
To tutaj moje rozterki w większości wyimaginowane przychodzą a czasem chcą do wiersza. Więc piszę. Na tym zdjęciu z satelity, od góry Puszczy Białej odsznurowany fragment, potem rząd naszych domeczków oraz Bug z cudną cofką ( jak ja nazywają miejscowi)

Nasz domeczek w cieniu lipy. Ależ ona wyrosła przez te 38 lat. A była patyczkiem miała tylko duże dwa liście , bo wielkolistna z nazwy a wiatr ją przyginał i wachlował nimi. Wyglądały jak uszy słonia.

I wreszcie nasz Bug i wejście do cofki….szeroki, meandrujący, niespokojny i zdradliwy. W jego wirach już przy nas utopiło się kilka osób. A może było ich więcej, tylko nie wiemy. Cofka się przesunęła się na południe w ciągu tych lat tam spędzonych ( 38) o dobre 5 m co wytycza słupek metalowy Profesora, który służył do cumowania Jego własnoręcznie zbudowanej żaglówki o imieniu Trep…
Historia pewnego wiersza
A może nie wiersza tylko takiej sobie pisaniny, podpowiada mi stojący za plecami Duszek nieśmiałości pokory i kompleksów.
Odpowiadam mu, że pewnie ma rację. Ale nic nie mogę poradzić, na to, że takie” wierszyki” ( ucieszył się, że ujęłam w cudzysłów) same do mnie przychodzą, pobuszują pod czaszką, serce przyspieszą, bez korekty czy poprawek wyleją się na klawiaturę, potem zmęczone całym tym zamętem idą potulnie do swojego folderu , jeszcze chwilę się moszczą, otrzepują , przeczesują piórka i smacznie zasypiają , lekko pochrapując.
A ja im mówię na dobranoc, śpijcie spokojnie, moje miłe, nagle poczęte z tęsknot nieokreślonych, lęków, smutków bez powodu , wyobrażeń, skojarzeń, rozmów z ludźmi prawdziwymi i wyobrażonymi, z cudu przyrody itd. itp.
Tak też było i z tym „ wierszem”. Spał sobie smacznie, aż przyszła na niego pora.
Po kolei było tak. Szukałam przyjaciółki z I roku AM, Moniki o której a właściwie o wspólnych naszych czasach pogodnych prawie wesołych ( zwłaszcza oglądanych z ponad 50 letniej perspektywy) w rozdziale Na medycznej ścieżce napisałam dość obszernie. Poszukiwania długo były bezowocne . Aż wpadł mi pomysł, by zajrzeć do FB i poszukać chłopaków, bo jedynie oni nie zmienili nazwisk. I spotkałam tam Leszka Milanowskiego, superkolegę , prawdziwego „brata łatę”. Odpisał, potem zadzwonił. Mieszka w Anglii i nawet popełnił telefon do mojego syna, by rzucał pracę w Polsce i jechał na Wyspy, bo tam bardzo potrzebują neurochirurgów. Syn ma swoje zdanie na temat pracy na „cudzym polu”, ale orzekł, że Leszek jest bardzo fajny. Rozgadałam się, a miało być o wierszu. Więc wracam i kontynuuję.
Leszek podał moje namiary jeszcze dwojgu kolegom z grupy. Odezwali się, piszą pamiętnik naszego rocznika i pytali czy mogę coś skreślić . Wprawdzie w Poznaniu studiowałam tylko przez 3 lata, ale mam wspomnień bez liku. Powiedziałam więc, że wprawdzie jest to w tym blogu, ale ok., wyślę. Potem się okazało, że sami piszą a z tego co my spłodzimy wybiorą to zechcą, więc się rozczarowałam, że nie będzie to jakaś pełna sylwetka każdego z nas. No cóż, jak napisała moja bliska Ela, którą poznałam dzięki temu miejscu,
„ będzie standard”.
Potem wspomnieli, że chcą też zamieścić tam wiersze, jeśli takowe piszemy. I znowu nieopatrznie wysłałam im jeden. Od razu kolega, który jest profesorem i Prezesem Polskiego Towarzystwa Higienicznego, bez pytania o moją zgodę, zamieścił go w internetowym wydaniu ichniego czasopisma . Nawet fajnie ustawił wersy i podał link gdzie tego szukać. Ale Irenka, główny redaktor naszych „pamiętników „, której też od razu wysłał to moje „ dzieło” odpisała, że ma już wiele wierszy kolegów , czy się zgadzam na zamieszczenie swojego i że ostatecznie polonista będzie oceniał te wiersze i że będzie burzliwa dyskusja, czyli sąd kapturowy jak się domyślam ….
Czy jest mi potrzebny ten okrojony, usztywniony pamiętnik , publikacja papierowa wprawdzie kusi, ale nie w takiej formie o jakiej wspomniałam powyżej i czy jest mi potrzebny sąd kapturowy- koledzy i jedna polonistka.
Nie, niepotrzebne to wszystko, odpowiedział głos w mojej głowie. Wystarczy, gdy Wam, kochani wrzucę tutaj , bo jesteście mi najbliżsi …..
A na koniec jeszcze jedno. Znalazłam Monikę i jest nam dobrze, tak jak kiedyś, no prawie jak kiedyś. Prawie, bo każda ma już pełen plecak doświadczeń przyssany do ciała. Oj Moniko gdzie te czasy gdy byłyśmy piękne młode i takie lekkie, że unosił nas dobry wiatr …..
A teraz pora na ten” wiersz”. Zapraszam wszystkich którzy czują podobnie jak ja, którym może coś da, albo nie da….wszystko jedno….
Przechodzisz udając obojętność
Bo widzisz na horyzoncie Smutek
Nie poznajesz go
zmieniasz kierunek swojej trasy
Ale on i tak na ciebie czeka
Ukryty za drzewami albo bardzo starymi domami
Wie, że jesteś sama
Że milczą telefony
Że nikt nie przyjdzie
Że nikt nie myśli o tobie
On, Smutek przychodzi i siada w twoich oczach
Wyjmuje kanapkę
Spokojnie przeżuwa
I patrzy
Potem zamyka w dłoniach
Coraz szczelniej i szczelniej
I nagle przypominasz sobie
Co robić gdy w wir rzeki wpadniesz
Musisz uwierzyć , że rzeka ma dno
Potem tylko poddać się tej wielkiej sile ssącej
Zamknąć oczy
Ciało bezwładnie zostawić
Pamiętać , że on już nasycony ciebie wyrzuci
Wypluje na pewno
Zobaczysz jak wstaje dzień
Niebo nad tobą piękne
I ptaki tylko twoje
31.08.2010, moje Gulczewo nad Bugiem

A może to kwiat paproci. Mój las…..

Widok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko… 