Na stacji kolejowej pod Rakowem czekał na nas mój szwagier.
Trzeba było pokonać bryczką kilkanaście kilometrów.
O nic nie pytał, popatrzył na mnie z wyraźną sympatią.
Ja też nic nie mówiłem.
Gdy znaleźliśmy się w Rakowie, poczułem ciepło tego miasteczka.
Dobre fluidy unosiły się nad nim.
Wszystko było leniwe, łagodne i śpiewne.
I krajobraz i ludzie.
Odwiozłem Stefę do domku, w którym wynajmowała pokój.
Wydawało się, że jest radosna, pogodna i bliska.
Pożegnaliśmy się czule.
Wróciłem do domu.
Tam na mnie czekali Rodzice.
Oczywiście padły pytania, jak podróż, jak było i najważniejsze- czy jest zgoda na ślub.
Westchnąłem ciężko i dopiero przy gorącym samowarze opowiedziałem wszystko po kolei.
Nie bardzo wiedzieli jak zareagować.
Najłatwiej było pocieszać, że wszystko dobrze się ułoży.
I tak zrobili.
Zawsze potrafili łagodzić emocje swoje i swoich dzieci. Nigdy u nas nie było kłótni, nawet nie słyszałem podniesionego głosu mojego ojca.
Tym razem też usiłowali wlać we mnie otuchę i powoli sam zacząłem wierzyć, że będzie dobrze…
