Na medycznej ścieżce. Moja druga ciąża i wojsko…

Ponieważ w poprzedniej ciąży byłam zwolniona z zajęć wojskowych, zaproszono mnie na kolejną komisję wojskową. Brzuchaci panowie w mundurach nie uwierzyli , że znowu jestem w ciąży. Kazali zrobić  rtg płuc. Mówiłam, że to może zaszkodzić , ale nikt mnie nie słuchał ani się nie przejmował. Miałam wrażenie , że jak nie zrobię tego rtg , to mnie nie wypuszczą z  wielkiego gmachu, gdzie urzędowali.. I w końcu bezradnie uległam.

Potem , gdy już możliwe było rozpoznanie ciąży przez ginekologa dostarczyłam odpowiednie zaświadczenie . Muszę przypomnieć, że był rok 1969, a wówczas testy ciążowe były wykonywane sporadycznie i wymagały znacznej pracy w laboratoriach, a o  USG nikt nie słyszał  . I dopiero wtedy mnie zwolnili. I to niespodziewanie- na stałe. Widocznie się spodziewali , że będę miała więcej dzieci :-)

I tak się skończyła moja przygoda z wojskiem. Ale nigdy nie zapomnę mojego  munduru z grubego   brudnozielonoego  sukna, który trzeba było zakładać w każdą  sobotę, nawet gdy panowały upalne dni. Opisywałam już wcześniej nasze zajęcia w studium wojskowym , nasz komiczny wygląd ,  chichoty którymi obrzucali nas przechodnie na ulicy oraz niewybredne żarciki młodzieńców, którzy na nami wołali : „ o dziurawe wojsko idzie….”

Opowieści mojej Mamy. Wątpliwości Stefy czy jest kochana przez rodziców.

 

Stefa po lewej.

 

 

14 kwietnia 1907 roku w Godziszce, dużej Beskidzkiej wsi , przychodzi na świat pierwsze dziecko Marianny i Michała Jakubców.

Niestety jest to kolejna dziewczynka. Nadają Jej imię Stefania, Stefa.

 Ma duże  intensywnie błękitne  oczy , w których, do Jej ostatniego dnia  życia , niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy zaczyna dorastać , myśli, że jest niekochana. Wychowywana bez czułości . Bo tak było w tym domu , bo dzieci w domu dużo i rodzice zapracowani.

Lubi przesiadywać  na wysokim progu   przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat .

Czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta.

Pewnego dnia powóz zatrzymuje się  przed domem, kobieta wysiada i pyta dziewczynkę o jej ojca. Wchodzi do izby . Rozmawiają  . Kobieta mówi że jest bezdzietna  , że od dawna obserwuje to dziecko. Dziewczynka jej się   podoba się   i chce ją adoptować a wychowa tak jak zechce ojciec.

I dziewczynka słyszy słowa ojca- ja nie mam dzieci na rozdawanie.

Od tej pory już  wie , że jest kochana.

 

Na medycznej ścieżce. Czasy warszawskie się rozpoczynają…

 Na innym wykładzie przysiadła się do mnie kolejna dziewczyna. Była średniego wzrostu,  bardzo pulchna , ale o delikatnej ładnej buzi i bystrych ciemnych oczkach. Zapytała, skąd się wzięłam itd. Opowiedziałam o sobie. Była to Helena Lenkiewicz. W tym czasie była już z Wojtkiem Muszyńskim, z którym zawarła związek małżeński na 6 roku naszych studiów.   Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i rozpoczęły się spotkania poza uczelnią. Bywaliśmy u siebie w domach,  w kawiarniach, teatrach. Wspólnie spędzaliśmy noce sylwestrowe. Nie zapomnę drugiego mojego sylwestra w Warszawie . Był to bal  w Urzędzie Rady Ministrów, przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wtedy pracował Paweł, brat Mirka i w związku z tym miał możliwość załatwienia  biletów. Oczywiście był tam też i Paweł ze swoją żoną Grażyną. Już kiedyś opisywałam Grażynę, ale teraz ponownie o niej.  Była to dziewczyna oryginalnej urody o pięknie wykrojonych ciemnych oczach , przypominających oczy madonny ze  starych ikon. Zresztą nadal, mimo upływu lat i ostatnio trudnego życia zachowała tę zadziwiającą urodę, świetną dziewczęcą sylwetkę. Ubiera się w ciuchy młodzieżowe, z wysmakowywanymi dodatkami. Z przyjaciółkami biega na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, do kin i teatrów. Kilkakrotnie mnie zapraszała, bym uczestniczyła w jej życiu towarzyskim, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Pewnie wrodzone lenistwo się  wtedy odzywało;-(

Wracam do tego balu.  W Urzędzie Rady Ministrów  było wytwornie, ale też bardzo zabawowo. Grał  świetny zespół i hasaliśmy tak, jak to tylko młodzi potrafią. W czasie jakiejś przerwy w tańcach, opadliśmy na krzesła konsumując znakomite wiktuały i popijając winko.

 I wtedy Wojtek patrząc rozmarzonym wzrokiem na bardzo pulchną Helenę, którą niedawno poślubił,  rzekł: Tyle tego i wszystko moje. Było to piękne i zapamiętałam na całe życie.

Jednak ich dalsze losy nie potwierdziły znaczenia tych znamiennych słów, bo po wielu małżeńskich latach doszło do ich rozwodu