed rokiem 1968 była wspomniana dr Gecow,   zachował  bardzo dobrą szkołę pediatryczną.

Pani doktor Monika Czachorowska godnie pielęgnowała tradycje. Jak już kiedyś pisałam, była urocza ciepła, matczyna nieomal, ale twardą ręką prowadziła swój zespół  . 

 Jeszcze w latach, kiedy tam zaczynałam pracę, tj. w 1975 roku był on jedynym w Warszawie , w którym odbywali obowiązkowe szkolenia lekarze specjalizujący się w pediatrii i neurologii.

Opinia o fachowości ludzi tutaj pracujących  utrzymywała się przez długie lata nawet w Klinikach Akademii Medycznej .

Nie zapomnę  pewnego telefonu od lekarza z Kliniki Pediatrycznej, który prosił o przyjęcie dziecka, uzasadniając to słowami- bo u nas nie ma neurologa.

A po drugiej stronie łącza siedziałam ja, młody lekarz bez specjalizacji. Oczywiście wspierał mnie na dyżurze doświadczony lekarz tego szpitala, który jednak też nie posiadał specjalizacji z neurologii. Ale wiedzę to on miał ogromną i doświadczenie wielkie . Wszyscy lekarze tego szpitala byli starannie przygotowani praktycznie do wykonywanej tutaj pracy, potrafili pięknie przeprowadzać badanie neurologiczne, wyciągać z niego odpowiednie wnioski i wkrótce tego samego nauczyli nas, młodych.

Zawsze na prośbę lekarzy z innych szpitali przyjmowaliśmy od nich pacjentów…

Na medycznej ścieżce. Kliniki…

Powoli ulegałam złudzeniu, że tylko w szpitalu jest prawdziwe życie. Wydawało mi się, że Rodzina- mąż , dzieci, Rodzice  są w moim innym i bezpiecznym świecie.

Bez reszty wciągały mnie zajęcia kliniczne.

Kliniki akademickie mieściły się w dawnych carskich stajniach położonych w samym sercu Warszawy , pomiędzy ul. Nowogrodzką, Oczki, Lindleya i Chałubińskiego. Teren był ogrodzony wysokim ceglanym murem z dwoma bramami i portierniami od strony ul. Nowogrodzkiej i Lindleya. Po pokonaniu portierni w której urzędował sędziwy i srogi pan, nagle otwierał się inny i tajemny świat. Mimo ciszy która tam panowała, już wiedzieliśmy, że za nią kryją się ludzkie tragedie, może czasem małe radości , krzątanina personelu medycznego , który przybywał tam i spędzał  wiele godzin swojego życia.

Działo się to w równo ustawionych pawilonach o kształcie  jednakowej wielkości prostopadłościanów, z niskim dwuspadowym  dachem , zbudowanych tak jak mur z czerwonej cegły, posiadających  wysokie dość wąskie zwykle puste okna .

 Całość była zatopiona  w pięknych ogromnych i bardzo starych drzewach., pod koronami których rozścielono wąskie uliczki i chodniki prowadzące do pawilonów.

Miejsce mogłoby być czarowne gdyby nie fakt, że wjeżdżały tam karetki i to często na sygnale.

I gdyby nie nasza wiedza, co się dzieje za pozornie pustymi oknami budynków można by spacerować cienistymi alejkami i myśleć o niebieskich migdałach.

To miejsce miało klimat i ma zresztą do tej pory, mimo, że pojawiło się tam kilka zupełnie nowych nowoczesnych obiektów